Stado Lwiej Ziemi

Stado Lwiej Ziemi

Nie jesteś zalogowany na forum.

#1 2017.11.20 18:50

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Królowa Piasku

Ten post jest przoszony z tematu "Dziedzictwo Skazy". Kiara 0


Ogólnie jestem nowa na Forum, tak więc nie bijcie xd Nie wiedziałam, gdzie zadać to pytanie. Otóż lionking.pl znowu padł. Do tego czasu zdążyłam przekopiować cztery rozdziały Królowej Piasku. Nie znalazłam nigdzie indziej tego opowiadania, zastanawiam się czy te rozdziały wstawić na Forum (oczywiście zaznaczając, że fanfik nie jest mojego autorstwa). Tylko nie wiem, czy ktoś ma możliwość wstawić resztę. Sama z chęcią przeczytałabym do końca.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#2 2017.11.20 20:41

Kiara 0
Administrator
Lokalizacja: Stado L.Z. v. 3.0
Data rejestracji: 2007.02.04
Liczba postów: 6,616
WWW

Odp: Królowa Piasku

Temat założony na potrzeby pytania powyżej. :)


793wMmt.gif R11oDMXt.jpg
Refreshed Queen has returned!

Offline

#3 2017.11.25 16:09

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Nie zauważyłam sprzeciwu, więc postanowiłam wstawić. Od razu mówię, że opowiadanie przekopiowane z niedziałającej już strony lionking.pl a jego autorem jest Taka_PL.

Królowa Piasku I

(wstępy, takie jak w „dziedzictwie Skazy;)

Uwaga:

Piosenki zawarte w tekście  są jedynie tłumaczeniami wersji angielskich (angielska wersja fanfiku powstawał wcześniej) i z tego powodu ich jakość poetycka może się wydać może się wydać mierna. Zachęcam wiec do zapoznania się z oryginałami (choćby na FLZ)


Dramatis Personae (w kolejności alfabetycznej):


Amini - wędrowny lew ze stada Horena. Ojciec Kovu.

Arista* – dawny król Złotego Stada, ojciec Sparthy i Ziry. Zginął podczas wędrówki w czasach Wielkiej Suszy.

Banzai - hiena, brat Shenzi i Eda

Danti* – niegdyś Wygnaniec, później przyjęta do stada Simby. Przyjaciółka Ostasi.

Ed (alias Edward Szalony;) - hiena, brat Shenzi i Banzaia.

Hawaa – lwica ze Złej Ziemi.

Horen – wędrowny lew, przywódca grupy Wietrznych Samotników.

Kiara – córka Simby i Nali, siostra Tanabiego. Księżniczka Lwiej Ziemi.

Kovu – Syn Ziry, adoptowany syn Skazy.

Maitha* – młoda lwica, przyjaciółka Kiary.

Mufasa – dawny król Lwiej Ziemi, syn Ahadiego, partner Sarabi.

Nala – Królowa Lwiej Ziemi (w czasach Simby). Partnerka Simba, matka Kiary i Tanabiego.

Nuka – syn Skazy i Ziry, brat Vitani i Kovu.

Onya* – Lwica z Lwiej Ziemi, w dzieciństwie przyjaciółka Sarabi i Skazy (Taki).

Ostasi* - niegdyś Wygnaniec, później przyjęta do stada Simby. Przyjaciółka Danti.

Pumba – guziec, przyjaciel Simby  z czasów młodości.

Rafiki – stary pawian. Szaman i doradca Simby.

Sakia* – stara lwica, przyjaciółka królowej-matki Sarabi, niegdyś lojalna poddana Skazy.

Sarabi – królowa-matka, niegdyś partnerka Mufasy, matka Sambi, babka Kiary i Tanabiego.

Sarafina – przyjaciółka Sarabi, matka Nali.

Shenzi – hiena, siostra Banzaia i Eda.

Skaza (Taka) – Król Lwiej Ziemi po śmierci Mufasy.

Simba – Król Lwiej Ziemi po śmierci Skazy. Syn Mufasy, ojciec Kiary i Tanabiego.

Sorphi* – lwica ze stada Simby.

Sparthi* – syn Aristy, brat Ziry. Książę Złotego stada. Zmarł w czasie Wielkiej Suszy.

Tanabi* – syn Simba i Nali, książę Lwiej Ziemi, młodszy brat Kiary.

Tiko* – bratanek Zazu, uczący się fachu majordomusa, aby przejąć kiedyś ten urząd.

Timon – surykatka, przyjaciel Simby z czasów młodości.

Uru – niegdyś królowa Lwiej Ziemi (w czasach Ahadiego). Matka Mufasy i Skazy (Taki).

Vinia* – lwica ze stada Simby.

Vitani – córka Skazy i  Ziry, siostra Nuki i Kovu. Dziedziczka Skazy..

Zazu – stary majordomus na dworze Simby.

Zira – Niegdyś królowa Lwiej Ziemi (na krótko, za czasów Skazy). Córka Aristy siostra Sparthiego, Matka Nuki, Vitani i Kovu.

... – i inne postacie, których wymienienie już teraz może zdradzić zbyt wcześnie fabułę opowieści;)

Zira – córka Aristy, siostra Sparthiego, partnerka Skazy, matka Nuki. Królowa Złotych Piasków i Lwiej Ziemi.

[Piosenka “Twój skarb”. Z początku radosna melodia, przechodząca w poważną w refrenie]

[Ujęcie Ziry na granicy Lwiej Ziemi, pomiędzy sawanną i pustynią. Zira biegnie na granicy piasków, w kierunku zachodzącego słońca.]

Z każdą chwilą, z każdym dniem
Cieszysz się bogactwa snem
Każdy oddech daje twym marzeniom żyć

[Zbliżenia na twarz Ziry. Lwica jest spokojna i radosna. Po chwili widzimy jej wspomnienia: Zira w czasach Wielkiej Suszy, prowadząca Złote Stado. Ujmiecie Skazy, który podbiega pomóc Zirze nieść Sparthiego.]

To, co gdzieś głęboko tkwi

W sercu aż po kres twych dni
To, co czyni cię kim jesteś, kim chcesz być

[Zira obejmuje Skazę w tylniej jaskini Lwiej Skały.]

Wiesz czego potrzeba ci
Niczym życia ciepłej krwi
Wiesz co chronisz, o co walczysz dzień za dniem

[Zira w dniu koronacji: wszystkie lwice kłaniają się jej.]

Pokaż życiem żeś jest wart
Wygrać z losem partię kart
O ten najcenniejszy skarb, największy sen

[ujęcie Skazy, bawiącego się z malutkim Nuką. Młoda Zira patrzy na to z uśmiechem.]

Refren:

Każdy w sercu skarb swój ma
Śmiało z nim w swe życie gna
I nie odda go nawet za złota wór

[Znów pustynia: ujęcie łap Ziry, uderzających w biegu o piasek]

To jak ducha świeży liść
Powód aby dalej iść
Twego życia chluba oraz cel wśród chmur

[Zbliżenie na twarz Ziry: pojawia się napięcie i smutek.]

Pomyśl tylko: co ty masz
Czemu wciąż przed siebie gnasz
Wiedz, że musi to być zdobycz godna lwa

[Wspomnienia lwicy przesuwają się, ale w tle wciąż widzimy twarz Ziry.]

Poczuj radość, dumy smak
Tylko one sycą tak
Abyś dotarł gdzie twój skarb spocząć ma

[Skaza wraca z polowania. Wygląda na wyczerpanego, ale udało mu się przynieść Zirze (w tym ujęciu w ciąży z Vitani) i Nuce smaczny kawał mięsa.]

Wiedz, że szczęście drogie jest
Musisz zdać najcięższy test.
Ale czym są trudy, aby wejść na szczyt

[Ujęcie Ziry, biegnącej przez pustynię, ale zmienia się w ujęcie Ziry wracającej na Lwią Skałę w dniu śmierci Skazy.]

Skarb w zasięgu twoich rąk
Nie wypuszczaj już go stąd
Śmiało walcz, byś miał to czego nie ma nikt

[Ujęcie Ziry, walczącej z hienami i podbiegającej do umierającego Skazy.]

Każdy w sercu skarb swój ma
Śmiało z nim w swe życie gna
I nie odda go nawet za złota wór

[Ujęcie ostatniej rozmowy Skazy i Ziry.]

To jak ducha świeży liść
Powód aby dalej iść
Twego życia chluba oraz cel wśród chmur

[Znikające ujęcie Ziry, niosącej ciało Skazy. Przechodzi w ujęcie starszej Ziry, która zatrzymuje się przy głazie granicznym. W tle słońce niemal już zaszło.]


01 – Na progu zmian


Przeminął kolejny cykl Kręgu Życia. Słońce niemal już zaszło za horyzontem, tak jak cała pora sucha już dobiegała swojego końca. Zira czuła zapach deszczu w powietrzu. Choć powietrze wciąż było suche, królowa wiedziała, że zmiana pogody nadchodziła. Kolejny raz się jej udało – ocaliła swoje stado w najcięższym kryzysie i zabezpieczyła jego byt... przynajmniej na najbliższy rok.

Lwica spojrzała na pustynię. Za nią rozciągała się żyzna sawanna, z monumentalnym wzniesieniem po środku – Lwią Skałą, miejscem i uwielbianym i nienawidzonym przez nią. A z przodu rozciągła się pustynia – mile złotego piasku, kryjącego jej dawny dom i dawne życie. Stary i dawno zamknięty rozdział. W tamtym momencie żyła już na stałe pomiędzy światami. To była granica, obrzeża Lwiej Ziemi. Właśnie tu spotkała Skazę, gdy jej stado szukało mitycznego raju. Znaleźli może nie raj, ale bezpieczne schronienie, które uratowało im życie. A Zira odkryła tu skarb cenniejszy od radości każdego nieba. Jego.

- Kochanie... Jak dawno temu to było? Sześć lat? – wyszeptała, wdychając gorące powietrze pustyni.. – A cztery, odkąd cię z nami niema. To dla mnie jak wieczność... – mruczała, łamiącym się głosem. Od dnia śmierci Skazy nie uroniła ani jednej łzy, choć często płakała wewnątrz. Bez łez i łkania, ale z równym smutkiem. Często jednocześnie żałowała swojej straty i radością wspominała piękne wspomnienia dawnego życia. – Tęsknię za tobą. Wiem, że nie wolno ci... ale nawet jedno słowo z nieba przyniosłoby mi ulgę. Skazo! Proszę, przemów do mnie!

Porosiła na próżno. Zmarły król nigdy nie ukazała się swojej partnerce. Zira czuła jego obecność niemal zawsze, gdy rozmawiała z nim w samotności. Ale była to niema obecność – oddech miłości i tęsknoty, czuły, ale cichy. I tamtym razem było podobnie. Lwice owiewał delikatny i ciepły wietrzyk z pustyni, kojący nerwy i serce. Ale nie była w stanie zrozumieć tego szeptu. Nieme słowa z pewno mówiły o miłości i były słowami Skazy. Ale jak dokładnie brzmiały? Nie wiedziała.

- Nie słyszę cię, ale wiem, że jesteś. Dziękuję. – odpowiedziała niewidocznemu rozmówcy Zira. – Kiedyś zjednoczymy się na zawsze i wtedy już nic nas nie rozdzieli... Ale za nim to się stanie, muszę wypełnić twój testament. – Wiatr ucichł nagle, jakby chcąc tym uciszyć także lwice, ale ona zdawała się tego nie zauważać. Wciąż mówiła, by ulżyć niepokojowi i żalowi. – Kovu jest niemal gotów. Wyślę go do stada Simby, na zwiad... i jeśli to będzie możliwe... po zemstę. – zamilkła i spojrzała w niebo, w kierunku północy. Tak świeciła najdroższa jej gwiazda, ta która zabłysła w noc po śmierci Skazy. – Błagam, zrozum mnie! – szepnęła niepewnym głosem. – To sztuczka... a właściwie podstęp. Ale musimy go użyć! Jesteśmy zbyt słabi, aby walczyć twarzą w twarz. Nie mamy ciebie u boku, a Lwioziemcy są liczniejsi. My niemal umieramy z głodu... naszym jedynym atutem jest wspomnienie po tobie i twojej mądrości. Musimy zabić Simbę, aby wrócić na Lwią Ziemię. Wiem, że ty nigdy nie skalałeś się kłamstwem ani podstępem... Ale my musimy skłamać raz, aby na zawsze już przywrócić prawdę. – westchnęła. – Wybacz mi, Skazo.

Wiatr ucichł już na dobre, ale ciepłe uczycie obecności trwało. Zira wciąż była pewna, że niewidoczne łapy jej partnera głaszcząc ją po głowie. Zmarły król był tam i słuchał. Lwica zamknęła oczy, rozkoszując się słodko-gorzką pieszczotą.

- Staramy się i idzie nam nieźle... jak na końcówkę pory suchej. – uśmiechnęła się, a jej twarz złagodniała. Oblicze groźnej królowej-wojowniczki na chwilę stało się obliczem zakochanej kotki. Zira wciąż była piękna i nie zmieniły tego lata wygnania. Ale te radosny uśmiech gościł na jej ustach rzadko, tylko kiedy mówiła do Skazy. I nawet wtedy trwał krótko. Tak więc po chwili Zira otworzyła oczy i znów spojrzała w niebo. – Kovu jest godzien twojego imienia. Mam nadzieję, że jesteś z niego dumny. Wiem... – spuściła wzrok ku ziemi. – Wiem, że to powinien być Nuka. Ale błagam, zrozum... Nuka nie miałby szans podołać temu zadaniu. Wychowałam Kovu tylko w tym jednym celu, aby podążył twoimi śladami. Byłam zbyt słaba, aby opiekować się właściwie całą trójką. Ale przysięgam ci, że zrobię wszystko, by Nuka i Vitani żyli godnym, królewskim życiem! Kovu jest kluczem do wskrzeszenia twojej potęgi i chwały. Skazo! – wykrzyknęła w ciemność z całą mocą. – Kocham cię i jestem ci wciąż wierna. Pomszczę twoją śmierć i oddam twoim dzieciom ich dziedzictwo. Ale... – dokończyła łamiącym się szeptem. – Pomóż mi! Bądź przy mnie i wspieraj mnie! Wypełnię twoją wolę... alby szybko zjednoczę się z tobą na niebie!

Ruszyła z powrotem ku Złej Ziemi. Biegła, niemal plącząc, ale siła woli wstrzymywała łzy. To nie był czas. Jeszcze nie.

Misja nie została wypełniona.

*

- Przepuść mnie do niej! – krzyczał Skaza.

W świecie nieba siła ani wielkość się nie liczą. Martwy król był trzymany przez malutkiego kociaka, który obejmował jego szyję żelaznym uściskiem. Wyglądali zabawnie – ten mniejszy trzymał większego i silniejszego. Skutecznie.

- Skazo, uspokój się! – syknął zielonooki lewek. – Wiesz czemu! Nie możesz interweniować! – czarnogrzywy lew znieruchomiał i upadł bezwładnie. Kociak wypuścił z łap jego głowę i cofnął się kilka kroków. – To musi się wydarzyć.

- Tarki... – wyszeptał załamanym głosem Skaza. Lew trzymał własną głowę, zasłaniając twarz. – Wiem... ale i tak nie mogę się z tym pogodzić.

Gwiezdny kociak podszedł do króla i delikatnie zmierzwił mu grzywę.

- Wiem, mój bratanku... Dlatego masz mnie. Chronię cię, przed uczynieniem czego, czego mógłbyś żałować.

- Muszę przerwać tę chorą grę Mufasy! – wyszeptał Skaza. – Nie obchodzi mnie, czy wymaga tego Krąg Życia, czy nie. Nienawidzę tego porządku, który domaga się życia mojej rodziny! – Spojrzał na stryja oczyma pełnymi gniewu. Cienie lwów, te które mieszkają w gwiezdnym królestwie rzadko przejawiają uczucia. Ale Skaza aż od nich kipiał. Wciąż czuł się częścią świta na Ziemi.

- Uspokój się, chłopcze. – odparł lewek. – Mufasa i Ahadi muszą dostać szansę załatwienia tego po ich myśli. Obaj wiemy, że się mylą, ale mają prawo do błędów. Są Królami z Przeszłości, jak my.

Skaza zamknął oczy i znieruchomiał. Jego gwiezdne ciało spoczywało na niewidocznej powierzchni niższego sklepienia. Płakał i myślał jednocześnie.

- Tarki... chciałbym porozmawiać z Zira. – wyjąkał w końcu. – Nie o przyszłości... tylko powiedzieć jej, jak bardzo tęsknie za nią i kociakami... Mogę? – zapytał, choć bez nadziei. Lewek był nieugięty.

- Wybacz... nie możesz. Umówiliśmy się z Mufasą i Ahadim, że nie interweniujemy. – zauważył, że jego bratanek już się uspokoił, choć gdzieś w głębi wciąż kipiał od gniewu. – Zrozum... Jeśli Zirze się uda, Krąg zostanie przywrócony. Może w brutalny i bolesny sposób, ale przywrócony. Ale jeśli zawiedzie... Cóż, nadejdzie nasza kolej.

- Ale Zira... Vitani? Nuka? Kovu? – szeptał Skaza. – Będą cierpieć przez głupotę Mufasy

Tarki spojrzał na bratanka z ciekawością i odcieniem podziwu.

- Widzę, że na prawdę pokochałeś Kovu. Czemu? Przecież nie jest twoim synem. Nigdy go nie widziałeś na własne oczy.

- Jest synem Ziry, a to mi wystarcza. – odparł martwy król. – Kocham go, bo kocham ją...

- Spokojnie, Skazo... Powstrzymamy ten plan, jeśli sprawy zajdą za daleko. – przerwał Tarki. – Jednak dopóki Mufasa nie złamie umowy, będziemy tylko obserwować. Nie możesz nic zrobić. Pamiętaj, obiecałeś! – przypomniał kociak.

- Wiem, stryju. – odparł martwy król. – A więc możemy wracać na górę... – Oba lwy ruszyły po gwiezdnej ścieżce ku wyższemu sklepieniu. Ale nagle Skaza zatrzymał się. – Albo... idź sam. Dogonię cię. Chce jeszcze popatrzyć na Zirę... Sam. – Tarki spojrzał na niego z niepokojem. – Obiecałem! – powtórzył Skaza. – Nie będę z nią rozmawiał... Ani z moimi dziećmi. – zielonooki lewek zmarszczył brwi. – Mówiąc „dzieci”, miałem na myśli także Kovu.... No dobrze, nie odezwę się do żadnego, żywego lwa. Zadowolony? – zapytał cierpko.

- Zadowolony... – potwierdził Tarki. – Przykro mi, chłopcze, ale takie są zasady. – ruszył ku ciemnemu niebu i chwilę później zniknął w mroku. Czarnogrzywy lew westchnął.

- Obiecałem milczeć wobec żywych. – szepnął. – Ale nie mówiłem nic o zmarłych. – Odwrócił się ku zachodniemu niebu i zawołał. – Amini! Wzywam cię, Amini! – Na horyzoncie pojawiła się sylwetka czarnogrzywego lwa.

- Tak, Skazo? – zapytał nowo przybyły. – Czego chcesz?

- Tego samego co ty. – uśmiechnął się martwy król.

Duch podszedł do Skazy i obaj wymienili pełne szacunku ukłony. Amini westchnął, niepewnym głosem.

- Czy oni się nie domyślają?

- Cóż... – odparł Skaza. – Tarki niemal na pewno, ale on jest z nami cały sercem. Mufasa? Nie sądzę. Nie wie niemal nic o tobie i Sparthim.

Czarnogrzywy wybuchł śmiechem. Był to śmiech czysty i radosny, wyrażający szczęście służenia swoim bliskim.

- Dziękuję ci, Amini. – powiedział Skaza. – Twoja opieka nad Kovu bardzo mi pomaga...

- Kovu jest moim synem. – przerwał lew. – Dbam o niego tak samo jak ty.

- Wiem, Amini. – zgodził się Skaza. – I wiem, ze wciąż kochasz Zirę. Potrafię to zrozumieć... – Sam uśmiechnął się ciepło. – I dziękuję Gwiazdom, że mnie wspierasz. Jeśli i Sparthi nam pomoże, ocalimy ich, cokolwiek wymyśli Mufasa. I jak, wspólniku?

- Jestem z tobą, Skazo! – odparł Amini i podniósł łapę.

Martwy król delikatnie chwycił dłoń przyjaciela. Ich przymierze było silne, takie jakie musiało być w nadchodzących, trudnych czasach.

*

Zira wróciła do Złotej Hali około północy. Wszystkie lwice już spały, tak samo jak Kovu. Vitani nie było, gdyż księżniczka miała zwyczaj częstego błąkania się po pogrążanej w ciemności Lwiej Ziemi. Nuka... zapewne znów był z Hawą. Ale to tylko radowało lwicę. Zira czuła, że ta noc zanosiła się na spokojną i cichą. Niemal nikt nie czuł jeszcze, co stanie się już niedługo.

- Śpij, mój syneczku. – szepnęła do ucha Kovu, po czym pogłaskała jego czarną grzywę. Lew leżał obok rozłożystego pniaka, zwanego „Złotym Tronem”, na którym w czasach dzieciństwa zwykł spać. – Wypoczywaj i gotuj się do twojej misji. – westchnęła i dodała, niespokojnym głosem. – Przykro mi, Kovu, ale musisz. Wszyscy na ciebie liczymy, wszyscy na tobie polegamy. Zrób to dla swego ojca, rodzeństwa i całego stada.

Odwróciła się ku centrum komnaty i spojrzała na lwice z nie pokojem. Dziesiątka (licząc nieobecną Hawę) miała stanąć oko w oko z najpoważniejszą próbą ich życia. Jak tylko Kovu zabiłby tyrana z Lwiej Skały, one musiały odzyskać królestwo. Nie mogły czekać. Goniła je nie tylko pamięć po zmarłym królu, ale także brutalna konieczność – Zła Ziemi nie byłaby w stanie utrzymać trzynastu lwów przez kolejną porę suchą. Rozpaczliwie potrzebowali bogactw Lwiej Ziemi, a jedyna droga aby jest zdobyć prowadziła przez pole bitwy.

- Nie będziecie już głodować... nigdy więcej! – szepnęła Zira w ciemność ich schronienia. – Jako wasza królowa, obiecuję, że odzyskam waszą własność, lub zginę próbując! Złote Stado znów stanie w chwale... obok prawdziwych Lwioziemców, poddanych króla Skazy!

*

Hawaa była młodą lwiczką o szarym futrze. Jej uroda była bardzo nietypowa, przynajmniej w stadzie lwów pustynnych i od razu zdradzała je prawdziwe pochodzenie. Tak, była Lwioziemką, przynajmniej narodzona w Lwiej Ziemi. W sercu uważała się za Złoziemkę i brzydziła się Lwioziemcami. Kochała swą wybraną rodzinę... a zwłaszcza jednego jej przedstawiciela.

- Zejdź już, Hawo! – zawołała Nuka do wspinającej się Lwicy. – Ten kopiec zaraz się skruszy!

- No to będziesz musiał mnie łapać! – odparła ta, ze śmiechem. Jednocześnie usiłowała zdobyć przepiórcze jaja. Po marnej kolacji, złożonej z nieświeżego truchła mangusty, smakowite ptasie jaja stanowiły by pyszny deser. Robiła to dla Nuki, choć ten zdawała się być bardziej przerażony wyczynem lwicy, niż ucieszony jej poświęceniem. Mogło to wydawać się zabawne. Choć Nuka był starszy, to Hawaa była z pewnością silniejszym elementem tej pary. Mimo to, lew zawsze pozostawał jej „opiekunem”.

- Proszę, zejdź już! – powtórzył. – Albo ja wejdę do ciebie!

No, to była dopiero groźba. Nuka zapewne spadłby w połowie wspinaczki. Ale ona wiedziała, że jest gotowy rzucić się jej na pomoc, cokolwiek by to oznaczało. „Kochany Nuka...” pomyślała. „Mogę się wspinać tu co dzień, jeśli dzięki temu będziesz się martwił tylko o mnie...” A na głos dodała. – Już idę... Poczekaj chwilkę!

Niemal dosięgła przepiórczego gniazda łapą. Wychylała się z występu na termicim kopcu, jakieś pięć metrów nad ziemią i zdenerwowanym Nuką. Zwinna lwica skoczyła ku ptasiemu schronieniu i zręcznym ruchem wyjęła pierwsze z jaj. Jednak w tej samej chwili, jej ciało, zaczepione tylko na pazurach jednej łapy, zaczęło się nieuchronnie zsuwać w dół.

- Uważaj! – jęknął Nuka, widząc ją w niebezpieczeństwie.

- Już kończę... – odparła lwica beztrosko, chwytając kolejne jaja i do reszty tracąc podparcie. Ruszyła w dół stoku, jedynie z lekka hamując ślizg jedną łapą.

- Hawaa! – krzyknął Nuka i rzucił się na ścianę.

Gdy on wspinał się pod górę, ona zjeżdżała na dół. Optymista nazwałby to „kontrolowanym upadkiem”, ale Nuka optymistą nie był. Nieporadnie wdrapywał się, tak szybko jak mógł. Spotkali się w środku dystansu – zaskoczona Hawaa uderzyła lwa nogami i zrzuciła go w dół. Ale dzięki temu chwilowemu podparciu sama zatrzymała się i chwyciła lepiej. Nuka uderzył ciężko o ziemię.

- Dzięki... NUKA?! – krzyknęła przerażona.

- Nie rób tego więcej. – wyjąkał obolały lew. Leżał u podnóża kopca, w chmurze kurzu.

Hawaa natychmiast puściła się ściany i kilku sekundach była już na dole. Zrobiła to jednak tak zręcznie, z e nie wypuściła żadnego z czterech jaj. Odstawiła swój ładunek na ziemię i podbiegła do lwa.

- Nuka, przepraszam... Co ci jest? – załkała z żalem. Lew wydawał się jednak być cały, nie licząc chwilowego szoku.

- Nic... chyba nic. – odparł, kiedy Hawaa polizała jego twarz. – Nie jestem ranny... na pewno nie tutaj... Ale nie przestawaj, na pewno nie zaszkodzi!

Oba lwu wybuchły śmiechem. Nuka wstał i objął lwicę. Choć ta była silniejsza od niego, od razu poczuła się jak słaby i bezbronny kociak. Nuka był jej opiekunem i nic na świecie nie mogło tego zmienić.

- Przepraszam... chciałam tylko zdobyć dla nas jakiś deser.

- I udało ci się. – odparł Nuka. – Solidna dawka adrenaliny! – Zaśmiał się kolejny raz.

Ona, choć z początku wściekła na siebie, widząc radość Nuki, dołączyła do chichotu.

- No dobrze... może czas skonsumować naszą zdobycz? – zapytała. – Ratując mnie, zasłużyłeś na solidną nagrodę.

- To samo w sobie było nagrodą. – odparł szarmancko Nuka. – Ale oczywiście nie możemy pozwolić, aby takie delicje się zmarnowały.

Podeszli pod sam kopiec, gdzie Hawaa zostawiła jaja, i podzielili się smakowitym trofeum. Choć na Złej Ziemi nawet tak mała porcja jedzenia była skarbem, to oni jedli nie dla zaspokojenia głodu, ale dla przyjemności wspólnego posiłku.

- Teraz jesteśmy prawdziwym stadem. – zauważyła lwica. – Ja zdobywam jedzenie, a ty bronisz mnie w niebezpieczeństwie. Podoba mi się to...

Nuka uśmiechnął się, ale zaraz spoważniał.

- Hawo... muszę o to zapytać. Czy na poważnie planujesz związać się ze mną?

Spojrzała mu prosto w oczy.

- Oczywiście, ze tak. – odparła radosnym głosem. – Kto inny będzie mnie łapał, kiedy spadnę? – dodała zaraz poważniejszym i zdecydowanym głosem. – Kocham cię, Nuka. I widzę, że możesz być że mną szczęśliwy. Więc nad czym się tu zastanawiać, ja zdecydowałam dawno temu. Teraz wszystko zależy od ciebie.

- No właśnie. – westchnął lew i spojrzał w rozgwieżdżone niebo. – Tylko że ja nie wiem, czy ty możesz być ze mną szczęśliwa. – Podszedł bliżej i objął lwicę. Ciągnął dalej. – Jestem synem Skazy... ale nie odziedziczyłem wielu z jego zalet. Nie będę królem. Matka jest zdecydowana. To Kovu pomści ojca.

Ona polizała jego czoło i zastygła w tej pieszczocie. Wiele razy rozmawiali na ten temat i wiele razy zapewniała go o tym samym.

- Daj spokój z Kovu, niech robi, czego od niego wymagają. Ja chce ciebie... nie tron. Wiem, ze byłbyś lepszym królem niż Kovu... Ale jako władca nie miałbyś tyle czasu dla mnie. Ale ja chcę cię jako mojego własnego króla. Nie mam zamiaru dzielić się z innymi lwicami. – Oboje uśmiechnęli się. – Kiedy ta wojna się skończy, mam nadzieję, ze poprosisz mnie, abym została twoją partnerką.

- A ja mam nadzieję, że się zgodzisz. – odparł Nuka. – Po prostu chciałbym móc uczynić cię królową, jak na to zasługujesz.

- Ja jestem królową. – powiedziała lwica. – Naszego małego stada. – Delikatnie popchnęła go w kierunku rzeki. – Chodź wsiąść kąpiel. Jesteś cały w piachu, najjaśniejszy panie!

- Myślałem, że wyczyścisz mnie... hm... bardziej lwim sposobem. – mruknął Nuka zalotnie.

- Jedno nie przeszkadza drugiemu. – zaśmiała się Hawaa. – Ale teraz chodźmy do rzeki. Pływanie po posiłku... no, może nie jest najzdrowsze, ale bywa całkiem miłe.

- Dziękuję za wspaniałą kolację, moja droga. – powiedział Nuka i ruszył za lwicą. Ale jednocześnie myślał intensywnie. „A jeśli mógłbym uczynić cię królową? Jeśli przekonałbym matkę, że jestem godnym tronu? Dostałabyś to, na co zasługujesz, moja pani!”

Lwy dotarły do Rzeki Granicznej i zaczęły baraszkować w płytkiej wodzie tego niemal wyschniętego potoku. Byli do siebie podobni – niemal dojrzali, ale w sercach pozostający beztroskimi kociakami. Nawet twarde życie na Złej Ziemi nie zgasiło iskry ich radości. Żyli życiem, które większość zwierząt uznałoby za prawdziwe piekło. A mimo to syn Złej Ziemi i córka Lwiej Skały cieszyli się tak szczerze, jak potrafili. Z pustymi żołądkami, ale pełnymi sercami.

*

Vitani widziała ich z niedalekiego kopca. Przyszła popatrzyć na gwiazdy, ale zamiast tego trafiła na brata i swoją przyjaciółkę. Oglądała ich z mieszanymi uczuciami. Z pewnością była szczęśliwa, że Nuka znalazł sobie partnerkę. Zawsze martwiła się, że zostanie sam. Młody lew był z pewnością przystojny, swoją oryginalną urodą, ale słabości jego ciała mogły mu przeszkodzić w dorosłym życiu. Vitani cieszyła się, że Hawaa, silna i niezależna lwica tak doskonale uzupełniała się z jej bratem. Z drugiej jednak strony, musiała przyznać, ze im zazdrości. Życie Vitani wypełniał w całości plan Ziry. Nieskończone nauki z Kovu, gdzie czuła się niedostrzeganym workiem treningowym, nigdy nie pocieszanym i nigdy nie chwalonym. Podzielała marzenia matki całym sercem, ale... chciałaby mieć, jak Nuka, też skrawek życia obok wojny stad. Chciała mieć cel, do którego darzyłaby już po wszystkim. Dlatego tak często pytała gwiazd o radę. A te milczały.

Nawet kiedy czuła kojąca obecność nieznanego, a zarazem doskonale znanego ducha, nie słyszała żadnych wskazówek.

- Może to właśnie jest naszym zadaniem? – mruknęła, spoglądając na Nukę i Hawę. – Znaleźć własne miejsce, bez niczyjej pomocy?

Powoli zeszła z kopca i ruszyła w kierunku domu. Cokolwiek zamierzał robić Nuka, ona chciała się tej nocy wyspać.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#4 2017.11.25 16:11

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku II

02 – Gloria victis


A więc Skaza był martwy.

Gdy noc okryła Lwią Ziemię deszczowe chmury rozstąpiły się, a niebo rozbłysło tysiącami gwiazd. Zira biegła przez mokrą sawannę, rozpaczliwie usiłując wypatrzyć na horyzoncie lwice ze Złotego Stada. Ale wydawało się to beznadziejne – one wciąż pewnie błąkały się po zachodnich obrzeżach, wysłane przez Sarabi. Tak, lwica wybrała doskonały moment na zamach stanu – król był osamotniony i odcięty od wszelkiej pomocy. Zira musiała przeszukać olbrzymi obszar równiny, aby znaleźć swoje przyjaciółki. Nie wiedziała co robić, więc zdała się na instynkt. Przymknęła oczy i pędziła za głosem serca.

„Królowie Przeszłości... ratujcie mnie!” wyszeptała w myślach. „Skazo, kochany, pomóż mi!”

Miała szczęście, gdyż tylko cudem minęła w ciemności patrol Lwioziemców, prowadzący na wygnanie Shakisę. Shakisa miała pecha, gdyż nawet nie domyśliła się, że jej siostry mogą zbierać siły do kontrataku. Potulnie poddała się wyrokowi i zgodnie z rozkazem, opuściła swą ziemię. I gdy była żegnana przez groźne pomruki lwic na północnej granicy, Zira pędziła na zachód. Kiedy już deszcz przestał padać, a gwiazdy zabłysły, te wciąż nie mogły wskazać królowej jej drogi. Niemal do świtu, Zira gnała na oślep i na próżno. Wciąż biła się z przytłaczającymi myślami.

„On nie żyje. On nie ŻYJE! ON NIE ŻYJE!” powtarzała łamiącym się głosem. W ciągu jednej doby cała jej życie legło w gruzach. Zmieniło się z ciężkiej, ale chwalebnej roli królowej do losu wygnańca. Ale nawet ta świadomość nie zmąciła myśli lwicy. Myślała z żelazną logiką.

„Muszę znaleźć moje siostry, przekazać im, co się stało i wracać do Nuki i Vitani... jak najszybciej!” myślała trzeźwo, ale i niespokojnie. Straciła już partnera. Utrata dzieci nawet nie mieściła jej się w głowie. Musiała zrobić coś, aby...

- RAMA! – wykrzyknęła Zira, głosem pełnym nadziei i ulgi, gdy na wzgórzu ukazała się dobrze znana sylwetka. Lwica spacerowała beztrosko, ale gdy tylko ujrzała królową, rzuciła się na nią ze śmiechem.

- Zira! – krzyknęła. – Deszcz, moja pani! Jesteśmy uratowani! – Zira podbiegła do przyjaciółki, a ta objęła ją w nagłym przypływie radości. „Spójrz! Woda! Skaza uratował nas wszystkich! – wybuchła kocięcym śmiechem.

- Skaza nie żyje. – wyjąkała królowa, oswobadzając się z uścisku Ramy. Ta zastygła w szoku i spojrzała na władczynie przerażonymi oczyma.

- Ale... jak to?! – powtarzała, zdruzgotana. – Co czym ty mówisz?

- Uspokój się! - krzyknęła Zira, sama niepanująca nad sobą. – Musisz mnie wysłuchać... błagam! – dokończyła niemal chlipiąc. – Był bunt na Lwiej Skale. Simba wrócił z wygnania i zabił Skazę. Hieny zwróciły się przeciwko nam. Oni chcą nas zabić! – Rama usiadła bezwładnie na ziemi, trzęsąc się na całym ciele. Chciała coś powiedzieć, pocieszyć królową, ale ta wciąż mówiła. – Moja droga... musisz zrobić dokładnie to, co powiem. Znajdź nasze lwice i skieruj je do kryjówki kociąt. Tam wciąż są Nuka, Vitani i Yakta. Ja muszę wracać, tak szybko, jak mogę.

- Tak jest, pani! – odparła Rama, odzyskując zimną krew. Nie miała pojęcia kim jest ów „Simba”, ale wiedziała, że było zbyt mało czasu na pytania.

- Idź już! – krzyknęła Zira. – Znajdź Złote i ostrzeż je przed Lwioziemcami. Potem idźcie do kryjówki.

Zanim lwica zdołała zadać królowej choć jedno pytanie, została sama na błocie sawanny. Zira już pędziła ku swoim dzieciom. Tak więc Rama odwróciła się ku zachodowi i rozpoczęła swoją wędrówkę.

- Co się stało? – pytała nocy. – Wszystko szło tak dobrze, deszcz nadszedł... Przeżyliśmy! A Skaza nie żyje? Gwiazdy, miejcie nas w opiece!

*

Nuka płakał, jakby już wiedział, co zaszło.

- Mamo, wybacz... – jęknął, kiedy Zira weszła do jamy. – Powiedziałem ci za późno!

Lwica nie pytała o nic, tylko przytuliła syna i śpiącą córkę. I tak trwali przez kilka godzin, aż Nuka usnął, a niespokojny oddech Vitani zwolnił. Dotyk dzieci uspokoił także samą Zirę i zmusił ją znów do logicznego myślenia. Choć była w szoku, zdała sobie sprawę, ile od niej zależy. Była odpowiedzialna nie tylko za dzieci, ale także za całe stado. Ta myśl wygnała ostatnie płomyki paniki z jej umysłu. Znów była „Żelazną Zirą”, lwicą która przeprowadziła swój lud przez pustynię. Dziś, zamiast pustyni mierzyła się z furią Lwioziemców, ale cel był podobny – przetrwanie.

„Nie wolno mi płakać!” pomyślała. „Jeszcze nie. Mam zadanie do wykonania.”

Kiedy pierwszy promień słońca padł na sawannę, obudziła Nukę.

- Mój malutki... – szepnęła cicho, aby nie przeszkadzać Vitani. – Muszę iść na polowanie.

- Ale przecież Sarabi nam przyniesie... – zbaczał kociak, ale zaraz przypomniał sobie dramat nocy. – Nie, nie przyniesie. Musisz iść.

- Nuka, zostań tu i bądź cicho. Mogą tu przyjść złe Lwice z Lwiej Skały.

- Te, które zabiły tatusia? – zapytał lewek, zaspanym głosem.

Zira zamarła w zdumieniu. Skąd on mógł domyślać się tego? Ale zmusiła się, aby mówić dalej, ciepłym i spokojnym głosem.

- Tak, musimy wystrzegać się Lwioziemców. Reszta stada będzie tu już niedługo, a wtedy wszyscy będziemy bezpieczni.

- Mamo! – jęknął Nuka, który wydawał się być już na dobre rozbudzony. – Ty też musi uważać. Oni chcą skrzywdzić ciebie, przede wszystkim.

- Ciii! Nic mi nie będzie. – odparła. – Ale musze zdobyć cos do jedzenia. Bądź dzielny, Nuka. Pamiętaj, że jesteś synem Skazy!

Polizała jego twarz i pocałowała otwarte usta córeczki. Potem stała i wybiegła na sawannę. Choć była wyczerpana, pędziła szybko. Jej dzieci potrzebowały mięsa, jej dzieci musiały babrać sił, przed ucieczką. Bo Zira była pewna, że niedługo będą musieli uciekać.

*

- No i co teraz? – zapytała Sarafina.

Lwice leżały w głównej Grocie Królewskiej, pomiędzy resztą stada. Świt zbliżał się szybko, a one były przestraszone jego światłem. Bo za dnia należało coś zrobić. Co?

- Nie wiem, Sarafino! – odparła Sarabi szczerze.

- Simba nawet nie wie o istnieniu Złotych... a oni nie wiedzą nic o Simbie. Musimy to wykorzystać, zanim wrócą.

W głosie Sarafiny brzmiał strach, zmieszany z żalem. Lwica wiedziała, że zaczęły coś... większego, niż chciały zacząć. Śmierć Skazy i wygnanie Shakisy stanowiły jedynie początek. Od tamtej nocy, stada musiały stać się sobie śmiertelnie wrogimi.

- Nala powinna poradzić Simbie, aby znalazł i... – zamilkła na chwilę, szukając odpowiedniego słowa. - ...zneutralizował tych przybłędów.

- Sama mu powiedz. – odparła Sarafina. – Simba jest twoim synem. – zauważyła.

- Ale i królem! – powiedziała Sarabi. – Nie możemy mu rozkazywać. To musi być jego wolą. – znów cisza zapadła w jaskini.

- No więc... – odezwała się w końcu niepewnym Sarafina. – Czy powiemy Simbie... całą prawdę?

- A cóż to jest prawda? – zapytała królowa-matka. – Że król ma na głowie co najmniej dziesięć lwic, które mogą spróbować pomścić Skazę? Nie tego się spodziewał, wstępując na tron.

No tak... zgodnie z opowieścią Nali, Simba zdetronizował nie króla, a tyrana. W jej opowieści, Skaza był władcą szalonym i niekompetentnym, wszyscy mieszkańcy Lwiej Ziemi z niecierpliwością czekali końca jego rządów. Ale przecież nie było to prawdą. Sarabi i Sarafina wiedziały, że Złote Stado było gotowe do walki o dziedzictwo martwego króla, zwłaszcza jeśli przewodzić im będzie...

- Zira! – syknęła Sarabi. – Zira poprowadzi je do walki. Musimy temu zapobiec.

Przez kilka minut, w ciemności jaskini nie odezwał się żaden głos, oprócz sennych oddechów śpiących lwic. Żadnego ruchu, tylko rozpaczliwe myśli zagubionych spiskowców.

- Niech Nala zadecyduje. – odezwała się w końcu Sarafina. – Teraz ona jest królową.

A więc dwie przyjaciółki ostrożnie wstały i cicho podeszły do królewskiego łoża. Po kilku dyskretnych szturchańcach, władczyni otworzyła oczy i podążyła za matką i przyjaciółka na zewnątrz.

Sakia słuchała tego od początku. Nie spała, kiedy Sarabi i Sarafina rozmawiały, więc wiedziała, co zamierzają zrobić lwice. Ale nie odezwała się ani słowem.

„Król nie żyje.” Pomyślała. „Wszyscy go zdradzili... ja też go zdradziłam. Jesteśmy zgubieni.” Wybuchła cichym płaczem. “Panie... wybacz mi, jestem zbyt słaba!”

*

Skaza unosił się bezwładnie, w jakimś ciemnym miejscu. Wiedział, że nie żyje, ale to wcale nie ugasiło jego cierpienia. Ból ran znikł, ale zaczął go szarpać ból serca. Prześladowały go straszne obrazy umierającej Ziry i jego dzieci. Czuł przygniatający ciężar odpowiedzialności, za bliskich, pozostawionych na dole. Zawiódł ich.

- Nie, nie zawiodłeś. – powiedział dziwaczny głos. Martwy król słyszał go jednocześnie uszami, jak i całym ciałem. Już miał zapytać, kto do niego mówi, ale rozmówca odezwał się pierwszy.

- Nie mów nic... Jesteś w szoku, nic z resztą dziwnego. Przeszedłeś... na drugą stronę. Unosisz się ku niebu.

- Ja? – zdumiał się w myślach Skaza. – Ja miałbym być Królem z Firmamentu? Ja, który zawiodłem stado i rodzinę?

- Dosyć! – ryknął tajemniczy głos. Miał w sobie coś z dźwięku dorosłego lwa, ale jednocześnie przypominał pisk kociaka. W każdym razie, był potężny i przejmujący. – Zginąłeś jak bohater, ratujący stado i rodzinę. Będziesz jasną gwiazdą nieba, niezależnie od twojego obecnego jęczenia.

- Zira... – wyszeptał Skaza i otworzył oczy.

Ale zrozumiał, że nie ma już oczu.

Patrzył na świat z cienistego ciała ducha. Nie dostrzegał żadnych szczegółów, bo wokół było ciemno. Raczej czuł, niż widział, a czuł, że powoli wznosi się ku niebu.

- Spokojnie! – poradził...

...kociak? Obok zmarłego króla unosił się zielonooki lewek o ciemnym futrze i dobrze znanych rysach twarzy.

- Ojcze?! – wyjąkała Skaza ze zdumieniem.

- A skąd! – zaprzeczył kociak. – Nie jestem twoim ojcem... a stryjem. Jestem Tarki, syn Mohatu i Zauditu. Jestem twoim opiekunem. – Lewek dostrzegł wyraz niedowierzania na twarzy Skazy. – Nie pytaj o zbyt wiele, wiedza sama przyjdzie z czasem. Teraz... musisz mi ufać. Zaopiekują się twoją partnerką i dziećmi. Właściwie, zawsze chciałem ich poznać osobiście, ale poczekam... – wybuchł napadem kocięcego śmiechu. – Kapujesz? Osobiście! Ja, duch! – ale spostrzegł, że martwy król był zbyt zszokowany, aby docenić żart. – No dobra... przepraszam. Będę chronił ich przed stadem Simby.

- To jest moje stado! – uściślił odruchowo Skaza.

- Tak jest... ale znajduję się chwilowo pod zarządem twojego bratanka.

- Zira jest królową! – jęknął Skaza, usiłując spojrzeć na ziemię. Nie było to łatwe, bo cały świat wirował wokoło, przyprawiając martwego lwa o mdłości. „Czy zmarły może mieć mdłości?” zastanawiał się Skaza.

- Zamknij oczy i... nie myśl o niczym. – rozkazał Tarki. – Teraz odchodzę, ale tylko, aby pilnować twoich bliskich. Wrócę niebawem. Zgoda?

Skaza nie odpowiedział. Znów zapadł się z smolisto-czarną dziurę, bez światła, dźwięki, czy nawet myśli. Bycie martwym okazało się niełatwym zadaniem.

*

Pierwszy dzień nowej władzy zapowiadał się dziwacznie.

Oczywiście, musiał być inny niż poprzednie, gdyż zmieniła się pora roku. Deszcz uderzał w ziemię z rozpaczliwą mocą, jakby chciał odpokutować wcześniejsze zaniedbania. Sawanna stawał się kałużą błota, ale lwice, które od niemal trzech lat żyły w ciągłym pragnieniu, tylko radowały się z tej anomalii. Simba stał na tarasie Lwiej Skały i ze zdziwieniem patrzył na stado, tańczące i tarzające się w kałużach.

- Nala... – szepnął do partnerki. – Czy to... normalne?

Nowa królowa uśmiechnęła się i polizał czoło króla.

- Oczywiście, Simba... Cieszą się z twojego powrotu i deszczu. Ty... – na sekundę zawahała się, walcząc z sobą. - ...uratowałeś nas.

Lew spoglądał na królestwo z obawą. Susza i ogień zniszczyły niemal całe bogactwo ziemi, a Simba nie miał pojęcia, jak przywrócić życie sawannie. Już miał podzielić się ta wątpliwością z partnerka, kiedy ta uprzedziła go.

- Simba... jest co, o czym musisz wiedzieć. – W głowie Nali błyskały obrazy z odległej przeszłości: ona ze Skazą, w tych dawnych czasach, gdy wszystko było jeszcze proste, a jej król... „Nie!” ucięła myśli. „To już przeszłość. Nie ma odwrotu. Muszę mu powiedzieć to, to radziła matka.” Więc mówiła dalej. - Skaza przywiódł tu grupę zwolenników... Nie mam na myśli hien, ale inne lwice. – Simba w zdumieniu otworzył usta. – Posłuchaj mnie... Nazywają się Złotym Stadem i są prowadzone przez lwicę Zirę. Z pewnością spróbują pomś... odzyskać władzę. – dokończyła łamiącym się głosem.

Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Ten krąg, raz zaczęty, nie zatrzymywał się sam. Wciąż domagał się kolejnych kłamstw, by toczyć się dalej. Można go było żywić... lub wyjawić prawdę. Całą prawdę.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#5 2017.11.25 16:12

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku III

03 – Wojenne werble


Wygnańcy ćwiczyli.

To nie byłe zwykłe pozorowane walki, a prawdziwa, choć bezkrwawa bitwa, zarządzona przez Zirę. Lwica stała na stoku termiciego kopca i spoglądała na swoje podopieczne na równince poniżej. Dziesięć Złoziemiek zostało podzielonych na dwa zespoły, aby przećwiczyć atak w zwartym szeregu. W ostatecznym boju, wszyscy mieli uderzyć ramię w ramię, oczywiście, oprócz Ziry, dowodzącej z boku oraz Kovu, który zamierzał się dostać... bliżej wroga, niż ktokolwiek inny. Obok Ziry stała Vitani, bacznie przyglądając się treningowi.

- Patrz uważnie, moje dziecko. – szepnęła królowa. – Jeśli coś mi się przytrafi, to ty obejmiesz dowodzenie.

- Tak jest, matko! – dumnie potwierdziła młoda lwica. Ale wzrokiem szukała kogoś, kogo spodziewała się także zobaczyć w szeregu. – Czy Nuka nie weźmie udziału w walce? – zapytała z ciekawością.

- Oczywiście, że weźmie. – odparła natychmiast Zira. – Ale nie w głównym natarciu. Mógłby stać się naszym słabym punktem... – Nagle zdała sobie sprawę, że powiedziała więcej, niż chciała. – Nie chodzi mi o to, że nie dotrzymałby kroku... ale jako syn Skazy jest narażony na szczególnie zajadłe ataki. To mogłaby zniszczyć nasz plan jednoczesnego i równomiernego szturmu. Będzie mnie osłaniał, gdy zaatakuję Nalę. A ty też pójdziesz u mojego boku. – dodała, spoglądając córce w oczy.

- Oczywiście. – przytaknęła Vitani. – Nie zawiedziemy cię, matko!

- To nie mnie nie możecie zawieść. – mruknęła Zira i odwróciła się do Kovu. – A ty, synu... Jesteś gotów?

- Jak nigdy w życiu! – odparł ten. – Nasz taktyka jest doskonała. Nie mam pojęcia, czemu chcesz się bawić w te szpiegowskie gierki. Pod twoim przewodem, zmiażdżymy ich w nawet w otwartym polu.

Zira poczuła się schlebiona, ale zmroziła syna twardym spojrzeniem.

- Nie! Wiem, że jesteśmy słabsi. Simba ma trzynaście lwic...

- Licząc Sarabi, Sarafinę i Sakię. – odparł Kovu z pogardą. – A one są zbyt stare, aby walczyć...

- Nie lekceważ Sarabi! – syknęła Zira z nienawiścią w oczach. – To okrutna wojowniczka. – a ciszej dodała także. – No i ten Tanabi... nic o nim nie wiemy.

Ale wtedy królowa dała sygnał do ataku. Oba szeregi ruszyły ku centrum równinki, z początku powoli, potem rozpędzając się do biegu. Dwie linie spotkały się z sczepiły w bezlitosnym pojedynku. Każda piątka lwica stała się jednym organizmem, walczącym, myślącym i czującym razem. Po pierwszych sekundach szoku, rozpoczęły się mordercze zapasy i próby rozerwania szeregu przeciwnika. W prawdziwej bitwie (przynajmniej, wedle założeń Ziry), walka miała się rozstrzygnąć właśnie w tedy – albo liczniejsi Lwioziemcy starliby atakujących brutalną siłą, albo lepiej wyszkoleni Wygnańcy rozproszyliby wroga i rozbiliby go na małe grupki, wzbudzając panikę. Słabsze i niedożywione lwice ze Złej Ziemi miały tylko jedną szansę – zaskoczyć i przerazić siły Simby. Zira wierzyła, że nie będzie to trudne... pod warunkiem, że ktoś zajmie się wrogim dowódcą.

- Wszystko zależy od ciebie, Kovu. – szepnęła królowa, a w tej samej chwili drugi z szeregów ćwiczących lwic załamał się. Zwycięstwo zdobył zespół Hawy.

- Doskonale! – wykrzyknęła Zira. – Hawo, Dotty, Spotty, Danthi i Ostasi... byłyście świetne! – zostawiła dzieci na skalnym występie i zeskoczyła w dół, do własnego wojska. Najpierw podeszła do przegranej drużyny. – Widziałam, że nie popełniłyście żadnego błędu... One po prostu były dzisiaj lepsze. Ale zasady to zasady... Każda z was ma dziesięciokrotnie przypłynąć Rzekę Graniczną! – rozkazała zwyczajową karę dla przegranych i odwróciła się ku zwycięzcom. – Wspaniale! Jestem z was dumna!

- Dziękujemy, wasza wysokość! – odparła Hawaa, oficjalnym tonem.

- Rozejść się! – poleciła Zira. – To wszystko na dzisiaj. – Kovu i Vitani zeskoczyli z kopca i ruszyli ku Złotej Hali.

- Dziękujemy, pani! – powtórzyły wszystkie wojowniczki, a chwile potem ruszyły za dziećmi królowej. Tylko Hawaa pozostała na polu bitwy.

- A ty... pewnie czekasz na Nukę? – zapytała Zira dociekliwie.

- Tak, pani... – odparła niepewnie młoda lwica. – Czy to ci przeszkadza, wasza wysokość?

Zira wybuchła śmiechem. Podeszła do Hawy i pogłaskała ją po głowie.

- Nie... oczywiście, że nie! – uśmiechnęła się czule. – Jak mogło ci cos takiego przyjść do głowy?

Młoda lwica milczała chwilę, po czym spuściła wzrok ku ziemi. Odpowiedziała cicho.

- Myślałam... że możesz być zła, że zbliżyłam się do twojego syna.

- Zła? Czemu? – zapytała Zira.

- Ja... jestem Lwioziemka. – wyszeptała Hawaa.

- Co?! – warknęła królowa. Chwyciła w łapę głowę lwicy i zwróciła ją ku sobie. Spojrzała w przestraszone oczy samicy i wymruczała groźnie. – Nigdy tak nie mów! – patrzyła na zaskoczenie na twarzy Hawy. – Dopóki chcesz żyć z nami, jesteś Złoziemką sercem i duszą!

- Ale nie krwią... – powiedziała Hawaa ponuro.

- Kim jesteś? – zapytała Zira zimnym głosem. – Kim są oni. – Wskazała na lwice, wchodzące do Złotej Hali. – Kim ja jestem dla ciebie? – a młoda lwica odparła bez wahania.

- Jestem Złoziemką. To moje stado. Jesteś moją królową, Ziro!

Władczyni uśmiechnęła się i nagle uścisnęła młodszą lwicę. Wybuchła śmiechem, widząc jej zakłopotanie.

- Tylko to muszę o tobie wiedzieć! Jesteś jedną z nas i cieszę się z tego. – cofnęła się kilka kroków i znów spojrzała na twarz poddanej. – Nigdy nie waż się mówić, że nie jesteś stąd. Chcesz być z nami?

- Oczywiście!

- Podzielasz nasze marzenia? – pytała Zira.

- Wiesz, że tak!

- Kochasz nas?

- Całym sercem!

- A więc jesteś jedną z nas... I nie ważne, gdzie się urodziłaś. – podeszła do skalnej ściany i wskoczyła na niską półkę skalną. Tam usiadła i spojrzała w dół, na Hawę. – Czy pamiętasz dzień, gdy do nas dołączyłaś? Ja pamiętam go doskonale... – zmrużyła oczy, przywołując wspomnienia. – Nigdy nie uważałam cię za gorszą, z powodu twojego pochodzenia. A już w chwili, gdy sprzeciwiłaś się władzy Simby, wiedziałam, że będziesz jedną z nas. Jesteśmy do siebie takie podobne... Wyglądamy inaczej, nawet myślimy inaczej, ale czujemy to samo. Radość z bycia wolnymi... żal po tych, co odeszli. Jesteśmy Złoziemcami! – zawołała w pustkę wąwozu. – Nasz duma, to nasza siła! A ty masz tą siłę w sobie!


[Piosenka „W serce spójrz”. Melodia tajemnicza i poważna. Rytm werbli w tle.]

[Zira stoi na półce skalnej, jakieś dwa metry nad powierzchnią równinki i Hawą. Młodsza lwica patrzy na nią z podziwem. Zira wskazuje na Hawę.]

Zwrotka:

W serce spójrz, dziecino ma
Jesteś jak na skale kwiat

[Kuca i wskazuje mały, skalny kwiatek. Zbliżenia na łapę królowej. Głaszcze roślinę.]

Pełen mocy, twardo trwa
Choć go nie chce wściekły świat

[Próbuje wyrwać kwiat ze skały, ale ten trzyma się mocno. Puszcza go...]

Tam gdzie serce, korzeń twój
Wiesz skąd rośniesz, skąd się plenisz

[...i wskazuje na szczelinę skalną pod spodem, gdzie widać korzenie rośliny.]

Wiesz, że żaden walki znój
Cię nie wyrwie z naszej ziemi

[Zeskakuje do Hawy i delikatnie trąca ją w bok. Obie ruszają w stronę rzeki, spoglądając na Lwią Skałę w oddali.]

Refren:

Masz to, czego braknie im
Jesteś, kogo nie chcą znać

[Zira prowadzi, Hawaa idzie za nią. Schodzą z klifu, wciąż oglądając się w kierunku Lwiej Skały na południu.]

Bo w ich wierszu psujesz rym

Mając czelność dumnie stać

[Na słowo „czelność” Zira zatrzymuje się. Na słowo „dumnie” odwraca do lwicy, a na słowo „trwać” podnosi łapę i zaciska pięść.]

Wiele siły w sercu masz
I nią krzyczysz dziś bez słów

[Wskazuje na rzekę w wąwozie poniżej i śpiewa z dumą.]

I w swej dumie zawsze trwasz
Słuchasz tylko własnych snów

[Obie wskazują do wody i dołączają do lwic, które ćwiczą brodzenie w silnym nurcie.]

Zwrotka:

Spójrz na siebie, na mnie spójrz
Widzisz węzeł ten siostrzany?

[Z trudem kroczą w wartkim nurcie, obok zmęczonych lwic. Żadna z nich (ani Zira, ani Hawaa, ani piątka przegranych.) nie wygląda na wściekłą, a raczej na dumną z własnych postępów.]

Gdy idziemy przez dni znój
Który razem pokonamy

[Wychodzą na drugi brzeg i wspinają się na klif.]

W naszych sercach jedna krew
To krew marzeń i nadziei

[Zira znów wskazuje Lwią Skałę, łapą z wyciągniętymi pazurami.]

Wyśpiewamy świata zew
A ich niechby diabli wzięli!

[Zaciska pięść, jakby coś chwytając. Uśmiecha się złowieszczo.]

Refren, śpiewają już razem:

Mamy to, czego braknie im
My, których oni nie chcą znać

[Zwierzęta z Lwiej Ziemi uciekają w popłochu, widząc Złoziemki.]

W wierszu ich psujemy rym
Mając czelność dumnie stać

[Na słowo „czelność” pięć lwic, które właśnie wyszły z rzeki, dołącza do chóru.]

Wszyscy:

Siła w naszych sercach gra
I nią krzyczymy dziś bez słów
I w tej dumie przyjaźń trwa
Pędzi szlakiem własnych snów

[Piosenka kończy się operowym zaśpiewem całego chóru. Zira trzyma łapę na sercu.]


- Świetna robota, dziewczyny! – uznała Zira, patrząc na wyczerpane, ale wciąż pełne zapału, lwice. – Wracajcie do domu i odpocznijcie! – drugi zespół ruszył ku rzece i zaczął płynąc z powrotem ku domowi. Królowa patrzyła na to z klifu, dumnym spojrzeniem. – Moje stado... NASZE stado! – poprawiła się. – Skaza byłby dumny... pewnie jest z was dumny, patrząc z gwiazd. – westchnęła i spojrzała na Hawę. – Wracaj już... Nuka powinien być już w Złotej Hali. Ciekawe, co złapał tym razem... – uśmiechnęła się do własnych myśli i dodała. – Co za bałagan... Lwice ćwiczą się w walce a lew poluje. Na prawdę różnimy się od tych arogantów, tam... – wskazała Lwią Skałę, a potem ruszyła w dół, ku rzece.

- Ziro? – zagadnęła niepewnym głosem Hawaa.

- Tak, moja droga?

- Ja... kocham Nukę. – zaczęła nieśmiało. – I kiedy to wojna się skończy...

- ...będę miała synową. Raczej nie uda ci się mnie zaskoczyć. – dokończyła Zira pogodnym głosem. Weszły do rzeki i rozpoczęły bród.

- I nie masz nic przeciwko temu? – chciała się upewnić Hawaa.

- Oczywiście, że nie! – brodząca płynąca królowa. – Cieszę się, że jesteś z Nuką tak blisko. I sądzę, że Skaza też byłby zadowolony. – Dotarły do drugiego brzegu i wyszły z wody. – Ale mam nadzieję, że wiesz, iż to Kovu, zgodnie z wola Skazy, będzie dziedzicem Lwiej Skały. – dodała nieprzeniknionym głosem.

- Tak, pani... Mnie wcale tron nie obchodzi... – dodała jednak ciszej. – Ale Nukę tak.

Zira zatrzymała się i odwróciła do lwicy. W jej oczach nie widać było gniewu, a raczej żal.

- Wiem... ale nic na to nie mogę poradzić. Nuka nie może wyzwać Simby. W pojedynku nie miałby szans. – podeszła do Hawy i odjęła ją ze współczuciem. – Moja droga... Nuka ma wiele zalet, o czym wiesz sama... ale brutalna siła do nich nie należy. Czyż nie? – zapytała retorycznie. – To Kovu zabije Simbę i w ten sposób odzyska tron dla rodziny. A Nuka... jako dziedzic mojego tytułu, władcy Złotych Piasków, będzie traktowany i poważany jako członek rodu królewskiego.

- Wiem. – przytaknęła Hawaa. – Jeśli to zadowoli Nukę i je będę zadowolona.

Ale ta rozmowa miała jeszcze jednego słuchacza. Nuka, siedzący na półce niedalekiego kopca termiciego, usłyszał niemal każde słowo matki i ukochanej. Patrzył na nie ze smutkiem, ale i rosnąca determinacją.

- Hawo, moja droga... – szepnął. – Będziesz królową! To ja zabiję Simbę i zostanę dziedzicem ojca... – spojrzał na Zirę, zmierzająca ku złotej Hali. – I pokażę ci, matko, kto jest twoim najwierniejszym dzieckiem. Tylko dajcie mi szansę!

*

Lwice z Lwiej Skały właśnie wracały z polowania. Był to szczęśliwy dzień, gdyż drużyna Nali powaliła dwie dorosłe gnu, co zapowiadało wielką ucztę dla stada. U podnóża skały, zostały powitane przez tych, którzy zostali w domu – starsze lwice, samego króla i jego dzieci.

- Część mamo! – krzyknęła Kiara i polizała królowa po policzku. Nala upuściła truchło gnu i objęła córkę.

- Cześć, moje słonko. Jak ci minął dzień.

- W sposób nadspodziewanie spodziewany. – mruknął Tanabi, młodszy brat księżniczki. Młodociany lew wyglądał na znudzonego i zirytowanego. – Polowaliśmy na najstraszniejsze robale, jakie znał wujek Timon. – królowa podeszła do syna i spróbowała polizać jego także, ale ten wyśliznął się. – Uważaj, wciąż jestem cały w błocie.

Nala uśmiechnęła się i polizała go więc po placach, udając, że chce go wyczyścić jak kociaka. Tanabi aż zadrżał ze wstydu. Ale jego matka, ignorując ten gest, zwróciła się ku Simbie i polizała partnera.

- Królowie Przeszłości pobłogosławili nam. – powiedziała. – To było dobre polowanie.

Dwie lwice z drużyny wciągnęły zdobycz na skałę, a reszta stada ruszyła ku jaskini. Wszyscy, z wyjątkiem królowej i Tanabiego.

- Mamo... możesz chwilę poczekać? – poprosił książę. Lwica spojrzała na syna i usiała w oczekiwaniu, gdy reszta lwic wchodziła już na zbocze. – Mamo... chciałbym cię o coś prosić.

- Tak, wiem – zaśmiała się lwica. – Już nigdy nie będę cię myła na oczach stada...

- Mamo... ja musze polować. – powiedział lew.

Nala patrzyła na niego ze zdumieniem. Tanabi był już niemal trzyletnim młodzieńcem, z na pół wyrośniętą grzywą, ale sercem buntowniczego kociaka. Tym jednak razem wyglądał na całkowicie poważnego i zdeterminowanego. Ta głupia prośba wydawała się być dla niego na prawdę ważna.

- Co takiego? – zapytała królowa.

- Pozwól pomagać wam w polowaniu. – poprosił Tanabi pokornym głosem. – Ja się tu duszę! Tata nie pozwala mi chodzić z nim na zwiady, Kiara nawet nie chce ćwiczyć walki... Całe dnia spędzam z wujkiem Timonem i wujkiem Pumbą. Z całym, należnym im szacunkiem, nie chce stać się pół-surykatką i pół-guźcem!

- Tani! O czym, ty mówisz? – zaśmiał się Nala, ale dostrzegła śmiertelnie poważny wyraz na twarzy syna. – Polowanie nie jest rolą lwa... – pogłaskała jego grzywę.

- Tak, wiem. Rolą lwa, jest rządzić, albo być wygnanym ze stada. – Nala zmarszczyła brwi, słysząc gorycz w głosie dziecka. – Ale ja i tak już zamieniłem się rolami z Kiarą. Tata mówi, że to ona przejmie władzę, więc ja chciałbym chociaż poudawać, że jestem przydatny w stadzie.

- Oj, Tanabi... – mruknęła królowa, wciąż głaszcząc go po głowie. Jednocześnie jednak, patrzyła gdzieś na horyzont. – Żyjemy w ciężkich czasach... Ojciec mówi, że wojna z Wygnańcami wybuchnie niedługo. Musimy być gotowi do walki. To dlatego tak się o was martwimy. Ale obiecuję, że kiedy to się skończy, wszystko będzie inaczej.

Tanabi odskoczył to tyłu i spojrzał na matkę z irytacją. Odparł, napiętym głosem.

- Ja tego nie rozumiem. Ty i tata wciąż nas straszycie tymi legendarnymi Wygnańcami. Już od dzieciństwa... Nigdy żadnego nie widziałem i chyba nieprędko zobaczę. Przed czym my drżymy? Przed duchami! Czemu tata nie skończył z tym raz na zawsze? – zapytał z gniewną ciekawością. Nala westchnęła i ruszyła ku pobliskiemu pagórkowi. Syn poszedł za nią.

- Mój drogi... to nie jest takie proste. Wygnańcy, którym przewodzi Zira, nienawidzą nas. Chcą wygnać nas z tej ziemi.

- A ja chce być królem. – odparł Tanabi. – Ale co z tego? Skoro jeszcze nie spróbowali walki, to znak, że są słabi.

- No wiec co byś zrobił na miejscu ojca? – zapytała Nala.

- Cóż... – książę zastanawiał się kilka sekund, po czym odparł pewnym głosem. – To co byłoby konieczne. Zaproponowałbym im kapitulację na honorowych warunkach, a jeśli by się zgodzili, przyjąłbym chętnych do stada. Jeśli nie... cóż, opornych wygoniłbym dalej, tak aby już nigdy nam nie zagrozili. – spojrzał na matkę, czekając na odpowiedź. Ale ta milczała, więc mówił dalej. – Swoją drogą, to niezwierzęce, trzymać ich tak blisko naszej żyznej sawanny i nie pozwalać im polować, ani korzystać z naszych wodopojów. Życie na Złej Ziemi, podczas pory suchej, musi być straszniejsze, niż możemy sobie wyobrazić.

Nala zatrzymał się na szczycie i usiadła na ziemi. Tanabi spoczął obok niej i spojrzał na północ.

- Och, Tanabi... nie wiesz o czym mówisz. – odparła królowa. – Wiem doskonale, czym jest głód. W czasie rządów Skazy, głodowaliśmy niemal trzy lata. I jeszcze ta susza...

Lew zmarszczył brwi i zaskoczony zapytał.

- Susza? Tata mówił, że głodowaliście, bo hieny kradły wszystkie zdobycze...

- No tak... z resztą nie ważne. – mruknęła Nala. – Chciałam tylko powiedzieć, że wiem, czym jest głód i pragnienie. Ja cierpiałam niedostatek z powodu błędów Skazy...

- ...i suszy. – dodał Tanabi.

- Tak... i suszy. Ale oni... – wskazała na odległe Złe Ziemie. - ...cierpią na własne życzenie. Gdyby Zira złożyła hołd ojcu, nie zostaliby wygnani.

Tanabi oglądał tajemniczy widok na horyzoncie. Krajobraz wydawał się przerażający, ale jednocześnie piękny. Złote skały i gigantyczne kopce termicie nawet z tej odległości zapowiadały przygodę. Podmuch suchego wiatru z północy sprawił, że lew poczuł suchy pył w gardle. „Kim oni są?” zapytał w myślach. „Żyją w tamtym piekle, tylko po to, aby być blisko Lwiej Ziemi.” Dodał na głos.

- Dlaczego ojciec nie przekonał ich, aby żyli z nami?

„Bo sam ich wygnał.” Pomyślała gorzko Nala, budząc powódź dawnych wspomnień. Ale szybko odpowiedziała spokojnym głosem. – To byłoby na nic. Zira to wrodzona nienawiść. Nigdy nie pokłoniłaby się królowi.

- A reszta jej stada? – dopytywał się książę.

- Także mają zatwardziałe serca. – stwierdziła królowa.

- Wszyscy? – zdumiał się lew. – Muszą mieć ku temu dobry powód... albo przynajmniej wierzyć, że go mają... Czemu wspierali Skazę?

- Niech ci o tym opowie ojciec. – zaproponowała Nala. Słowa syna wyciągnęły z zakamarków pamięci bolące wspomnienia... i poczucie winy.

- Ale mamo! Taty tu wtedy nie było! Wiesz znacznie więcej od niego!

- Król wie lepiej. – ucięła królowa. – Zawsze!

- Cóż... – mruknął Tanabi. – To już wiem, czemu musze gnić w tej dusznej jaskini, kiedy wy polujecie. Bo król wie. Szkoda, ze jestem zbyt głupi, aby pojąć tę mądrość. – dokończył z gniewem i odwrócił się.

Ruszył biegiem ku Lwiej Skale, a Nala została na szczycie. Ale nawet nie zauważyła zniknięcia syna. Obrazy z przeszłości zasnuły jej umysł. Po raz pierwszy, od czasu wygnania Złoziemców, wspominała dzieciństwo. I to nie ten wcześniejszy okres, gdy jako mały szkrab bawiła się z Simbą, ale czas późniejszy.... Kiedy wierzyła, że znalazła ojca. Bała się takich myśli, uważając je niemal za zdradę Simby, ale... „Nalo... Mam partnerkę i syna, ale to nie jest przecież jedyna rodzina jaka mam. Wy wszyscy jesteście moimi krewnymi i przyjaciółmi. Jestem królem i chciałbym żebyś traktowała mnie jak ojca... Nawet jeśli nie udaje mi się być dobrym ojcem. Ale chcę... staram się.” Powiedział kiedyś Skaza. Kiedy to było? Nala pamiętała, że w tych dniach była wyczerpana, spragniona i głodna... ale również szczęśliwa i spokojna. I gdyby historia potoczyłaby się inaczej...

- NIE! – szepnęła i potrząsnęła głową, jakby chciała strącić wspomnienia. – Dokonałam słusznego wyboru. Simba jest królem i nic tego nie zmieni!

Ruszyła za synem.

*

- Co za uczta! – uśmiechnęła się Hawaa, patrząc na zdobycze Nuki.

Były to dwie mangusty, dziesięć pustynnych szczurów i tyleż samo przepiórek skalnych. Ale w wykrzyknieniu lwicy nie była ironii – dla Złoziemców taki posiłek był wspaniałością. Oczywiście, to miała być tylko zakąska po treningu, a na prawdziwe polowanie mieli ruszyć wszyscy, o zmroku. Jednak ta drobna dawka energii po morderczym wysiłku była konieczna.

Złoziemki leżały przed wejściem do Złotej Hali, odpoczywając i gawędząc cicho. Tylko Nuka chodził pomiędzy nimi, podając posiłek. Ponieważ nie ćwiczył, na tle reszty wydawał się wcieleniem wigoru i siły. Lwice przyjmowały przekąskę, kiwając głowami ze szczera wdzięcznością.

- Wybaczcie, że nie znalazłem nic więcej, ale pora sucha chyba wysmażyła wszystkie gryzonie w okolicy. – stwierdził. Przechodząc obok matki, szepnął jej do ucha. – Ale gdyby Kovu mi pomagał, upolowalibyśmy dwakroć tyle. – Zira udała, że go nie słyszy.

Kiedy posiłek był skończony, wszystkie lwice udały się do hali, aby choć trochę przespać się przed wyjściem na polowanie. Tylko Nuka i Hawaa zostali na zewnątrz. Lew podszedł to lwicy i delikatnie skubnął ją zębami za uchem.

- Chodź, mam dla ciebie deser. – ruszyła za nim, ale zaraz zapytała z niepokojem.

- Ale Nuka... nie powinieneś rozdzielić go dla wszystkich?

- Zachowałem go, dla prowadzącej zwycięską grupę. – uśmiechnął się Nuka.

- Wczoraj, kiedy przegrałam, powiedziałeś, że ci którym idzie gorzej, powinni się lepiej odżywiać. No i dałeś mi dodatkową porcję. – zauważyła.

- Złapałem ją w nadgodzinach. Chodź!

Dotarli do niewielkiej niecki, niedaleko Złotej Hali. Była to ich tajna kryjówka, jeszcze z dzieciństwa, ostatnio znów używana często. Na dnie zagłębienia leżały kolejne trzy przepiórki. Nuka podsunął je lwicy z szarmanckim uśmiechem.

- Dziś to ja funduje obiad.

Trzy przepiórki później leżeli na skale, obejmując się. Hawaa niemal zasnęła, znużona wysiłkiem i utulona przez lwa. Nuka tylko mruczał zadowolony, nagle jednak szepnął, poważnym głosem.

- Hawo... Matka mówiła, że Kovu zostanie królem, bo to on zabije Simbę... tak? – nie czekał na odpowiedź, ale ciągnął dalej. – Więc... gdyby się okazało, że ktoś inny pomści Skazę... może on odziedziczyłby tytuł króla?

Hawaa otworzyła oczy, zdumiona tą myślą. Wiedziała jednak, do czego zmierza Nuka.

- Tylko pomyśl... Może ta osoba zaskoczy wszystkich, robiąc coś, czego nikt się po nim nie spodziewa?

Lwica myślała ze strachem, ale i z nadzieją: „On tak chce być królem... i ja tego chcę, bo go kocham. Gdybym tylko była  wstanie pomóc....”

A Nuka mruczał w myśli w tej samej chwili: „Tron! A po co mi sam tron? Ale to jedyne droga, aby pokazać Hawie, ile jestem na prawdę wart! Muszę wymyślić sposób, jak zabić Simbę. Dla ciebie, mamo, abyś wreszcie była ze mnie dumna.... I dla ciebie, Hawo... Zasługujesz, aby być królową!”


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#6 2017.11.25 16:14

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku IV

04 – Wietrzni Wędrowcy


Lwia Ziemia graniczyła na północy ze Złą Ziemią. Na północnym zachodzie rozciągała się Wielka Pustynia, a na północnym wschodzie rosła Potężna Dżungla. Na zachód od lwiego królestwa leżała sawanna, nieco bardziej sucha od żyznych traw wokół Lwiej Skały, ale patrząc dalej na południe, można było dostrzec, jak równina stawała się coraz bardziej podmokła, aż zmieniała się w Bagna Południowe. Na południowy wschód od Lwiej Ziemi ciągnął się ten sam pas żyznej sawanny, niknący gdzieś za horyzontem. Ale co było na dalszym wschodzie? Cóż, niemal nikt z Lwiej Ziemi nie interesował się dotychczas geografią odleglejszych okolic. Jedynie zwiad Złotych Lwic, wysłany za panowania Skazy odkrył masyw zielonych wzgórz, sięgający dalej, niż widziały zwiadowczynie. Pomimo piękna, wzgórza nie były żyzne i nie miały mieszkańców. Dotychczas.

- No proszę... - mruknął rudogrzywy lew o ciemnoszarym futrze. – Co my tu mamy... Całkiem miłe miejsce na postój! – odwrócił się do towarzyszy. W promieniach wschodzącego słońca, szczyt wzgórza błyszczał głęboka zielenią. Wyglądał kusząco, zwłaszcza dla wyczerpanych wędrowców. – Panowie, to będzie nasz nowy dom! – mówca prowadził trójkę młodszych lwów. Dwaj a nich wyglądali niemal identycznie, z brązowymi grzywami i piaskowymi futrami. A trzeci, nieco mniejszy i chyba młodszy, miał ciemniejszą karnacje i smolistoczarną grzywę. Cała trójka uśmiechnęła się na słowa wodza, a bliźniaczo podobne lwy odparły:

- Brzmi nieźle, szefie.

- Tak... – rudogrzywy zwrócił się do ciemnego lwa. – A co ty myślisz, Amini?

- Pięknie tu, Horen... – odparł ten, z nutką niepewności w głosie. – Ale nie widzę stad zwierzyny ani źródeł wody...

Przywódca, nazwany Horenem, wybuch śmiechem i podszedł to dwóch pozostałych lwów.

- Daki, Laki... słuchajcie go tylko! – wskazał na Aminiego. – Jest najmłodszy, ale ma głowę na karku! Patrzy na to co ważne... nie zachwyca się tą dekoracją, tylko myśli, co będziemy jeść.

- Jeśli jest taki mądry... – zaczął pierwszy lew.

- ...to na pewno coś wymyśli. – dokończył drugi i obaj roześmieli się.

- Dajcie spokój! – syknął Horen. Odwrócił się ku Aminiemu. – No, nasz proroku... Gdzie są zwierzęta?

Ciemny lew obserwował równinę w skupieniu, po czym podrapał się łapą za uchem.

- Teraz... Nigdzie. – odparł, zamyślonym głosem. – Może jakieś niedobitki pozostałej populacji. Ale... – spojrzał ku niebu. – Po tak obfitych deszczach, stada z pewnością powrócą z wyschniętych bagien... – wskazał na południowy zachód. - ...bo te znów stały się bagnami. No i przyjdą tam, na sawannę.

Bliźniaczo podobne lwy spojrzały się na siebie, a potem na towarzysza.

- Skąd... – zaczął Daki

- ...wiesz? – dokończył Laki.

Amini uśmiechnął się i wskazał na zachodnią równinę.

- Bo wszystkie smakowite zdobycze żyją ta sawannie. Czemu? Bo na równinie łatwiej im uciekać, a nam trudniej się podkradać. A od kiedy bagna stały się niebezpieczne... – zamilkł, wpatrując się w jakiś punkt na horyzoncie. Podniósł łapę, aby osłonić oczy od słońca. – Spójrzcie! Góra... a przynajmniej wielka skała. Jeśli żyje tu jakieś stado lwów, to na pewno mieszka tam.

Horen położył się na ziemi i zamknął oczy. Lew był śpiący z powodu całonocnej wędrówki, więc odparła zaspanym głosem.

- Nie ważne... Nie będziemy zadzierać z żadnym stadem... Znacie nasze zasady! – jego kompani pokiwali głowami. – Żadnych stad, żadnej walki o przywództwo. Jeśli nas nie chcą, nie wpychamy się. – uśmiechnął się do niepoważnej myśli. – No, chyba że stado nie ma króla i są tam same panienki. Wtedy możemy rozważyć przyjęcie zaproszenia. – Cała czwórka zachichotała. – Ale jeśli zobaczymy, że jest tam już władca, trzymamy się z dala.

- A co z jedzeniem? – zapytał Daki

- I piciem? – dodał Laki. Horen ziewnął, znudzony.

- Zobaczy się później. Teraz radzę wam spać. Za kilka godzin przekonamy się, co tu można upolować. Jestem pewien, że ci ze skały nie obrażą się za jedną zebrę mniej... A tym czasem... – znów ziewnął. – Dobranoc, panowie... To znaczy: właściwie już: dzień dobry, ale chodzi mi o... – zgubił myśl i ziewną po raz kolejny. – Nie ważne. Muszę uciąć sobie drzemkę. – już po chwili spał.

Jego towarzysze postanowili pójść za przykładem wodza.

*

- Ech, to nie ma sensu. – mruknął Simba z irytacją. – Wracamy!

Prowadził pościg lwic, ale uznał, że nikogo nie doścignie. Po dwóch dniach poszukiwań, znaleźli tylko kilka Złotych, niemal złapali dwójkę z nich, ale sprytne lwice zdołały wyrwać się z zasadzki. Więc wieczorem trzeciego dnia swoich rządów, król ocenił, że dość już poszukiwań. Sawanna była mokra, a bieganie stanowiło męcząca udrękę. W dodatku, Simba miał dość nerwów tego pościgu. Chciał odpocząć... A po kilku godzinach snu, zaszyć się gdzieś, sam na sam z Nalą, z dala zarówno od wrogiego, jak i własnego stada. Chwila spokoju... tego czego mu było trzeba.

- Jesteś pewien? – zapytała Nala, niepewnym głosem.

- Tak, kochanie. – odparł król. – Nie wiem, co zrobiły ci te lwice, że tak się na nie uwzięłaś, ale obiecuje, że jeśli któraś z nich wróci, nauczę ja respektu wobec królowej.

- Tak, oczywiście... – przytaknęła Nala, ale wciąż szukała wzrokiem niewidocznego wroga. – Dziękuję.

Simba zatrzymał się i zwrócił ku partnerce. Polizał jej policzek i szepnął.

- To już przeszłość... Tylko przeszłość. Nie wróci już nigdy.

Potem odwrócił się ku reszcie lwic, przebiegających obok i zaryczał. To był sygnał do odwrotu. Więc cała drużyna z Lwiej Skały ruszyła ku domowi. Złote były bezpieczne... na razie.

*

- Mamo? – zapytała Hawaa, kiedy grupa Simby wchodziła do jaskini.

- Tak, moja droga? – Kilia od razu zaczęła myć córkę językiem.

- Czy skończyliście już polować? – kotka spojrzała na lwice dociekliwym spojrzeniem.

- Póki co, tak. – odparła matka, dziwiąc się ciekawości córki.

- Ale nie widzę tu cioci Ziry i pana króla... – Kilia natychmiast zasłoniła usta Hawy własną łapą. – HMM? – wymamrotała kotka. – Mamo, co ty robisz? – powtórzyła, gdy lwica puściła ją.

- Ciszej, moje dziecko. – szepnęła ta. – Musisz mnie uważnie posłuchać. – Schyliła się ku uchu córki. – Mamy teraz nowego króla.

- Ale co się stało z panem Skazą? – zapytała kotka, przestraszonym głosem. – Gdzie się podziały te śmieszne pieski, który żyły obok domu?

Kilia chwyciła córkę w zęby i ruszyła ku wyjściu. W progu niemal wpadła na wchodzącego Simbę. Lwica pochyliła głową, a Hawaa zapytała nieśmiało.

- Cześć! Nie znam cię. Ale może wiedz gdzie są... – urwała, gdy poczuła, iż matka trzęsie nią gwałtownie. – Mamo, to boli! – pisnęła.

Ale Kilia tylko ruszyła po klifie ku tylniej jaskini Lwiej Skały.

- Mamo! – szepnęła Hawaa. – Czy to nie jest jaskinia króla Skazy i cioci Ziry? Mogę się obrazić, jeśli tam wejdziemy.

Lwice jednak weszła bez wahania i położyła córkę na królewskim łożu. Spojrzała w oczy kotki.

- Wybacz, kochanie, ale to było konieczne. – powiedziała. – Musze wytłumaczyć ci kilka rzeczy... – westchnęła, nie wiedząc, od czego zacząć. – Król odszedł.

- Gdzie odszedł? – zapytała Hawaa.

- Bardzo daleko. I królowa Zira też... razem z hienami.

Źrenice kociaka rozszerzyły się, a Kilia dostrzegła wzbierające łzy.

- Ale... ciocia Zira nie poszłaby nigdzie, nie żegnając się ze mną! Nie, nie wierzę w to! Nie wierze, że poszła bez Nuki!

- Nuka tez musiał odejść. – powiedziała Kilia, czując chłód w gardle. Nie zdawała sobie wcześniej sprawy, jak bardzo jej córka zżywa się z wygnańcami.

- JA CHCE SIĘ BAWIĆ Z NUKĄ! – załkała Hawaa i wybuchła płaczem. Lwica przytuliła dziecko i znów westchnęła. Nie wiedziała, co mówić dalej.

- Moja kochana... Musieli stąd odejść, bo Skaza zrobił coś bardzo złego.

- Nie prawda! Był dla nas taki dobry! – Kilia nie odpowiedziała, czekając, aż jej córka skończy płakać. – A jeśli nawet, to dlaczego poszła też ciocie Zira i Nuka? – spojrzała w oczy matce i powiedziała z niespodziewaną powagę. – Ale jak to było możliwe? Pan Skaza jest naszym królem i to on ocenia, czy ktoś zrobił dobrze, czy źle! – jednak zaraz potem znów zaczęła łkać.

- Mamy teraz nowego króla. – powiedziała lwica. – Ma na imię Simba.

- JA NIE CHCĘ SIMBY! – krzyczała Hawaa. – JA CHCĘ PANA SKAZĘ, CIOCIE ZIRĘ I NUKĘ! – a potem dodała ciszej. – No i tego miłego pieska, który cały czas się uśmiechał.

- Ciszej, dziecko... proszę! – jęknęła Kilia i zaczęła lizać córkę.

Po kilku minutach zmęczona kotka usnęła. Więc Kilia chwyciła ją w zęby i ostrożnie wyniosła z jaskini. Sakia mogła więc już wstać.

Lwica była tam przez cały czas, schowana za łożem zmarłego króla. Przyszła nad ranem, aby ukryć swój własny płacz i kryła się nadal, kiedy zjawiła się matka  z córką. Słuchała, a jedyną rzeczą, na jaką miała ochotę, to dołączyć do łkania dziecka. Kotka wyraziła dokładnie to, co kryło się w sercu lwicy. Z jedną tylko różnicą – ona miała odwagę krzyczeć głośno, a Sakia dusiła skargi w sobie. „O, Skazo!” jęknęła w myśli. „Zasłużyłeś na lepszych poddanych ode mnie!” Wstała, dyskretnie polizała łoże zmarłego monarchy i wyszła z jaskini. Ktoś mógł zauważyć jej nieobecność.

*

Nuka leżał w jamie, przytulony do Vitani. Jedyną lwicą, która z nimi została, była stara Rama, strzegąca królewskich kociąt. Ale i ona była tak cicha, że syn Skazy czuł, jak jego opiekunka drży w duchu.

- Czemu milczymy? – zapytał szeptem.

- Aby oni nas nie usłyszeli. – odparła Rama. Nuka postanowił nie drążyć tematu, kim są owi <oni>, tylko zadać następne pytanie.

- Gdzie jest mama?

- Wróci niebawem. – odparła Rama, wzdychając i przytulając Nukę i śpiąca Vitani. – Szuka pomocy. Będzie, kiedy znajdzie kogoś, kto nas ochroni.

- Czyli nie wracamy na Lwią Skałę? – dopytywał się lewek.

- Nie. – potwierdziła lwica. – Przynajmniej nie teraz.

- Ale... – to było już zbyt wiele dla kociaka. – Musimy tam iść po Yaktę i Hawę! Nie możemy ich zostawić na pastwę tych brutali, którzy zabili tatusia! – jęknął i rozpłakała się.

- Cicho, mój mały! – szepnęła lwica ze strachem. – CICHO! Oni mogą usłyszeć! – płacz zamilkł, jak ucięty nożem. – Przepraszam, ale musimy uważać. Kiedy wasza mama przyprowadzi pomoc, wrócimy na Lwią Skałę i odbijemy Hawę i Yaktę. Ale teraz, musisz być dzielny i nic nie mówić.

Nuka pokiwał głową i mocnej przytulił się do łapy lwicy. Chlipał jeszcze kilka minut, po czym zasnął, niespokojnym snem. Rama odetchnęła z ulgą, ale zaraz znów pogrążyła się w przerażających rozmyślaniach.

„O, Gwiazdy!” modliła się w duchu. „Pomóżcie Zirze! Pomóżcie nam wszystkim! Potrzebujemy cudu i to szybko. Królowie Przeszłości... ratujcie nas!”

Tarki stał tuż obok, choć oczywiście Rama nie mogła go widzieć. Podszedł do leżących i usiadł, wpatrując się w załzawione oczy lwicy. Podparł głowę łapą i mruknął.

- Łatwo mówić, paniusiu... trudniej zrobić. Jeśli masz jakieś pomysły, słucham uważnie.

Na zewnątrz znów lunął deszcz.

*

Ciężkie krople deszczu obudziły śpiące lwy. Pierwszy otworzył oczy Amini... aby zaraz uznać, że nadal śni. Przed sobą ujrzał najpiękniejszą lwicę, jaką kiedykolwiek widział. Pomimo deszczu... a może dzięki niemu jeszcze bardziej... futro nieznajomej zdawało się lśnić czystym złotem na tle szarozielonej trawy. Widział jej idealne rysy twarzy, pełne zdecydowania spojrzenie i tajemnicze, czerwone oczy, które wpatrywały się w niego z wyrazem ciekawości... i nadziei? Amini, jako wędrowny lew, wypędzony z własnego stada, nie miał pojęcia, czego może oczekiwać od niego ta niezwykła lwica. Nieśmiało otworzył usta i zapytał.

- Kim jesteś, pani?

Oblicze nieznajomej było wykrzywione ze zmęczenia i wysiłku, ale na głos lwa, uśmiechnęła się nieznacznie. Amini aż wypuścił powietrze z płuc.

- Kimś, kto potrzebuje waszej pomocy. – wyznała lwica. – Wszystkie potrzebujemy waszej pomocy.

Dopiero teraz lew dostrzegł, że złotofutra piękność nie przybyła sama. Za nią stała grupa lwic, równie zmęczonych i niespokojnych. Niektóre z nich były poranione, ale wciąż gotowe, aby w razie potrzeby skoczyć przyjaciółce na pomoc.

- Niech mnie ubiją! – ziewnął Horen. – Najpierw susza, potem powódź. Krąg Życia wymaga jakiegoś wycentrowania. – wędrowny lew otworzył oczy, aby ujrzeć dziewięć lwic, stojących na szczycie wzgórza. Natychmiast wstał i odwrócił się ku nowoprzybyłym. – Daki, Laki... wstawajcie. – syknął.

Złota lwica podeszłą do wędrowców, stając tuż obok najmłodszego z lwów. Spojrzała badawczo na drużynę, skupiła spojrzenie na Horenie, potem znów zwróciła się do Aminiego.

- jestem Zira, królowa Złotych Piasków i Lwiej Skały. A to moje stado. – wskazała na przyjaciółki za jej plecami.

- No to fajnie. – odparł rudogrzywy. – My jesteśmy drużyna Wietrznych Wędrowców, a ja nazywam się Horen. Co was tu sprowadza?

- Jestem Amini, moja pani! – dodał młodszy lew. Lwica uśmiechnęła się.

- Nie wiem, Horenie, kto tu rządzi, ale to Amini ma maniery godne przywódcy...

- Prowadzi nas Horen, pani. – powiedział Amini pokornym głosem.

Bliźniaczo podobne lwy wstały i spojrzały na gości.

- Spójrz, Laki. – mruknął Daki.

- No, całkiem miła pobudka. – odparł Laki, patrząc na lwice.

- No tak... – dodał Horen. – To są bracia, Daki i Laki. Skoro się już znamy, to może zdradzisz nam, czego szukasz?

Amini rzucił wściekłe spojrzenie na wodza, potem znów spojrzał na Zirę.

- Co się stało? Widzę, że niektóre z was są ranne... – spostrzegł ranę na uchu Ziry i inne obrażenia Złotych Lwic. – Jak możemy wam pomóc?

Deszcz wzmógł się, a trawa pod ich stopami powoli zmieniał się w błoto. Na twarzach nowoprzybyłych malowało się wycieńczenie. Tylko Zira stałą prosto i pewnie, acz w jej oczach uważny obserwator dostrzegłby błaganie od choć godzinę snu.

- Chodźmy się gdzieś schronić. – zarządził Horen. – A ty... – mruknął do Ziry. – Powiedz coś więcej.

Tak więc mieszana grupa lwic i lwów ruszyła w dół zbocza. Niedaleko od szczytu rósł samotny baobab, który nie wiedzieć czemu, zdobył krajobraz na takiej wysokości. Więc powoli, lwice z ogólnego wyczerpania, a lwy z lenistwa, szli pod rozłożyste konary drzewa. Już na miejscu stłoczyli się na niewielkiej, osłanianej od deszczu przestrzeni, a Zira, Horen i Amini podeszli do samego pnia. Królowa wdrapała się do sporej szczeliny w  drewnie i stamtąd spojrzała na wędrowców.

- Wiec... przybyłyśmy tu, aby znaleźć pomoc. Wierzę, że Gwiazdy kierowały naszymi krokami, bo natrafiłyśmy na was tak szybko.

- Tia... – przerwał Horen. – Tylko czemu mnie Gwiazdy nie raczyły uprzedzić?

- Ciii! – syknął Amini. – Daj jej mówić. – Wodza zaskoczyła bezczelność jego podopiecznego, ale umilkł.

- Znalazłyśmy was. – ciągnęła dalej Zira. – Jesteśmy Złotym Stadem ze Złotych Piasków, ale po opuszczeniu naszej ojczyzny, udaliśmy się na Lwią Ziemię. A tam... zawarłam przymierze z mieszkańcami Lwiej Skały, poprzez poślubienie króla Skazy Mądrego. – Słysząc to, Amini nieświadomie zmarszczył brwi. – I dzięki mądrości i odwadze mojego partnera, przetrwaliśmy Wielką Suszę. Zostałam matką królewskich dzieci... – Amini niechcący świsnął wydychanym powietrzem. - ...i królową Lwiej Ziemi. Ale to wszystko skończyło się, wraz z nadejściem uzurpatora. Simba, bratanek Skazy, wróciwszy z wygnania, zabił mojego ukochanego. – Ciemny lew przełknął ślinę. – A potem złamał przymierze stad, wypędzając nas z domu szukamy waszej pomocy, aby odzyskać należne nam dziedzictwo i pomścić zmarłego króla... – dodała cichszym i błagalnym głosem. – Musimy wrócić na Lwią Skałę. Mamy na utrzymaniu dwójkę królewskich kociaków, a jedna z naszych sióstr jest trzymana jako zakładniczka. Proszę... pomóżcie nam!

Amini wpatrywał się w oczy Ziry, ale Horen i bracia spoglądali na siebie niepewnie.

- Czy nagroda jest standartowa? – zapytał Daki

- Ręka królowej i pół królestwa? – dodał Laki i odwrócił się ku bratu. – Jejku, to kiepski interes. Po jednej ósmej królestwa na łepka.

- No i trzeba by podzielić królową... – dodał Daki. Bliźniacy wybuchli, jak na komendę, radosnym śmiechem, choć dwa dyskretne kopniaki autorstwa Aminiego szybko ich uciszyły.

- Wiem, że to trudne zadanie. – powiedziała Zira, spoglądając na Horena. – I nie mogę wam obiecać niczego, poza jednym. Prawdziwym domem.

Wędrowcy spojrzeli po sobie, nawet Amini oderwał wzrok od królowej i zwrócił się ku przywódcy. Horen poczuł niepokój. Był wściekły, że lwice naciskały na niego i jego kompanów, ale z drugiej strony, słowa <dom> szarpnęło dawno zaśniedziałą strunę w jego duszy. Od kiedy został wygnany z własnego stada („Och, Gwiazdy, kiedy to było? Trzy lata temu?”), nie słyszał tego wyrazu. Miejsce, które było jego miejscem? Dla wędrowca i wygnańca była to kusząca obietnica.

- Horen! Czy nie tego właśnie szukaliśmy? – szepnął Amini.

- Pomóżcie nam przywrócić sprawiedliwość i zdusić bunt. – dodała Zira. – A będziecie żyć z nami, jako dobroczyńcy i obrońcy stada.

- Proszę... – jęknęła Doria, wpatrując się w oczy Horena.

- Musimy... się naradzić. – oznajmił wódz i skinął głowa na kompanów. – Panowie, na zewnątrz! – rozkazał.

Czwórka lwów wyszła spod baobabu i odeszła koło stu metrów od drzewa. Deszcz niemal przestał padać, więc spacer nie był aż tak nieprzyjemny. A propozycja lwic rozgrzała serca i umysły wędrowców. Usiedli w kręgu na błotnistej trawie i zaczęli chaotyczna naradę.

- Słyszeliście? – wykrzyknął Amini. – Właśnie na to liczyliśmy, co nie?

- Szefie, te panienki są na prawdę cudowne. – uśmiechnął się Daki.

- A i ta skalna chałupa niczego sobie... przynajmniej widziana z tej odległości. – zauważył Laki.

- Poprosiły nas... musimy pomagać lwicom w potrzebie. – dodał Amini.

- Cisza! – huknął Horen. – Panowie, spokojnie! – ale w jego własnym głosie brzmiało podniecenie. Podniósł łapę, aby skupić uwagę kompanów. – Musimy myśleć logicznie. Spójrzcie tylko. Są tak zdesperowane... Tak! – zwrócił się ku Aminiemu, który chciał mu przerwać. – Są zdesperowane. Widziałem ich rany i strach. Są wyczerpane, obolałe i przybite utratą przyjaciółki. Jeśli to, co mówi, ta tak zwana <królowa>...

- To jest królowa! – wykrzyknął Amini. – Widać to w jej oczach.

- No dobrze... – ciągnął wódz. – Gdybym był taką królową, powiedziałbym wszystko... obiecałbym każda rzecz, aby nas zainteresować i zachęcić do działania. Ale musimy zadąć jedno pytanie: w czyim interesie nadstawiamy karki?

Amini syknął, zdumiony. Patrzył ma swego przywódcę i przyjaciela, lwa którego podziwiał, od czasu kiedy ten uratował go dwa lata wcześniej. Ale wtedy lew odkrył, że dzielny i mądry Horen stał się... po prostu Horenem, bez jego aury wzoru i autorytetu.

- Horen! Nie wierzę... – szepnął czarnogrzywy. – Odmawiasz im pomocy? Na gwiazdy, to są wygnańcy! Gdzie się podziało twoje poczucie solidarności?

- Szacuje zyski. – odparł wódz. – Oraz szuka niebezpieczeństw. – zwrócił się ku braciom. – A wy... Co o tym myślicie?

- Bo ja wiem... – mruknął Daki, po krótkim zastanowieniu. – Jeśli im pomożemy...

- ...znajdziemy w końcu dom! – dokończył Laki. – Ryzykowna gra, ale nagroda wysoka.

Horen wpatrywał się w podopiecznych, zdruzgotany. Po raz pierwszy, jego decyzja została zakwestionowana. To było coś nowego i bolesnego dla dumnego lwa. Był twórcą i opiekunem drużyny Wietrznych Wędrowców. Znalazł, przygarnął i wychował trójkę wygnanych lwów, czyniąc ich, kim byli w tamtej chwili. Nie spodziewał się sprzeciwu.

- Musimy im pomóc! – wykrzyknął Amini. – To sprawa naszego honoru.

Horen uśmiechnął się gorzko. „Honoru?” pomyślał. „Czy ty wiesz, dzieciaku, czym jest honor? Czym jest honor dla wyrzutka? Może ta <królowa> wie, ale my nie. Jesteśmy wędrowcami... szukającymi... Czego my właściwie szukamy?” zapytał bezgłośnie i odkrył, że w jego duszy jakiś głos woła, aby pomógł Zirze.

- Cóż... – powiedział powoli. – Załóżmy, że się zgodzimy. Ale co dalej? Nie wiemy, przeciwko komu stajemy, ani... – nie zdołał dokończyć, bo Amini rzucił mu się na szyje i ścisnął z radością.

- Wiedziałem, że się zgodzisz! – zawołał, niczym mały kociak. – Wreszcie znaleźliśmy dom! – odwrócił się ku bliźniakom. – Chodźcie, powiemy Zirze, że wchodzimy w to!

Po czym ruszył ku baobabowi, a bracia pobiegli za nim.

„Demokracja to wróg rozsądku.” Mruknął Horen i niechętnie podążył za przyjaciółmi.

*

O zmierzchu cała grupa schodziła ze wzgórz, ku kocięcemu schronieniu. Bliźniaki rozmawiały z lwicami, które wyraźnie były zachwycone nowoprzybyłymi, a Amini szedł na przedzie z Zirą. Horen wlókł się na końcu, obserwując ze strachem, jak urok samic opanował jego drużynę.

- Ten chłopak wpadł po same uszy! – mruknął, widząc Aminiego, adorującego królową wzrokiem.

- A więc, moja pani... – mówił czarnogrzywy lew z szarmanckim uśmiechem.

- Moja pani? – zdziwiła się Zira. – Miło to słyszeć, ale nie obrażę się, jeśli od czasu do czasu, nazwiesz mnie po prostu <Zirą>. – uznała królowa.

- Więc... Ziro... – powiedział Amini, jakby upajając się samym dźwiękiem tego imienia. – Dokończysz swoją opowieść? Chciałbym wiedzieć o tobie jak najwięcej... no wiesz... żeby wiedzieć, jak mogę pomóc.

Zira już wcześniej wyczuła te zauroczone spojrzenie. „W co ja się wpakowałam?” pomyślała. „Czy mam prawo wykorzystać jego i jego przyjaciół? Skazo, co mam robić?” znów spojrzała na lwa, aby stwierdzić, że czarnogrzywy jest na prawdę przystojny. „Słodki facet... i ma chyba dobre serce. Nie powinnam go w to wciągać. To nie jego bajka.” Ale zaraz odpowiedziała, gdyż Amini czekał.

- To długa historia, a najważniejsze jej wydarzenia już wam streściłam. Życzysz sobie więcej szczegółów?

Lew spuścił wzrok ku ziemi i odparł niepewnym głosem.

- Nie... nie mów, chyba że sama chcesz. Bardzo mi przykro, z powodu twojego partnera. – dodał ciszej. Zira zmarszczyła brwi, ale po chwili się uśmiechnęła.

- Dziękuję... – odparła ze szczera wdzięcznością. – Masz rację. To spadło na mnie tak szybko, że wciąż nie mogę w to uwierzyć. Wybacz mi, moje szorstkie zachowanie. Od tamtego czasu czuje się jak ktoś zupełnie inny. Jakby... – zamilkła na chwilę, niepewna, czy może podzielić się ta myślą. Ale zachęcające spojrzenie Aminiego przemogło. – Jakby stara Zira umarłą tamtej nocy, a nowa jeszcze się nie narodziła. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek się narodzi.

- Nie wiem, co powiedzieć. – mruknął ciemny lew. – Jestem pewien tylko jednego: jeśli będę w stanie ci pomóc, zrobię to.

Zira, nie zwalniając, nachyliła się do jego ucha i szepnęła.

- Dziękuję, Amini. Już pomagasz.

*

- Tak... – mruknął Tarki, spoglądając na ten dziwaczny kondukt z nieba. – Skaza powinien być zadowolony. Znalazłem Zirze opiekuna, a być może i nowego partnera, tak jak mój bratanek chciał. – zastanawiał się chwilę, obserwując czarnogrzywego lwa. – Oczywiście, pod warunkiem, że on ją przekona, aby zaniechała swej zemsty. Musimy przywrócić sprawiedliwość i ład, ale nie siłą. – skierował swe oczy ku wyższemu firmamentowi, gdzie zostawił śpiącego Skazę. – Mój chłopcze, pokażę ci, jak załatwiamy takie sprawy na górze. Mawiamy, że sprawiedliwość zawsze zwycięża i zwycięża szybko... Tylko, że jako Królowie Przeszłości, mierzymy czas pokoleniami.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#7 2017.11.25 16:15

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Jeszcze wykopałam rozdział V ;)

Królowa Piasku V

05 – Echa przeszłości


Cicha noc zapadła nad Złota Halą.

Pierwsze dni pory deszczowej minęły, przynosząc Złoziemcom ulgę. Polowania stały się znacznie łatwiejsze, a słońca, zazwyczaj palące niemiłosiernie ziemie, coraz częściej chowało się za ciężkimi chmurami. Noce stały się nieco chłodniejsze, a przez to spokojniejsze i przyjemniejsze. A koszmary się skończyły. Zira cierpiała wcześniej od sennych mar, zwłaszcza w najgorętsze noce pory suchej. Ale gdy przyszły deszcze, koszmary odeszły. Może to z powodu pogody, ale kto wie, może wygnała je świadomość lwicy, iż jej plan już działa? Nie ważne, liczyło się to, że Zira spała smacznie.

Wcześniej trapiły ją obrazy umierającego Skazy i krzyki przyjaciół, których pożegnała już dawno temu. Twarze Ramy, Dorii i Vii, a także wspomnienie płaczu Yakty. Ale tamtej nocy śniła inny, być może zabawny i nieprawdopodobny, ale z pewnością przyjemny sen. Z początku o Skazie. Ale nie o ostatnich chwilach, o walce z tymi przeklętymi hienami i o śmierci króla, ale widziała obrazy z dalszej przeszłości. Niepokój na twarzy Skazy, kiedy pierwszy raz się spotkali. Zaskoczenie, kiedy wyznała, ze go kocha. I radość, kiedy przytulał ją i nowonarodzonego Nukę. Radosne przebłyski ze szczęśliwej przeszłości. Odeszły, ale tak delikatnie, jak zachodzi słońce. A potem widziała inne wspomnienia. Ona z Nuka i Vitani, a potem... Amini? Zira nie myślała o Aminim od długiego czasu. Ale w tamtym momencie naszło ją kojące wspomnienie jego oddania i troskliwości, kiedy była w ciąży z Kovu. Amini coś do niej mówił, ale nie zrozumiała ani słowa. Zapewne znów ostrzegał. On cały czas ostrzegał i prosił o ostrożność, kiedy żył. Czemu sam nie potrafił tej ostrożności zachować? Ale to i było ważne – i ten sen rozwiał się delikatnie, zostawiając czuły smak w kącikach ust. Zira obudziła się.

Musiało być nieco po północy, co lwica zauważyła, widząc światło księżyca, przesiąkające przez szczeliny kopca. Wstała i spojrzała na swoje stado. Wszyscy leżeli na miejscach... oczywiście, oprócz Nuki i Hawy. Zira uśmiechnęła się. Kiedy odkryła, że Nuka znalazł oddaną partnerkę, poczuła wielką ulgę. Uważała, że była to dla syna szansa, na ułożenie sobie życie obok Wojny Stad i jej trudów. Wiedziała, że jej najstarsze dziecko nie miało szans, aby pokonać Simbę... ale gdyby zdecydował się założyć własne stado? W Złotych Piaskach? Po sześciu latach odłogu, jej stara ojczyzna powinna była być gotowa do ponownego zamieszkania. Więc Nuka mógł tam osiąść, z lub bez Vitani (Zira nie była pewna, na czym zależy jej córce) i żyć jak prawdziwy potomek królewski. A Hawaa... Królowa kochała tę lwiczkę jak własne dziecko. Za jej niezwykłego ducha, który prowadził ją od kocięctwa. Młoda kotka sama wybrała swoje stado. Był to brawurowy krok w nieznane, wybór pomiędzy dobrobytem wśród zdradzieckich Lwioziemców, a twardym życiem na Złej Ziemi. Zdecydowała dołączyć do stada Ziry i cierpieć te same niedostatki, które cierpieli wszyscy Wygnańcy. Jedyną nagroda za takie poświęcenie, była miłość i szacunek w nowej rodzinie. Niby niewiele, a wystarczyło. Lwica wybrała słusznie.

Wiec Zira położyła się znów do snu, bez żadnych obaw, czy strachu. Pomyślała, że jej syn i jej ulubienica są gdzieś razem, na nocnej wycieczce. Technicznie rzecz biorąc, miął rację, ale...

*

Hawaa skradała się po sawannie, podążając za sylwetką lwa. Musiała być ostrożna, aby pozostać niezauważoną. Nuka, choć słaby, jako wojownik, był urodzonym zwiadowcą. Jego lekkie ciało mogło czaić się bezgłośnie, a zwinność pomagała mu się poruszać nie trącając trawy i innych roślin. Więc lwica była zmuszona do uważania i na to, aby nie spostrzegł jej nikt z mieszkańców tej ziemi, i na to, aby nie odkrył jej Nuka. On nie widział, że mu towarzyszyła, myślał, że idzie zupełnie sam.

Był to głęboki zwiad na Lwiej Ziemi, być może wypad pod samą Lwią Skałę. Ryzykowne zagranie – Simba nakazał zabijać każdego Wygnańca, który ośmieliłby się wejść w jego ziemie. Oczywiście, lwice Ziry przekraczały Rzekę Graniczną notorycznie, aby polować na północnych obrzeżach sawanny. Ale nigdy nie zbliżały się do siedziby uzurpatora. Pojedynczy zwiadowca mógłby tylko uciekać, zauważony przez siły Lwioziemców. Ale byłby to przypadek wyjątkowo nieszczęśliwy – póki co, Nuka szedł tak zgrabnie, że Hawaa bała się tylko własnych błędów.

Ale co Nuka zamierzał? Lwica nie wiedziała, a nawet przypuszczała, iż także lew do końca nie wie. To był właśnie zwiad, sprawdzenie czy istnieje szansa dotarcie do Simby. A jeśli nie istnieje, to sprawdzenia innych pomysłów. Hawaa modliła się w duchu, aby Nuka nie wykazał nadmiaru fantazji.

Lew biegł pewnie, znając trasę. Lwica słyszała historie o jego i Vitani wycieczkach pod samą Lwią Skałę. Po każdej takiej próbie, Zira strofowała dzieci, ale w głębi duszy była dumna z ich odwagi. Tylko Kovu nie próbował takich podchodów – jego ciężka i umięśniona sylwetka czyniła go miernym zwiadowcą. Hawaa doskonale wiedziała, że prawdziwą wartość lwa ciężko ocenić na pierwszy rzut oka. Tak było kiedyś z Mufasą i Skazą... i tak było z Kovu i Nuką. Wierzyła, że ukryta siła zawsze zwycięża.

Nuka zatrzymał się u podnóża Lwiej Skały. Lwica stanęła, przerażona. Śledząc lwa, nawet nie zauważyła, jak daleko się zapuścili. A teraz stali obok jaskini lwa... tego złego lwa.

Nuka wszedł na wąską ścieżkę, prowadzącą na taras skały, a Hawaa zastygła w miejscu, ważąc w sercu straszny dylemat. Wiedziała, że nie była tak zwinna, aby wspinać się bezgłośnie. Wchodzenie na wysokie kopce, gdzie liczyła się siła i wytrzymałość, było czymś zupełnie innym, niż podchody na krętych podejściach Lwiej Skały. Ale zostawić Nukę samego? Jeśli by poszła za nim... „Nie! Narażę i siebie i jego. Nie mogą nas usłyszeć!” zadecydowała. Więc patrzyła na wspinającego się Nukę. Lew dotarł na taras i zniknął jej z oczy na kilka minut (najdłuższych minut w życiu Hawy), po czym ruszył z powrotem w dół. Bezszelestnie schodził z góry, niosąc w pysku jakiś ciężar. Lwica nie dostrzegła, czym był ładunek, ale ten musiał być ciężki dla słabego lwa.

Hawaa przywarła do ziemi, aby nie zostać dostrzeżoną. Odczekała, aż Nuka przejdzie obok, a potem podążyła za nim. Tym razem, było już łatwiej. Lew szedł wolniej, zapewne z powodu swej zdobyczy. A po jakimś czasie, lwica odkryła dziwną, ciemną plamę na trawiastej ścieżce. Schyliła głowę, powąchała i...

...w ostatniej chwili powstrzymała krzyk. To była krew.

„Och, na Gwiazdy!” pomyślała. „On jest ranny!” i ruszyła biegiem. Jednak już po paru krokach, zatrzymała się. „Ty idiotko!” szepnęła bezgłośnie.” To krew zebry. Nuka niesie truchło zwierzyny.” Powróciła do ostrożnego chodu, akurat na czas, gdyż Nuka odwrócił się do tyłu, jakby szukając pościgu. „Uff... było blisko.” Pomyślała, wstając z ziemi.

Chwilę później dostrzegła kolejną plamę krwi, a potem jeszcze następną, jakby Nuka celowo znaczył tę trasę. Na Hawę spłynęło oświecenie. „Znaczy ścieżkę krwią... ale czemu? Zabrał mięso z Lwiej Skały, a to zostanie na pewno dostrzeżone przez lwice Simby.... Wiem!” krzyknęła w myślach. „Oni zaczną przypuszczać, że okrada ich jakiś padlinożerca. Odkryją ślady, Simba ruszy tropem... Och, na Gwiazdy!” jęknęła w duszy. „Ale co Nuka zamierza zrobić dalej?”

Minęli Północny Wodopój, a potem weszli w strefę graniczną. Zmierzali ku Cmentarzysku Słoni. Czy Nuka chciał się zaczaić na Simbę właśnie tam? To byłby genialny plan... pod warunkiem, że Simba zostałby tam zabity. Hawaa czuła, że Nuka ma na myśli coś więcej, trzyma w zanadrzu jeszcze kilka kart. Lew skręci nagle ku Rzece Granicznej i dobiegł tam, pewnym krokiem. Przestał znaczyć ścieżkę, zapewne zadowolony z wcześniejszego działo. Trop był widoczny i jednoznacznie sugerujący cmentarz. Lwioziemcy zapewne będą podejrzewać grupę hien, które wróciły do dawnej siedziby. Ale mięso przecież zdobył Nuka.

- Nie! – mruknął lew i cisnął udziec do wody. – Nie jestem złodziejem! Ani ścierwojadem!

W pierwszym odruchu, Hawaa chciała się rzucić do rzeki za smakołykiem, ale po chwili uspokoiła żołądek.

„Nuka jest zbyt dumny, aby żywić się ze stołu Simby... Prędzej poświęci noc na polowanie, niż przełknie kęs od wroga.” Truchło odpłynęło z wartkim prądem, a Nuka sam skoczył do wody i zaczął płynąc ku Złej Ziemi. Chwile później, dotarł do drugiego brzegu. Hawaa musiał odczekać chwilę, aby przeprawić się niezauważona, więc położyła się na trawie, przymknęła oczy. Tak, aby odpocząć chwilkę...

*

Zira, Hawaa i Nuka nie jako jedyni nie spali tej nocy. Sarafina miała straszny sen. Najpierw ujrzała czarnogrzywego lwa, podobnego do Skazy, który jednak z pewnością nim nie był. Mówił coś okropnego, ostrzegał przed czymś, ale Sarafina nie zrozumiała ani słowa. Obudziła się, zlana zimnym potem i trzęsąca się w gorączce. Wyślizgnęła się z jaskini i ruszyła ku północy. Nie wiedziała nawet gdzie idzie, chciała tylko uspokoić myśli. Tak doszła nad samą Rzekę Graniczną.

Było to niebezpieczne miejsce i dla Lwioziemca i Wygnańca. Dla Lwioziemca, bo Wygnańcy zapuszczali się tu często, a dla Wygnańca, bo wciąż był to teren Simby. Stara lwice nie zdawała sobie sprawy, gdzie idzie, aż...

*

Hawaa podskoczyła, kiedy lwia stopa nadepnęła jej na ogon. W pierwszym odruchu, wyciągnęła pazury i zamachnęła się na niewidocznego wroga. Zasnęła, a to zazwyczaj był śmiertelny błąd dla zwiadowcy. Postanowiła jednak, zabrać ze sobą ku gwiazdom tak wielu prześladowców, jak wielu mogła.

- Giń, Lwioziemko! – zawołała i uderzyła.

Schował szpony w ostatnim momencie. Gdyby spóźniła się o sekundę, jej pazury rozprułyby gardło Sarafiny w jednym, za to śmiertelnym, ciosie.

- Sarafina! – szepnęła. Wiedziała, że ten moment zawahania mógł ją kosztować życie. Ale nie mogła zabić dawnej opiekunki, nie w ten sposób. Może na polu bitwy, w szlachetnym boju twarzą w twarz. Ale nie w nocy, w przypadkowej potyczce. A ponieważ nie dostrzegła innych Lwioziemców, młoda lwica uspokoiła się.

- Kim... – jęknęła Sarafina, oszołomiona szarżą Hawy i dotykiem cudzej łapy na gardle. – Hawaa?! – wyszeptała z niedowierzaniem. – To niemożliwe... Ty nie żyjesz!

- Jeśli nie masz ze sobą wsparcia, chyba jakoś ujdę z życiem. – odparła młoda lwica z triumfalnym uśmiechem. Nagle, schyliła głowę i polizała lwicę po czole. – Dobrze znów cię widzieć, ciociu Sarafino!

*

Nuka usłyszał okrzyk Hawy i stanął przerażony. Był już wysoko, na drugim brzegu, na wzgórzach oddzielających Złą Ziemię od rzeki. Ale słysząc głos ukochanej, rzuciła się znów ku wodzie, i już po chwili płynął w kierunku Lwiej Ziemi. Wiedział, że jeśli lwica wpadła w łapy stada Simby, jest już za późno na wzywanie pomocy. Jedyne co mógł zrobić, to działać sam. „Chyba po raz pierwszy w życiu, żałuję, ze nie ma tu Kovu!” pomyślał i z desperacją wyskoczył na drugi brzeg rzeki. Podniósł głowę do góry, ale nie słychać było odgłosów walki, ani wezwań o pomoc. Nie wyczuł stada Lwioziemców, a słyszał jedynie... cichą rozmowę.

- Jak to możliwe? – zapytał głos starej lwicy. Nuka przywołała wspomnienia wszystkich lwów z Lwiej Skały i uznał, że może to być Sarafina, matka samozwańczej królowej. „Ale co Hawaa może mieć z nią wspólnego?” zapytał rozbieganych myśli. Podkradł się bliżej rozmawiających i przykucnął w krzakach.

- Co jest możliwe? – zapytała ironicznie Hawaa. – Że żyję? Może nie jestem Złoziemką z krwi, ale potrafię być twarda, jak oni. Przetrwałam bitwę... bo moje nowe stado mnie uratowało! – wzięła głęboki oddech i ciągnęła dalej, nie ukrywając dumy. – A kto to zrobił konkretnie? Jeśli chcesz wiedzieć, syn Skazy, Nuka. Był wtedy tylko kociakiem, a znalazł w sobie więcej odwagi i współczucia, niż całe twoje przeklęte stado!

Nuka, czekający w ukryciu, porzucił myśl o odsieczy. Zrozumiał, że Hawie nic nie groziło. Sarafina była starą lwicą, z pewnością znacznie gorszą w walce od młodej Złoziemki. A w dodatku, zdawała się nie być wroga wobec jego ukochanej. „No tak...  Hawaa urodziła się na Lwiej Skale. Jeśli ta Lwioziemka była dla niej dobra... to ma u mnie dużego plusa!” zastanawiał się, czy nie wycofać się dyskretnie, aby nie słyszeć prywatnej rozmowy. Ale zdecydował się zostać, nie z ciekawości, ale z obawy. Słaba czy mocna, Sarafina była Lwioziemką.

- My... sądziliśmy, że nie żyjesz! – wyszeptała przestraszonym głosem stara lwica. – O, Hawo... tak mi przykro...

- Daruj sobie. – przerwała młodsza. – To odległa przeszłość.

- Moja droga... – mówiła Sarafina. – Ale wyrosłaś... Jesteś piękną lwicą... ale wydajesz się być taka krucha i chuda...

- To takie niezwykłe? – zapytała Hawaa. – Życie na Złej Ziemi nie rozpieszcza. Walczę tu o każdy kęs.

- Złej Ziemi?! – wykrzyknęła Sarafina z niedowierzaniem. – Żyjesz na Złej Ziemi?

- Żyję tam, gdzie jest moje miejsce. Razem z moimi dobrodziejami i opiekunami.

- Ale urodziłaś się na Lwiej Skale... – szepnęła starsza lwica, zrozpaczonym głosem. – Tam jest twoje miejsce.

- Owszem. – mruknęła Hawaa. – Urodziłam się na Lwiej Skale.

- A więc wrócisz do nas? – zapytała Sarafina z nadzieją.

Cisza zapadła w dolinie rzeki, a Nuka zamarł. Był nawet zbyt przerażony, aby myśleć, ale jakieś głosy w jego głowie krzyczały przeraźliwie. Hawaa mogła wrócić na Lwią Ziemię. Do żyznej i bogatej krainy, gdzie żaden lew nie głodował, a za to żył w luksusie. Mogłaby zapomnieć o jej stadzie... i o Nuce. Ona mogłaby...

Wtem śmiech zabrzmiał nad sawanną. Hawaa wybuchła niepohamowanym chichotem, a nawet upadła na ziemię, co Nuka poczuł po delikatnym wstrząsie. Śmiała się dobra minutę, zanim wydusiła z gardła pierwsze słowa.

- Ja?! – znów parsknęła ze zdumieniem i musiała znów opanować emocje. – Sarafino... Ty niczego nie rozumiesz! Ja się nie zgubiłam! Odeszłam z własnej woli!

- Co takiego? – jęknęła zszokowana lwica. Zamilkła, a Hawaa wciąż chichotała. W końcu, młodsza z lwic powiedziała poważnie.

- Ciociu Sarafino... Zdecydowałam się, aby opuścić Lwią Skałę i dołączyć do Ziry z własnej woli. Nikt mnie nie porwał, nikt mnie nie zachęcał. Po prostu już nie mogła żyć pośród was, po tym co zrobiliście Skazie i jego rodzinie. Mam nadzieję, że nie musze tłumaczyć ci więcej.

- Ależ Hawo... My ciebie kochaliśmy... kochamy nadal! – jęknęła matka królowej.

- Doprawdy? – mruknęła lwica z ironicznym zaskoczeniem. – Ale gdybym była dzieckiem Złotych, skazalibyście mnie na pewną śmierć, poprzez wygnanie. Czyż nie?

- Nie. Nigdy byśmy nie...

- Powiedz to Yakcie! – syknęła Hawaa, płonąc gniewem. – Powiedz to cioci Shakisie! I powiedz to Nuce, Vitani i wszystkim tym, których skazałaś na głód i tułaczkę.

- Hawo, to było konieczne! – wykrzyknęła Sarafina, ale Złoziemka znów się zaśmiała.

- Ciociu... powiem ci, co jest konieczne. – odparła złowieszczym głosem. – Konieczne jest przywrócenie prawdy i sprawiedliwości. Konieczny jest powrót prawdziwej królowej na Lwią Skałę. Konieczne jest, aby pokonać wszystkich buntowników, a nawet zabić ich, jeśli nie okażą skruchy! – Nuka dostrzegł, że Hawaa podeszła do Sarafiny i nachyliła się nad jej uchem. – Ponieważ kiedyś kochałam cię, jak najdroższą opiekunkę, dam ci radę: kiedy zacznie się bitwa, padnij na ziemię i krzycz: <Skaza był prawdziwym królem Lwiej Ziemi, a ja pokłonie się jego potomkom!> A wtedy, to ty wypróbujesz naszej litości... uczucia, którego dla nas zabrakło! – jeszcze ciszej dodała. – Wstawię się za tobą, jeśli zdołam..

Starsza lwica przymknęła oczy z wrażenia i cofnęła się kilka kroków.

- To nie możliwe... moje dziecko... wróć ze mną.

- Nie, Sarafino. Nigdy nie wrócę do stada Simby. – odparła z dumą. – Ale ty możesz przekazać każdej Lwioziemce, która będzie cię chciała słuchać: nie zważamy na miejsce narodzin, kolor grzywy, czy futra. Patrzymy na serce każdego z osobna. Jeśli ktokolwiek z Lwiej Skały odda hołd pamięci Skazy i pochyli się przed władzą Ziry, przeszłość zostanie mu wybaczona i zaprosimy go do stada. Nawet ciebie! – Hawaa zmarszczyła brwi. – Zira opowiedziała mi o twoim i Sarabi spisku przeciw królowi. Ale wciąż masz szansę to odpokutować. Wróć na Lwią Skałę i ogłoś prawdę o rządach Skazy.

Sarafina wpatrywała się niemo w dawną podopieczną. Łzy napłynęły jej do oczu. Były to łzy szczerego żalu, bo czuła się winna zaginięciu Hawy i zmianie w sercu lwicy. Niemal strąciła nadzieję, ze przekona ją do powrotu.

- I co teraz? – spytała. – Co jest dla ciebie <konieczne>? Zabijesz mnie?

- Jeśli podniesiesz na mnie łapę, tak. – odparła młoda lwica. – Ale mam nadzieje, że tego nie zrobisz. – Sarafina odetchnęła i z ulgą i smutkiem. – Ale nie myśl, że w dniu powrotu Ziry zachowam te sentymenty. Zażądam od ciebie tego samego, co od wszystkich: skruchy i posłuszeństwa. Niech żyje królowa! – dokończyła młoda lwica i odwróciła się ku rzece. Już po chwili płynęła w kierunku swego domu.

„Och, na Gwiazdy!” pomyślała. „Przez nią straciłam chyba z godzinę snu. Będę jutro wykończona!” ale gdzieś głębiej w sercu obudziło się w niej szczere współczucie wobec  Lwioziemców, zwłaszcza wobec Sarafiny. Oni nie wydawali się źli, co najwyżej, zmanipulowani. Oślepieni przez pychę i nienawiść. Miała nadzieję, że w dniu powrotu królowej, nie tylko jej opiekunka wybierze, ale i inne lwice zdecydują się porzucić dawne błędy. A nawet... Nie, dla Simby nie było przebaczenia. On był źródłem całego chaosu i cierpienia, więc musiał być... usunięty ze sceny dziejów, raz na zawsze.

*

Nuka odczekał kilka minut i wstał. Hawaa już wspięła się na klif po stronie Złej Ziemi, a Sarafina odeszła wolnym krokiem na południe. Lew był zdruzgotany wydarzeniami tej nocy. Po pierwsze, wykonał pierwszy ruch w planie zabicia Simby. Ale co ważniejsze, ujrzał swoją ukochana w zupełnie innych świetle niż dotychczas. Wstydził się, że choć przez sekundę podejrzewał ją o rozważanie zdrady... Ale ona była Lwioziemką! Mogła w każdej chwili wrócić do dawnego domu, a mimo to wybrała zostać na ubogiej Złej Ziemi, razem z nowym stadem... i z nim. Nuka zrozumiał, że wcześniej nie doceniał Hawy. Była nawet silniejsza i odważniejsza, niż wcześniej przypuszczał. Zamiast ucztowania przy stole Simby, wybrała przepiórki i szczury Nuki. Było to poświęcenie najwyższej miary. Nuka pozbył się ostatnich oporów przed wprowadzeniem w życie swojego planu.

- Uczynię cię królową, Hawo! Wynagrodzę ci lata wyrzeczeń. Dostaniesz to, na co zawsze zasługiwałaś!

Jego plan był trudny, ale nieskomplikowany. Zwabić Simbę na Cmentarzysko Słoni i zabić go. Niemożliwe, dla tak słabego lwa?

- Jeszcze wam pokażę, kto zgarnie lwią cześć łupu! Matko, Hawo! Będziecie ze mnie dumne! – szepnął w pustkę nocy i skoczył do wody.

*

Sarafina wracała sawanną, w kierunku Lwiej Skały. Nie była śpiąca, zwłaszcza, że rozmowa z Hawą zabiła w niej resztki senności. A więc lwica żyła! Pozostawili ja kiedyś na pastwę losu i zapomnieli o niej.

- Co myśmy zrobili? – zapytała nocy stara lwica. – pozwoliliśmy Zirze zatruć jej serce. Nie jest już Lwioziemką.

Ale słowa Hawy niepokoiły ją także z innego powodu. Lwiczka mówiła szczerze, jakby czuła osobisty uraz wobec stada Simby. Sarafina zastanawiała się, czym konkretnie mogła skrzywdzić Hawę. Czuła się w pełni odpowiedzialna za te tragedię. Zanim Kilia umarła, poprosiła Sarafinę o pilnowanie jej córki. Tak na wszelki wypadek... ale ten wypadek się zdarzył. Poza tym, Hawaa mówiła o <bitwie> i <powrocie królowej>. Więc Simba miał rację, bojąc się zemsty Wygnańców. Wreszcie, starcie stad zbliżało się. Sarafina pytała się w duchu, czy zdołałaby wyprosić łaskę dla Hawy. Przecież kiedyś oni wszyscy okazali się bezlitośni, nawet dla kociąt. Czy ukoili już tę nienawiść?

*

Zira spała smacznie, aż do samego świtu. Głodna, obolała od treningów z lwicami, ale spokojna i wolna od zmartwień, chyba w stopniu, którego nie zaznała od śmierci Skazy. Znów śniła o Aminim, potem o narodzinach Kovu. Cóż za nonsens, Amini nie dożył do narodzin jej najmłodszego syna. Ale we śnie wciąż rozmawiał z Zira, tulącą Kovu i wciąż ostrzegał o przyszłości. A wtedy Sparthi (Sparthi? To był na prawdę nieprawdopodobny sen – przecież Sparthi zmarł trzy lata przed narodzinami Kovu!) tez tam przyszedł i dołączył do kazań Aminiego. Przemądrzały, jak każdy starszy brat. Ale Zira była tak uradowana jego widokiem, że od razu skoczyła na niego, niczym mała kotka i zaczęła go lizać z czułością. Więc Sparthi nie zdołał nic powiedzieć. Królowa obudziła się ze łzami w oczach, ale ciepłem w sercu.

- Skazo, Sparthi, Amini... – szepnęła, idąc zbudzić lwice. – Wkrótce przywrócę chwałę waszym imionom, dokonam zemsty... albo spotkam się z wami na niebie.

Nowy dzień wstał nad Złą Ziemią.

*

- Nie do końca o to nam chodziło... – ocenił krytycznie Skaza.

Trzy lwie duchy obserwowały budzący się dzień z wysokości swej siedziby na sklepieniu.

- Tak, chyba nie zrozumiała głównego przesłania. – ocenił Sparthi. – Ale starałem się...

- Oczywiście, że tak. – przytaknął zmarły król. – Ale coś nas od niej oddziela... Może to działanie Mufasy, a może problem tkwi w samej Zirze. Musimy wymyślić coś innego.

- A tymczasem... – dodał Amini. – Musimy ich chronić, nawet w staraniach o wypełnienie ich obecnego planu. Może im się powiedzie...

Skaza spojrzał na drugiego, czarnogrzywego ducha i odparł poważnym głosem.

- Mam nadzieję, że tak... ale musimy być przygotowani na najgorsze.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#8 2017.11.25 16:24

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Zdobyłam kopie zapasowe stron, wstawię wszystko co uda mi się odzyskać ;)

Królowa Piasku VI

06 – Nurt rzeki


Złote lwice i wędrowcy dotarli do kocięcego schronienia gdy zapadał już zmierzch. Zostali kolejny raz zmyci deszczem, a na dodatek musieli zrobić postój, aby upolować cokolwiek do jedzenia. Zdobycznie nie były imponujące – jedynie trzy niedorosłe zebry, ale wygłodzonym długim postem lwicom smakowały wybornie. Był to także smak nadziei, że stada łowne wracają na Lwią Ziemię. W dodatku, Wietrzni Wędrowcy udowodnili, że nie wszystkie lwy nie umieją polować. Jedna zebr została powalona właśnie przez nich.

- A dokładniej mówiąc, przeze mnie. – uściślił Daki.

- Zira i ja, nagoniliśmy ci ją. – zauważył Amini.

- No tak... – przyznał lew. – Ale to ja ostatecznie dorwałem, co nie?

Kilka lwic kiwnęło głowami, wpatrując się w Dakiego rozmarzonymi spojrzeniami. Jeżeli Horen obawiał się, że lwice niszczą jego zwartą paczkę, to Zira mogła to samo powiedzieć o wędrowcach. Ale ani królowa, ani wódz nie mówili tego na głos. Oboje rozumieli, że potrzebują się nawzajem, przynajmniej na jakiś czas. Poza tym, Zira była zajęta czym innym. A dokładniej mówiąc – kim innym, Aminim. Lew gawędził z nią cała drogę, zajmując uwagę królowej. Wcale tego nie chciała, ale mimowolnie zaczęła mu się zwierzać z ogarniających ją strachów i problemów. Obecność młodego lwa, tak pełnego życia i radości, podziałała w nieoczekiwany sposób. Jego słowa, nawet w takiej sytuacji, były kojące i przyjemne. Zira wiedziała, że po związku ze Skazą nie była w stanie pokochać już żadnego innego lwa. Ale przystojny, czarnogrzywy samiec wydawał się być idealnym przyjacielem i opiekunem. Był chętny do pomocy i w przeciwieństwie do swoich przyjaciół, sprawiał wrażenie absolutnie bezinteresownego. Aha, i kiedy dotarli wreszcie do kocięcego schronienia, jako jedyny nie okazał rozbawienia, czy irytacji.

- Potężny zamek potężnej królowej... – mruknął Horen, spoglądając na jamę w samotnej skale.

- Bądź cicho! – syknął Amini.

- Niewielkie królestwo do podziału. – szepnął Laki do Dakiego.

- Ramo, to my! – zawołała Zira a chwilę później w wejściu do schronienia pokazała się starsza lwica.

- Dzięki niech będą Gwiazdom! – wykrzyknęła i podbiegła do królowej. Lwice objęły się, ale wtedy Rama ujrzała nowoprzybyłych. – A to są...

- A to są Wietrzni Wędrowcy. – wyjaśniła Zira. – Rozważają, czy mogą nam pomóc. – dodała ostrożnie, chcąc, aby usłyszał ją Horen. – Co z dziećmi?

- Śpią, ale Nuka prosił, by go obudzić, jak wrócisz. – powiedziała Rama, wskazując na jamę.

- No dobrze... już czas ruszać. – powiedziała królowa i weszła do środka schronienia. Nuka już nie spał i zaraz spojrzał na matkę przestraszonymi oczyma. Mimo to, jego głos był zaskakująco pewny.

- Cześć, mamo... jak dobrze, że już jesteś.

Zira uśmiechnęła się i uścisnęła syna.

- Od teraz już będziemy trzymać się razem. – powiedziała, delikatnym głosem. – A niestety, musimy ruszać w drogę.

- Na Lwią Skałę? – zapytał lewek z nadzieją. – Uratować Hawę i Yaktę? – Zira zmarszczyła brwi.

- Nie, jeszcze nie. Jesteśmy zbyt słabi i wciąż leczymy rany. Pójdziemy na północ, za Rzekę Graniczną. Na drugim brzegu Simba już nas nie dosięgnie. Doria cię weźmie, a ja pójdę z Vitani...

- Sam potrafię chodzić. – żachnął się Nuka i wstał. Pewnym krokiem wyszedł na zewnątrz, aby zobaczyć nowoprzybyłych. – O... cześć. Jesteście tu, aby uratować naszych przyjaciół?

Lwy podeszły do kociaka, a Amini delikatnie pogłaskał lewka po głowie.

- Coś w tym stylu. – powiedział. – Będziemy z wami podróżować, dopóki nie znajdziecie bezpieczniejszego schronienia. To jest moja drużyna. – wskazał na przyjaciół. – Nasz szef, Horen oraz bracia: Daki i Laki. – potem wskazał na siebie. – A ja nazywam się Amini.

- Fajne imię. – odparł kociak. – Masz piękną grzywę... mój tata też miał taką czarną. – zamilkł, spoglądając niepewnie na przybyszów. A oni odpowiadali mu równie niepewnym wzrokiem. Lwi wędrowcy nie byli przyzwyczajeni do życia z kociakami, więc śmiałe zachowanie Nuki było dla nich czymś zupełnie nowym. – Jestem Nuka, syn Skazy i Ziry. – przedstawił się oficjalnie. – A zaraz zobaczycie moją siostrę Vitani. Przedstawiam ją, bo ona sama śpi.

A wtem z jamy wyszła Zira, trzymając córkę w zębach. Skinęła na stado, a Doria chwyciła zębami Nukę. Ruszyli powoli przez sawannę.

Noc zapadła szybko i kiedy dotarli na brzeg rzeki, było już całkowicie ciemno. Zira położyła Vitani na ziemi i ostrożnie sprawdziła wezbrany nurt.

- Niech to licho! – mruknęła. – Silny. Sporo wody spłynęło z równin. Dorio, jak myślisz... damy radę?

Faktycznie, prąd był bardzo szybki. Gleba, wysuszona latami upałów, nie była w stanie przyjąć aż tyle wilgoci na raz. Więc niemal każdy rowek sawanny zmienił się w strumyk a ścieżka w potok. Cała woda pędziła do Rzeki Wąwozowej albo Granicznej. Poziom tej ostatniej podnosił się z godziny na godzinę.

- Nie wiem, Ziro... – odparła lwica. – Sama... bez problemu. Ale z Nuką... Wybacz, nie mogę mieć pewności.

- Tak... – zgodziła się królowa. – I ja nie jestem pewna, czy uda mi się płynąć z lżejszą przecież Vitani.

Obie lwice spojrzały bezradnie na kociaki. Był to prawdziwy problem. Zira i Doria były najsilniejsze w stadzie, a także praktycznie nie ucierpiały w walkach. Ale to nie zmieniało ich sytuacji – przeprawienie się z dziećmi przez rzekę wymagało większej siły i absolutnej pewności. W tej samej chwili, podszedł to nich Amini.

- W czym tkwi problem, moje panie?

Zira uśmiechnęła się. „Tak, on jest gotów do pomocy... zawsze. Zaiste, złoty lew.” Pomyślała. „Ale co poradzi wobec rzeki?”

- Jesteśmy w kropce, Amini. – powiedziała Doria. – Prąd jest tak wartki, że boimy się zgubić Nukę i Vitani przy przeprawie.

- Łał! – pisnął Nuka. – Nigdy nie widziałem tyle wody na raz! Można po niej chodzić?

Amini spojrzał na lewka, potem na Zirę. Podszedł do brzegu i zbadał prąd własną łapą. Potem zwrócił się do Horena.

- My damy radę, prawda?

Wódz zmarszczył brwi. Miał już dość. Jego podopieczny wpychał go w awanturę, z która nie chciał mieć nic wspólnego. Nie zamierzał zostać niańką.

- Nie jestem gotów, aby wsiąść odpowiedzialność za kociaka. – powiedział. – Nawet za cudzego.

Bliźniaki wybuchły śmiechem, ale natychmiast ucichły, widząc spojrzenia lwica. W powietrzu unosiła się jedna, wielka, choć niema prośba.

- Niech mnie sępy pożrą! – szepnął Horen. – To szaleństwo! – i dodał głośniej. – Tak, moglibyśmy to zrobić, ale z głową. – zwrócił się ku Zirze. – Czy to najlepsze miejsce do przeprawy? – królowa przytaknęła. – Rzeka ma taki wartki nurt na całej długości?

- Nie. – wyjaśniła Rama. – W dole rzeki, na wschód, jest jeszcze gorzej. Cztery mile stad jest wodospad.

Horen westchnął i podrapał grzywę wysuniętymi pazurami.

- Bosko! Przynajmniej wiemy, ile mamy czasu aby złapać te dzieciaki, gdyby któreś z nich porwał prąd. – znów spojrzał na Zirę. – Czy one... no tak...” – westchnął jeszcze głośniej. – Oczywiście, że nie potrafią pływać, bo kiedy rzeka ostatni raz miała tak wysoki poziom, nie było ich jeszcze na świecie... Ale czy wy umiecie pływać?

- Jesteśmy pustynnymi lwicami. – przyznała Zira. Horen zacisnął pięść i uderzył łapą o ziemię.

- Jeszcze lepiej!

- Czekaj! – przerwał Amini. Podszedł do Nuki i zapytał Ziry. – Pozwolisz? – gdy królowa przytaknęła, chwycił lewka szczekami. Delikatnie podniósł go, chcąc ocenić wagę i pewność własnego chwytu.

- Fajne zęby. – pochwalił niesiony kociak i uśmiechnął się.

- Cóż... damy radę. – ocenił lew, odłożywszy pasażera na ziemię. – Ale musimy być ostrożni. Popłyniemy w parach. Horen, pilnowany przez Dakiego z Vitani, a ja, razem z Lakim, zaniosę Nukę. Jeśli cokolwiek złego się stanie, bracia złapią kociaki. A jeśli nie złapią... – spojrzał na lwice. - ...lepiej bądźcie gotowe na kąpiel. Będziecie łowić nasze zguby. – dostrzegł strach na ich twarzach. – Omawiam ekstremalny przypadek... bardzo mało prawdopodobny. Bo przecież nam się uda. Prawda, szefie?

Lew skrzywił się i odparł z ironią.

- Od kilku godzin mam wrażenie, że to ty tu jesteś szefem. – Amini spuścił wzrok ku ziemi. Wtedy jednak wódz wędrowców uchwycił błagalne spojrzenie Dorii. „Niech to szlag!” pomyślał. „Żadnego popisywania się przed panienkami. To cię kiedyś zabije.” A lwica wyszeptała.

- Horenie... proszę. – lew usiłował odmówić, ale jego usta same odpowiedziały

- Tak... da się załatwić.

Rzeka płynęła tak szybko, jak biły ich serca.

*

Na początek, Horen i Amini przepłynęli sami, bez kociaków. Oba lwy z uśmiechami na twarzy oświadczyły, że przeprawa była łatwa, ale uważny obserwator dostrzegłby w ich oczach iskierki znużenia. Wódz podszedł do młodszego przyjaciela i szepnął mu na ucho.

- Mam nadzieje, że wiesz co robimy. Bo ja nie mam pojęcia.

- Doria wie. – uśmiechnął się Amini. – A jej zdanie wydaje się być dla ciebie ważniejsze od mojego.

- Tak... zdanie pustynnej lwicy na temat pływania. – odburknął, ale czarnogrzywy usłyszał się w głosie towarzysza nutkę satysfakcji. Jego przyjaciel już poczuł związek z napotkanym stadem... a przynajmniej z jedną jego członkinią. – Ty pójdziesz pierwszy. – rozkazał Horen. – Z Lakim. A my czekamy na brzegu... gotowi do wsparcia. Ale! – syknął na koniec. – Nie zawiedź mnie! Nie cierpię wody!

- Możesz na mnie liczyć. – uśmiechnął się lew, ale w jego oczach błyszczał strach. To nie Horena bał się zawieść. – Zrobimy to! – odwrócił się do Lakiego. – Gotowy? – zapytał przyjaciela. Laki przytaknął. – A ty? – zapytał Nuki.

- Niech pan się nie martwi. – odparł lewek. – Widziałem, jak pan płynie i sądzę, ze to łatwe. Gdyby co, poradzę sobie. – uśmiechnął się, ale Amini aż drgnął z niepokoju. „Gwiazdy, czuwajcie nad nami.” Szepnął w myśli.

Zira podeszła do Nuki i powiedziała napiętym głosem.

- Słuchaj, mój drogi... musisz być dzielny. Amini się tobą zaopiekuje. Rób co mówi on i pan Laki.

- Mamo... chyba lepiej, aby pan Amini nie mówił za dużo w czasie przeprawy. – zauważył Nuka. Zira polizała syna w czoło.

Więc Amini chwycił kociaka w zęby i ostrożnie wszedł do rzeki. Laki podążył za nim, a zaraz potem doścignął go i ustawił się kilka metrów z prądem, gotowy łapać cenna zgubę. Ruszyli śmiało, z początku bez problemów. Oczywiście, napór rzeki męczył czarnogrzywego, ale ten wcześniej dokładnie ocenił odległość do drugiego brzegu i starannie rozplanował swoje siły. Oprócz najtrudniejszego miejsca, na samym środku, Amini postępował bez wahania. Domknął drugiego brzegu wyczerpany, ale dumny, że z tej próby wyszedł zwycięsko. Postawił Nuka na piasku plaży.

- Łał! – szepnął lewek. – To było świetne! – spojrzał w oczy zaskoczonego lwa. – Czy moglibyśmy kiedyś to powtórzyć?

Amini poczuł się dziwacznie, z resztą, nie po raz pierwszy tego dnia. Od rana znajdował się pod przemożnym urokiem pięknej Ziry, ale teraz uczuł jeszcze jeden niezrozumiały impuls, który go przeszywał. Rozmowa z kociakem był dla niego nowym doświadczeniem, ale doświadczeniem niezwykle fascynującym. Jako wygnany ze stada, nie wiedział czym jest opieka nad młodymi... zwłaszcza tak szczególnymi. Wszystko co tego dnia zrobił, zrobił dla Ziry, ale na plaży Granicznej Rzeki odkrył, że mógłby ten wysiłek powtórzyć także dla radości tego małego szkraba. W jego sercu zabrzmiała jakaś od dawna zaśniedziała struna.

- Jasne, mały... – wysapał. – Ale teraz musimy trzymać kciuki za twoją siostrę.

Wtedy Laki wyszedł na brzeg i spojrzał z ulgą na przyjaciela. Amini pokiwał głową z wdzięcznością, a bliźniak uśmiechnął się radośnie, po czym zawołał.

- Jesteśmy na brzegu... wszyscy! – od strony Lwiej Ziemi dało się słyszeć zduszony okrzyk radości. – Szefie, jesteśmy gotowi. Ruszaj! – zachęcił wodza. – Pilnujemy cię!

- I tego właśnie się obawiam! – mruknął Horen, ale po chwili wszedł do wody razem z przestraszoną ale cichą Vitani.

Z powodu ciemności, lwy z jednego brzegu nie widziały kompanów z drugiego. Nawet Amini, posiadający najbardziej wyczulone zmysły, potrafił dostrzec jedynie niewyraźne sylwetki po drugiej stronie. Ale z czasem dostrzegał Horena i Dakiego coraz wyraźniej, gdy oddalali się od lwioziemskiej plaży. W połowie dystansu widział ich już doskonale, jak płynął dziarsko i pewnie.

Ale wtedy Amini zauważył również ciemne kształty, sunące szybko z prądem rzeki. Zaalarmowany, wytężył wzrok, by rozpoznać nowe zagrożenie. Po powierzchni wody sunęły wielkie...

- Pnie! – krzyknął Amini z przerażeniem.

Horen skupiony na trzymaniu kotki, zignorował ostrzeżenie. Ale Daki natychmiast zrozumiał, co trzeba było zrobić. W kilku ruchach ruszył pod prąd, minął wodza i Vitani, aby zająć miejsce nad nimi. Płynął równolegle do Horena, rozciągając się jak najdalej mógł i stanowiąc żywą tarczę przed dryfującymi kłodami. Laki zaś natychmiast wskoczył do wody i puścił się z prądem, aby zastąpić brata na dawnym stanowisku. Amini ruszył brzegiem na wschód, gotowy do skoku. Jednak było już za późno.

Pierwszy z pniaków uderzył Dakiego w głowę. Zaskoczony lew stracił oddech i na chwilę zanurzył się pod wodę. Wypłynął sekundę później, ale chwili nieuwagi nie dało już się nadrobić. Uderzyła go kolejna belka, a on odruchowo chwycił się jej. Prąd osunął go od płynącego Horena.

A Horen walczył z własnymi kłopotami. Kilkanaście kłód mijało go tuż obok i tylko niezwykła zręczność wędrowca nie dopuściła do tragedii. Jednak Vitani ocknęła się na dobre i zaczęła miotać w panice. Wódz chwycił ją jedną łapą a drugą począł rozpaczliwie wiosłować. Był to błąd, być może nie do uniknięcia, ale błąd. Bela ciężkiego drewna chwilę potem uderzyła w nieosłonięta głowę Horena. Ogłuszony lew wypuścił pasażera z uścisku.

- VITANI! – jęknęła Zira z południowego brzegu. W błyskawicznym odruchu skoczyła do wody. Wiedziała, że silny, ale i wolny Laki był zbyt daleko tonącego kociaka, a by zdążyć. Ona, lżejsza i sprawniejsza, miała szansę dogonić kotkę. Niewielką, ale zawsze.

W tej samej chwili, do akcji wkroczył Amini. Biegł już po brzegu na wschód, ale gdy stwierdził, że trudny teren pobrzeża zbytnio go zwalnia, skoczył w nurt rzeki.

- Laki! Ratuj szefa! – krzyknął, parskając wodą. – Ja płynę po małą!

Tak więc Laki dopadł dryfującego Horena i chwycił go łapą. Na szczęście, Daki sam odzyskał siły i pomógł bratu holować przyjaciela. Cała trójka dobiła do brzegu, tak więc w rzece pozostali tylko: Zira, Vitani i Amini.

- W dół rzeki! – rozkazała Rama, wskazując na wschód. Wszystkie Złote Lwice, prócz Vii, która już płynęła na drugi brzeg, ruszyły w pogoń. Na ich brzegu rozpościerała się wąska, ale równa plaża, tak że mogły bez trudu gonić dryfujących.

Zira, w desperackim pędzie, dotarła do córki. Chwyciła tonąca kotkę i podniosła ją nad powierzchnię wody. W tej samej chwili, zrozumiała, ze i ona tonie. Z zajętymi przednimi łapami i obolałymi od wysiłku nogami, nie była w stanie utrzymać się na powierzchni. Wiedziała, że w krótkim czasie pójdzie na dno, zabierając kociaka ze sobą. Więc w desperackim odruchu, obróciła się do tyłu i chwyciła najbliższą kłodę. Wbiła się w drewno pazurami jednej łapy, drugą łapą wciąż trzymając dziecko.

Chwilowo, była bezpieczna. Ale kłoda pędziła z prędkością rzecznego prądu, wprost ku wodospadowi. Zira musiał dotrzeć do brzegu zanim spłynęłaby do doliny Potężnej Dżungli. Więc zebrała resztki sił i zaczęła delikatnie przebierać nogami w wodzie. Kilka ruchów w zimnej kipieli zaowocowało bolesnym i paraliżującym skurczem. „Skazo... pomóż mi!” wyszeptała w myślach, powoli tracąc przytomność z bólu i znużenia. Przywarła mocniej to kłody i przygotowała się na najgorsze.

- Ziro! Trzymaj się! – zbudził ją głos lwa. Delikatnie odwróciła głowę, aby ujrzeć Aminiego, dryfującego na belce obok. Nawet w tej sytuacji, Zira musiał się uśmiechnąć. Czarnogrzywy wygrywał w obu konkurencjach: brawury i głupoty.

- Wodospad! – krzyknęła lwica.

- Wiem... – odsapnął Amini, usiłując chwycić kłodę Ziry. – Puść się! Płyniecie zbyt szybko!

Królowa zrozumiała, jak daleko zdryfowali byli niemal przy samym Potężnym Wodospadzie. „Była nieprzytomna tyle czasu?” jęknęła, ale posłuchała rozkazu lwa. Wiedziała, że oddanie się wodzie było dla niej wyrokiem. Ale dryfując bez kłody, znacznie wolniej, kupowała Aminiemu dość czasu, aby uratować Vitani. Podniosła córkę, jak tylko wysoko mogła, mając nadzieję, ze lew szybko ją przechwyci. I przechwycił.

Zira poczuła, że kotka została złapana przez zęby wędrowca. Rozluźniła więc mięśnie i zdała się na łaskę rzecznego prądu. Zanim zamknęła oczy, dostrzegła jeszcze rozpaczliwe spojrzenie lwa, z niema prośba: nie poddawaj się! Walcz! Ale chwilę później cały świat zrobił się ciemny i zimny.

*

Amini nie mógł sobie pozwolić na delikatność. Niemal cisnął Vitani na piasek plaży, a sam znów wskoczył w wartki nurt rzeki. Chwycił kolejną belkę i odpychając się nogami począł ścigać bezwładne ciało Ziry. Ta unosiła się na wodzie, ale nie zdradzała oznak życia. Lew dopadł do niej w przeciągu minuty, puścił się kłody i z całej siły spróbował podnieść głowę królowej nad powierzchnię. Huk bliskiego wodospadu grzmiał nawet w jego zatkanych uszach. Gdy Zira złapała pierwszy oddech, chwycił jej kark w zęby i ruszył do brzegu. Przebierał wszystkimi kończynami tak intensywnie, że mało brakowało, a by zdążył dotrzeć od brzegu...

*

- Niech to szlag! – jęknął Tarki. – Czemu to nigdy się nie udaje?

- Zrób coś! – ryknął Skaza, patrzący z przerażeniem na swą partnerkę, płynąca ku pewnej zagładzie. Oba lwie duchy czekały na krawędzi wodospadu.

- To ty coś zrób! – odparł gwiezdny lewek. – Jesteś z nią silniej związany!

Martwy król spojrzał na niego ze zdumieniem.

- Ale... ja nie wiem jak!

- Wiesz... zrób to! – rozkazał zielonooki. – Miłość drogę zna.

Przestrzeń nie liczy się dla lwów z gwiazd, tak więc w następnej sekundzie Skaza frunął już nad ciałem swej ukochanej i szeptał jej do uczy zaklęcia. Nie magii, ale po prostu miłości.

- Najdroższa... musisz walczyć... Ocknij się! – błagał.

*

Musisz walczyć... Ocknij się! – myślał rozpaczliwie Amini. Oczywiście, nie mówił nic, gdyż w ustach trzymał kark Ziry. Jedynie modlił się do Gwiazd, do wszystkich władców przeszłości, jacy chcieli go słuchać. Jako wyrzutek nie znał żadnego ze swoich przodków, którego mógłby prosić o pomoc. Jedynie imię potężnego króla, jakie mu przyszło na myśl, usłyszał tego samego dnia z ust Ziry. – Skazo! Ratuj ją!

I jak na życzenie, w tej właśnie chwili lwica otworzyła oczy. W pierwszym odruchu skuliła się w kłębek, ale widząc grozę sytuacji, zaraz pojęła, czego Amini od niej oczekuje. Poza tym, oboje słyszeli cichy głos w ich głowach.

- Bądź silna! Płyń! Płyń do brzegu!

Lwica naprężyła mieście i odepchnęła się mocno nogami. Dołączyła do wysiłku Aminiego i razem ruszyli ku brzegowi jeszcze szybciej. Z każdym ruchem, w ich sercach odżywała nadzieja. I faktycznie – zabrakło im dosłownie dwóch metrów.
*

- Och, Gwiazdy! – jęknęła Doria, widząc parę lwów. Zira i Amini trzymali się skały, wystającej na krawędzi wodospadu. Prąd ciągnął ich w przepaść, tak że już ich nogi rozpaczliwie młóciły pustkę za krawędzią. Złote Lwice biegły południowym brzegiem rzeki. Nawet gdyby przeprawa tutaj było możliwa, nie miały szans zdążyć.

Ale na północnej stronie pojawiły się trzy sylwetki – Horena, Dakiego i Lakiego, trzymającego płaczącą Vitani. Lwy podbiegły do urwiska i stanęły, niepewne.

- I co teraz? – zapytał Daki.

- To co zwykle. – mruknął Horen. – Kłopoty. – Skoczył na krawędź urwiska.

Wędrowiec był raniony przez płynąca belkę, skrajnie znużony i wychłodzony, ale widok zagrożonego przyjaciela dodał mu sił. Wylądował na omywanej przez pędzącą rzekę kamieniu i wyciągnął łapy tak daleko, jak zdołał.

- Chwyć moja łapę! – rozkazał lwicy, a ta ścisnęła jego kończynę z rozpaczliwą siłą. Jednym, zdecydowanym ruchem, Horen dociągnął królową na swój kamień. Pozbawiony dodatkowego ciężaru Amini sam odzyskał równowagę i chwycił nogami podparcie. Tym czasem wódz objął łapą królową i oboje skoczyli na ląd. Po chwili, na plaże wczołgał się mdlejący Amini.

- Udało się! – krzyknął Daki, a lwice na drugim brzegu odpowiedziały chórem radosnych okrzyków.

Zira, wraz z czarnogrzywym lwem, leżała bezwładnie na piasku plaży. Oboje zostali przybicie do ziemi szokiem i wyczerpaniem, ale królowa podniosła jeszcze głowę i wyspała pytanie.

- Vitani? Nuka?

- Mokrzy jak wy, ale na suchym lądzie. – odparł Laki, wskazując na Vitani, leżącą obok. – Vii niesie tu Nukę. Zaraz będą.

Zira kiwnęła głową i znów padła bez ruchu na piasek. Leniwie zamknęła oczy.

- Co... z nimi? – wysapał Horen, sam ledwo trzymający się na nogach.

- Spoko, szefie... – odparł Daki. – To tylko choroba morska! – razem z bratem wybuchł śmiechem. Wódz wędrowców skosił ich surowym wzrokiem, ale zaraz sam dołączył do radosnego chichotu. W międzyczasie, Vitani doczłapała do Ziry i wtuliła się w futro matki.

- Och, moja mała! – szepnęła lwica do kotki. – Tak mało brakowało.

Po chwili dotarła Vii, niosąca szarpiącego się Nukę. Widząc matkę, kociak wyrwał się opiekunce i podbiegł do Ziry.

- Mamo! Jesteś! A ja tak się bałem! – królowa uśmiechnęła się z trudem.

- I było czego... Ale znów jesteśmy razem.

- Zira... – mruknął Horen nieśmiało. Lwica zwróciła ku niemu oczy. – Proszę, wybacz mi. Wypuściłem z łap twoje dziecko...

- Oszalałeś? – wysapała Zira, udając zdumienie i oburzenie. – Uratowałeś nas! A nikt nie mógł przewidzieć tych przeklętych kłód... Jesteś dzielnym lwem, Horenie. A ja jestem twoją dłużniczką. – jednak po skończeniu tego zdania znów zamknęła oczy, oddychając ciężko.

- Zira... weźmiemy stąd Nukę i Vitani. – powiedziała Vii. – Musimy ich wysuszyć i rozgrzać. Odpoczywaj, zajmiemy się tym. – Lwica, wciąż leżąc z zamkniętymi oczyma, skinęła głową.

- Dobra! – Horen niemal od razu odzyskał wigor i pewność siebie. – Zostawmy ich tu, niech odpoczną. My wrócimy w górę rzeki, aby znaleźć resztę. Potem trzeba będzie coś upolować. – podszedł do leżącego Aminiego. – Wrócimy to niedługo z jakąś zakąską. Poradzicie sobie? – Leżący bezwładnie lew wymruczał cos w rodzaju potwierdzenia. – A więc chodźmy! – rozkazał Horen.

Lwica i lwy ruszyły na zachód, zostawiając Zirę i Aminiego na plaży. Świt nadchodził powoli i niebo na wschodzie zajaśniało łuną jutrzenki. Zira otworzyła oczy i spojrzała na wędrownego lwa.

- Na Gwiazdy... zawdzięczam ci życie!

- Polecam się na przyszłość. – odparł słabym głosem czarnogrzywy. – Przynajmniej, na coś się przydałem.

- To było takie... odważne... – szepnęła królowa i dodała głośniej. - ...i takie głupie! Mogłeś tam zginąć? Czemu ryzykowałeś?

Amini otworzył oczy i odparł z szarmanckim uśmiechem.

- Być może tylko po to, aby usłyszeć to pytanie z twoich ust.

Oboje roześmieli się cicho, a Zira podczołgała się ku Aminiemu i polizała go w policzek. Lew uśmiechnął się promiennie.

- Chyba nigdy nie zdołam ci się odwdzięczyć. – powiedziała królowa.

- Już to zrobiłaś. – odparł czarnogrzywy.

- Nic ci się nie stało? Jak się czujesz? – pytała lwica.

- Chyba nic... Tylko... strasznie mi zimno. – mruknął Amini. – Wiesz... sam poranek to najchłodniejsza część dnia. A ta kąpiel...

- Nie cierpię wody. – szepnęła Zira. – Też przemarzłam. Nie obrazisz się... – doczłapała do lwa i przytuliła się do jego boku. – Musimy się ogrzać.

- Tak, musimy. – odparł Amini i objął królową.

*

Reszta stada wróciła około południa, aby znaleźć ich wciąż śpiących i wtulonych w siebie z pełnymi ulgi uśmiechami na twarzach.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#9 2017.11.25 16:31

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku VII

07 – Krwawy ślad


Nad ranem zaczęło się piekło – obudzili go chyba o samym świcie.

A przynajmniej Tanabi uznał, że tak wygląda piekło. Jego sen został brutalnie ucięty przez zaniepokojone głosy lwic. Z początku, lew zamierzał jedynie przykryć uszy łapami i spać dalej, ale natarczywość przeszkadzających zmusiła go do otwarcia oczu.

Tanabi był... cóż, jak bardzo byśmy go nie lubili, pewne rzeczy musimy nazwać po imieniu – był nieprzeciętnym leniem. Albo powiedzmy inaczej: lubił spać długo, w przeciwieństwie do, na przykład, Kiary którą energia zwykle rozpierała już od świtu. A książę zwykł przesypiać wyjście drużyny łowieckiej i budzić się, gdy słońce wisiało już wysoko na niebie. Oczywiście, Simba ocenił kiedyś, że jego syn nadrabia długi sen intensywnością psot w ciągu dnia, ale trzeba przyznać, ze monarcha cieszył się, iż jego drugie dziecko nie karze mu zrywać się wraz ze wschodem słońca. I tego dnia, ojciec i syn otworzyli oczy jednocześnie, stając w obliczu tego samego kryzysu.

- Panie! – zameldowała Sorphi, strachliwym głosem. – Nasze mięso znikło.

Tanabi podniósł głowę, aby dostrzec lwice, stojąca przed królewskim łożem. Król i królowa właśnie się obudzili i przywitali myśliwą ze zdumionymi spojrzeniami.

- Cóż... – mruknął Simba. – Może zjadłem nieco, koło północy, ale na pewno zostawiłem ćwierć zapasu...

- Simba! – żachnęła się Nala, walcząc z sennością. – Znów jadłeś w nocy. Wiesz jakie to niezdrowe? Nie jesteś już młodzieniaszkiem, który...

- Cicho! – fuknął król. – Wszyscy słyszą.

Na pewno słyszeli Timon i Pumbaa, bo dwójka przyjaciół natychmiast podbiegła do władcy. Timon podjął myśl królowej.

- Co ja słyszę, szefie? – wykrzyknął, przerażonym głosem. – Niezdrowe? To jest zabójcze! Nawet dla nas, robakożerców, a co dopiero dla takiego wielkiego drapieżnika... – Zeskoczył z grzbietu Pumby i podbiegł do Simby. – Nie rozumiesz, czym to grozi? Cukrzycą!

- Straszne! – dodał guziec. – Te bolesne zastrzyki...

Timon wspiął się po grzywie Simby i stanął na karku przyjaciela. Potem nachylił się ku lwiemu uchu i szepnął, jednak na tyle głośno, aby dosłyszała Nala, Sorphi i Tanabi.

- Jesteśmy w Afryce! Czy wiesz, jak ciężko przechowywać insulinę w takim klimacie?!

- Timon! Przestań! – syknął król. – Nie przy poddanych!

Surykatka zmarszczyła brwi, odkrywając swoją gafę.

- A, tak... przepraszam... Ale oni powinni wiedzieć prawdę o zdrowiu swojego władcy...

- Nie jestem chory! – krzyknął Simba. – Poczułem się w nocy głodny i zjadłem trochę! Czy to coś dziwnego? – dokończył, niemal rycząc. Chyba to było cos dziwnego, bo zaraz poczuł na sobie kilkanaście pytających spojrzeń. Umilkł, zawstydzony.

- Tak, oczywiście. – przyznał Timon.

- Ale musisz zrzucić kilka kilo. – szepnął Pumbaa.

- Słuchaj go, wie co mówi. – dodał Timon.

Simba nie odpowiedział, a jedynie wstał z godnością i ruszył ku wyjściu z jaskini. Podążyła za nim Sorphi i wzrok lwic. Gdy wyszedł na taras Lwiej Skały, zauważył plamę krwi. Tak, tam zdecydowanie kiedyś leżało truchło zwierzyny.

Nala i Tanabi także wstali i wyszli za królem. Książę zauważył, że drużyna łowiecka już rozsiadła się przed wejściem, czekając na wyjaśnienia króla. Stado było niespokojne, już powstały plotki. Oczywiście, nie o łakomstwie monarchy, ale o wizycie tajemniczego gościa. Starsze lwice: królowa-matka i Sakia spoglądały na króla bez strachu, ale z niepokojem. Simba westchnął i powiedział.

- Dobrze, słuchajcie mnie... Nie wiem, co tu się stało, ale zaraz to wyjaśnimy.. wybaczcie, ale musze zapytać, dla porządku: czy któraś z was zabrała mięso z tarasu? Mówcie szczerze, to nie zbrodnia poczuć od czasu do czasy nieco większy apetyt. – Timon i Pumbaa, stojąc obok, spiorunowali przyjaciela ciężkimi spojrzeniami. – Cóż... czasem, między posiłkami, podjadam z zapasów stada... – nikt jednak się nie odezwał. Tylko Tanabi podszedł od tyłu do ojca i trącił go w ramię. – Tanabi... może ty? – zapytał władca.

- Nie. – odparł książę. – Tato, radzę, abyśmy najpierw zbadali miejsce, skąd znikło truchło i poszukali drogi, którą ktoś mógł je wynieść. Poproś lwice, aby się rozeszły, a ja się zajmę resztą.

- Panicz Tanabi ma rację. - ocenił Zazu, który właśnie wrócił z porannego patrolu. Dodał ciszej. – Dobrze się dowiedzieć, co tu na prawdę zaszło, bez pytania poddanych. Rozumiesz... król zawsze wie wszystko.

Simba spojrzał na syna, potem na majordomusa, aż w końcu odwrócił się ku lwicom.

- Spokojnie. Jeśli to nikt z nas, to musi być jakieś inne, logiczne wyjaśnienie. Proszę, wróćcie do waszych obowiązków. Niech drużyna łowiecka wyrusza. Ja zbadam tę sprawę i wyjaśnię ją przy objedzie.

- Zakładając, że ten nie zniknie. – mruknął Timon, ale został od razu spiorunowany wzrokiem Pumby.

Król zwrócił się do partnerki.

- Czy mogłabyś dzisiaj osobiście prowadzić drużynę? Dziewczęta są bardzo niespokojne...

- Tak, wiem. – uśmiechnęła się Nala. – Chłopcy muszą sami załatwić męską robotę. Zostawiam was, z ta <zagadką>. – mruknęła z ironią i spojrzała na lwice. – No dobrze, moje panie, czas ruszać. – i zbiegła ze skały, prowadząc myśliwe na łów.

- Męska robota? – fuknął Simba. – Pilnowanie Kiary, to też męska robota?

Tanabi przerwał mu ze zdziwieniem.

- Myślałem, że Kiara poszła gdzieś z babcia Sarafiną. Nie ma jej w jaskini...

Simba wbiegł do groty.

- Kiara! – zawołał, ale w środku nie znalazł nikogo, prócz wciąż śpiącej Sarafiny. – KIARA! Ojć... przepraszam! – wymamrotał król, widząc, że obudził teściową. – Kiara znikła... znowu.

Sarafina podniosła głowę i rozejrzała się w około?

- Znów zaspałam? Nie, to ja przepraszam, Simbo. – odparła matka królowej. – Miałam ciężką noc i jestem zmęczona jak zwykle...

- Wiec odpoczywaj. – poradził król i ruszył do drugiej komnaty. Po chwili był już pewien, że jego córka z pewnością opuściła Lwią Skałę.

Tanabi wszedł za ojcem i spojrzał na babkę.

- Nie spałaś dobrze, babciu?

- Tanabi! – zawołał Simba. – Razem z Zazu idziemy szukać twojej siostry. Ty zostań tu... i daj spokój starszym!

- Ja sprawdzę te ślady. – odparł książę, a wybiegający król wymamrotał coś w rodzaju zgody.

- Ślady? – zapytała stara lwica. Wstała i ruszyła ku wyjściu.

- Nie... śpij, babciu. – poprosił Tanabi, ale widząc, że on już dawno zrezygnował z odpoczynku, dodał. – Albo zobacz sama i powiedz, co myślisz.

*

Przed wejściem trzy lwice, młody lew i królewscy kompani oglądali plamę krwi. Timon tak intensywnie pociągał nosem, aż zwróciło to uwagę Sarabi.

- Nie wiedziałam, że surykatki mają tak dobry węch.

- Nie mają. – wyjaśnił Timon. – Po prostu, wczuwam się w rolę. Mamy wyniuchać tego złodziejaszka, czyż nie? – pociągnął nosem raz jeszcze, ale zaraz zmartwiał, z wyrazem niesmaku na twarzy.

- Oj, przepraszam! – szepnął Pumbaa.

- Pomyślmy tylko... – powiedział Tanabi. – Babciu. – zwrócił się do Sarafiny. – Powiedziałaś, że byłaś na spacerze, tej nocy. Nie zauważyłaś niczego... podejrzanego?

Matka królowej drgnęła ze strachem. „Nie, nie mogę im powiedzieć o Hawie!” pomyślała. „To moja wina i mój obowiązek załatwić tę sprawę.” Odparła niepewnym głosem.

- Jak mówiła, poszłam na spacer. Wyszłam około północy, a wróciłam godzinę przed świtem. Nie widziałam tu nic niezwykłego... gdyż mnie tu nie było.

- Moja droga! – westchnęła zaskoczona Sarabi. – Powinnaś powiedzieć o tym Rafikiemu. Może ma jakieś zioła na bezsenność?

- Tak, powinien cię zbadać. – przyznał Tanabi. – Kiedy wróci Zazu, wyślemy go po szamana. Jeśli chcesz spać teraz, to...

- Nie! – przerwała stara lwica. – Przypomniało mi się coś. Kiedy wychodziłam, sądzę, ze mięso było na miejscu. Nie jestem pewne, ale tak myślę. Tymczasem, kiedy wracałam, na pewno już go nie było. Pamiętam, bo niechcący nastąpnęłam na te krwawą plamę.

Tanabi zastanawiał się chwilę, po czym odparł.

- Wiec mamy przypuszczalny czas dokonania... tej kradzieży... ale to niewiele nam daje. – Potem jednak uśmiechnął się. – Już wiem! Ślady! A może nawet tropy, jeśli złodziej też wdepnął w kałużę...

Tak więc wszystkie lwy, guziec i surykatka zaczęli szukać plam krwi. Tanabi szybko dostrzegł pierwszą.

- Tutaj! Na ścieżce w dół. – wskazał szlak ku podnóżom. – Nie ma tropów, ale czerwone znaki. – polizał jeden z nich. – I to świeże.

- O, fu! – jęknęli Timon i Pumbaa z obrzydzeniem, ale lwice dołączyły od księcia.

- Gnu. – uznała Sakia. – A nasze dziewczęta powaliły gnu wczoraj. Tak, to to.

Tanabi ruszył ścieżką w dół, trzymając głowę nisko i wąchając ślady. W pewnym momencie, odwrócił się ku i lwicom i zawołał.

- Jest tego więcej... pewny trop. Pójdę za nim, jestem w tym dobry.

Sarabi i Sarafina spojrzały na siebie z niepokojem.

- Mój drogi... - powiedziała królowa-matka. – Miałeś się nie oddalać z Lwiej Skały...

Tanabi zmarszczył w irytacji brwi, ale odpowiedział przymilnym głosem.

- Babciu, to wyjątkowa sytuacja! A wujkowie pójdą ze mną. – spojrzał na Timona i Pumbę. – Co nie?

- Czy nie zostaniemy wykorzystani w polowaniu? – zapytał szeptem guziec.

- Pumbaa... – odparła surykatka. – Lepiej już jako nagonka, niż ofiara! – spojrzał na Sarabi. – Zajmiemy się nim!

- I tego się właśni obawiam. – mruknęła królowa-matka, ale przytaknęła. – Dobrze, idźcie. Ale wracajcie, jak tylko coś ciekawego znajdziecie.

- Jasne, babciu. – zawołał lew. – Timon, Pumbaa, chodźcie! – i nie czekając na swych <opiekunów>, ruszył ścieżką przez sawannę, szukając kolejnych znaków.

Lwice weszły z powrotem do jaskini, tylko Sarafina zatrzymała się jeszcze na progu, spoglądając na północ. Pomyślała: „Gdzie jesteś, Hawo? Czy spotkam cię znowu?” i zrozumiała, że to zależy tylko od niej. Miała misję, jaką było sprowadzenie dawnej podopiecznej na Lwią Skałę. Musiała ją odnaleźć i przekonać. Jak? Kiedy? Zapewne nocą, ulubioną pora Złoziemców.

- Saffy? Odpocznij. – zawołała za środka Sakia.

- Już idę. – odparła stara lwice. Owszem, musiała zbierać siły do ciężkiej pracy.

*

Po rozgrzewce, Złoziemki spodziewały się kolejnego treningu bitewnego. Tak jak dzień wcześniej, dwa dni wcześniej... i jeszcze dawniej. Ale Zira wdrapała się na płaski kopiec obok placu ćwiczeń i zawołała do stada.

- Słuchajcie, wszyscy! Nie będzie już dzisiaj harców.  – szmer ulgi zabrzmiał w szeregach lwic. Hawaa usiłowała nie okazać swojej radości, ale było to trudne. Była tak wyczerpana nieprzespaną nocą, że tego dnia mogła co najwyżej przynieść swej drużynie wstyd. Więc uśmiechnęła się, na dźwięk tej wiadomości, a Zira mówiła dalej. – I od tej pory nie będzie już pozorowanych bitew. – kolejny szmer, tym razem zdumienia, przeszedł po dolince. – Dzień ostatecznej bitwy się zbliża i nie możemy ryzykować kontuzji, choćby najdrobniejszych. Od dziś, będziecie ćwiczyć same, i nie tylko ciało, ale i ducha. Umiecie wszystko, co powinnyście umieć. Oddzielnie jesteśmy groźne... – zniżyła głos. - ...razem: zabójcze! – Złoziemcy wykonali niemy salut dla swojej królowej. – Więc, macie więcej wolnego czasu, ale ja radzę wam wykorzystać go na dodatkowe polowanie. Musimy nabrać tyle sił, ile zdołamy. – wskazała na Nukę, stojącego u jej boku. – Jednak polując, uważajcie i korzystajcie z rad i pomocy Nuki. A teraz... – podeszła ku krawędzi kopca. - ...powinniśmy sobie przypomnieć, o co walczymy. Chodźmy do Doliny Zgromadzeń. Chcę wam opowiedzieć historię.

Każdy w stadzie wiedział, jaką historię chciała opowiedzieć Zira, ale nikt nie protestował, ani nie okazywał znudzenia. Lubili słuchać tych słów dumy i nadziei, gdyż one zagrzewały ich do bitwy. A dzień bitwy zbliżał się szybko.

Wszystkie lwice ruszyły ku dolinie, a Nuka zeskoczył za kopca. Podbiegł do Hawy i polizał jej czoło. Tego dnia jeszcze się nie widzieli, gdyż po nocnych wydarzeniach, oboje zaspali.

- Słyszałeś? – zapytała lwica. – To już niedługo! – dodała, podniecona.

- Tak, wiem. – odparł Nuka. – Mam tak niewiele czasu... – mruknął ciszej, ale widząc ciekawe spojrzenie Hawy, uciął krótko. – Nie ważne. Chodźmy zająć jakieś dobre miejsce.

Podążyli za Złoziemkami.

*

W centrum Złej Ziemi była niewielka niecka, otoczona poszarpanymi ścianami skalnymi. Na nich wisiały półki skalne, wyglądające jak siedzenia w amfiteatrze. Złoziemcy nazywali to miejsce Doliną Zgromadzeń i tu zbierali się, gdy królowa, albo ktokolwiek inny, chciał przemawiać do całego stada. I tym razem tak było – lwice zajęły miejsca na półkach skalnych, a Zira i Kovu stanęli w dole niecki, aby być dobrze widoczni i wyraźnie słyszani. Hawaa i Nuka usiedli na jednej z wyższych półek, z idealnym widokiem nie tylko na królową, ale i resztę stada.

- Będziemy słyszeć? – zapytała Hawaa z niepokojem.

- Jeśli nie, i tak mogę ci powtórzyć z pamięci całe przemówienie. – odparł cierpko lew, ale widząc prawdziwy zapał na twarzy ukochanej, umilkł. Lwica była spragniona kojących słów władczyni, nie ważne, ile razy je słyszała. – Tak, to dobre miejsce. – dodał Nuka, i położył się na skale. Hawaa przykucnęła obok, obejmując go łapą. Ceremonia rozpoczęła się.

- Poddani, wysłuchajcie mnie! – zaczęła Zira, oficjalnym głosem. – Przyszliśmy tu, aby oddać hołd zmarłym i przygotować się do walki o ich honor. Czas naszego powrotu zbliża się i widzę, że jesteście gotowi, aby podnieść dumnie sztandar Skazy. Nasz trening zakończył się sukcesem! – Zira wzniosła obie łapy i zaryczała, a odzew dwunastu lwich gardeł zawtórował jej. - Dzięki wam, mój syn, Kovu, jest gotów aby wkroczyć na ścieżkę Skazy i odzyskać co należy do nas. Niech żyje dziedzic Lwiej Ziemi! – wskazała na czarnogrzywego lwa i następna fala ryków zagrzmiała w wąwozie.

Hawaa zaryczała także, ale kątem oka ujrzała, że Nuka tylko otwiera bezgłośnie usta. Jej serce zamarło w ukłuciu żalu. To było niesprawiedliwe! Nuka, starszy syn Ziry i biologiczny potomek Skazy nie dostał szansy, aby się wykazać. Lwica wtuliła się w grzywę ukochanego i zamruczała ze współczuciem. Pod łapą uczuła, że Nuka jest napięty, jak struna.

- Dla mnie, to ty jesteś królem. – szepnęła.

- Tak... – odparł lew. - I tylko to się na prawdę liczy. – ale tembr jego głosu sugerował coś zgoła innego. Zira przemawiała dalej.

- Wkrótce, Kovu zabije Simbę, a my uderzymy na Lwią Skałę. Musimy być gotowi do walki. Musimy przypomnieć sobie, czemu to robimy i dzięki komu. Kim byliśmy? – zapytała podniosłym głosem.

- Złotym Stadem! – odparły lwice.

- Kim jesteśmy?

- Złoziemcami!

- Kim będziemy?

- Złotym Stadem! – zawołały lwice i dumnie ryknęły.

- Tak, Złote Stado powstanie z popiołów! Tak jak Lwia Skała oczyści się ze zdrajców! Jesteśmy rodem królewskim, potomkami władców i władczyń. Chwała bohaterom! – wykrzyknęła.

- Chwała bohaterom! – powtórzyły lwice.

- Chwała królowi Skazie Mądremu!

- Chwała!

- Chwała Ramie, chwała Vii, chwała Dorii. Chwała wszystkim naszym siostrom, które odeszły!

- Chwała!

- Chwała naszemu przyjacielowi i opiekunowi, Aminiemu! – zawołała Zira, wywołując falę zdumienia. Imię ojca Kovu nie było często przypominane. Ale ponieważ zasługiwało na szacunek, lwice bez wahania odpowiedziały, z równym zapałem.

- Chwała!

- Pomścimy ich i przywrócimy blask ich pamięci! – wołała Zira, spoglądając na publiczność. – Niektórzy z was pamiętają, innym opowiadano o tej historii. Jednak wszyscy znamy prawdę. Złote Stado, niegdyś uratowane przez króla Skazę, weszło w przymierze z Lwią Skałą. Zostałam królową Lwiej Ziemi, a Skaza królem Złotych Piasków. Choć zachowaliśmy naszą tożsamość i pamięć, staliśmy się jedną, wielką rodziną, razem walczącą z okrucieństwem Wielkiej Suszy. Pod wodzą Skazy, przetrwaliśmy tę próbę. Oparliśmy się naporowi Kręgu Życia i obróciliśmy zgodnie z nasza wolą. Pozostaliśmy niezwyciężeni... – zniżyła głos niemal do warkotu. – ...aż pokonała nas zdrada! – ryk gniewu rozdarł dolinę. Wszystkie lwice, na raz, wykrzyczały ból tej zniewagi. Nawet te młodsze traktowały historię, jako wciąż żywą. Były jednym, z tymi co odeszli. Stado trwało wiecznie. – Lwioziemcy i hieny zabili Skazę, ich dobroczyńcę i obrońcę. Uzurpator Simba przejął tron, po tym krwawym zamachu, aby rządzić tyrańsko i bez honoru. Tej nocy przysięgłam pod Lwią Skałą, że zdejmę z tronu tego zdrajcę, lub umrę próbując. Wszystkie podjęliśmy próbę zemsty, ale wtedy nasi wrogowie wciąż triumfowali. Potem powtórzyliście ze mną, moją obietnicę. I to ona dała nam siłę, by przetrwać i przygotować się na nadchodzące dni. Bo my nie zginiemy, próbując, my zwyciężymy! Czemu? BO MY JESTEŚMY PRZYSZŁOŚCIĄ! – głośne ryki rozległy się znowu, tym razem pełne dumy. – Mamy do spełnienia misję przywrócenie sprawiedliwości i prawdy. Rządy Skazy powrócą, przyzwane przez triumfalny ryk Kovu. ZWYCIEŻYMY! – dokończyła Zira, łamiącym się głosem, a każda lwica dołączyła do chóru wojennych ryków. Wszystkie były pewne zwycięstwa i słuszności własnej sprawy. Szczere okrzyki odbijały się pomiędzy skałami i rozbrzmiewały pod czerwieniejącym niebem. Zira machnęła łapą, a zgromadzeni zaczęli zeskakiwać ku niecce. Na końcu nadeszła Hawaa z Nuką, schodząc z najwyższego miejsca. Wygnańcy otoczyli swoją królową i Kovu, a Zira zaczęła podchodzić do sióstr, wymieniać uściski i pocałunki. Stado okazywało jedność.


[Piosenka “Żywych głos”. Melodia groźna, wojenna. Lwie ryki zamiast rytmu bębnów.]

[Zira podchodzi do ustawionych w szeregu lwic, ściska każdą z nich i szepcze coś do ucha. Tuż potem, każda lwica śpiewa swoją kwestię, a królowa idzie dalej.]

To żywych głos / i zmarłych głos
Jak jeden chór / dostojnie brzmi
Idziemy w dal / w nasz wspólny los
Nasz wspólny cel / jutrzejszych dni

[Na końcu stoją Hawaa i Danthi. Ponieważ królowa rozmawia z Danti dłużej, porządek ulega zaburzeniu. Pierwsza w szeregu, Dotty, podejmuje śpiewanie kolejnej zwrotki, a następne lwice śpiewają same.]

Złączony puls / siostrzanych serc
I jeden duch / tych samych snów
Wznosimy sznur / żelaznych twierdz
Splecionych dusz / świadomych głów

[Kiedy kamera dociera od końca szeregu, Zira zostawia Hawę i szybko podchodzi do ostatniej Danthi, przytula ją i skacze ku górze, na półkę skalną.]

[Refren. Śpiewa teraz całe stado.]

Bo duma stada wiecznie trwa
Duma zawsze daje siły żar
Jak ranek niesie ciepło dnia
Tak pamięć niesie przyszłości dar

[Druga zwrotka. Hawaa i Nuka włączają się, choć lew nie wydaje się do końca „czuć klimat”, wciąż spoglądając z zazdrością na Kovu. W tle, widzimy rozmazane obrazy z przeszłości: Zira i mały Kovu są straszeni przez Simbę (trzecia scena z Czasu Simby), potem ujęcie starszej Ziry na skraju pustyni, potem trening Złoziemców i na koniec rozmowa Ziry i Hawy.]

(H) Czy to jest złość? / (N) To nie jest złość
(H) To wiara / (N) w sprawiedliwszy los
(H) Chcę odkryć sens / (N) gdy kłamstw już dość
(H) I mieczem gdy / (N) zawiedzie głos

[Kamera kieruje się ku Vitani i Kovu, stojących na niskiej półce skalnej. Także śpiewają w duecie i także widz obserwuje rozmazane ujęcia przeszłości: Simba, wyganiający Shakisę i Yaktę, potem Simba, Rafiki i Kiara, w dniu prezentacji, następnie Zira, przysięgająca zemstę Simbie (rozdział 17 Dziedzictwa Skazy), w końcu ujęcia doliny pełnej Wygnańców.]

(V) Ukarać grzech / (K) potwarze zmyć
(V) Ukorzyć pychę / (K) kornych wznieść
(V) Odzyskać moc / (K) by mocnych bić
(V) To naszych serc / (K) najgłębsza treść

[Refren, śpiewa całe stado. Ujęcie Ziry, stojącej nad nimi i również śpiewającej.]

Bo duma stada wiecznie trwa

Duma zawsze daje siły żar
Jak ranek niesie ciepło dnia
Tak pamięć niesie przyszłości dar

[Muzyka jeszcze bardziej zaczyna przypominać wojskowy marsz. Oprócz ryków, słychać werble. Królowa podnosi obie łapy, aby przywołać uwagę zgromadzonych.

[Zira:]

Siostry, nadszedł wreszcie czas
Dumnych grzyw zetniemy las
Niechaj bęben wojny grzmi
Naprzód siostry, szczerzcie kły!

[Wskazuje na młodszego z synów.]

Prowadź Kovu! [Vitani:] Śmiało idź
Daj zwycięstwa słodki laur!
[Zira:]
Synu Skazy, czas się bić
Zwrócić dziś to, co Simba zdarł!

[Uderza skałę pięściami, a ryki zagłuszają muzykę.]

[Ekran ciemnieje.]

*

- Słyszałeś? – zapytał Simba, przestraszonym głosem.

Stał na wzgórzu, a Zazu cierpliwie krążył nad jego głową. Dzioborożec skierował głowę na północ i odparł spokojnym głosem.

- Nie ma obaw, panie. To faktycznie Wyrzutki, ale drą się zza rzeki. Są daleko.

- Kiara też może być daleko! – mruknął król. – Zazu, rozdzielmy się. Leć do rzeki, a potem wzdłuż niej, na wschód. Ja sprawdzę bród przy Cmentarzysku Słoni.

- Nic jej nie jest, Simbo! – odparł ptak, ale zorientował się, że lew go nie słucha, tylko pędzi przed siebie. – Ech... Powinni mi za to płacić więcej. Nie jestem majordomusem, tylko niańką! Potrzebuje kogoś do pomocy... Już wiem, Tiko kiedyś narzekał, że się nudzi w domu, więc...

Zazu poleciał ku Rzece Granicznej, aby odkryć, że Kiary tam nie było. Posłusznie wiec skierował się później na wschód, ku Zielonym Wzgórzom. Przeleciał nad niewielkim wzniesieniem, nie mając pojęcia, że ukrywa w sobie jamę, zwaną przez Złoziemców „Kocięcym Schronieniem”. W środku zaś spała smacznie Kiara, odsypiając nocną wędrówkę.

Ale powiedzmy sobie szczerze – czy można mieć pretensję do prawnika i herolda, a w dodatku, do dzioborożca, że nie ma sokolego wzroku? Zazu nie znalazł księżniczki, co nie udało się także samemu królowi. Kocięce Schronienie odkrył dopiero Tanabi, około godziny później, za sprawą czystego przypadku. A lwiczka faktycznie miała talent do znikania z oczu, niczym tajemniczy nocny złodziej, straszący na Lwiej Skale.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#10 2017.11.25 16:34

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku VIII

08 – Świt na Złej Ziemi


Uchodźcy wkroczyli na Złą Ziemię wczesnym wieczorem. Polowanie zabrało im więcej czasu niż sądzili, gdyż północna strona rzeki okazała się jeszcze uboższa niż wysuszona Lwia Ziemia. Zira wysłuchała raportów swych towarzyszek o spalonym słońcem, skalnym pustkowiu, ale odetchnęła z ulga, słysząc wieść najważniejszą – na tej ziemi znajdowały się dwa, niezależne źródła czystej wody. Musieli tam zostać, choćby na tydzień, aby odzyskać siły po ucieczce i dramacie poprzedniej nocy. Złote Stado i Wędrowcy wkroczyli do olbrzymiej kolonii termiciej, pełnej wymarłych kopców.

- No ładnie... nawet cześć termitów nie przetrwała suszy. – mruknął Amini.

Powiedział to do wszystkich, ale miał nadzieje, że to Zira odpowie. Od momentu, kiedy obudzili się na plaży, czule ściskając, królowa nie wypowiedziała słowa ku niemu. Kiedy tylko wstała, spuściła wzrok ku ziemi i szybko pobiegła ku reszcie stada, tak że Amini ledwo zdążył powiedzieć odruchowe „przepraszam”. Czarnogrzywy poczuł, że w jakiś sposób do głębi obraził Zirę, nie miał jednak pomysłu, czym konkretnie.  W czasie drogi usiłował nawiązać rozmowę z lwicą, jednak bezskutecznie.

- To będzie nasze schronienie. – oceniła Zira, wskazując na największy z kopców. Miał ponad dziesięć metrów wysokości i wydawał się być zupełnie pusty w środku. – To znaczy... tymczasowe schronienie. – dodała, widząc złośliwą ciekawość na twarzach bliźniaków. – Warto by było sprawdzić, czy nie ma już tam robactwa...

Amini nie dął się nikomu wyprzedzić i natychmiast wszedł w szczelinę w ścianie kopca. W środku znajdowała się ciemna pustka. Lew odetchnął zastałym powietrzem, ale nie poczuł nic groźnego. Na szczycie budowli znajdował się wywietrznik, pozostawiony przez termity do wentylacji. Razem ze szczeliną w ścianie, zapewniał on znośny przewiew. Amini podszedł do środka głównej komnaty i ze zdziwieniem zauważył martwy pniak drzewa, wyglądający jak rodzaj siedzenia.

- Tron dla królowej. – mruknął z ironią. – Ale lepszy już taki zamek, niż żaden. – Wyszedł na zewnątrz.

Przez ten czas, Złote Lwice zostały podzielone przez Zirę na patrole i ruszyły na krótki zwiad. Jakimś cudem, królowa zagoniła do roboty także wędrowców, ale być może była to zasługa rozsądnego doboru zespołów. Horen poszedł z Dorią, Daki z Vii, a Laki z Thelą. Przed kopcem została sama Zira i kociaki.

- W środku czysto... przynajmniej jak na tutejsze standardy. – oznajmił Amini i uśmiechnął się niepewnie. Zira również odpowiedziała uśmiechem, ale wydawała się jeszcze bardziej onieśmielona niż on.

- Dziękuję. – odparła. – Dobrze mieć jakieś schronienie przed słońcem.

- Mamo. – powiedział Nuka, chichocząc. – Jeśli zrobi się tu gorąco, zawsze możemy pójść nad rzekę i wsiąść kąpiel. A pan Amini na pewno nauczy mnie pływać, prawda? – spojrzał na lwa.

- Jasne. Oczywiście, jeśli twoja mama nie będzie miała nic przeciwko. – odparł czarnogrzywy. – Ale może znajdziemy jakieś inne miejsce niż wczoraj.

- Już dobrze. – przerwała Zira. – Chodź do środka i zobacz nasz tymczasowy dom. Nuka, idź za mną. – Chwyciła zębami Vitani i weszła do kopca.

- Nie jest imponujący, ale miejsca ma dużo. Nawet dla całego stada. – skomentował Amini, gdy byli już w środku.

- Nieźle! – uśmiechnął się Nuka. – I to wszystko zbudowały małe robaki? – oglądał ściany z podziwem.

- Tak. – potwierdził Amini. – Ale miały na to lata, a kto wie, może i całe stulecia.

- Cierpliwe sztuki... – oceniał lewek.

Zira ostrożnie podeszła do pnia.

- Nie ma robaków, sprawdziłem. – zapewniła Amini, więc lwica położyła śpiąca córkę na szczycie. Wróciła do Nuki i złapała go także.

- Co, już idziemy spać? – zapytał rozczarowany kociak, ale królowa położyła go obok siostry i odparła.

- Tak, kochanie. To był długi dzień... długie dni. Śpij, bo musisz odpocząć po tych przygodach. Odzyskaj siły, będą ci potrzebne.

- Aby uratować Hawę i Yaktę? – zapytał, sennym już głosem.

- Też. – mruknęła Zira i polizała lewka w twarz. Potem pocałowała Vitani, delikatnie, aby nie zbudzić kotki i ostrożnie ruszyła ku wyjściu. – Był na prawdę wyczerpany. – szepnęła, mijając Aminiego. – Już śpi. – oboje wyszli z kopca.

Zira usiała na płaskim placyku, przed budowlą. Amini dołączył do niej, niepewnie czekając, aż coś powie pierwsza. Czekał ponad minutę.

- Wygląda znośnie. – oceniła Zira. – W promieniach zachodzącego słońca, wygląda na złoty. „Złota Hala”, co ty na to? Ujdzie, czy jest zbyt pretensjonalne?

- Dom królowej nigdy nie jest pretensjonalny. Jest królewski. – odparł lew. – Ładna nazwa. To pomoże wam się tu rozgościć.

- A tobie nie? – zapytała Zira, nieco napiętym głosem.

Amini podszedł bliżej i siał naprzeciwko lwicy. W jej oczach ujrzał niepewną mgiełkę smutku i melancholii.

- Ziro, jeśli obraziłem cię w jakikolwiek sposób...

- Nie. – machnęła ogonem, w geście zażenowania. – Problem leży we mnie, nie w tobie.

- A więc co się stało? – zapytał Amini, niespokojnym głosem.

- Ty. Ty się stałeś. To jest mój problem.

- Ja to? – zdumiał się lew, czując głęboko w gardle zimny uścisk.

- Po prostu. Spotkałam cię wczoraj, ale przez ostatnie dwie doby zdążyłeś już uratować mnie, moje dzieci, przekonać swoich kompanów, aby nam pomogli i okazać się najżyczliwszym z przyjaciół, których miałam. To jest problem, bo ja nie mogę ci w żaden sposób wynagrodzić tego całego dobra.

- Ależ możesz. – uśmiechnął się Amini. – I cały czas to robisz. Przez te dwa dni poczułem... że mam stado. To dla mnie skarb... zakładając, że pozwolisz mi... to znaczy: nam zostać. – poprawił się lew.

- Co jeszcze sobie założyłeś? – zapytała zimno Zira.

- Nie rozumiem... – zdziwił się czarnogrzywy.

- Zapytałam, czego jeszcze oczekujesz, zostając z nami. – patrzyła na zachodzące słońca, ale lew czuł, jakby świdrowała go wzrokiem. – Bo ja też założyłam kilka rzeczy. Że ochronicie nas, gdy będziemy zbierać siły. Że pomożecie nam w boju o Lwią Skałę, a potem odejdziecie lub zostaniecie, nie oczekując żadnej nagrody. Uczciwa wymania, nie? – Zira, widząc, że lew nadal nie był w stanie nic powiedzieć, ciągnęła dalej. – Nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi, Amini. Widzę, jak wciąż mi schlebiasz, jak na mnie patrzysz, a  najważniejsze, do czego jesteś zdolny, aby nam pomóc. Musze cię jednak rozczarować, nie warto. – Wreszcie chciał coś powiedzieć, ale tym razem Zira uciszyła go machnięciem łapy. – Jak już słyszałeś, miałam partnera, króla Skazę. Ale nasz związek był czymś więcej niż przymierzem politycznym, czy nawet zwykłą więzią partnerską. To była... jest... miłość, silniejsza, niż każde inne uczucie na tej ziemi. To ono uratowało nas od katastrofy i wciąż daje mi siłę do życia i działania. Nawet gdy on odszedł... wciąż jest częścią mnie. I tak już zostanie na zawsze.

- Nigdy nie sugerowałem, że chce... – zaczął lew, ale ona znów mu przerwała.

- Nie, wciąż nie rozumiesz. Chcę powiedzieć, że nie mogę zakochać się już w żadnym innym lwie, nawet tak przystojnym i opiekuńczym jak ty. Wybacz, Amini... Ja jestem związana ze Skazą mocniej, niż czymkolwiek i kimkolwiek na świecie. Wychowuje jego dzieci i kocham je... bo to jego dzieci. I uwielbiam je jeszcze bardziej, bo któregoś dnia odziedziczą tytuł i chwałę ojca. Każdego, kto pomaga mi w realizacji tego snu uważam za przyjaciela... właśnie dlatego, że mi pomaga. Słyszysz, co mówię?

Lew spuścił wzrok ku ziemi i milczał długą chwilę. Jednak nagle wybuchł głośnym śmiechem. Wstał, ale zaraz zachwiał się i znów upadł, wciąż chichocząc. Dopiero po kilku minutach uspokoił się na tyle, by odpowiedzieć, głosem pełnym i rozbawienia i żalu.

- Tak... najgroźniejszy przeciwnik, to ten, którego nie można już dosięgnąć. Nie mogę go skaleczyć, uderzyć, nawet przestraszyć. Jest nietykalny... bo już go nie ma. – spojrzał w oczy Ziry. – Nie mogę równać się ze Skazą... bo on już nie żyje!

- Właśnie. – odparła Zira, a jej twarz wyrażała autentyczne współczucie.

- Właśnie... – zamilkł na chwilę, po czym dodał, zupełnie już poważnym głosem. – Więc Skaza, twój partner, jest martwy. Ale Skaza, król Skaza, wciąż żyje, tak?

Zira przytaknęła i odpowiedziała ze zdziwieniem.

- Nie sądziłam, że ktoś mnie kiedyś zrozumie. Jesteś mądrym lwem, Amini. Bardzo mądrym.

- Czasem, lepiej nic nie wiedzieć. – wymamrotał czarnogrzywy. – Wiec... jedyna rzecz, na której w życiu ci zależy, to dotrzymać mu wierności. – Lwica przytaknęła. – I zrobisz wszystko, aby to uczynić i wychować jego dzieci. – Znów kiwnęła głową. – Ha, to brzmi zachęcająco! – zakończył z uśmiechem.

- Jak to? – zdumiała się Zira.

- Posłuchaj tylko! – zaczął Amini gwałtownie. – Wiem, że nigdy nie zdołam zastąpić Skazy i nie będę nawet się starał. Niech on będzie twoim królem... tak jak ty będziesz moją królową. – Zira odpowiedziała jedynie otwierając w zdumieniu usta. – Pozwól się kochać, tak jak ty kochasz Skazę. Bądź moją monarchinią.

- Ja zgarniam wszystko, dla ciebie nic nie zostaje. To nie brzmi sprawiedliwie. – zauważyła Zira.

- Los nie jest sprawiedliwy. – uśmiechnął się Amini. – Ale nie mamy wyboru. Pozwól mi cię wspierać i chronić. Nie będę się domagał niczego w zamian.

- Nie wiesz, co mi proponujesz. – powiedziała Zira i podeszła do niego. Położyła swoją łapę na jego i spojrzała mu w oczy. – Nie powinnam na to pozwalać. Ale muszę wypełnić wolę Skazy, za wszelką cenę.

- Czy ja jestem tak wysoką ceną? Nie przesadzaj. – uśmiechnął się lew.

Zira przytuliła go delikatnie, bardziej jak współczujący przyjaciel, niż partner. On wciąż uśmiechał się beztrosko i z radością poddawał pieszczocie.

- Twoja królowa może zażądać prób zbyt ciężkich, aby je zdać. Nie zgadzaj się na wszystko.

- Nie zgodzę się jedynie, aby stąd odejść. – odparł Amini. – Każde inne polecenie wykonam z przyjemnością.

- Nie wszystkie, zapewniam cię. – mruknęła Zira.

- Więc, jakie będzie to najgorsze? – zapytał Amini, wciąż wesołym głosem, choć już igiełki niepokoju kuły jego umysł.

- Skaza potrzebuje Kovu. – ponieważ nie mógł zrozumieć, wyjaśniła. – Potrzebuje syna. Twojego. Twój syn musi stać się dziedzicem Skazy.

Amini milczał długa chwilę, zanim odpowiedział nieśmiało.

- Ale ja będę jego opiekunem? – Zira przytaknęła. – I nauczycielem? I przyjacielem? – Lwica kiwała twierdząco głową. – A więc, niech tak będzie. Zostanę... ojcem syna Skazy, jakkolwiek cudacznie to brzmi. – Zira znów wtuliła się w jego grzywę i westchnęła z ulgą. Lew ciągnął dalej. – Jutro powiem o tym Horenowi. Odchodzę z drużyny. Będę już tylko twoim wiernym poddanym... Nie martw się, zatrzymam ich do czasu walki z Simbą.

- Wiesz co? Chyba zmieniłam zdanie. – powiedziała Zira, a Amini aż odskoczył i zapytał ze strachem.

- Na jaki temat?

- Na twój temat. – odparła lwica. – Nadal uważam, że jesteś odważny, czarujący a na dodatek, masz czyste serce. Ale w żadnym wypadku, nie mogę nazwać cię już <mądrym>.

- Nie martw się. – mruknął lew. – Ponoć inteligencję dzieci dziedziczą po matce.

*

Grupy zwiadowcze wróciły przed północą. Lwice i lwy przed wejściem do, tak zwanej, “Złotej Hali”,  odnalazły Zirę i Aminiego. Królowa i wędrowiec gawędzili beztrosko, jak dwójka starych przyjaciół. Napięcie całego dnia znikło pomiędzy nimi, jakby nic się nie stało. Tylko Horen, słysząc radosny śmiech przyjaciela, wyczuł coś niezwykłego w tym dźwięku. Przeprosił na chwilę Dorię i kiwnął głowa na Dakiego i Lakiego.

- Chłopaki... pozwólcie na moment.

Bliźniacy wstali i podążyli za wodzem, nie kryjąc jednak irytacji. Bowiem ten oderwał ich od Vii i Theli.

- To coś ważnego, szefie? – zapytał Daki.

- Wiesz... – dodał Laki. – Panie na nas czekają.

Horen podszedł do niskiej półki skalnej i wskoczył na górę. Bracia podążyli za nim, aby zobaczyć, jak ich wódz wskazuje z góry Zirę i Aminiego, leżących obok wejścia do Hali. W świetle pełni księżyca, byli doskonale widoczni.

- Widzicie to? – zapytał wędrowiec.

- No... i co w tym takiego niezwykłego? – zdziwił się Laki.

- Nie wiem. – odparł szczerze Horen. – Ale coś się stało. On jakoś tak... wydoroślał? Jakby stał się kimś zupełnie innym. Dzisiaj, może nawet od czasu naszej ostatniej rozmowy.

- No może... – przyznał niepewnie Daki. – Faktycznie, przed chwilą gadał niezłe głupoty. Myślisz, że to przez naszą wojowniczą królową?

Horen westchnął i odparł.

- Chłopaki, musimy być gotowi na najgorsze. Musimy założyć, że nasz kwartet gra już tylko w trójkę. – spojrzał na nich, piorunującym wzrokiem. – I nie możemy sobie pozwolić na kolejne straty. Nie dajcie się omotać tym podstępnym samicom! – dokończył groźnie i zeskoczył ze skałki. Bracia zostali sami, patrząc po sobie niepewnie.

- Hm... – mruknął Daki. – Szef mówi całkiem do rzeczy. Nie rozumiem tylko jednego: czemu w takim razie znów pobiegł do tej Dorii?

W końcu, zmęczenie zgasiło emocje mijającego dnia i wszystkie lwy weszły do środka kopca.. wszystkie, prócz Ziry i Aminiego.

- Czemu nie wejdziesz? – zapytała lwica, patrząc na czarnogrzywego.

- Gorąco jest. Jak na porę deszczową, bardzo gorąco. – odparł wędrowiec. – Chcę się ochłodzić.

- Ja też. – mruknęła Zira. – Ale ranek zapewne znów będzie zimny.

- No właśnie! – uśmiechnął się Amini w ciemności. – Może znów będziesz potrzebowała rozgrzewki?

*

- Nie dokładnie tego się spodziewałem. – ocenił Skaza, spoglądając na śpiące stado. – Tarki, czy mogę z nią porozmawiać? – Gwiezdny lewek potrząsnął głową. – A ty możesz? Muszę jej powiedzieć o tak wielu sprawach!

Duchy unosiły się nad północną częścią nieba, skąd świeciły ich gwiazdy. Zielonooki kociak wyglądał, jakby z uwagą obserwował ziemię, ale zapewne bardziej interesowało go zachowanie bratanka, gdy na jego słowa odwrócił się natychmiast i powiedział, łagodnym głosem.

- Skazo... zrozum! Nie jesteśmy ani wszechwiedzący, ani wszechmocni. Nasza moc płynie z miłości i współczucia żyjącym na dole, ale zbyt wiele emocji uniemożliwia jakikolwiek kontakt. Musisz się uspokoić i zaufać mądrości twoich bliskich. Poradzą sobie... cokolwiek ich spotka.

- Zira cierpi z mojego powodu. – odparł martwy król zbolałym głosem. – Przysięgła zemstę, która może ja kosztować życie i odrzuciła miłość Aminiego. Miałem nadzieję, że on zastąpi mnie jako jej partner i opiekun kociaków, ale teraz...

Tarki spojrzał w dół, na śpiąca królową.

- Nigdy nie widziałem czegoś takiego. – mruknął. – Jest naprawdę niezwykła... Taką piękna, zarówno na zewnątrz, jak i w duchu. Kocha cię tak bardzo, że nie pogodziła się z twoją śmiercią. I już chyba nie pogodzi. Być może właśnie dlatego cię nie słyszy. Jesteście związani tak ściśle, że nawet nie możesz wyciągnąć głowy ku jej uszom... Wiesz, co mam na myśli?

Skaza zacisnął pięści i uderzył nieistniejącego wroga.

- Wiem! Jestem jednocześnie najszczęśliwszym i najnieszczęśliwszym lwem pod słońcem. – wykrzyknął. – Najszczęśliwszym, bo ona mnie kocha i jestem z tego dumny. Ale przecież jedyne, na czym mi teraz zależy, to aby żyła razem z dziećmi w szczęściu i spokoju. Musze jej to powiedzieć!

Tarki znów westchnął i podszedł do bratanka. Pogładził jego grzywę, co wyglądało nieco groteskowo – mały kociak, głaszcze dorosłego samca. Odpowiedział poważnym głosem.

- Skazo, nie jesteśmy tu sami.

- Wiem. – odparł lew. – Wszyscy, który odeszli, są tam, na wyższym sklepieniu. Dołączymy od nich, gdy będę już gotowy, tak?

- Tak. – potwierdził lewek. – Ale nie wszyscy Dawni są tak wysoko. Niektórzy z nich są wciąż mocno złączeni ze światem na dole. Tak ty i ja. I usiłują naprawić błędy, jakich dokonali za życia. Niektórzy, mądrze... inni... mniej roztropnie. Ale są Władcami z Przeszłości i mają takie prawo.

Skaza otworzył paszczę, spoglądając na niebieskie sklepienie ponad nim. Zrozumiał, co się działo.

- MUFASO! – zawył bolesnym głosem.

- Stój! – krzyknął Tarki. – To nie jego wina! On chce tylko naprawić błędy, które popełnił.

Martwy król chwycił zielonookiego lewka i podniósł go na wysokość swej twarzy.

- Co on wyrabia?! – zapytał, zduszonym szeptem.

- Uspokój się! – jęknął Tarki. – On tylko chroni swoje stado... tak jak uważa za słuszne. Inaczej nie umie.

- Podburza Lwioziemców przeciwko Złotym! – westchnął Skaza z rozpaczą i puścił zielonookiego. Tarki upadł na niewidoczne podłoże.

- Ała! – syknął. – To że jestem martwy, to nie znaczy, że można mną pomiatać. – wstał z godnością i odparł. – Nie masz szacunku dla rodziny.

- Nic dziwnego. – fuknął Skaza. – Miałem kilka traumatycznych przeżyć w tej kwestii.

- Skazo, posłuchaj mnie! – przerwał Tarki, poważnym głosem. – Musisz zrozumieć zasady. Królowie Przeszłości, jak mówią ci na dole, albo Dawni, jak wolę mówić ja... Wiesz, nie każdy z nas był monarchą... W każdym razie my, Gwiezdni, kiedy umieramy, odchodzimy na sklepienie. Każda dusz zapala jedną gwiazdę. Z tych gwiazd możemy obserwować świat pod nami, a nawet wspomagać żyjących. A niektórzy z nas, ci najsilniej związani z Ziemią, mogą nawet wpływać na wydarzenia pod nami i pokazywać się potomkom. Tak jak ja, i zapewne już niedługo, ty. Ale nie tylko. Mufasa i Ahadi są również blisko świata...

- Mój ojciec? – zdumiał się Skaza.

- Kiedyś powiedziałeś, że nie masz ojca. – przypomniał cierpko Tarki.

- Nie! – wykrzyknął martwy król. – Myliłem się! Nie wiedziałem o tym wszystkim, o czym mi powiedziałeś. Chcę zobaczyć mojego ojca!

- Nawet jeśli on pomaga Mufasie w jego planach? – Skaza zmarszczył brwi. – Tak, Ahadi wspiera Mufasę, w jego grze. On wciąż nie może oderwać się od ziemi... i to z twojego powodu. Mój brat wciąż żałuje, jak okrutnie cię skrzywdził, faworyzując Mufasę i podsycając jego zazdrość. Jest przekonany, że twój brat pomaga mu... zaleczyć rany, które zadał za twoim pośrednictwem.

- Bosko! – syknął Skaza.

- Nie oceniaj go surowo. Myśli, że robi dobrze i robi to dla ciebie.

- Musze mu powiedzieć, aby przestał...

- Nie możesz mu nic powiedzieć. – przerwał Tarki. – Nie możesz rozmawiać z nikim prócz mnie, gdyż ja jestem twoim patronem, przynajmniej na razie. Musisz się oderwać od tych więzów, które cię przygniatają do ziemi. Dopiero potem będziesz mógł wznieść się wyżej.

- Nie mogę wyrzec się własnych uczuć! – wykrzyknął martwy król. – Jedyne czego pragnę, to strzec Ziry i dzieci... no i stada... obydwu stad. – dodał, sam dziwiąc się własnym słowom. – Tarki, ja wcale nie jestem martwy, ja żyje tym, czym żyją oni.

- Także Lwioziemcy?

- Oczywiście! Byłem ich królem! – jęknął zbolały Skaza.

- No ładnie... – westchnął Tarki. – Skazo, byłeś wspaniałym królem. I będziesz wspaniałym Królem z Przeszłości, jeśli opanujesz swoje emocje. Dopiero wtedy będziesz mógł pomóc tym, których kochasz.

- Nie mamy na to czasu! – jęknął król.

- Nie mamy innego wyjścia. – odparł Tarki.

*

Poranek był faktycznie chłodny, ale Zira wytrzymała bez pomocy Aminiego. Słońce oświetliło Złą Ziemię i szybko zmieniło zimno poranka w gorąc przedpołudnia. Być może, taka pogoda byłaby przyjemna na mokrej sawannie, ale wśród skał Złej Ziemi, stawała się nieznośna.

- Witaj, moja królowo. – Amini powitał władczynie. – Sądzę, że nocleg na dworze nie był najlepszym pomysłem.

- Witaj, Amini. – odparła Zira. – Na początki zimno, teraz piecze... Masz rację, szkoda że o całą noc zbyt późno. – Lew uśmiechnął się i wstał. Wtedy pierwsze lwice wyszły z kopca.

- Nie ma się co śpieszyć, drogie panie. – powiedział Amini. – Jestem pewien, że w środku było przyjemniej.

- Ale dobrze, że wstałyście. – dodała Zira. – Musimy sprawdzić, czy da się tu coś upolować.

- W razie czego, termity są bardzo pożywne. Zawierają mnóstwo białka. – zapewnił Horen, właśnie wychodzący z jaskini.

- Zawierają też mnóstwo kwaśnego jadu. – dodała Doria. – Tydzień termiciej diety zniszczyłby każdy żołądek.

- Właściwie, to nawet sam jadłem je i to dłużej niż tydzień, gdy byliśmy na Wzgórzach Południowych. – odparł wódz. – W każdym razie nie zniszczyło to mojego żołądka na tyle, abym nie był teraz głodny. Idziemy?

Zira odczekała, aż wszyscy wyjdą z Hali i rozkazała.

- Podzielcie się na cztery grupy, jeden samiec na zespół. – spojrzała z pytaniem na Horena, ale on tylko skinął obojętnie głowa. – Waszym podstawowym zadaniem jest zwiad, ale musimy też coś zjeść. Nie przekraczajcie rzeki i nie idźcie w kierunku doliny Potężnej Dżungli. Musimy nauczyć się szukać pożywieniu tu, jeśli zamierzamy przetrwać. Czy to jasne? – nie było pytań. – Kto zostanie z kociakami?

- Ja zostanę z kociakiem. – powiedział butnie Nuka, podbiegł do matki i przytulił się do jej boku. – To znaczy... będę miał oko na Vitani.

- No tak, jasne. – uśmiechnęła się Zira. – Ale ktoś jeszcze musi to zostać, aby nas wezwać, jeśli nadejdą intruzi.

- A ja w tym czasie będę bronił Vitani? – zapytał zupełnie poważnie Nuka.

- Tak, właśnie o to mi chodziło. – odparła Zira, a większość lwic również się uśmiechnęła. – Więc pójdę z jedną z drużyn...

- Królowa nie powinna polować osobiście. – zauważyła Vii, niepewnym głosem.

- Zazwyczaj, nie powinna. – potwierdziła Zira. – Ale jesteśmy w trudnej sytuacji, a ja jestem jeszcze  w nienajgorszej formie. Ramo, co z twoją nogą?

- Na miejscu, pani! – odparła lwica wesoło, wzbudzając śmiech wśród stada. Królowa stwierdziła, że lwicom wracały powoli humory. Jednak dostrzegła, że starsza przyjaciółka uśmiecha się, zagryzając wargi z bólu.

- Zostaniesz z Nuką i Vitani.

- Tak jest, Ziro!

- A reszta... do roboty! Horen pójdzie z Dorią, Lin i...

Tak oto zaczął się pierwszy dzień nowej ery.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#11 2017.11.25 16:36

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku IX

09 – Sny o potędze


Kiara leżała w Kocięcym Schronieniu, pogrążona w głębokim śnie. Nad nią stały dwie, niewyraźne sylwetki lwich duchów – jednego, czarnogrzywego i umięśnionego, oraz drugiego o grzywie koloru piasku i jaśniejszym futrze. Zjawy zastanawiały się.

- No dobra... udało się. – przyznał Amini. – I co dalej?

Lew pustynny milczał przez chwilę, wpatrując się w śpiąca lwicę. W końcu odpowiedział niepewnym głosem.

- Ja ją tu ściągnąłem, więc teraz twój ruch. To ty masz z nią jakiś związek, nie ja.

- Ja? Jaki? – zdumiał się Amini.

- Ona zna Kovu. – wyjaśnił Król Pustyni. – Być może to pozwoli ci wniknąć do jej snu. – westchnął z nadzieją. – Przynajmniej masz większe szanse ode mnie.

- Ale... co ja mam robić? – zapytał czarnogrzywy.

- Nie mam pojęcia. – przyznał szczerze Sparthi. – Skaza nie mówił dokładnie, na czym to polega. Widać liczył, że wykażesz się pomysłowością.

- To ty tu jesteś ze sprytniejszej rodziny. – mruknął Amini. – Przynajmniej, tak wnioskuję po Zirze. Bo patrząc na ciebie, nachodzą mnie wątpliwości...

- Przestań! - syknął martwy król. – Po prostu... spróbuj. Zobaczymy, co się stanie.

Amini stanął przed Kiarą i spojrzał na nią ze skupieniem. Był martwy już od trzech lat, ale po raz pierwszy w swoim... hm... nowym życiu, był zmuszony do bezpośredniego kontaktu z żyjącymi. Wziął głęboki oddech i nachylił się do ucha księżniczki.

- Hej, Kiaro. – szepnął ciepłym, ale zdecydowanym głosem.

- Tak, już! Wstanę za chwilkę, tato. – odparła przez sen lwica. Sparthi zakrył czoło łapą i westchnął z rezygnacją.

- Kiaro, spójrz na mnie! – poprosił Amini.

Lwica drgnęła, jakby opuszczając bezpieczne schronienie dotychczasowego snu i spojrzała oczyma duszy na zjawę lwa.

- O... dzień dobry panu.

- Kiaro! Musisz powtórzysz te słowa mojemu synowi, Kovu. – ciągnął Amini. – Znajdź go na Złej Ziemi i poleć mu, aby powstrzymał plan Ziry. To śmiertelnie niebezpieczne!

- Wiem... mogę się skaleczyć, potłuc, a nawet zgubić. Wiem, tato, mogę już iść? Proszę! – odmruknęła Kiara, ale nie Aminiemu, ale bohaterowi poprzedniego snu.

- Czy uznamy to za zgodę? – zapytał Sparthiego czarnogrzywy.

Ale wtedy ciszę jamy zaburzyły głosy z zewnątrz. Duchy, choć i tak niewidoczne w świetle dnia, stały się także dla księżniczki absolutnie niesłyszalne.

- Książę Tanabi, uważam, że już dawno zgubiliśmy ślad. – powiedział Pumbaa. – A kiedy ostatni raz widzieliśmy te plamy, z pewnością nie prowadziły tutaj.

- Tak, jasne. – przytaknął obojętnie Tanabi i wszedł do jamy.

- Szefie, obiecałeś swojej babci, że wrócisz na Lwią Skałę, kiedy tylko coś znajdziesz. – dodał Timon.

- No właśnie. – odparł lew. – Nie znaleźliśmy, jak na razie, nic ciekawego, więc... KIARA? – wykrzyknął na tyle głośni, aby obudzić ją ze snu. Amini i Sparthi znikli na dobre. – Kiara jest tutaj! Siostrzyczko? – zapytał zdziwiony.

- O, Tanabi. – odpowiedziała, zaspanym głosem. – Ale miałam dziwny sen...

- Kiara, tata jest wściekły! – jęknął książę. – Znikłaś bez słowa, a on cię teraz szuka.

Kiara, rozbudzona tymi słowami, zmarszczyła ze strachem brwi i wybiegła z jamy.

- Tak, musimy iść. Na Złą Ziemię, aby...

- CO?! – krzyknęli na raz Timon i Pumbaa. Surykatka zeskoczyła z placów guzca i podeszłą do lwicy. – Powiedz mi, panienko, jedną rzecz... jakim cudem dostałaś udaru słonecznego w takiej dziurze?! Zła Ziemia! To szaleństwo!

Kiara stanęła, z niepewną miną, rozpaczliwie usiłując sobie przypomnieć słowa ze snu. Bezskutecznie.

- Przepraszam, tak mi się powiedziało. Miałam sen... – odwróciła się do wychodzącego Tanabiego i spytała słabym głosem. – Czy ojciec jest na prawdę zły?

- Tak. – potwierdził jej brat. – I radzę ci szybko wracać. Wujkowie znajdą tatę i Zazu i powiedzą, że sama wróciłaś, jak tylko wyszli cię szukać. Poprosimy babcie i Sakię, aby nic nie mówiły.

- Tak, właśnie. – zgodziła się Kiara, miło zaskoczona, ze brat chce jej pomóc. – Chodźmy.

- Timon, Pumbaa... – poleciła Tanabi. – Znajdźcie króla i powiedzcie mu... – zastanawiał się przez chwilę. – Że kiedy wróciliśmy na Lwią Skałę, Kiara już tam była.  – po czym odwrócił się na południe i ruszył za siostrą.

- No pięknie. – jęknął Timon. – Najpierw zmuszają nas do polowania, a teraz będziemy krzywoprzysięgać! Pumbaa, jak nisko się stoczyliśmy!

Ale zaraz wspiął się na grzbiet przyjaciela i razem ruszyli na zachód.

*

- Teraz opowiedz mi, co się stało. – poprosiła Kiara, kiedy biegli już ku domowi.

- Niewiele mam do powiedzenia. – przyznał Tanabi. – Rano spostrzegliśmy, że wczorajsze mięso znikło. Mama wyszła na polowanie z lwicami, a tata poszedł cię szukać. Tak więc, razem z babciami i Sakią, chciałem się dowiedzieć czegoś o tej kradzieży... Czekaj! – wysapał lew. – Jeśli mam mówić, to nie możemy tak pędzić. Zaraz wypluję płuca!

- Przepraszam. – lwica poczekała w miejscu na brata, ale zaraz potem znów ruszyła z pełną prędkością.

- Znaleźliśmy krwawe plamy na ścieżce w dół skały, potem na sawannie. Razem w wujkami ruszyłem, aby to sprawdzić. Trop urwał się przy brodzie obok Cmentarzyska Słoni... Powiedziałem: czekaj! – Kiara zwolniła, a on z trudem zrównał krok. – Teraz ty. O co ci chodziło z tym snem?

W krótkim czasie pokonali niemal połowę drogi na Lwią Skałę i nadal im się śpieszyło. Simba lub Zazu mogli wrócić z poszukiwań wcześniej, nie znaleźć księżniczki w domu, a przez to utrudniając jej wszelkie tłumaczenia.

- Miałam sen. – potwierdziła Kiara. – Jeszcze w nocy, kiedy spałam z wami. Był jakiś dziwny... o... poczekaj! – zawołała do brata, który znacznie ją prześcignął. – Nie mogę biec i krzyczeć do ciebie jednocześnie.

- Miło, że wcześniej o tym pomyślałaś. – mruknął Tanabi. – Ale dobrze, zatrzymajmy się na chwilę.

Usiedli w cieniu rosłej akacji, wyczerpani sprintem, a lwiczka mówiła.

- Więc... śniłam o pustyni. Stamtąd przyszedł do mnie lew, którego wcześniej nigdy nie widziałam. Miał piaskową grzywę i niebieskie, bardzo mądre oczy. Powiedział coś, ale nie mogę sobie przypomnieć co... A potem obudziłam się i poczułam, że muszę biec na północ.

- Z powodu snu? – zdziwił się Tanabi.

- To nie był zwykły sen. – żachnęła się Kiara. – To było... jak rozmowa z kimś rzeczywistym. Tylko nie pamiętam słów... I chyba jeszcze trochę spałam, gdy biegłam do tej jamy.

Tanabi zmarszczył brwi i mruknął z irytacją.

- Tacie wciśnij coś lepszego, a mnie mów prawdę!

- Tak było, przysięgam! – jęknęła księżniczka. – Ja biegłam tylko kilka minut w stronę rzeki i już znalazłam się w tamtym miejscu. Nie potrafię tego wyjaśnić.

Tanabi nie wyglądał na przekonanego, ale potakiwał. Lwiczka mówiła dalej.

- A tam miałam inny sen. A nawet dwa, w tym samym czasie. Jeden normalny, w którym bawiłam się z tatą. Ale w tym drugim, który dział się jednocześnie...widziałem tego piaskogrzywego i jeszcze kogoś innego. Bardzo przystojnego lwa z czarną grzywą i ciemnym futrem. Miał straszne blizny na piersi.

- Blizny? Czarna grzywa? – zdziwił się Tanabi. – Pamiętasz opowieści o stryju taty, Skazie? Może widziałaś jego ducha?

- Nie! – zaprzeczyła Kiara. – Ten lew był z pewnością przyjazny.

- A co mówił? – dopytywał się książę.

- Ja... właściwie, to nie pamiętam. – przyznała Kiara. – Coś o Złej Ziemi i... nie, nie przypomnę sobie. Pamiętam tylko, że on był taki przystojny...

Tanabi westchnął głośno i podrapał się za uchem.

- Brzmi fascynująco. – ocenił. – Ale rodzice tego nie kupią.

- Ale to prawda!

- Nie ważne. Lepiej już chodźmy. – poradził Tanabi.

Rodzeństwo ruszyło ku Lwiej Skale, a dwie cieniste sylwetki lwów zostały pod akacją.

- No nieźle. – mruknął Sparthi. – Nawet po śmierci wzbudzasz westchnienia niewieście.

- Miło to słyszeć – odparł Amini. – Ale znów nam nie wyszło. Musimy wymyślić inny sposób.

*

W tej właśnie chwili Sakia się obudziła. Poczuła jakby dotyk obecności kogoś znajomego, ale gdy podniosła głowę, odczucie znikło. Nie wiedzieć czemu, przyszedł jej na myśl Spathi, brat królowej Ziry. Kiedyś był królem złotego Stada...

Sakia westchnęła z bólem. Poczuła, że znów się zaczęło. Sny miały się powtórzyć. Przez miesiąc po śmierci Skazy prześladowały ją w nocy obrazy zmarłego króla i jego przyjaciół. Lwica powiedziała Rafikiemu, że nie może spać, a szaman zaczął leczyć ją swoimi ziołami. Z czasem sny znikły, ale nieuchwytny strach w duszy Sakii pozostał. Była też ciekawa, czy tylko ją nawiedza poczucie winy. A może całe stado wstydliwie chowało wyrzuty sumienia przed sobą na wzajem? Wszyscy byli winni i wszyscy zasługiwali na karę. Od czasu do czasu, Sakia nabierała przekonania, że przeszłość gniecie także serca Sarabi i Sarafiny. A w tamtym momencie, była tego niemal pewna, bo Sarafina otworzyła oczy i podniosła głowę ledwie kilka sekund po niej. Stara lwica podeszła do przyjaciółki i spytała.

- Czy... poczułaś coś niezwykłego?

Sarafina zamarła. Jeszcze przed chwilą śniła o Hawie, ale jej marzenie zostało przerwane przez pojawienie się dziwacznej zjawy. Ten cień chciał coś powiedzieć, ale lwica go nie rozumiała. To były z pewnością wyrzuty jej sumienia. „A Sakia? Ile ona wie?” pomyślała Sarafina. „Czy mój żal jest aż tak widoczny?”

- Miałam zły sen, moja droga. – powiedziała ostrożnie. – Nic niezwykłego w naszym wieku.

„Nic niezwykłego, zważywszy na to, co zrobiliśmy.” Chciała dodać Sakia, ale tylko spytała. – Ale już wszystko dobrze?

- Tak, to tylko sen. – skłamała Sarafina. Nie, to nie był tylko sen, bo Hawaa wciąż żyła na Złej Ziemi, gardząc swoją dawną rodziną.

Sakia zauważyła ból w spojrzeniu przyjaciółki i była pewna, że ta również czuje winę swojej zdrady. Szepnęła cicho.

- Tak, to wszystko przez nas. Ale już za późno, by to naprawić.

I wyszła z jaskini, zanim Sarafina zdarzyła spytać ją o cokolwiek.

*

- Babciu, jesteśmy! – zawołała Kiara i podbiegła do Sarabi. Kiedy dostrzegła poważne oblicze lwicy, spuściła ze wstydu wzrok ku ziemi.

- Proszę, nie gniewaj się na nią, babciu. – poprosił Tanabi. – Potrzebuje waszej pomocy.

Lwica spojrzała na wnuki z pewnym zdziwieniem. Te rzadko kiedy nie kłóciły się zajadle, więc jeśli Tanabi bronił siostrę, musiało się za tym kryć coś ważnego.

- Twój ojciec był przerażony! – mruknęła z wyrzutem, ale widząc łzy w oczach Kiary dodała. – Ale co się stało, to sienie odstanie. Co mówiłeś, Tanabi?

- Cóż... jeśli ty, babcia Sarafina i ciocia Sakia, powiecie, że Kiara wróciła do domu tuż po wyjściu ojca, to może rodzice nie będą aż tak wściekli.

Sarabi uśmiechnęła się, słysząc to. Może to nie był najlepszy sposób, aby okazywać braterskie uczucia, ale lepiej tak, niż nijak. Książę szczerze chciał pomóc siostrze.

- Dobrze, powiem o tym Sarafinie i Sakii. Ale ty, młoda damo... – wskazała na Kiarę. – Lepiej wymyśl sobie rozsądną wymówkę. I mam nadzieję, ze to się już nie powtórzy.

- Nie powtórzy, babciu. – szepnęła księżniczka, a Sarabi weszła do jaskini.

- A co ja mam mówić tacie? – zapytał lew. – Bo widzę, ze już wraca. – wskazał na sylwetkę, biegnącą po sawannie.

- No więc... – mruknęła Kiara. Jeśli nawet brat jej nie wierzył, nie mogła oczekiwać, że uwierzy reszta stada. Miała tylko jedną drogę, aby uniknąć zbyt wielu pytań: przyznać się do wszystkiego, nie wspominając nic o snach, czy zjawach. – Powiem mu... że poszłam rano na wycieczkę i jest mi bardzo przykro.

- Jak sobie chcesz. – powiedział, zdziwiony Tanabi. – Ale pamiętaj, że ja chciałem ci pomóc...

*

Simba dotarł na Lwią Skałę wkrótce potem, pełen i gniewu i ulgi. Przywołał Kiare do porządku gorzkimi wymówkami, ale dzięki wstawiennictwu Sarabi i Tanabiego, księżniczka wywinęła się przed prawdziwą karą. Król jedynie zakazał dzieciom odchodzić od domu bez towarzystwa innego lwa.

- Przykro mi, ale teraz nie jesteście bezpieczni nawet z Timonem i Pumbą. – ocenił Simba. – Skoro nie udało nam się znaleźć tych padlinożerców, nie wiemy z kim mamy do czynienia.

- Starałem się, tato. – mruknął Tanabi ponuro.

- Wiem i jestem ci wdzięczny. – odparł król. – Ale skoro ci złodzieje faktycznie przyszli z Cmentarzyska Słoni, musimy zakładać, że nowy klan hien się tam osiedlił. Niedługo będziemy musieli wygonić je, całym stadem.

W tym momencie, do komnaty króla weszła Sarafina.

- Odpoczywaj, Sarafino. – poradził Simba. – Zazu już poleciał po Rafikiego. Będą tu niebawem.

- Już nic mi nie jest. – zapewniła stara lwica. – Może nawet moje bezsenność nam pomoże. Ktoś musi stać na warcie...

- Nie przejmuj się tym. Poradzimy sobie sami. – ocenił król.

*

Szaman dotarł na Lwią Skałę niedługo po powracającej drużynie łownej i od razu zabrał się za badanie starej lwicy. Zaprowadził Sarafinę do tylniej jaskini. A tam rozpoczął swoje tajemnicze, ale i zabawne obrzędy: śpiewał swoje niezrozumiałe przyśpiewki, i smarował jej skronie ziołami i kokosowym mlekiem. Po pewnym czasie, umilkł, nieco zaskoczony.

- Dziwne... jesteś zupełnie zdrowa.

- Może to normalne w moim wieku? – zapytała, ale Rafiki uśmiechnął się wyrozumiale.

- Przesadzasz. Nie jesteś jeszcze taka stara. To ja powinienem myśleć o emeryturze. Ale, skoro o tym już mówimy, to sądzę, ze twoja choroba nie pochodzi z ciała. Prędzej z serca.. – lwica zmarszczyła brwi, a szaman pytał. - Czy coś cię niepokoi? Czy czymś się martwisz w tych dniach? Złe sny? Trudne wspomnienia? – nieśmiało przytaknęła. – Cóż... ja tego nie potrafię wyleczyć. Tylko sama możesz odnaleźć spokój ducha.

- A jeśli to już niemożliwe? – zapytała Sarafina ze smutkiem.

- Więc to dotyczy kogoś, kto zmarł? – przypuścił pawian, ale widząc niepokój w oczach lwicy dodał szybko – Nie ważne. Źle, że spytałem. Tylko ty sama możesz rozwiązać swój problem. – westchnął, jakby samemu borykał się z podobnym ciężarem. – I chyba nawet wiem, o co ci chodzi. Znaki... znaki które chcemy widzieć, ale nie umiemy ich odczytać. Ale lepiej już pójdę. – dokończył, nieobecnym głosem. – A na bezsenność spacery robią najlepiej. Wysiłek jest lepszym lekarzem ode mnie.

Rafiki wyszedł z jaskini i ruszył ku swojemu baobabowi.

*

Hawaa polowała razem z Nuką. Właściwie, nie było to zwykłe polowanie, ale radosna zabawa. Po zaspokojeniu pierwszego głodu, kilkoma mangustami, złapanymi na Złej Równinie, poszli nad rzekę, łapać ryby. Zwykle była to trudna robota, zwłaszcza dla Hawy, która nie znosiła pływania. Ale wysoki poziom wody po deszczach utworzył szerokie rozlewisko niedaleko Cmentarzyska Słoni, co czyniło łowy nie tylko łatwiejszymi, ale i przyjemnymi.

- Łap! – krzyknął Nuka, wyrzucając jedną z ryb w powietrze. Hawaa skoczyła z brzegu i chwyciła ją z gracją w zęby, aby miękko spaść do płytkiej wody. Lew wyskoczył z rzeki, po czym usłużnie podał łapę lwicy, wspinającej się na brzeg. – Chodź, moja pani. Trzeba się wysuszyć.

Lwica odłożyła zdobycz na skale i spojrzała na rzekę.

- Jejku... przez te kilka pierwszych dni pory deszczowej, ta rzeka po prostu nas rozpieszcza. Gdyby tyle ryb było tu przez cały rok... żylibyśmy jak królowie.

- Hm... ja już żyje jak król. – odparł radośnie Nuka. – Może czasem głodny król, ale z prawdziwą królową u boku. – polizał policzek ukochanej. – A kto wie, co przyniesie jutro...

Hawaa spojrzała na niego, badawczym spojrzeniem.

- Nuka, proszę, powiedz mi... Planujesz coś szalonego, ale nie chcesz mi tego zdradzić, prawda?

Lew, gryzący akurat pierwszy kęs ryby, niemal zadławił się smakołykiem. Połknął porcję szybko i oparł, niewinnym głosem.

- Masz rację... bo zawsze masz rację. Ale proszę, nie pytaj mnie o to.

- Powiedz tylko, czy to jest niebezpieczne? – zapytała z troską.

Lew wstał i zaczął nerwowo przechadzać się po brzegu. Zmarszczył brwi i odpowiedział, pozornie beztroskim głosem.

- Cóż... życie jest niebezpieczne. Mieszkanie na Złej Ziemi jest niebezpieczne. A łowienie ryb w Rzece Granicznej to poważne ryzyko. Nie robię niczego, co byłoby nowe dla Złoziemca. Ale nie żądaj szczegółów. To będzie niespodzianka. – uśmiechnął się i spojrzał Hawie w oczy. Ona odpowiedziała równie promiennym uśmiechem, ale jej serce ukuł strach.

„Tak, on chce zabić Simbę. Sam, w pojedynku. Muszę mu pomóc... pilnować go, cokolwiek by się nie działo.” Pomyślała.

*

Noc zapadła nad Lwią Ziemią, a stado Simby spało głęboko. Król zrezygnował z męczących wart, ale na wszelki wypadek, sam położył się niemal w progu jaskini. Choć miał raczej kiepski słuch (beztroska młodość w dżungli, gdzie nie polował ani przed nikim nie uciekał, nie zmuszała go do ostrożności), miał nadzieję, że w razie czego usłyszy bezczelnego rabusia. Nala, znacznie hojniej obdarzona zmysłami, spała tuż obok władcy, aby go wspierać. Oczywiście, królewskie dzieci zapędzono w najgłębszy kąt komnaty, tak na wszelki wypadek.

Sarafina spała może godzinę. Potem znów nawiedziły ją niepokojące obrazy. Czarnogrzywy lew ostrzegał przed niebezpieczeństwem, a lwica widziała kątem sennego oka Hawę, błąkająca się nocą po sawannie. I właśnie to marzenie ją obudziło.

Ostrożnie wstała i wyszła z jaskini. „Pięknie.” Pomyślała. “Nasze warty są czujne jak, nie przymierzając, ja nad ranem.” Niemal nastąpnęła Nali na ogon, ale królowa nawet nie mruknęła przez sen. „Dziwna noc. Jakby ktoś rzucił urok snu na wszystkich, oprócz mnie.” Zatrzymała się na tarasie Lwiej Skały i spojrzała na sawannę. Noc był jasna o przejrzysta, dzięki światłu księżyca w pełni. Na horyzoncie dostrzegła też srebrny odblask Rzeki Granicznej. Tak, właśnie tam zmierzała. Czuła, że Hawaa może już czekać.

- A będzie? – zapytał Amini przyjaciela.

- Czekać nie, ale zapewne się spotkają. – ocenił duch Sparthiego – Wiem, że to ryzykowne, ale to nasza ostatnia szansa powstrzymania wojny. Chodźmy.

*

Nuka wyszedł z Hali tak cicho, że Hawaa niemal go nie usłyszała. Wyczula jedynie ruch powietrza i dostrzegła ciemną sylwetkę, lawirująca pomiędzy lwicami. Odczekała chwilę, po czym podążyła za ukochanym. Jej serce waliło, jak oszalałe, gdyż nie miął pojęcia, co zamierza Nuka. Kolejny wypad pod Lwią Skałę? Zapewne, po wczorajszej próbie byłoby to samobójstwo, ale lwica z rozpaczą zdała sobie sprawę, że Nuka bardziej ufa swoim zwiadowcznym zdolnościom, niż ostrzeżeniom innych.

Lew dobiegł do rzeki i przepłynął ją szybko. Lwica musiała odczekać chwilę, aby nie zostać zauważona przy przeprawie. Jednak gdy wdrapała się na drugi brzeg, z ulgą stwierdziła, że Nuka nie idzie w kierunku Lwiej Skały. Zboczył na zachód, ku wczorajszej ścieżce. A tam rozglądał się przez chwilę po sawannie, po czym chwycił w zęby starą i już nie jadalną padlinę zebry. Z obrzydzeniem dociągnął ją do wydeptanego szlaku, po czym zaczął z pieczołowitością obrabiać nadgniłe mięso. Zanim Hawaa zorientowała się, co robił, skończył i ruszył beztrosko znów ku rzece.

„Dzięki niech będą Gwiazdom!” westchnęła w duchu. „To tylko jego kolejny podstęp. Już myślałam, że ruszy dziś na Simbę!” kucnęła, aby zaczekać, aż Nuka wróci na północny brzeg. Kiedy ucichł plusk płynącego lwa, ostrożnie podniosła głowę...

...aby zobaczyć obcą sylwetkę lwicy.

„Śledzili nas!” pomyślała z rozpaczą, przypadając do ziemi. Ale po chwili czujnie podniosła się z trawi i stwierdziła, ze nie ma się czego bać. Nieznajoma okazała się być dobrze znajomą.

- Czekałaś na mnie? – zapytała z nadzieją Sarafina.

Hawaa wolałaby zostawić dawną opiekunkę w spokoju i wrócić za Nuką, ale postanowiła choć chwilę porozmawiać z lwicą, tak aby jej ukochany odszedł przez nikogo nie zauważony.

- Może tak. Może nie. – odparła i podeszła do lwicy. Objęły się czule. – Cierpię na bezsenność. Ale co sprowadza tu ciebie?

- To samo. Problemy ze snem. – starsza lwica usiadła na trawie. – No i miałam nadzieje, że znów cię znajdę.

- Myślałaś o oddaniu się w nasze łapy? – zapytała Hawaa, jednocześnie z ironią, jak i nadzieją.

- O to samo chciałam cię zapytać.

Młodsza z lwic westchnęła, zniecierpliwiona. Nie miała siły do Sarafiny. Martwiła się tylko o Nukę, aby on nie spróbował któregoś ze swych szalonych pomysłów. Szaleństwa dawnej opiekunki uznawała za cudze zmartwienie. „Jeśli konieczne chce z nami walczyć, niech tak będzie. Przykro mi z tego powodu, ale dałam jej szansę...” Nagle nowa myśl oświeciła lwicę. „Tak! Może to sposób na uniknięcie wojny! Przekonanie matki samozwańczej królowej, aby pokłoniła się pamięci Skazy. Jeśli ona dałaby przykład Lwioziemcom, ci nie pozostaliby obojętni.”

- Sarafino, chcę cię prosić o przysługę. - powiedziała Hawaa.

- Tak, moja droga?

- Chodź ze mną, na Złą Ziemię. Gwarantuje ci bezpieczny powrót. – zaproponowała błagalnym głosem. – Proszę.

- Jako to... teraz? – zdumiała się stara lwica.

- A czemu nie? – odparła Hawaa. – Nie musimy budzić całego mojego stada... A ty nie będziesz musiała się tłumaczyć swojemu. Zobaczysz, jak żyjemy za rzeką, zobaczysz, kim na prawdę jesteśmy, a potem zadecydujesz, czy opowiesz o tym swoim towarzyszkom. Ja znam życie na Lwiej Skale, ale ty nie masz pojęcia o życiu na Złej Ziemi.

Sarafina poczuła, jakby ktoś szepnął jej do ucha słowa zachęty. Przez sekundę niemal widziała obraz lwa z jej snu. Niepewnie podeszła do Hawy.

- Tak, pójdę z tobą. – ale potem zdała sobie sprawę z poważnej przeszkody. – Ale rzeka ma wysoki poziom. Nie wiem, czy przepłynę...

- Pomogę ci, ciociu Sarafino. – zapewniła Złoziemka. – Znam tę rzekę doskonale. Lepiej, niż ktokolwiek inny.

*

Nuka skierował się nie ku domowi, ale na Cmentarzysko Słoni. Był pewien, ze jego pułapka jest dobrze zastawiona, ale chciał się upewnić, czy zatrzaśnie się ze skutkiem śmiertelnym. Zwabienie Simby na cmentarz nie wydawało się trudne, ale tam... Lew musiał wygrać pojedynek sam, bez niczyjej pomocy. Tak mówiły starożytne zasady. Ale te zasady milczały na temat pola bitwy. Nuka postanowił właśnie z miejsca uczynić swego sprzymierzeńca. Tak jak Skaza, który zabił Mufasę dzięki zaplanowanej zasadzce. To nie była uczciwa walka – siła mięśni, przeciwko sile umysłu. Nuka wybrał stronę po wielokroć silniejszą.

Skaza byłby z niego dumny.

*

- Musimy ich powstrzymać, Tarki! – jęknął Skaza. Jednak zielonooki lewek powtórzył po raz setny.

- Nie możemy. To ruch Mufasy.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#12 2017.11.25 16:37

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku X

10 – Nowe stado

Uwaga:

Część dziesiąta zawiera piosenkę [Razem...]. O ile jej wersję angielską uważam za znośną, to tłumaczenie jest zupełnie nieudane. Z dobrego serca radzę zapoznać się z oryginałem, a dopiero później ciskać gromy ma autora...


Pierwszy dzień na Złej Ziemi upłynął w ciężkiej pracy. Złote Lwice i wędrowcy zwiedzili cały, okoliczny teren, aby przekonać się, że nie ma tam innych źródeł czystej wody oraz, aby przekonać się jak trudne jest polowanie na nowym terytorium. Zła Ziemia była jedną, wielką doliną, otoczoną z trzech stron górskim pasmem. Tylko na zachodzie owe góry były na tyle niskie, aby z łatwością przedostać się... do kolejnej doliny, zwanej „Cmentarzyskiem Słoni”. Na wschodzie, pomiędzy Złą Ziemią i Potężną Dżunglą rosły majestatyczne szczyty.

Jedyną zwierzyną, dostępną we względnej obfitości, były gryzonie i ptaki. Zira oceniła, że nie przetrwają bez łowieckich wypraw do Potężnej Dżungli lub polowania także na Lwiej Ziemi. Pierwsze rozwiązanie było zbyt trudne dla nielicznego stada, wychowującego kociaki. Drugie niosło ze sobą pewne ryzyko, ale królowa musiała je podjąć. Już nie długo i tak miała to być znów ich ziemia.

„Ha!” pomyślała, układając się do snu, obok <tronu>, służącego Vitani i Nuce za łóżeczko. „A co ja zrobię z Lwioziemcami, kiedy zabijemy Simbę? Uzurpatora trzeba ukarać, ale przecież nie mogę udowodnić zdrady całemu stadu. Nie mogę ich zabić, nie dając szansy na odkupienie swej winy. Ale żyć z nimi? Czy Lwia Ziemia wyżywi ponad dwadzieścia... może nawet dwadzieścia pięć lwich żołądków?” jednak szybko porzuciła takie rozważania. Uznała, że jeszcze przyjdzie na to czas, kiedy odzyska swą ziemię.

Amini wrócił od wodopoju i położył się obok Ziry. W rozsądnym, pełnym szacunku dystansie, jednak by pokazać, kto jest tutaj <pierwszym poddanym>. Królowa uśmiechnęła się i wyciągnęła łapę, kładąc ją na łapie lwa. A on odetchnął z satysfakcją, jakby ten gest zaspokajał jego wszelkie pragnienia.

Zira szybko usnęła, ale sny które ją po tym ogarnęły, nie należały do spokojnych. Po kilku nocach, przespanych kamiennym snem zmęczenia, po raz pierwszy od ucieczki z Lwiej Skały, śniła o Skazie. Była tak stęskniona za partnerem, że nawet te straszne obrazy umierającego króla, przyniosły jej pewną ulgę. Ale w momencie, gdy senny Skaza wydał ostatni oddech, Zira obudziła się, zlana zimnym potem. Podniosła głowę i spojrzała na dzieci, śpiące na pniu. Wstała i podeszła do <tronu>.

- Ziro, jestem tutaj. Czuwam. – mruknął głos w ciemności. Był to Amini. – Jako wygnaniec, mam bardzo czuły słuch.

Zira polizała swoje dzieci i znów położyła się na ziemi.

- Wiem... – odparła. – Ale... miałam zły sen.

- Jako odganiacz snów, raczej nie jestem zbyt skuteczny. – powiedział Amini. – Ale każdy inny wróg musi się mieć przede mną na baczności.

Lwica nie widziała jego twarzy, ale była pewna, że rozjaśnia ją szelmowski uśmiech. Przyczołgała się bliżej i położyła łapę na jego grzywie.

- Słodkich snów, Amini. – szepnęła.

- A o to jestem spokojny. – odparł, przekornym głosem. – Mam je... że tak powiem...  w zasięgu łapy.

Po chwili dołączyli do cichego snu reszty stada. Całego, oprócz dwóch członków. Dorii i Horena.

*

Słońce wstało nad Złą Ziemią i jej mieszkańcami.

Jako pierwsza obudziła się Vitani, po kilku zdecydowanych kuksańcach, dołączył od niej Nuka. Amini złapał ich, gdy wychodzili już z kopca.

- A dokąd to się wybieracie? – zapytał rozbawionym głosem.

- Przed halę.. aby zobaczyć wschód słońca. – odparł szybko Nuka.

- Nuka obiecał, że nauczy mnie pływać. – odparła szczerze Vitani. Lewek wbił spojrzenie w ziemię, a Amini wybuchł śmiechem, który obudził większość stada.

- Co? – mruknęła Zira, zaspanym głosem. – Vitani? Gdzie wy idziecie? – zdumiała się, widząc córkę daleko od jej łoża.

- Zobaczyć wschód słońca. – pisnęła Vitani i spojrzała na Nukę. – Tak?

Królowa podeszła do kociaków, a Amini wciąż śmiał się beztrosko.

- Tylko spójrz, moja pani. Twoje dzieci wydają się takie niezależne...

- Tak, widzę. – odparła dumnie Zira. – I jestem z tego bardzo zadowolona, choć przypuszczam, że po paru takich pobudkach, zmienię zdanie.

- Ale pójdziemy popływać? – zapytała Vitani. Podeszła do Aminiego i niespodziewanie przytuliła się od jego łapy. Lew poczuł się nieco zmieszany, ale nie przestawał się uśmiechać. Spojrzał na Zirę, a ta tylko kiwnęła głową. Chwycił więc kotkę w zęby i ostrożnie umieścił na swoim grzbiecie. Vitani wtuliła się w czarną grzywę opiekuna, a Nuka zmarszczył brwi.

- Dziewczyny... – mruknął. – Wciąż tylko chcą się ściskać. A moglibyśmy już iść nad rzekę...

- Jeśli chcesz i masz siłę, weź ich na plażę. – powiedziała Zira. – Tylko nie wpuszczaj ich do wody! – spojrzała na kociaki. – Dzieci, słuchajcie się Aminiego, bo inaczej wrócicie do kopca. Jasne?

Vitani i Nuka tylko uśmiechnęli się niewinnie.

Lew, z kotką na grzbiecie i lewkiem u boku, ruszył ścieżką na południe. Zira odprowadziła ich czułym spojrzeniem, po czym spostrzegła, że Rama uważnie się jej przypatruje. Stara lwica zagadnęła wesołym głosem.

- Wydaje się być idealnym ojcem. – ale widząc bolesny skurcz na twarzy królowej, dodała. – Przepraszam. Nie chciałam...

- Nie ważne. – odparła Zira, napiętym głosem. – Zawołaj Vii i Dorię. Musimy omówić kilka spraw...

- Dorii tu nie ma. – wtrącił Daki, który razem z bratem właśnie szedł w kierunku Ziry.

- Skąd wiesz? – zdziwiła się Rama, szukając jednocześnie młodszej przyjaciółki wzrokiem.

- Bo szef też zniknął. – wyjaśnił Laki. – Już wieczorem.

Zira uśmiechnęła się i zapytała żartobliwym głosem.

- Na prawdę? Horen <Jak_ja_nie_znoszę_wszystkich_lwic>?

- Tak. – odparł Daki. – Horen < Jak_ja_nie_znoszę_wszystkich_lwic...

- ...oprócz_Dorii>! – dokończył Laki, a oba bliźniaki wybuchły śmiechem.

I tak rozpoczął się poranek w Złotej Hali. Lwice dojadły resztki zdobyczy z dnia poprzedniego i leniwie ułożyły się na słońcu, przed twierdzą, czekając na drużynową łowczyń – Dorię. Niedługo potem, złota lwica i rudogrzywy lew ukazali się na północnej ścieżce. Stanęli, onieśmieleni i zaskoczeni, że ściągają aż tyle uwagi, ale raczej przyjazne uśmiechy lwic przekonały parę, aby szybkim krokiem wrócić do hali.

- Dziękuj Gwiazdom, że nie ma tu mojej rodziny! – mruknął Horen do Dorii, wzbudzając wesołość na jej twarzy. – Ale teraz wybacz, moja drużyna czeka. – dodał wódz i podszedł do bliźniaków. – Panie, chodźmy na stronę. – Udali się za kopiec, niedaleko hali, a w tym czasie Doria dotarła do królowej.

- Moja pani, wybacz! Jestem gotowa ruszać natychmiast i... – usiłowała się wytłumaczyć Doria.

- uspokój się, moja droga. – łagodnie ofuknęła ją Zira. – Idź i odpocznij, bo widzę, że nie spałaś zbyt długo. - Łowczyni zwróciła twarz ku ziemi, ale nie aby ukryć wstyd a uśmiech. – Ja poprowadzę drużynę.

Doria weszła do Złotej Hali, odprowadzana spojrzeniami swych przyjaciółek.

- Przestańcie! – syknęła Zira, udając irytację. – Przecież wysłałam ją na nocny zwiad. – Kilka lwic zachichotało. – Ale teraz chodźmy! – zwróciła się ku Złym Wzgórzom i ruszyła biegiem. Reszta stada podążyła za nią.

- My poszukamy brodów! – zawołał za nią Horen.

- Ty też odpocznij. – odkrzyknęła królowa. – Bliźniaki dadzą sobie radę. – już w następnej chwili znikła pomiędzy kopcami.

- Pięknie! – mruknął Horen. – Lwice pracują, lwy śpią... a Amini piastuje kociaki. Świat dziczeje. - Chciał ruszyć ku hali, ale zatrzymały go wnikliwe spojrzenia braci. – No CO?! – jęknął.

- Szefie, czy nie ostrzegałeś nas przed „omotaniem przez te podstępne lwice”? – zapytał Daki z wyrzutem.

- I lamentowałeś, że nasz kwartet może stać się triem... lub duetem. – dodał Laki

Horen podszedł po bliźniaków i położył im łapy na ramionach.

- Chłopcy... – polecił radosnym głosem. - Znajdźcie sobie dziewczyny. – Po czym wszedł do termiciego kopca.

- Już nic nie rozumiem. – przyznał Daki. – Ale ja zawsze robię, co poradzi Horen.

*

Zabawa na plaży przeciągnęła się do południa i kiedy Amini szedł z kociakami do Złotej Hali, spotkał Zirę i Vii, wracające z częścią łupu. Mangusty miały jedną, za to niezaprzeczalną zaletę – były łatwe do noszenia. Obie lwice trzymały po kilka stworzonek w zębach.

- Część mamo! – zawołała Vitani. – Upolowałam sama ważkę nad rzeką.

- MHmmhh! – odparła Zira, co zapewne znaczyło: to wspaniale, kochanie.

- Tak, wcześnie zaczyna łowiecką karierę. – potwierdził Amini. – A przy okazji: możemy się zmienić. Ty zostaniesz z kociakami a ja pomogę lwicom w polowaniu. – Odłożyła zdobycze na ziemię i uśmiechnęła się.

- Tak szybko cię wykończyły? – zapytała z przekorą.

- To nie tak, mamo! – zaprotestował Nuka. – To była moja kolej jechania na Aminim, ale ona nie chciała zejść. No i jechaliśmy oboje. Przecież nie mogłem jej zepchnąć...

Vii spojrzała na królową, z wymowną miną. „Tak jak Rama powiedziała – idealny ojciec.” Ale Zira zignorowała sugestie przyjaciółki i podeszła do kociaków.

- Na pewno nie chcesz odpocząć? – zapytała, a kiedy czarnogrzywy potrząsnął głową, chwyciła Vitani w zęby i weszła do kopca. Nuka poszedł za nimi, jeszcze w progu wołając do Aminiego.

- Dziękuję. Pójdziemy też jutro?

- Czemu nie? – odparł lew. – ale teraz idź do swojej matki.

Vii zaniosła zdobycze do przedsionka kopca, po czym wróciła do Aminiego.

- Idziemy?

- Panie przodem. – zasugerował czarnogrzywy.

*

Kiedy Vitani już spała, Zira czyściła futro Nuki. W końcu miała chwilę czasu, aby spokojnie pomyśleć. W ostatnich dniach wszystko się skomplikowało, o ile coś jeszcze mogło się skomplikować bardziej, po katastrofie jaką była śmierć Skazy. Królowa zrozumiała, że jej plan jest trudny do wykonania. Może po dołączeniu do stada czterech lwów, jej siły były liczniejsze, ale cóż z tego? Zira oceniała, że jedynie pięć lwic było już gotowych do walki. Więc nawet, jeśli liczyć by potencjał samców jako dwakroć od samic większy, wynik starcia wciąż nie był pewny. Potrzebowali prawdziwego zwiadu i oceny sił przeciwnika. Miała nadzieję, że wrogie stado, po łatwym zwycięstwie stanie się pewne siebie i nieuważne, aż do punktu lekceważenia przeciwnika. To była jej największa nadzieja – wiedziała, że pychę łatwo obrócić w panikę, jeśli Złotym udałoby się ranić, lub nawet zabić kilka lwic Simby. Poza tym, i tak musieli wybrać się na Lwią Skałę, aby sprawdzić, co stało się z Shakisą i Yaktą. Zira miała nadzieję, że z zaskoczenia będzie w stanie odbić zakładników. To by dopiero było uderzenie w morale wroga... a przy tym znacznie zwiększało szanse jej przyjaciółki i lewka na przeżycie.

- O czym myślisz, mamo? – zapytał Nuka.

- O ratowaniu Yakty. – odparła lwica. – Wkrótce wyruszymy po niego na Lwią Skałę.

- To wspaniale, mamo! – ucieszył się lewek. – Tęsknię za Yaktą... Ale co z Hawą? Odbijecie ją także?

Zira zdumiała się pomysłem syna.

- No cóż... Hawaa jest córką Kilii. Przykro mi, ale ta lwica popiera Simbę.

- Ale Hawaa nie! – wykrzyknął Nuka. – Jestem pewien, że nie cierpi Simby... i boję się, że Simba nie cierpi jej. Mamusiu, musimy ją ocalić.

Po raz pierwszy, ta wątpliwość przyszła Zirze do głowy. „To niemożliwe, aby wszystkie lwice popierały Simbę... albo były ślepo posłuszne Sarabi i Sarafinie. Musi być jakiś opór wobec władzy uzurpatora. A my musimy go odnaleźć i rozpalić!”

- Postaramy się, słonko! – zapewniła syna.

*

Lwioziemcy wypoczywali po obfitym posiłku. Lwice z łatwością upolowały dwie dorosłe zebry, więc całe stado najadło się do syta. Simba leżał razem z Nalą na tarasie skały i uśmiechał się błogo.

- Wciąż nie mogę w to uwierzyć! – szepnął partnerce do ucha. – To na prawdę działa. Jestem królem od czterech dni i udało mi się niczego nie zepsuć w tym raju.

Królowa zmierzwiła jego grzywę i odpowiedziała.

- Nawet nie wiesz o czym mówisz... – podniosła łapę i wskazała zieleniąca się sawannę, która z zadziwiającą szybkością odzyskiwała życie po klęsce suszy. – Simba... dzięki tobie ten raj powrócił. Kiedy wróciłeś i wygnałeś te pasożyty z naszej ziemi, Krąg Życia mógł się odnowić. Pewnie Rafiki powiedziałby o tym ładniej, ale zapewniam cię, że to ty przyniosłeś pokój domowi. Twój ojciec byłby dumny... – dostrzegła iskierkę bólu w oczach partnera i dodała. – I pewnie jest z ciebie dumny, kiedy spogląda na nas z góry.

- Ale go tu nie ma... – mruknął melancholijnie Simba. – Do niedawna byłem przerażony perspektywą rządów bez jego wsparcia. A od kiedy uwierzyłem we własne siły, to nie wiele zmieniło, gdyż tylko mocnej tęsknię za nim nie jako za królem, ale jako za ojcem.

- On na pewno nie chciałby, abyś zamartwiał się przyszłością. Teraz masz się martwić o nas! – uśmiechnęła się Nala. – No, i myśleć o powiększeniu stada.

A w środku jaskini, większość lwic spała. Kilia była również pogrążona w śnie, tak głębokim, że jej córce udało się wyślizgnąć, niezauważonej, z matczynych objęć. Następnie, kotka zaczęła się skradać ku wyjściu... aby na samym progu wpaść na Sarafinę.

- Czekaj! – szepnęła lwica, chwytając delikatnie kociaka za ogon. – A dokąd się pani wybiera?

- Na spacer. – odparła Hawaa.

- A twoja mama o tym wie? – zapytała, a widząc niepewność w oczach kotki, dodała. – No dobrze, możesz przejść się ze mną. – chwyciła kociaka zębami i położyła sobie na grzbiecie. – Gdzie pójdziemy?

Hawaa milczała, a Sarafina poczuła, że kotka pod uśmiechem kryje poważny smutek. Wyszły na sawannę, w kierunku niskiej skałki, obok ich siedziby. Liwca chciała pokazać małej kwiaty i latające tam motyle. Te były idealną zabawką dla kociaków, bo przyciągały kolorami wzrok, a jednocześnie nie dawały się zbyt łatwo złapać.

- Ładne miejsce, co nie? – zapytała Sarafina. – Nie chcesz zapolować na motyle?

Kotka spojrzała na najbliższego owada, a potem wbiła spojrzenie w ziemię.

- Nigdy żadnego nie złapałam. – przyznała. – Tylko Nuka to potrafił.

Sarafina zmarszczyła brwi, słysząc to imię. Ciężko było pocieszyć kotkę, po stracie towarzysza zabaw, ale było to konieczne. Syn Skazy nie był mile widziany na Lwiej Skale, i tak miało już zostać.

- Ty też się nauczysz. – zapewniła lwica.

- Ja bym wolała, aby Nuka tu wrócił. – odparła smutno Hawaa. – On by je łapał dla mnie.

- Saffy? – zawołała Sarabi z Lwiej Skały. – Możesz przyjść na chwilę?

Sarafina chciała odpowiedzieć, że nie może, bo przecież pilnuje Hawy, ale w tym samym momencie, zza skały wyszła Sakia, widać siedząca tam już od dłuższego czasu. Lwica spojrzała na Sarafinę i Hawę i powiedziała, uczynnym głosem.

- Idź, ja z nią zostanę.

Więc Sarafina ruszyła ku przyjaciółce, a Sakia podeszła do kotki i zapytała.

- Więc... w co się bawiłaś, moja droga?

Hawaa smutno spojrzała na trawę i odparła ponurym głosem.

- W nic, ciociu. Ja tylko... – nagle wybuchła płaczem. Lwica przytuliła kotkę i zamruczała ze współczuciem. – Ja tylko... tak chciałam, żeby Nuka wrócił. – Sakia zamarła, słysząc tę prośbę. Znów, mały kociak przypominał jej o czymś, o czym nie miała prawa zapominać. Wydusiła z siebie tylko niezręczną odpowiedź.

- To nie takie proste.

- Ale to niesprawiedliwe! – wykrzyknęła kotka. – Mama powiedziała, że król Skaza nie żyje. Simba zabił tatę Nuki! Czemu, ciociu?

Na to pytanie nie było dobrej odpowiedzi. Sakia tylko mocniej przytuliła Hawę i chwilę stała w milczeniu. Kotka chlipała jeszcze chwilę, po czym zapytała nieśmiałym głosem.

- A... gdybym znalazła ciocię Zirę i została z nią, czy mama by do nas dołączyła? A ty byś dołączyła?

Sakia westchnęła boleśnie. Mały kociak proponował jej jedyne honorowe wyjście z sytuacji, ale ona nie była tak odważna, jak to dziecko.

- Raczej nie. – odparła. Wiedziała, że Kilia była oddaną stronniczką Simby i nie opuściłaby stada pod żadnym pozorem. I oczywiście nie pozwoliłaby na to córce. – Musisz tu zostać... może kiedyś... Nuka i królowa Zira wrócą i znowu będziemy razem.

- Simba na to nie pozwoli! – chlipnęła Hawaa. – Słyszałam, jakie straszne rzeczy mówił o królu Skazie i cioci Zirze.

- Królowie nie są wieczni. – mruknęła Sakia, a już sekundę później przeraziła się własnych słów. Co ona właściwe sugerowała kotce?

- Muszę znaleźć jakiś sposób, aby przekonać mamę. – dodała Hawaa.

*

- Nie wiemy, gdzie dokładnie są. – zaczęła Sarabi. Trzy lwice: królowa-matka, matka królowej i sama królowa, siedziały na tylnim klifie Lwiej Skały. – Ale, zgodnie z przekazami dziewcząt, przy Północnym Brodzie były jakieś ślady.

- Przekroczyli rzekę? – wykrzyknęła Nala. – Po takich deszczach? I to z kociakami! Nie, to byłoby samobójstwo!

- Ale jeśli się im udało... jakimś cudem. – kontynuowała królowa-matka. - ...byłaby to straszna wiadomość. Nie wrócili do Złotych Piasków, czy skąd tam pochodzą, ale osiedlili się na Złej Ziemi. Tam mogą żyć w ciągu pory deszczowej, ale nie przetrwają suchej. Zbyt mało wody.

Lwice myślały intensywnie, wczuwając się w umysły wrogów. Po chwili, Sarafina dodała.

- I jeszcze jedno. Jeśli Zira zmusiła ich do tej szalonej przeprawy, to znak, że może ich zmusić do wszystkiego. Jej przywództwo jest niezagrożone. – pozostałe lwice przytaknęły. – Proszę, wybaczcie to pytanie... Ale czy nasze przywództwo również jest niezagrożone? – widząc zdumienie na twarzy przyjaciółki i córki, pośpiesznie dodała. – To znaczy: czy całe stado popiera Simbę? Wiem, że Skaza był tyranem... – powiedziała, niepewnym głosem. – Ale jego rządy mogły wydawać się sprawiedliwe. A współczucie wobec Złotych mogło zaćmić rozsądek którejś z naszych lwic.

- Nie! – zaprzeczyła Nala. – Simba jest królem i dziedzicem Mufasy. Nikt nie wspomoże wdowy po Skazie, odkąd wiemy, że ten był zdrajca i kłamcą. – dodała, niemal krzycząc.

Sarabi i Sarafina spojrzały sobie w oczy, nie mówiąc nic, lecz pytając wzrokiem.

„Na pewno? Wszyscy tak myślą?”

- Musimy przekonać Simbę, że trzeba znaleźć tych buntowników i rozpędzić ich na dobre. Jesteście ze mną?

Lwice przytaknęły w milczeniu.

*

Kolejna noc okryła Złą Ziemię, w chwili, gdy Zira kończyła przemowę. Królowa opisała stadu sytuację i swoje zamiary. Pomysł zbrojnego wypadu na Lwią Skałę wywołał i podniecenie i strach. Lwice chciały jak najszybciej odbić Shakisę i jej syna, a także pomścić swego króla i dobroczyńcę. Ale pomysł ataku na... jaskinię lwa brzmiał groźnie. Zira przyznała, że mogą ruszyć tylko częścią stada. Tylko pięć lwic był zdrowych na tyle, aby przeprawić się znów przez rzekę i podjąć walkę. Razem z czterema samcami, dawało to wynik dziewięć do trzynastu. Nawet licząc siłę lwów podwójnie, proporcje wyglądały groźnie. Ale znalezienie Shakisy było palącą potrzebą.

- Wyruszymy jutro, o zmierzchu, aby zaatakować o północy. Śpijcie dziś spokojnie i wypoczywajcie. Jutro będą polować tylko te siostry, które zostaną. Musimy oszczędzać siły. – lwice przytaknęły w ciszy. – Jeśli nie ma więcej pytań, radzę wam już iść spać. Rozejść się... – zawołała na koniec i dodała, łagodnym głosem. – ...moje siostrzyczki...

- I braciszkowie! – dodali Daki i Laki jednocześnie. Śmiech, tak potrzebny przerażonym lwicom, rozległ się w Złotej Hali.

- I braciszkowie. – zgodziła się Zira z uśmiechem. – Dobrej nocy!

Lwice ułożyły się na swoich legowiskach, jednak nie wszystkie. Doria, tak samo jak Vii i Thela, znikły w ciemności. Oczywiście, wędrowcy także wyparowali. Widać bracia bardzo poważnie podeszli do rady Horena. Tak więc, po pewnym czasie, w głównej komnacie Złotej Hali zostały jedynie śpiące kociaki, Zira i Amini. Wędrowiec podszedł do królowej i szepnął.

- To ryzykowne. Bardzo.

Zira westchnęła i odpowiedziała.

- Nie pamiętam, abym zrobiła w życiu cokolwiek bezpiecznego. To nie w moim stylu.

- Boisz się, że jednak nas zostawią? – zapytał Amini. – Mów szczerze... ja też nie mogę tego wykluczyć. – Zira tylko kiwnęła głową, po czym spojrzała czarnogrzywemu w oczy.

- Chodźmy na spacer. Muszę powiedzieć ci coś ważnego.

Wyszli w ciepłą noc i skierowali się ku rzece. Szli w milczeniu, dopóki nie dotarli na plażę przy Północnym Brodzie. Tam Zira usiadła na piasku i wbiła spojrzenie w lwa.

- Piękna noc, prawda? – zapytał Amini, patrząc w pełny księżyc, oświetlający rzekę oraz srebrne odbłyski na wodzie. – Taka cicha... Pewnie jutro zatęsknimy za tym spokojem.

- Jutro... – mruknęła Zira. – To właśnie dlatego cię tu przyprowadziłam. Amini, powiedz szczerze: kochasz mnie?

Lew uśmiechnął się promiennie, zaraz potem jednak odparł z pełną powagą.

- Wreszcie mogę nazwać rzeczy po imieniu. Tak, oczywiście. Nie widać? – ale królowa tylko zadała kolejne pytanie.

- A czy... byłbyś w stanie... pokochać moje dzieci?

To pytanie nieco zbiło lwa z tropu, ale szybko przezwyciężył zaskoczenie i odparł.

- Tak, sądzę że tak. Już mnie oczarowały twoje maleństwa i czuję, że ten związek się pogłębi, jeśli pozwolisz mi zostać.

- Czy zaopiekujesz się nimi, gdyby mnie stało się coś złego?

- Co? O czym ty mówisz? – wykrzyknął lew, ale zaraz wziął głęboki oddech i odparł. – Tak, wiem o co ci chodzi. Obiecuję, że nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić. Ale, gdyby jakimś cudem... zawiódłbym... przysięgam chronić twoje stado i twoje dzieci... Wychowując je w pamięci wspaniałej matki... oraz ojca.

Zira odetchnęła z ulgą i podeszła do Aminiego. Objęła go delikatnie i wtuliła się w jego grzywę.

- Nie jestem w stanie ci się odwdzięczyć. Niech Skaza ma cię w swojej opiece... mój najdroższy przyjacielu!

- Ale Ziro... – szepnął Amini. – To ja mogę zginąć jutro. Wiesz przecież, że zrobię wszystko, aby cię ochronić.

- Przeżyj. – poprosiła lwica. – Nie wiem, czy poradzę sobie bez ciebie. – Cofnęła się kilka kroków i spojrzała w jego oczy. – Być może to ostatnia noc, kiedy oboje pozostajemy żywi. Pamiętasz, co mi niedawno obiecałeś? – lew skinął głową. – Nie zmieniłeś zdania?

- Nie. – pokręcił głowa Amini. – Wciąż chcę... ci pomóc. – podszedł bliżej i polizał lwicę po policzku. – Jak tylko umiem.

*

[Piosenka „Razem...”. melodia romantyczna, ale i podniosła i mroczna. Muzyka zaczyna grać, a lwy leżą na piasku. Zira spogląda w ciemność ponad rzeką i widzi rozmazaną sylwetkę Skazy, patrząca na nią z niepokojem.]

Zira:

Razem, choć daleko tak
Żyjąc już na światach dwóch

Szukam, może znajdę szlak

Jak przysłużyć ci się znów

[Jednak odkrywa ze smutkiem, że to tylko obraz z jej wspomnień, kiedy widziała Skazę po raz pierwszy (scena pustynna z Dziedzictwa Skazy).]

Amini:

Razem, choć daleko tak
Dotyk ścianą oddzielany

[Amini patrzy na Zirę i gładzi jej futro. Widzi, że ona jest nieobecna duchem. Marszczy brwi z bolesną miną.]

Chciałaś tego? Bo ja tak
Innej drogi wszak nie mamy

[Ale potem potrząsa głową i spogląda na królowa w wyrazem oddania.]

Zira:

Musze złamać słowo swe
Aby wiary ci dochować

[Zira patrzy na twarz Aminiego, która staje się twarzą Skazy. Król patrzy na nią pytającym wzrokiem.]

Wiem, i tak wybaczysz że
Na twą miłość chcę chorować

[Lwica całuje senne oblicze, ale te rozwiewa się, ukazując zaskoczoną twarz Aminiego.]

Amini:

Jakbym cieniem w cudzym śnie
Był, lecz sen to całkiem miły

[Lew przywołuje wspomnienia ze spotkania z Zirą i ich późniejszych przygód.]

Nawet pionek w twojej grze
Lepiej ma niż gracz bez siły

[Wspomnienie nocy po przeprawie: Zira i Amini leżą rankiem na plaży.]

Refren, Skaza:

[Spogląda z nieba, ze smutną twarzą. Z jego blizny skapuje samotna kropla krwi.]

Czemu wszystko poszło źle
Krzywo rośnie z mojej winy
Zrozum, że choć kocham cię
Nie chcę skazą być nad siły

[Śpiewa wyższym, „operowym” głosem, wskazując na Zirę.]

Przeszłość zrzuć, by w jutro iść
Żyj radością nieznanego

[Przypomina sobie najpiękniejsze momenty z Zirą (kadry przewijają się w tle). Uśmiecha się smutno.]

Niech miłości piękny liść
Zaschnie w pamięć najlepszego

Druga zwrotka. Zira:

Razem, choć daleko tak
Nigdy tego nie zrozumie

[Zira przytula się do Aminiego, a ten znów wydaje się być podobny do Skazy. Ale rysy króla rozwiewają się.]

Że choć świat by ruszył wspak
Ja pokochać go nie umiem

[Lwica obraca głowę ku gwiazdom.]

Amini:

Razem, choć daleko tak
Niczym z ziemi jest do nieba

[Amini przezwycięża smutek. Leży na piasku, pozwalając Zirze patrzyć w górę. Nie przeszkadza.]

Wchodzę za nią na ten szlak
Niech prowadzi mnie gdzie trzeba

[Po chwili sam wznosi głowę, aby zobaczyć, że układ gwiazd przypomina mu lwicę, podobną do Ziry.]

Zira:

Czy mam prawo tyle brać
Nie dziękując za te dary

[Zira widzi to, kątem oka. Marszczy brwi, widać po niej wyrzuty sumienia.]

Dobrze po tym miłość znać
Że nie boi się ofiary

[Gładzi łapę Aminiego swoją łapą.]

Amini:

Jestem przy niej niczym cień
Lecz to własnie miejsce moje

[Amini leży w cieniu Ziry (rzucanym przez światło księżyca. Tylko jego oczy błyszczą jasno.]

Blisko niej, przez cały dzień
Tam gdzie ona, i ja stoję

[Widok z oczu Aminiego: Patrzące na niego oczy Ziry też błyszczą wyraźnym blaskiem.]

Refren, Skaza:

Czemu wszystko poszło źle
Krzywo rośnie z mojej winy

Zrozum, że choć kocham cię
Nie chce skazą być nad siły

[Skaza, śpiewając, zaciska pięści. Potem zasłania oczy łapami.]

Śmiało i beze mnie trwaj
Wspomnij tylko piękne chwile
To me requiem, więc je graj
Nie zostawaj ze mną w tyle

[Składa łapy, jak do modlitwy. Widzi, że to na nic, rozluźnia łapy. Widzimy łzy w jego oczach. Źrenice odbijają też sylwetki obejmującej się pary.]


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#13 2017.11.25 16:40

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku XI

11 – Nasze skromne progi


Przekraczanie rzeki bywa niebezpieczne, nawet gdy płynie się samemu, za dnia. A dla dwóch lwic, przeprawiających się w nocy, zadanie to okazało się ekstremalnie trudne. Sarafina zawsze pływała dobrze, ale w jej wieku nie powinna była ryzykować takiego wysiłku. Hawaa była niezwykle silna i wytrzymała, ale fakt iż musiała przez cały czas jedną łapa holować dawną opiekunkę, nie ułatwiał jej zadania. Kiedy dotarły do północnego brzegu, obie były wyczerpane. Jednak wspólny wysiłek podniósł je na duchu – skoro największa trudność została pokonana, to znaczy, że dalej miało pójść już łatwiej.

- Wybacz, ciociu, ale musisz tu zaczekać. – powiedziała Hawaa. – Tak na wszelki wypadek, chcę uprzedzić królową Zirę o twoim przybyciu.

- Jeśli się nie zgodzi, będzie to raczej krótka wizyta. – zakpiła stara lwica, ale widząc zakłopotanie na twarzy dawnej podopiecznej, dodała. – Wiem, to raczej niezwykła sytuacja. Poczekam... Mam nadzieję, że Zira nie obrazi się za taką pobudkę.

- Poczucie humoru cię nie opuszcza. – uśmiechnęła się lwica. – Będę niedługo.

Faktycznie, wróciła niebawem. Razem z Zirą, przyszły ledwie półgodziny od czasu odejścia Hawy, co starczyło akurat na dojście do Złotej Hali i powrót. Królowa Złej Ziemi podeszła do Lwioziemki i skinęła głowa na przywitanie.

- Witaj, Sarafino. – powiedziała uprzejmym i łagodnym głosem. Mimo to, słychać było z ledwością tłumione nutki gniewu. – Pomysł Hawy mocno mnie zaskoczył, ale może na cos się przyda. Zapraszam na Złą Ziemię. – Odwróciła się ku północy i ruszyła. Hawaa trąciła bok starszej lwicy, a ta podążyła za królową. – Zapewne rozumiesz, że żyjesz jedynie dzięki zaproszeniu Hawy. – mówiła Zira. – Gdybyśmy spotkały się na Lwiej Ziemi, uderzyłabym cię bez litości. Ale dziś jesteś bezpieczna, jako gość mojego stada. – Stanęła i odwróciła się do Sarafiny. – Ale nie oczekuj wiwatów na swoją cześć. – szepnęła. – My pamiętamy!

Szły w ciszy przez dłuższy czas. W końcu weszły na szczyt jednego ze wzgórz Złej Ziemi. Tam Zira zatrzymała się i wskazała podnóże wzniesienia.

- Spójrz tam. – poprosiła. – Oto moje tymczasowe królestwo. Słyszysz tę ciszę? Nie przypomina nocnych szeptów żyznej sawanny południowej. To jest kraj życia bez luksusów. Wiesz co mam na myśli?

Sarafina patrzyła na Zła Ziemię, oświetlaną tylko przez światło pełnego księżyca. Potem spojrzała na Hawę i królową.

- Chodź wiele nas dzieli, potrafię przyznać, że jestem pełna podziwu. Zdumiewa mnie, jak potrafisz żyć na tej ziemi i wyżywić swoje stado. Kiedy uciekl... kiedy odeszliście na Złą Ziemię, myśleliśmy, że wytrzymacie tam jedynie do końca pory deszczowej. Ale wy żyjecie tu od trzech lat...

Zira uśmiechnęła się gorzko i odparła.

- Odważne wyznanie, Sarafino. A więc przyznajesz, że Simba chciał naszej śmierci, skazując nas na życie w tym miejscu? Niezbyt mnie to dziwi, ale jakże powinno zniesmaczyć wyznawców waszego wspaniałego... uzurpatora! – pokończyła, zjadliwym szeptem.

- Ziro, daj spokój. – odparła stara lwica. – Nie przyszłam tu, aby rozmawiać o polityce.

- To nie jest polityka, ale nasze życie. Hawo, opowiedz jej...

Młodsza lwica stanęła przed dawną opiekunką i wskazała łapą północ. Zaczęła mówić cichym, ale zdecydowanym głosem.

- Spójrz, ciociu. To jest mój dom. Choć wydaje się ubogi i przerażający, kocham to miejsce. Nie dla jego ubóstwa, ale ponieważ żyje tu moja rodzina... moje ukochane stado. – Zniżyła łapę, aby pokazać Złotą Halę, ledwie widoczną u podnóża wzgórza. – Tam. To moja rodzina. Stado, które wybrałam sama i nigdy tego nie pożałowałam. Nawet, kiedy płakałam z głodu i pragnienia. A wiesz dlaczego? – stara lwica milczała, więc Hawaa sama odpowiedziała na to pytanie. – Bo to jest PRAWDZIWA Lwia Ziemia. Nie wygląda? A jednak... To jest moja ojczyzna, choć urodziłam się w innym miejscu. Dla mnie liczy się duch: duch miłości, honoru i współczucia, tak rzadki w ostatnich czasach na Lwiej Skale.

- Nie mów tak. – przerwała Sarafina. – Jeśli wrócisz, zostaniesz przyjęta z radością, jak tamta kotka, która kiedyś straciliśmy.

Zira, słysząc to, skrzywiła się w ciemności, podniosła łapę i groźnie wysunęła pazury. Hawaa odparła.

- Zabijając jednego, zabicie milion. Obrażając jednego, obrażacie milion. Zabijając Shakisę, Yaktę i innych z mojego stada, których skazaliście na głód, zabiliście także mnie. Mordując Skazę, pokazaliście, że dla was nic nie jest święte, nawet władza króla. Ugryźliście rękę, która was wykarmiła. Nie chce mieć nic wspólnego z owocami waszej zdrady! – dokończyła łamiącym się głosem, po czym ruszyła ścieżką w dół.

Zira delikatnie trąciła Sarafinę, aby ta podążyła za dawną podopieczną. Stara lwica szła chwilę w milczeniu, szukając odpowiedzi. W końcu szepnęła.

- Mylisz się i to bardzo. Zira naopowiadała ci kłamstw.

- O rządach Skazy? Dopiero tu mogłam mówić prawdę, której wy nie chcieliście słuchać. A dziś pewnie powtarzacie te potwarze następnemu pokoleniu, siejąc nienawiść w sercach Kiary i Tanabiego. Nienawiść do ich stryjecznego dziada... który uratował od głodu ich matkę... i babkę.

- Zabił Mufasę! – wykrzyknęła Sarafina. – I usiłował zabić Simbę. – Stare wydarzenia odżyły przed jej oczyma.

- Wy zabiliście niewinnego kociaka, Yaktę. – odparła Hawaa spokojnym głosem. – I usiłowaliście zabić całe stado. A sam Mufasa zabił kiedyś lwa zwanego Taką, własnego brata. Wy zamordowaliście Skazę, zarówno jego ciało, jak i pamięć po nim. To ostatnie jest najstraszniejsze, bo boli także żywych. A jeśli nawet masz rację... to czemu krzyczysz? Czy tylko krzyk jest twoim argumentem?

Sarafina poczuła palący wstyd, że dała się ponieść emocjom. Odpowiedziała ciszej.

- Kiedyś kochałam lwa, zwanego Taką. Był mądry i wrażliwy... Ale to co się z nim stało, zmieniło go. Stał się okrutny.

Złoziemki przystanęły i spojrzały na starą lwicę.

- Mówisz, że kochałaś mojego partnera? – zapytała Zira, nieprzeniknionym głosem.

- Tak, ale to było dawno temu. – odparła Sarafina. Lwice znów ruszyły. – Ale on wybrał Sarabi. A potem, kiedy zdążyły się te straszne rzeczy w naszym stadzie, spróbowałam się na nowo do niego zbliżyć. Jednak Skaza... bo już wtedy był Skazą, okazał się kimś innym. Miał w sobie gniew i zazdrość.

Zira zaniosła się niespodziewanym śmiechem. Sarafina i Hawaa ze zdumieniem zmarszczyły brwi, ale nie zwolniły.

- Pani, co się stało? – zapytała młoda lwica.

- Stara miłość nie rdzewieje. – odparła Zira. – Ale czasem zamienia się w nienawiść. Więc trzy moje najszczersze przeciwniczki, ona, Sarabi i Nala, są moimi rywalkami... Mszczą się na mnie i na Skazie, bo on nie potrafił należeć tylko do nich. – Spojrzała na Sarafinę miażdżącym wzrokiem. – Teraz wiem, czemu tak nienawidziłaś mnie i mojego stada. No i wiem, czemu ogłupiłaś Nalę, zamieniając jej podziw wobec Skazy w gniew. To cię nie rozgrzesza, ale wiele tłumaczy.

- Nie, mylisz się. – zaprzeczyła Sarafina, ale jej niepewny głos sugerował cos innego. – To nie była sprawa osobista... bałyśmy się o stado.

- To szlachetne uczucie przywiodło was do spisku? – zakpiła Zira.

- Nie sądzę, aby Hawaa musiała słyszeć o tym wszystkim. Nie zrozumie, nie wiem, jak wtedy było... – mruknęła stara lwica, przestraszonym głosem.

- I nawet nie musi. – odparła królowa. – Ja nie mam sekretów przed nią, jak nie mam przed nikim ze stada. Powtórzę jej wszystko, co powiesz mi na osobności, więc sama pilnuj swojego języka.

- Uważaj! - krzyknęła Hawaa i w ostatniej chwili podtrzymała Sarafinę. Lwica potknęła się na skalnym wgłębieniu, i została chwycona na samej krawędzi urwiska. Dzięki łapie podopiecznej, odzyskała równowagę i szepnęła.

- Dziękuję.

- Nie musisz dziękować, to jej obowiązek. - mruknęła Zira. – Jesteśmy odpowiedzialne za naszego gościa. Ale... – spojrzała w dół przepaści. – Dobrze, że ma taki refleks. Byłabyś już martwa...

- Przyjemna ścieżka. - Mruknęła Sarafina.

- Bawiłam się tu w kociectwie. – powiedziała Hawaa. – Ta ścieżka jest jak cała Zła Ziemia: niebezpieczna, straszna i pasjonująca. Prawdziwa próba.

Zeszły do Złotej Doliny, gdzie mieściła się główna siedziba Wygnańców. Hawaa przystanęła, przypominając sobie o głównym celu nocnej przechadzki. Trąciła Sarafinę nosem, a ta również się zatrzymała.

- Nie kłóćmy się już... Widzę, że nie pogodzimy naszych historii. Porozmawiajmy o przyszłości.

- Słucham cię uważnie. – odparła Sarafina, siadając na ziemi. Zira podeszła do lwic i usadowiła się obok młodszej, niemal dotykając swej ulubienicy.

- Proszę cię... nie, błagam, abyś się poddała. – szepnęła Hawaa szczerym głosem. Zanim Sarafina zdołała odpowiedzieć, młoda lwica dodała. – Słuchaj... spróbuj nas zrozumieć! Wiem wiele o przeszłości, słyszałam historie, które ty nazywasz kłamstwami, choć ja czuję sercem, że mówią prawdę. Słyszałam, że ty i Sarabi podburzyłyście Lwioziemców przeciwko nam. – Stara lwica drgnęła, słysząc jak dalece Hawaa poczuwa się do łączności z Wygnańcami. – I podsyciliście zazdrość Nali wobec jej króla i opiekuna... ale to już się stało. Ja... my, wszyscy... nawet Zira... – Zira zmarszczyła brwi ze złością, ale przytaknęła. - ...jesteśmy gotowi wam wybaczyć. Chcemy tylko dwóch rzeczy: przywrócenia prawdy o panowaniu Skazy i osądzenia Simby pod zarzutem zdrady stanu. – Sarafina mimowolnie otworzyła usta ze zdumienia. – A jego los nie jest wszak przesądzony. Jeśli byście się przyznały, że to przez was wybuchł bunt... – Zira cicho warknęła w ciemności. Stara lwica zrozumiała, że Złota Królowa i tak nie wybaczy Simbie. – Tylko przyznaj tu i teraz, że się myliłaś i skłoń się przed wspomnieniem Skazy. A wtedy zaczniemy nową, świetlaną erę pokoju i przebaczenia. Zjednoczymy się, jak kiedyś byliśmy zjednoczeni i...

Wtedy jednak ciszę nocy przeszył śmiech Sarafiny.

- Ciszej! – syknęła Zira. – Pobudzisz moje stado! – Ale lwica śmiała się głośno, nie mogąc opanować tego odruchu. Pierwsze ciekawskie lwice wyszły z kopca, aby zobaczyć chichocząca Lwioziemkę, stojąca razem z ich królową i przyjaciółką. Niecodzienny był widok.

- Mamy jeńca, pani? – zapytała Danthi zaspanym głosem.

- Nie, tylko nieuprzejmego gościa. – wyjaśniła Zira, a Złoziemka przetarła oczy ze zdumienia.

- Ale to...

- Właśnie zaproponowałyśmy jej kapitulację. – dodała Zira. – Ale chyba na próżno.

Sarafina w końcu się opanowała i umilkła. Kiedy już większość lwic wyszła na plac, odpowiedziała poważnym głosem.

- Hawo, straciłaś rozum? Tylko sama się posłuchaj. – Młoda lwica spuściła spojrzenie ku ziemi. Palił ją wstyd. Na prawdę miała nadzieję, że przekona dawną opiekunkę, aby wyrzekła się dawnych błędów. – Moja droga... czy zdajesz sobie sprawę, o co mnie prosisz? – Wtedy stara lwica dostrzegła wrogi krąg Złoziemek wokół siebie. – Wiec jednak mnie zabijecie? – zapytała z ironią, ale i ze strachem.

- Nie, jesteś gościem. – odparła Zira. – Nie skrzywdzimy cię, dopóki nie złamiesz naszych praw.

- A więc może już pójdę, aby tego nie ryzykować. – zaproponowała Sarafina. – Nie mogę nawet słuchać waszego szaleństwa. Jesteście buntownikami i stajecie przeciwko prawowitemu monarsze! Wasze pretensje nie są warte funta zebrzych kłaków. – spojrzała na Hawę. – Pytam po raz ostatni: Wracasz ze mną, czy zostajesz tutaj?

Lwica odpowiedziała łamiącym się głosem.

- Zostanę tam, gdzie jest moje miejsce... Lwioziemko! – wymówiła ten wyraz z rozpaczliwą pogardą, która przeszyła Sarafinę.

„Co ja zrobiłam?” pomyślała. „Zraniłam jej dumę i...” chciała coś powiedzieć, ale Zira trąciła ją w ramię.

- Chodź, czas wracać.

- Nie, to ja... – jęknęła Hawaa. Jej głos brzmiał płaczem.

- Ona jest również moim gościem. Teraz ja ją odprowadzę. – odparła Zira, na tyle głośno, aby usłyszało całe stado. – Już czas, Sarafino.

Królowa Złej Ziemi i Lwioziemka ruszyły pod górę, skalistą ścieżką ku rzece. Sarafina dostrzegła jeszcze kątem oka, że młody lew podbiega do Hawy i przytula płaczącą lwicę. Zira jednak nie pozwoliła jej patrzyć dalej, poganiając gościa. Opuściły Złota Dolinę.

- Ziro, nie chciałam... – mruknęła, ale ta przerwała jej wściekłym głosem.

- Hawaa musiała cię kiedyś naprawdę kochać. Dziś poświęciła swoją dumę, aby próbując cię uratować. Nie jestem pewna, czy żałuję, że jej się nie udało.

W milczeniu dotarły na brzeg rzeki, a Zira mocno objęła Sarafinę.

- To nie czułe pożegnanie. – szepnęła. – Muszę cię przeprawić na drugi brzeg żywą, bo tak obiecałam Hawie.

- Kim jest dla ciebie Hawaa? – zapytała Lwioziemka, gdy już weszły do wody.

- Ukochaną poddaną. Niemal córką... Nauczyłam się od Skazy, jak kochać tych, którzy zależą ode mnie. A Hawaa niedługo zostanie moją synową. – dodała zimnym głosem. – Kto wie, może królową Lwiej Skały? – odepchnęła się od dna i popłynęły.

*

Sarafina powoli wracała na Lwią Skałę, płacząc. Miła dość tego krzywego obrotu Kręgu Życia, który uczynił jej ulubienicę jej wrogiem. Przeklinała też swoją dumę, która kazała jej tak obrazić Hawę.

„A może oni mają rację?” pomyślała. „Może to my jesteśmy tymi gorszymi? Nie patrzymy, gdzie stąpamy i być może zmiażdżyliśmy życie nie tylko Hawie?”

*

Po powrocie, Zira odesłała wszystkich na spoczynek. Po kilku minutach Złoziemcy zdawali się już nie pamiętać o dziwacznym zdarzeniu, może nawet uważając je za nietypowy sen. Na placu została tylko królowa, Nuka i łkająca Hawaa. Zira podeszła do pary i odezwała się, łagodnym głosem.

- Nuka, zostaw nas proszę, na chwilę. Muszę z nią pomówić.

Lew bezgłośnie wrócił do Złotej Hali, a królowa usiadła przed Hawą, czekając aż ta się uspokoi.

- Moja pani! – jęknęła młoda lwica. – Wybacz mi! To był moment słabości. Nie powtórzy się, przysięgam.

- Słabości? – zdziwiła się Zira. – Nie dostrzegłam żadnej słabości w twoim zachowaniu. Może tylko naiwną nadzieję... choć może to była jakaś głębsza mądrość? Dobrze, że dałaś im ostatnia szansę. Dobrze, że spróbowałaś od najsłabszego ogniwa, kogoś kto darzył cię sympatią. Ale nie udało się. Nie potrafią przyznać się do prawdy.

Hawaa spojrzała na Zirę i zapytała z niedowierzaniem.

- Nie jesteś na mnie zła? Zrobiłam to, bo współczułam wrogowi.

- Jestem pewna, że na polu bitwy zapanujesz nad takimi emocjami. – odparła władczyni i westchnęła, spoglądając na kopiec. – Jestem pewna twojej lojalności i determinacji... Gdybyś była słabsza, wróciłabyś do nich.

Hawaa obserwowała królową uważnie. Jakieś ciężkie zmartwienie wykrzywiało jej twarz. Był to niepokój, najwidoczniej związany z resztą stada.

- Ziro... co się stało? Martwisz się czymś.

Władczyni znów westchnęła i odparła.

- Wszystkim. Naszą misją. Jak zapewne się domyślasz, nie atakujemy w tym roku, bo chcemy. My musimy. – Hawaa chciała przerwać, ale Zira mówiła dalej. – Pod wieloma względami, lepiej byłby poczekać jeszcze rok. Miałabym pewność, że jesteśmy gotowi. Wyszkoliłabym Kovu do końca, przekazała mu wiedzę o królewskim powołaniu. A Vitani... i co dotyczy ciebie bezpośrednio... Nuka mogliby spokojnie założyć rodziny... Może wysłalibyśmy zwiad do Złotych Piasków... Za rok, Simba byłby starszy i słabszy, a kilka jego lwic zmarłoby. Ale... czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Za rok i ja byłabym słabsza i mniej przydatna w boju. Ale to tylko szczegół... Nie ważny, zważywszy, że i tak nie przetrwalibyśmy kolejnego roku.

Hawaa zamarła, słysząc to. Wyksztusiła, zdumionym głosem.

- Jak to?!

- Nie mów, że tego nie widzisz. – odparła ponuro Zira. – Ledwo przetrwaliśmy ostatnią porę suchą. Głodujemy, a to obniża nasze morale... które i tak jest wysokie, zważywszy na tragiczne warunki. Jednak nikt nie ma ducha tak wielkiego, aby zatkać nim żołądek. A ja nie mam prawa marnować wam życia, każąc trwać na tym pustkowiu. Musimy odzyskać Lwią Ziemię, aby żyć jak lwy!

- Ja żyję jak lew! – zapewniła Hawaa. – Jestem tu szczęśliwa! I całe stado jest szczęśliwe, dzięki twojej opiece.

- Nie wiem, ile jeszcze tego <szczęścia> wytrzymają. – szepnęła królowa, po czym dodała głośniej. – A więć myliłam się. Jest ktoś, kogo duch jest silniejszy nie tylko od głodu, ale każdego wyzwania. To ty. – pogłaskała ulubienicę po głowie. – Ale teraz wracaj spać. To był długi dzień... i długa noc.

Hawaa pokłoniła się władczyni i wróciła do kopca. Nuka wciąż czuwał i czekał na nią.

- Wszystko dobrze? – wyszeptał, kiedy Hawaa położyła się obok niego.

- Dobrze. – odparła Złoziemka. – Tylko strasznie mi wstyd, że przyprowadziłam tu ta Lwioziemkę. Ale nie mówmy o tym, śpijmy.

- Tak, dobrej nocy. – mruknął Nuka. – Tacy jak ona będą tu niedługo przybiegać z błaganiem o litość.

Lwy objęły się czule i niemal natychmiast zasnęły. Niedługo potem do Hali weszła Zira i położyła się obok pustego Złotego Tronu. Od długiego czasu, pień był już pusty, nawet nocą. „Dzieciaki! Rosną tak szybko...” pomyślała Zira i zamknęła oczy. Spała bez snów, ale tak było nawet lepiej.

*

Następny dzień na Lwiej Skale wstał wedle utartych schematów. Po kilku minutach nerwowych oględzin, Simba uznał, że tym razem nocni rabusie nie przyszli. Całe stado odetchnęło z ulgą, choć najgłośniej zrobiły to królewskie dzieci.

- Ta komnata śmierdzi! – mruknął Tanabi. Pumbaa, który akurat wybudzał się obok, spojrzał na niego urażonym wzrokiem. – Nie, chodziło mi o to, że jest mała i duszna. Nawet Zielona Jama wygląda przyjemniej.

- Nie podpowiadaj tacie. – powiedziała Kiara. – Bo jeszcze wpadnie na pomysł, aby nas tam wysłać...

- ...dla naszego dobra i bezpieczeństwa! – dokończył Tanabi i rodzeństwo wybuchło śmiechem. – Kiara, kiedy już będziesz królową, nigdy nie męcz poddanych w ten sposób. – dodał książę i wyszedł do głównej komnaty.

Kiara przytaknęła z rozbawieniem, ale jakaś nieuchwytna, lodowa igiełka ukłuła ją w serce. W głosie brata usłyszała rozżalenie i nutę zazdrości, że to nie on będzie władcą Lwiej Ziemi. Księżniczka szybko jednak porzuciła ciężkie myśli i zwróciła się do Pumby.

- Wujku... – zaczęła niewinnym głosem. – Tata zakazał mi oddalać się od Lwiej Skały... a ja muszę ćwiczyć skoki przed moim pierwszym polowaniem.

- Więc... – zachęcił guziec, choć w jego głosie brzmiał pewien niepokój.

- Będę ćwiczyła w okolicy, więc potrzebuje jakiegoś sparing partnera.

Timon wstał i westchnął.

- Jakkolwiek by tego ładnie nie nazwała, będzie jak zwykle. To my jesteśmy zwierzyną!

*

Tego dnia Sorphi prowadziła drużynę łowiecką i ona pierwsza odkryła podejrzaną padlinę na ścieżce ku północy. Zatrzymała lwice, a sama podeszła do truchła.

- Vinia, co o tym sądzisz? – przywołała przyjaciółkę, a ta nachyliła się nad mięsem i powąchała.

- Cóż... nadgryzione... Już za stare do jedzenia, przynajmniej dla lwa... Liczne ślady zębów... bardzo liczne. I świeże. Kto je tak zgniłe mięso?

- Hieny. – mruknęła Sorphi.

- Właśnie. Trzeba o tym zameldować królowi.

Drużyna ruszyła dalej, tylko Vinia wróciła na Lwią Skałę, aby przyprowadzić monarchę. Po dwóch godzinach, oboje znaleźli truchło, a król przyjrzał się mu uważnie. Następnie spojrzał na północ, aby zobaczyć bliski bród na Cmentarzysko Słoni. Westchnął z irytacją.

- Kolejny klan hien osiedlił się na cmentarzu. Musimy je wygonić, raz na zawsze.

- Teraz, panie? – zapytała niespokojna Vinia.

- Nie, oczywiście, że nie. Pójdziemy większą grupą. Najlepiej nocą. Jestem pewien, że te złodziejaszki się tego nie spodziewają.

*

Nuka spał w cieniu kopca, zbierając siły na noc. Gotował się na rychłe spotkanie z Simbą i choć nie miał pewności, ze nastąpi ono już najbliższej nocy, czuł pod skóra, że niebawem wydarzy się coś ważnego. Nie miał gwarancji, że uzurpator od razu połknie jego przynętę, ale musiał być gotowy. A póki co, śnił piękne sny o potędze, w których rządził na Lwiej Skale, mając u boku swoją ukochaną królową.

Zmierzch się zbliżał, przynosząc nową nadzieje dla Złoziemca.

*

- Dobrze, dobrze, dobrze! – krzyczał zaskoczony Rafiki. – Nie sądzę, żeby to się udało, ale ufam ci. Obyś się tylko nie pomylił!

Duch Mufasy uśmiechnął się i ruszył w drogę powrotną na firmament. Ale gdy tylko wzniósł się ponad drzewną siedzibę szaman, dostrzegł, ze jest obserwowany.

- Dobry wieczór, mój bratanku. – powitał go z uśmiechem Tarki, choć akurat ten uśmiech zwiastował bardzo wnikliwe pytania.

- Dobry wieczór, stryju. – odparł nerwowo Mufasa. – Co cię sprowadza tak nisko na ziemie?

- Ciekawość... co sprowadziło ciebie. – odparł Tarki i podszedł do zmarłego króla. – Zastanawiałem się, czy na przykład... nie postanowiłeś rozmawiać z żyjącymi.

Gdyby Mufasa nie był martwy, zapewne przełknąłby ślinę. Jednak duch zdołał odpowiedzieć już spokojnie, spoglądając w dół.

- Odwiedzałem starego przyjaciela. Nie zrobiłem nic złego, nic mu nie powiedziałem. – dzięki nadnaturalnym zmysłom Dawnych, obaj widzieli starego pawiana, oglądającego pieczołowicie pęknięta skorupę kokosa. – Nie złamałem naszej umowy!

- Nie, przynajmniej technicznie rzecz biorąc. – zgodził się Tarki. – Ale stąpasz po cienkim lodzie, mój bratanku. Proszę, przestań.

- Niedługo przestanę. – zapewnił Mufasa z dumnym uśmiechem. – Wkrótce, wszystko będzie już naprawione.

- Mam nadzieję... bo jeżeli ktoś zginie z powodu twoich interwencji, pozwolę Skazie działać, jak chce. A tego byś nie chciał, prawda?

Martwy król potrząsnął głową i odparł, udając spokój.

- Zadziała, a nikt nie zginie. Pokój wróci na Lwią Ziemię.

- Obiecałeś... – mruknął gwiezdny lewek. – Mam nadzieję, ze twoje słowo jest równie trwałe, co słowo twego brata. – Po czym zniknął w wieczornym powietrzu.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#14 2017.11.25 16:42

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku XII

12 – Swój i wróg


Kiedy Amini otworzył oczy, postanowić leżeć nieruchomo, tak długo jak się da. Spoglądał z zachwytem na Zirę, spoczywająca w jego uścisku, ale gdy słońca wzeszło zza krawędzi nadrzecznego klifu i królowa się obudziła. Spostrzegała Aminiego, z początku zmarszczyła brwi w zdumieniu, ale zaraz potem przypomniała sobie wydarzenia ostatniej nocy i uśmiechnęła się promiennie.

- Jesteś piękna, jak ten poranek, moja królowo. – przywitał ją lew.

- To wspaniale... ale to chyba już nie poranek. – zauważyła Zira i zaśmiała się.

Amini delikatnie dotknął nosem policzka lwicy i polizał ją po twarzy. Ta poddała się pieszczocie, ale kiedy skończył, szepnęła poważnie.

- Starczy. Mamy dziś wiele do zrobienia.

Lwy wstały i ruszyły w kierunku Złotej Hali. Po krótkim spacerze, ujrzeli cichą twierdze stada. Dziwaczna rutyna tego przedpołudnia toczyła się sama, bez rozkazów i rad. Cztery lwice, które miały towarzyszyć w wyprawie królowej i wędrowcom, zapewne wciąż spały w środku kopca. Dwie inne, Anga i Ndugu, zbyt poranione, aby wziąć udział w boju, właśnie wracały z polowania z częścią łupu. Kolejne dwie Złote polowały gdzieś dalej. Daki i Laki leżeli przez Złota Halą, a Vitani i Nuka usiłowali ich obudzić. Oczywiście bezskutecznie.

- Niech pan wstanie! – jęczała Vitani. – Chcemy iść popływać, a mamy jeszcze nie ma.

- Ja jej nie zjadałem.- odparł śpiący lew. – Może Laki?

Bliźniaki nawet przez sen mówiły razem.

- To nie ja! – mruknął Laki, szturchany przez Nukę. – A jeśli nawet, to zostawiłem wam porcje.

- To na nic. – westchnął Nuka. – Musimy czekać na mamę.

Zira podeszła do kociaków i polizała je na przywitanie.

- Już jestem, moi drodzy. – wtedy zauważyła, że jej córka usiłuje otworzyć szczęki Dakiego i złapać go za język. – Vitani, zostaw go! – kotka pościła głowę lwa, a ten uśmiechnął się z ulgą. Wciąż śpiąc, rzecz jasna.

- Wspaniała organizacja. – ocenił Amini. – Stado wzięło twoje rady do serca...

- Mamo, chcemy nad rzekę. – zażądał Nuka.

- Obawiam się, ze dziś to niemożliwe. – odparła Zira. – Dziś... jest bardzo szczególny dzień. Wyruszamy po Yaktę.

Kociaki spojrzały się po sobie, po czym zwróciły ku matce.

- Jupi! – krzyknęło rodzeństwo.

- Ale wy zostaniecie tutaj! – dodała natychmiast królowa.

- Ech... – mruknął rozczarowany Nuka.

- Ktoś musi pilnować naszej siedziby, kiedy my stąd pójdziemy. – powiedział Amini. – Ktoś odważny i sprytny.

Nuka przytaknął, choć nie wyglądał na całkowicie przekonanego. Zaprowadził siostrę do niedalekiego kopczyka, po czym zaczęli ścigać termity. Amini podszedł do Dakiego i użył jedynego, pewnego sposobu, aby obudzić lwa. Nadepnął na jego ogon.

- AŁA! – wrzasnął wędrowiec. – A to za co?

- Przepraszam. – odparł czarnogrzywy. – Ale szukamy szefa. Gdzie poszedł?

- Gdzieś z Dorią. – poinformował ich lew. – Gwiazdy wiedza gdzie.

- Kiedyś wróci. – mruknął Amini. – A ty, czemu nie pomagasz w polowaniu? – zapytał złośliwie.

- Daj mi spokój! – odwarknął bliźniak, a w następnej sekundzie spał znowu.

Zira zachichotała ze zrozumieniem i trąciła Aminiego w bok.

- Ma rację, daj mu spokój. Wyglądają, jakby też nie przespali nocy. – ziewnęła. – Powiedziałam <też>? No właśnie, do wieczora powinniśmy solidnie wypocząć. – weszli do Złotej Hali.

Tymczasem, na wzgórzu opodal, siedziała para lwów, rozmawiając podniesionymi głosami. Przynajmniej jej głos był bardzo nerwowy. Doria spoglądała na swego świeżoupieczonego partnera i powtarzała z naciskiem.

- Mam nadzieje, ze wiesz, co to oznacza? Musisz podjąć swoje obowiązki.

- Obowiązki! – mruknął Horen. – Na to się nie pisałem!

*

Dzień na Lwiej Skale upłynęła w radosnej atmosferze. Kolejny raz polowanie udało się znakomicie, a stado najadło się jak nigdy w ostatnich latach. Po obiedzie większość stada ułożyła się do drzemki, tylko Kilia bawiła się z córeczką. Mała Hawaa chyba jako jedynie nie cieszyła się z tego spokoju.

- Mamo... nie chce się znów w to bawić. – powiedziała, gdy skończyły płoszyć przepiórki skał w pobliżu.

- A w co byś chciała? – zapytała lwica.

Kotka usiadła na ziemi i spojrzała na matkę z powagą.

- Mamo, musimy poważnie porozmawiać. – szepnęła. Kilia zmarszczyła brwi w zdumieniu.

- Co się stało, moja mała?

- Mamo... dlaczego tak nie lubisz Złotych Lwic? – to pytanie jeszcze bardziej zmieszało lwicę.

- Nie wiem, o co ci chodzi. Te wyrzutki to nasi wrogowie. – odparła, a Hawaa spojrzała smutno w ziemię.

- Ale... jeszcze tydzień temu byliśmy jednym stadem. – zauważyła, smutnym głosem.

- Nie, nic nie rozumiesz. – mruknęła niecierpliwiona Kilia. – Zawsze byli wrogami, ale... wcześniej nie mogłyśmy nic z tym zrobić. Dopiero gdy wrócił Simba.

- Mamo! – wykrzyknęła Hawaa. – To była fatalna wymiana. Mamy jednego pana Simbę, za całe stado!

- Simba jest naszym królem! – odparła lwica groźnie. – Pamiętaj o tym. Nie chcę wracać do tej głupiej rozmowy o Skazie i Zirze. Jasne?

- Nie gniewaj się, mamo. – chlipnęła kotka. – Ja chcę tylko... abyśmy byli znów razem.

- Wracamy. – mruknęła zmęczonym głosem Kilia. – Jesteś dziś nieznośna.

Tak więc wróciły na Lwią Skałę. Tym czasem na Złej Ziemi prawdziwy dzień się dopiero zaczynał.

*

- Mamo, błagam: uważaj na siebie. – prosił Nuka, gdy Zira po raz ostatni oglądała swą mała armię. – Wrócisz jutro, prawda?

- Oczywiście, mój drogi. I przyprowadzimy Shakisę oraz Yaktę. – zauważyła, że ciężko ranna Anga chciała dołączyć do szeregu. – Powiedziałam: nie! – krzyknęła, ale zaraz dodała łagodnym głosem. – Wybacz, ale jeszcze nie czas. Musisz wyzdrowieć.

Starsza lwica odeszła z ciężkim sercem. Cztery jej przyjaciółki, wyznaczone na wyprawę, wpatrywały się w królową z szacunkiem, ale i niepokojem. Ten wypad był szalony, nawet przy wsparciu wędrowców.

- Mamo, proszę... spróbujcie przyprowadzić też Hawę! – prosił lewek. – Jestem pewien, że tak na prawdę ona jest z nami, tylko jej mama...

- Chcesz, żebym porwała ją od matki? – zdziwiła się Zira.

- No... – odparła Nuka. – Jeśli przyprowadzisz ja tu, to ciocia Kilia będzie musiał też tu przyjść. A my ją przekonamy, że Simba jest zły. Chyba się uda, nie?

Królowa przymknęła oczy i przywołała w pamięci noc śmierci Skazy. Wewnątrz gotowała się ze złości i żalu. Była gotowa rozszarpać wszystkie lwice z Lwiej Skały, nawet nie dla zemsty, ale aby uchronić resztę świata od podobnego losu, który spotkał ich. Lwioziemcy byli niebezpieczni, może nie źli, ale ranili. Litość od zawsze była luksusem silnych. Zira i jej stado nie bili silni i mieli tylko jedną drogę, aby pozbyć się zagrożenia: otwarta wojnę. Dziś mieli ją zacząć. Ale współczucie Nuki... „Nie możemy stać się tacy, jak oni.” Pomyślała Zira. „Jeśli będę miała okazję, zaproponuje Kilii kapitulację. Tylko to mogę zrobić.”

- Spróbujemy. – zapewniła syna.

Nuka podszedł do Aminiego i przytulił się do jego łapy. Lew podniósł go i usadził na plecach, tak że kociak mógł wtulić się w jego grzywę.

- Amini, proszę... pilnuj naszej mamy. – szepnął. – Przyprowadź ją bezpieczną.

- To mój obowiązek, Nuka. I nie zawiodę was. – obiecał i odstawił lewka na ziemię. – Bądź dzielny. Twój ojciec patrzy na ciebie z gwiazd. – dodał, nienaturalnym głosem.

- Mamo, możemy poczekać na was na brzegu rzeki? – zapytała Vitani.

Zira pokręciła głową.

- Nie, lepiej nie...

- Ziro, nie usiedzimy tutaj. – powiedziała Anga szczerze. – Jesteśmy z tobą duchem... ale i ciałem chcemy być jak najbliżej. – zauważyła niepewność na twarzy królowej. – Zaopiekujemy się kociakami.

- No dobrze... – zgodziła się Zira. – Więc weź Vitani i ruszamy nad rzekę. Za mną! – rozkazała, ale wtedy spostrzegła, że brakuje jej połowy armii. Tej silniejszej połowy. – Gdzie jest Horen? – zdziwiła się. – Gdzie są bliźniaki?

- Bez obaw. – mruknął Amini. – Są... gdzieś tam. – wskazał szczyt pobliskiego wzgórza. Dogonią nas po drodze. – odetchnął głęboko i zawołał. – Chłopaki! Już czas!

- Spotkamy się na plaży. – odkrzyknął Horen, siedzący na nieodległym zboczu.

Bliźniaki patrzyły na niego ze zdumieniem. Tak, to była trudna decyzja, Horen nie miał wątpliwości, że konieczna.

- Chłopaki, zrozumcie! – powtórzył. – Jesteśmy tylko mięsem armatnim. Chcą od nas tylko zębów i pazurów.

- Ale... nie możemy ich tak po prostu zostawić. – wykrzyknął Laki.

- Ciszej! Usłyszą... – syknął Horen.

- Przepraszam... – szepnął lew. – Ale nie możemy.

- Możemy. Po prostu chodźmy. – poradził wódz.

- Obiecałem Vii... – mruknął Daki.

- Co obiecałeś? – spytał Horen.

- Że uratuję Shakisę. Jest jej przyjaciółką i...

- Lwice was ogłupiły! – syknął rudogrzywy. – Shakisa, lwica której nawet nie widzieliście, może już nie żyć. A co wtedy.

- Szefie? – zapytał Laki, spoglądając na wodza. – Co się stało? Wczoraj byłeś zdecydowany, aby zostać.

- Nie rozumiesz! – powiedział Horen nerwowym głosem. – Pomyśl chwilę! Robimy to dla Aminiego. Kiedy odejdziemy, zostanie prawdziwym królem.

- Albo zginie w bitwie. – zauważył Daki.

- Nie będzie żadnej bitwy! – syknął rudogrzywy. – Kiedy zobaczą, że nas nie ma, wycofają się... Nie są przecież skończonymi idiotami!

- Właściwie, to sam powiedziałeś, że Amini jest idiotą, bo zakochał się z Zirze. – przypomniał Laki, a Horen potrząsnął grzywą w wyrazie irytacji.

- Szefie... coś się jednak wydarzyło od wczoraj, że zdecydowałeś się zostawić Dorię. – stwierdził pewnie Daki. – Musimy wiedzieć co.

Horen milczał chwilę, patrząc na przyjaciół. Otworzył usta, aby zamknąć je chwilę potem. Nie miał pojęcia, jak im to powiedzieć. Wreszcie zrobił głęboki wdech i rzekł, grobowym głosem.

- Jaka to pora?

- Wczesny wieczór. – stwierdził Laki.

- Pora roku.

- Wczesna pora deszczowa. – odparł Daki

- A kiedy lwice najczęściej mają okres godowy? – zapytał, aby ujrzeć zdumienie i strach na twarzach przyjaciół. Dodał. – Tak, teraz. Nie miałem o tym pojęcia... Nie patrzcie tak na mnie, po raz pierwszy byłem z lwicą. – Tak samo jak oni. Świadomość, co się stało poprzedniego dnia docierała do nich powoli. – I Doria też nie wiedziała! Uświadomiły nas inne lwice, dowcipkujące nad ranem. Ja nie mogę być ojcem! Nie umiem!

- No to jest problem, szefie. – mruknłą Daki. – Bo ostatniej nocy Vii i ja...

- Oraz Thela i ja... – dodał Laki. – Czy to znaczy...

Horen skrzywił się i pokiwał głową.

- A więc może jednak rozważycie pomysł natychmiastowego odejścia.

Bliźniaki były zszokowane.

- Ale... – jęknął Laki. – Zostawić Thelę...

- I Vii... – dodał Daki.

- ...z kociakami? Z naszymi kociakami!

Horen zacisnął pięści i uderzył u skaliste podłoże. Wbił spojrzenie w braci i zaczął mówić, wolno i wyraźnie.

- Nie możemy być dobrymi ojcami. Jesteśmy wędrowcami... wygnańcami. Zostaliśmy wygnani z naszych stad, bo tam nie pasowaliśmy. I nie będziemy pasować i od tego stada! Tylko Amini ma ten dar, że potrafi stać się osiadłym lwem i związać się z lwica na poważnie. Będzie królem... i opiekunem naszych dzieci. My tego nie możemy się podjąć. To nie leży w naszej naturze.

- Ale w mojej leżało... aby poleżeć z Vii. – szepnął zawstydzony Daki.

- Zostaw Aminiego z Zirą. – przekonywał Horen. – Tak bezie lepiej, dla nas, dla niego, dla kociaków...

- Ale musimy mu wpierw pomóc zostać królem! – oponował Laki.

- Nic nie musimy! – krzyknął Horen, ale ujrzał chłodną determinację w oczach bliźniaków. – Obiecaliście uratować Shakisę i jej kociaka, tak? No to zrobimy to... i odejdziemy zaraz potem.

- Czy to aby na pewno... – zaczął Laki.

- Jedyna droga. – zapewnił Horen, spoglądając w oczy lwa. – Amini będzie nam dziękował!

- Hej, chłopaki! – zawołał Amini ze ścieżki poniżej. – Idziecie?

- Jasne! Będziemy za chwilę! – odparł Horen i ruszył szlakiem w dół.

Bliźniaki niepewnie podążyły za nim.

*

Lwia Skała powoli zapadała w sen. Tylko trzy lwice wciąż czuwały na zewnątrz, na tarasie. Tak jak Simba rządził całym królestwem, tak ta trójka rządziła Simbą – królowa-matka, matka królowej i sama królowa. Kolejny raz rozmawiały o zagrożeniu Złotym Stadem. Ponieważ żadnej złotej lwicy nie widziano już od paru dni, ta groźba stała się mnie realna, ale pomimo tego... a może wręcz: dzięki temu, bardziej przerażająca.

- Nie podoba mi się to. – powiedziała Sarafina, patrząc w mrok nad sawanną. – Nie widzieliśmy ani śladu po nich przez ostatnie dni. To niemożliwe, aby tak duża grupa krążyła tu niezauważona. Musiały się gdzieś ukryć. Tylko gdzie...

- Mamo, czemu zakładasz, że wciąż tu są? – zapytała Nala. – Stado Ziry przybyło z pustyni... mieli tam jakąś siedzibę, zwaną bodaj... Złotymi Piaskami. Może tam właśnie wrócili?

Sarabi potrząsnęła głową i odparła.

- Nie, to niemożliwe. Pamiętam dzień, kiedy tu przybyli. Byli wycieńczeni drogą i umierający z pragnienia po długiej podróży. Jeśli nawet chcą wrócić... choć nie wierze, aby ryzykowali życie kociaków w tak dalekim marszu... musieliby się starannie przygotować. – spojrzała na równinę, na której szybko odrastała po suszy świeża trawa. – Te Złote Piaski musiały zostać poważnie zniszczone przez suszę. Wątpię, czy już odzyskały na tyle życia, aby utrzymać stado. My mamy niezwykłe szczęście, że Lwia Ziemia wciąż nas żywi.

„A czy to nie jest zasługą Skazy?” pomyślała Nala, ale szybko zdusiła tę myśl. Nie, Skaza był zły, wiec jego rządy musiały być podobne. „A więc czemu za nim tak tęsknisz?” zapytał niepokorny głos w jej głowie. Ona jednak zignorowała go.

- Nie ważne. – powiedziała królowa. – Musimy przekonać Simbę, aby wysłał zwiad na północny brzeg Rzeki Granicznej. Jeśli istnieje choć minimalne prawdopodobieństwo, że Zira się tam chowa, musimy to sprawdzić. – Dwie lwice spojrzały na młodszą pytającym wzrokiem. Ta dodała. – Oczywiście, to ja mu podsunę ten pomysł, ale musicie mnie wesprzeć. Sarabi, Simba będzie posłuszny twoim radom.

- To dziwna sytuacja. – oceniła Sarabi. – Opiekujemy się królem, jak małym kociakiem, a przecież powinno być odwrotnie.

„I było!” szepnął głos w głowie Nali. „Całkiem niedawno. Kiedy Skaza traktował swoich poddanych jak dzieci. Wiesz coś o tym, czyż nie?” Królowa potrząsnęła głową, chcąc przegnać nieproszone myśli, a potem odpowiedziała królowej-matce. – I wkrótce tak będzie, jak tylko pozbędziemy się na dobre tych wyrzutków. Kiedy nie będzie już zagrożenia wojną, Simba będzie sprawował rządy bez naszej pomocy. Musimy tylko... zneutralizować Zirę i jej zwolenników.

Sarafina ziewnęła głośno i spojrzała na córkę i przyjaciółkę.

- To dobrze, ale zaczniemy jutro. – mruknęła sennym głosem. – Jutro porozmawiamy z Simbą. I wcale nie uważam, że należy się śpieszyć. To im się śpieszy. My żyjemy w bezpiecznym schronieniu, mamy pod dostatkiem żywności. Jeśli Zira jest na Złej Ziemi, wygoni ją stamtąd głód.

- Masz rację. – zgodziła się Sarabi. – I faktycznie czas już spać. – wstała i dodała zmęczonym głosem. – Dobrej nocy. – ruszyła ku głównej jaskini, a jej towarzyszki podążyły zaraz za nią. Hawaa mogła odetchnąć z ulgą, nie widziały jej.

Kotka cały czas leżała na skale, tuż przy wejściu do jaskini. Jej szare futro maskowało ja niemal zupełnie, a niezwykły (jak na jej wiek) spokój, pozwolił jej pozostać niezauważoną. Nieco wcześniej, wyślizgnęła się z objęć matki i poszła za wychodząca Sarabi. Wiedziała, że matka Simby jest szczególnie uprzedzona wobec cioci Ziry i wszystkich Złotych. Więc należało ją pilnować. Kotka słyszała każde słowo z rozmowy lwic i gdy te się rozeszły, ona leżała w miejscy, sparaliżowana strachem. One zamierzały zabić ciocię Zirę i Nukę! Chciała płakać, ale widziała, że łzy nikomu nie pomogą. Rozważała obudzenie matki i prośbę, aby ta wstawiła się za Złotymi. Ale matka była równie wściekła na stado Ziry, co Sarabi. A Simba... Hawaa bała się nawet zapytać o to nowego króla. On zapewne wierzył z bzdury, które opowiadała Sarafina, Sarabi i Nala. Jedna, mała Hawaa nie była w stanie przekonać go, jak bardzo się myli. Więc pozostała jej już tylko jedna droga.

- Mamo, proszę, nie gniewaj się na mnie. – wyszeptała w kierunku ciemności jaskini. – Ale ja czuję w sercu, że nie masz racji. Kocham cię, ale nie mogę ci pozwolić skrzywdzić moich przyjaciół. – Odwróciła się ku ścieżce w dół i ruszyła przed siebie.

Była zdecydowana, aby dotrzeć do <Rzeki Granicznej>, a potem aby znaleźć Zirę. Ktoś musiał ich ostrzec o niebezpieczeństwie ataku Lwioziemców. Kotka nie miała pojęcia, jak można przekroczyć rzekę ale to nie miało znaczenia. Zwłaszcza, że dotychczas nie widziała prawdziwej rzeki, więc nie wiedziała czego się bać. Była pewna, że Złote Stado jest na północy. Czemu? Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale wydawało jej się, że wieczorny wiatr gwiżdże w uszach pomocne słowa.

Hawaa zaczęła marsz przez sawannę. Z powodu jej krótkich nóżek, przypominało to raczej ciągłe skoki, ale śpieszyła się jak mogła. Po chwili mięśnie zaczęły ją boleć, ale nie poddawała się. Musiała wykonać swoją misję, na przekór wszystkiemu.

*

Kilia obudziła się z powodu złego snu. Dodajmy: bardzo dziwacznego snu.

Śniła o nieodległej przeszłości, czasach suszy. Umierała z głodu, leżąc na tarasie Lwiej Skały. Nagle, drużyna łowcza Złotych Lwic wróciła z wielkim kawałkiem mięsa. Lwica podniosła głowę, mając nadzieję, że dadzą jej trochę. Ale Złote, prowadzone przez Zirę, zaczęły same zajadać przysmak. Kilia poczuła delikatny aromat mięsa i łzy zakręciły jej się w oczach.

- Ziro... pomóż mi! – jęknęła.

- Wygnałaś Shakisę! – odparła Złota lodowatym głosem. Shakisa była już wygnana? Cóż, w tym śnie chyba tak.

- To był pomysł Nali! – pisnęła głodna lwica. – Błagam, dajcie mi kawałek.

- Morderczyni! – krzyknęła inna Złota. Vii? Doria? Kilia nie była pewna.

- Co się stało? – zapytał Skaza, który właśnie wyszedł z królewskiej jaskini. – Ziro, moja droga, to lwica wygląda na chorą.

- Słońce jej szkodzi. – odparła Zira i połknęła nieprzyzwoicie wielki kęs mięsa. Kilia załkała bezsilnie.

- Panie, jestem taka głodna... Błagam, nakarm mnie!

Skaza podszedł do umierającej lwicy i spojrzał na nią ze współczuciem. W jego oczach Kilia dostrzegła autentyczną troskę i poczuła, że kocha swego władcę całym sercem. Lew odwrócił się ku swej partnerce.

- Ziro, ona umiera z głodu. Daj jej mięsa! – polecił spokojnym, ale nieznoszącym sprzeciwu głosem. Królowa skłoniła się i odparła.

- Tak, najjaśniejszy panie. – Razem z resztą lwic przeciągnęła truchło (ależ ono było ciężkie!) pod sam nos Kilii. Lwica, wciąż łkając, wyszarpała pierwszy kęs mięsa. Było cudownie pyszne, ale tego smaku wcześniej nie znała. Szybko przełknęła porcję i sięgnęła po więcej.

- Smakuje? – zapytał łagodnym głosem Skaza. – Zasłużyłaś na lwią cześć tego łupu.

Wtedy Kilia odkryła, co je. Truchło, leżące przed nią, zamieniło się w bezwładne i nadgryzione ciało Simby. Lwica zamarła.

- Moja droga... – powiedział król. – Przepraszam, za ten smak. Simba jest młody i łykowaty. A jeszcze ta dieta z robaków... Mufasa był znacznie smaczniejszy, ale zjadłyście ostatnie resztki wczoraj.

Kilia obudziła się, zlana zimnym potem. Podniosła głowę i spojrzała na króla, leżącego w monarszym łożu, obok Nali. Był cichy, nieruchomy, ale z pewnością żywy. Westchnęła z ulga i tylko mocniej przytuliła... przytuliła... przytuliła...

- Sarafino! – zapytała Kilia w ciszy jaskini.

- Tak? – mruknęła senna lwica.

- Czy Hawaa jest z tobą? – zapytała nerwowo Kilia.

- Tak... to znaczy: nie. – odparła matka królowej. – Czemu pytasz?

Serce Kilii zamarło. Wstała i spojrzała na ciemną komnatę, szukając córki u boku innych lwic. Bezskutecznie. Przerażenie ze snu ustąpiło przerażeniu rzeczywistemu.

- Hawaa znikła! – szepnęła zszokowana lwica. – Saffy, jej tu nie ma...

I właśnie w tym momencie do jaskini wleciał Zazu, pędząc co sił. Niemal rozbił się o tylnia ścianę groty, ale w ostatniej sekundzie zdołał zawrócić i niezgrabnie wyładować obok monarchy. Dyszał kilkanaście sekund, zanim zdołał wyrzucić z siebie rozpaczliwy okrzyk.

- Atakują nas!

Krzyk dzioborożca rozdarł senną ciszę i kilka lwic otworzyło oczy. Podniosły głowy i spojrzały na królewskiego majordomusa.

- Simba, Zira nadchodzi! – jęknął Zazu i upadł na skalne łóżko, bez siły.

- Świetnie. – mruknął Simba. – Ale audiencje przyjmuje od południa... CO?! – otworzył oczy i wbił zaspane spojrzenie w ptaka.

- Panie, grupa intruzów. – wyspał dzioborożec. – Co najmniej sześć lwic, ale to może być tylko pierwszy oddział. Idą od rzeki.

Simba zerwał się na równe nogi i zaryczał. Taka pobudka poderwała już całe stado. Lwice wstały i skupiły się wokół króla.

- Oni tu są. – powiedział Simba opanowanym głosem. Jednak uważny obserwator dostrzegłby, że władca trzęsie się na całym ciele. Był kompletnie zaskoczony. – Zatrzymamy ich na Północnej Ścieżce, nie dopuszczając na Lwią Skałę. Wszyscy idą ze mną, tylko... – Myślał kilka sekund, aż w końcu spojrzał na matkę królowej. – Sarafina zostaje z Kilią i kotką.

Zanim Sarafina lub Kilia zdołały powiedzieć, że kotki tu nie ma, reszt stada wybiegła z jaskini.

*

Hawaa była jednocześnie przerażona, ale i podniecona. Szalony bieg przez równinę oszołomił ją tak dalece, że nie usłyszała grupy lwic, mijającej jej ledwie około stu metrów na zachodzie.

Zira prowadziła armię w szybkim marszu. Lwioziemcy byli już zaalarmowani przez tego piekielnego dzioborożca, więc nie było czasu do stracenia. Nie mogli pozwolić, aż Simba zorganizuje obronę.

- Tak jak ustaliliśmy! – zawołała do Horena, Dakiego i Lakiego. – Idźcie już, odwrócimy ich uwagę.

Oddział ratunkowy oddalił się od głównych sił.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#15 2017.11.25 16:43

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku XIII

13 – Chrzest ognia


Oczywiście, to mógł być przypadek. Kovu planował te podróż już od dawna. Właściwie to Zira chciała, aby przekroczył góry, aby dowieść swej siły i wytrzymałości. Ale czemu wyruszył akurat tamtej nocy? Jak to zwykle bywa, odpowiedź na to pytanie można było znaleźć na niebie.

„Doskonale, przyjacielu... świetnie ci idzie.” Szeptał wieczorny wiatr, kiedy Kovu wspinał się po stromej ścieżce na zachodnią ścianę Ciemnej Góry. „Nie odwracaj się, idź naprzód!”

Ale wiatry nie mówią, przynajmniej nie te zwyczajne. Tylko takie, które są wywołane przez Królów Przeszłości, potrafią cicho wołać. A Mufasa właśnie w ten sposób szeptał do ucha młodego lwa łagodne, acz wyraźne polecenie. W górę! Przed siebie! Nie oglądaj się! Syn Ziry był skutecznie odciągany od swojego stada. Martwy król, który nie mógł pokazać się żyjącemu lwu, używał sztuki, która posiadł przez lata swej obecności na niebie. W ten sposób osłabiał Wygnańców.

Kovu usiadł na skale, aby chwilę odpocząć i odwrócił się ku swemu domowi. Mufasa był na to przygotowany i delikatnie przesunął deszczową chmurę, tak aby zasłaniała widok brzegu rzeki. Czarnogrzywy nie mógł wiec zobaczyć tego, czego widzieć nie powinien. Więc spokojnie wstał i ruszył na wschód, dalej od jego atakowanego stada.

Mufasa uśmiechnął się i znów dmuchnął wietrznym szeptem. Ale wtedy jakiś cień przykrył nad nim światło księżyca. Kovu nie spostrzegł owego zjawiska, gdyż nie miał takiego prawa. Cień rzucał bowiem duch innego lwa, niemal bliźniaczo podobnego od wędrowca na stoku.

- Złamałeś pakt! – zawołał Amini do Mufasy.

- Dalej, przed siebie... CO?! – zdumiał się zmarły król i odwrócił głowę ku nowoprzybyłemu. – A kim ty jesteś, aby wiedzieć o takich rzeczach? – zbadał nieznajomego wnikliwym wzrokiem. – Nie jesteś żadnym z królów, których znam.

- Nic dziwnego. – mruknął Amini gniewnym głosem. – Zwykłem obracać się w lepszym towarzystwie.

Mufasa uśmiechnął się słysząc tak hardą odpowiedź, ale wciąż usiłował skojarzyć przystojną twarz i czarną grzywę lwa.

- Ja cię znam... widziałem cię... – mruknął.

- Pomyśl! – syknął Amini. – Kogo ci przypominam? – podszedł bliżej do Mufasy, tak że obaj unosili się nad idącym Kovu.

- Kovu... – szepnął król. – Ale to niemożliwe... Ty jesteś ojcem Kovu!

- Punkt dla ciebie. – warknął Amini lodowatym głosem. – Ale teraz ja mam pytanie: czemu go tu ściągnąłeś?

Mufasa parsknął złośliwym śmiechem i odparł.

- Ale to twoja kolej na odpowiedź. – i dodał pewnym głosem. – Nie złamałem paktu z Tarkim i Skazą. Po mojej ostatniej interwencji, podyktowali mi surowe warunki, na które musiałem się zgodzić. Pomyśleli o wszystkim... prawie o wszystkim. – Znów uśmiechnął się szeroko, dumny ze swego planu. Choć był martwy od siedmiu lat, ale po raz pierwszy w życiu... a także w swej gwiezdnej egzystencji, udało mu się przechytrzyć brata. To zwycięstwo smakowało wybornie i Mufasa chciał się pochwalić swoim sprytem. – Ustaliliśmy, że żaden z Dawnych nie ma prawa przemawiać do żywego i żaden z nich nie może fizycznie interweniować w sprawy świata na dole. Ale ja tego nie robię. Jedynie... hulam sobie z wiatrem... jestem duchem wiatru! – dokończył przekornym głosem.

Wiedział, że plan, który wymyślił z ojcem już wkrótce się wyda, ale nie miało to już znaczenia. Zira miała zostać wkrótce zabita, Złote Stado miało się poddać Lwioziemcom, a Kovu, który nie zdąży wspomóc swoich walce, wróci do domu, zastając już nowy porządek. Dzięki temu szybciej pogodzi się ze swym losem, przekonany przez stado Simby. A jego małżeństwo z Kiarą ostatecznie zakończy wrogość i nienawiść... Tak więc Muafasa i Ahadi będą mogli wstąpić na najwyższy firmament, po spełnieniu obowiązku wobec stada. No i Skaza będzie już wolny od więzi łączącej go z Zira... wszak lwica połączy się z nim w zaświatach. Może to nie była droga która upatrzył sobie czarnogrzywy król, ale nie miało to większego znaczenia. „Robię to także dla ciebie, braciszku.” pomyślał Mufasa. „Wreszcie znikną powody naszego sporu.”

- Tarki dowie się o tym! – syknął Amini. „O, czyżby to przyjaciel mego stryja?” zdumiał się Mufasa. A Amini dodał. – Masz go zawrócić.

- Sam go zawróć... jeśli zdołasz. – uśmiechnął się martwy król. – Nie jesteś ani Skazą, ani moim stryjem. Masz prawo nawet do niego przemówić. Śmiało...

To nie było uczciwe. Amini nie potrafił kontaktować się z żyjącymi. Był mocno związany z ukochanym synem, ale niezwykłym rodzajem więzów, zbyt ścisłym do zwykłego kontaktu. Niemal... jak Skaza i Zira – tak blisko, że emocjonalna burza miedzy nimi głuszyła wszelkie słowa.

- Nie, ty to zrób! – jęknął Amini. – On musi wrócić na Zła Ziemię i udać się na spotkanie z Kiarą! To ostatnia szansa powstrzymania wojny! – dostrzegł drwiący uśmiech na twarzy Mufasy. – Ale... ty chcesz wojny! – zawołał gniewnie.

- Nie. – Mufasa potrząsnął głową. – Musze tylko poprawić drobny błąd Simby sprzed trzech lat. Muszę... wyeliminować Zirę. Tylko tak mój plan może się powieść. – wtem zmarły król dostrzegł aurę złości na twarzy Aminiego. – To ty byłeś lwem, który wtedy ocalił Zirę! – wyszeptał zdumiony.

A Amini zbiegł na skały i staną na drodze synowi.

- Jako twój ojciec, rozkazuję ci wracać! – krzyknął zdecydowanym głosem. – Twoja matka jest w niebezpieczeństwie!

Czarnogrzywy lew stanął i spojrzał za siebie, niepewnym wzrokiem. Pomyślał, że o czymś zapomniał. Ale o czym? Obiecał Vitani poćwiczyć walkę? Nie, to było coś ważniejszego. Hawaa... tak, przyrzekł Hawie, że będzie uważał na Nukę, bo ten...

- Wracaj! – ryknął Amini. – Nie myśl, tylko czuj. Twoja matka jest w niebezpieczeństwie.

- Mama? – szepnął odruchowo Kovu. Poczuł nagły i niewyjaśniony strach o Zirę, po czym odwrócił się szybko i ruszył ścieżką w dół. Jednak przed nim rozciągała się jeszcze długa droga.

- No pięknie! – syknął Mufasa. – Ale tak mu już nie pomożesz, a ja znam sposoby, aby wesprzeć moich krewnych... bez łamania paktu!

Amini spojrzał na niego z gniewem, ale potem uśmiechał się, szczerząc zęby.

- Być może, ale ty nigdzie nie pójdziesz!

Skoczył na gwiezdne ciało zmarłego króla i przygniótł go do skały. Dusza nie może zabić, czy nawet zranić duszy... ale dobry uścisk działał podobnie na żywego, jak i na martwego – Mufasa leżał na ziemi, usiłując wyślizgnąć się z uścisku czarnogrzywego.

- Oszalałeś? – zawołał. – Jesteśmy obaj martwi! Nie zabijesz mnie!

- Pewnie nie... – zgodził się Amini. – Ale przy okazji sprawdzimy, jak Dawni odczuwają ból. – mruknął złośliwym głosem i bezlitośnie przejechał szponami po twarzy Mufasy.

Lwie duchy splotły się w bezkrwawej walce, ale Kovu pewnie schodził z gór ku domowi.

*

Vitani była śpiąca i znudzona. Jedyne co chciała, to wrócić z tego zimna i wilgoci do środka ciepłej Złotej Hali. Ale Nuka był bezlitosny. Nalegał tak mocno, że niedobudzona, zgodziła się mu towarzyszyć. Zapewne, gdyby spytał ją w pełni świadomą, nie zgodziłaby się. Niestety, było już za późno, bo od dobrej godziny leżeli na klifie nad rzeką, czekając na coś bezskutecznie.

- Nuka, jak długo jeszcze? – zapytała sennym głosem.

- Chwilę... – odparł jej brat. – Musze być pewien, że przyjdą.

- Kto przyjdzie? – zdziwiła się Vitani, a w jej umyśle zabłysło ostrzegawcze światło. Jej brat wyglądał, jakby faktycznie wypatrywał czegoś po drugiej stronie rzeki.

- No... Simba i jego czereda. – odparł szczerze. – Sądzę, że nadciągną tu całym stadem, ale na takim terenie to im niewiele pomoże.

Vitani wybuchła śmiechem. Tak, Nuka miał niesamowite poczucie humoru. Jego żarty zawsze ją zaskakiwały, były takie... szalone.

- Cisza! – syknął lew. – Jeszcze nas usłyszą.

Lwica zamarła, widząc zupełnie spokojną twarz brata. Był tak poważny, jakim go nie widziała od długiego czasu.

- To nie jest żart!? – jęknęła, czując chłód ogarniający jej ciało. Nuka spojrzał na nią z dumną miną.

- Jasne, że nie! – odparł. – Wmówiłem Simbie, że na Cmentarzysku Słoni osiedliły się hieny, które okradają Lwią Skałę. Więc zapewne dziś przyjdzie je wygonić... O, spójrz! – wskazał na drugi brzeg. – Już są. Przejdą przez Słoniowy Bród, a na naszym brzegu będą bezradni. Zostawcie mi tylko Simbę...

Vitani słuchała tego z otwartymi ustami i nastroszonym futrem. Jej brat właśnie stworzył okazję, aby zakończyć wojnę w jedną bitwą... Albo w ten sam sposób ją przegrać.

- Jesteś szalony! – jęknęła.

- Uważaj, bo mówisz o przyszłym królu Lwiej Ziemi. – uśmiechnął się. – A teraz już nadszedł czas, abyś ruszyła po mamę i lwice. Tylko nie atakujcie, zanim Simba nie wejdzie do wąwozu. Jeśli mama uzna, że to niebezpieczne... nie atakujcie w ogóle. Tylko odwróćcie uwagę lwic, dopóki nie skończę.

Vitani nie miała nawet sił, aby odpowiedzieć. Z trudem zmusiła się do skierowania na wschód i ruszenia ścieżką ku domowi.

- Niech mnie mrówki pożrą! – wykrzyknął Tarki, kiedy Nuka pobiegł szczytem klifu ku Cmentarzysku Słoni. – Ten chłopak ma talent! Ma spore szanse załatwić Simbę!

Ale Skaza tylko chwycił go i podniósł na wysokość oczu. Spojrzał w twarz stryja i syknął groźnie.

- Zatrzymaj to!

- Skaza, postaw mnie! – Martwy król się uspokoił i odstawił krewnego na niewidzialne podłoże. – Potargałeś mi grzywę! – poskarżył się Tarki, czesząc futro na głowie. Z pewnością słowo <grzywa> zostało użyte na wyrost. – Wiesz, że nie możemy nic zrobić.

- Mufasa maczał w tym łapy! – krzyknął czarnogrzywy król. – Złamał przymierze!

- Być może. – zgodził się zielonooki lewek. – Ale musimy mieć niepodważalny dowód. A kiedy go znajdziemy, wkroczymy do akcji...

- Oni tam mogą zginąć! – jęknął Skaza, wskazując na Złą Ziemię. – Nie pozwolę na to!

Jednak wciąż stał w miejscy, niepewny, co robić. Chciał ruszyć za Nuką... ale i towarzyszyć Vitani. W dodatku wiedział, że powinien był obserwować intruzów, właśnie forsujących rzekę.

- Pomóż mi! – poprosił stryja.

- Skaza, pomożemy im, czekając! – odparł Tarki. – Nuka ma wielkie szansę pokonać Simbę... jego pułapka jest świetna... – Spojrzał na bratanka ze złośliwym uśmiechem. – Znacznie lepsza niż twoja... A Zła Ziemia jest bezpieczna, bo Lwioziemcy nie zaryzykują ataku na nieznanym terenie. To byłoby samobójstwo!

- Nuka jest w poważnym niebezpieczeństwie!

- Ale Simba w jeszcze większym. – odparł kociak i znów się roześmiał. Nagle jednak zamilkł i rozejrzał się podejrzliwie.  – Skazo, wiem, że wspierają cię Sparthi oraz Amini. – martwy król spojrzał na ziemie, aby ukryć grymas zaskoczenia dekonspiracją. – Nie martw się, nie złamałeś paktu. To był dobry pomysł... Wiem, że pomagają ci pilnować twoich bliskich. Świetnie. Tylko, że... Widzę aurę Sparthiego, który czuwa nad Zirą. A gdzie jest Amini?

Skaza westchnął z ulga, słysząc, że stryj nie zamierza interweniować. Odparł.

- Z Kovu.

- Nie widzę ich... więc Kovu nie ma na Złej Ziemi. Przypadek?

Spojrzeli na siebie, wiedząc, że w gwiezdnym świecie przypadki nie istnieją.

- Masz rację. – przyznał Tarki. – Chyba faktycznie mamy problem.

*

Simba dotarł do brzegu jako ostatni. Choć był znacznie silniejszy i potężniejszy od lwic, pływanie sprawiało mu potężną trudność. Nala niemal wciągnęła go na brzeg, po czym doprowadziła do kręgu czekających Lwioziemek. Król szepnął ostrożnie.

- Lepiej się pośpieszmy. – spojrzał na wschód. – Nie możemy ryzykować tu starcia z Wygnańcami.

Ruszył na zachód po nadrzecznej ścieżce, prowadzącej ku wąwozowi. Lwice ustawiły się w ciasnej formacji i ruszyły za nim. W stosunkowo jasnym świetle pełnego księżyca ścieżka, równoległa do rzeki, była dobrze widoczna. Lwioziemcy poruszali się szybko, choć niepewnie. Tuż za Simbą szła Sarafina wraz z Sarabi. Starsze lwice, przez swoje już zawodzące zmysły, musiały trzymać głowy nisko i dokładnie obserwować szlak, w poszukiwaniu wybojów.

- Sarabi... – szepnęła Sarafina. – Nie sądzisz, że to podejrzane?

- Hm? – zdziwiła się królowa-matka.

- Ścieżka. – wyjaśniła matka królowej. – Jeśli cały klan hien tu żyje... to nie powinien wydeptać tej drogi?

Na szlaku pod ich stopami nie było hienich śladów. Jedyne tropy, które wskazywały na przejście tamtędy jakiegoś zwierzęcia, były znacznie większe.

- Tanabi by poznał, kto tędy szedł. – mruknęła Sarabi. – Ale dobrze, że on i Kiara zostali w domu, pod opieką Sakii.

Ujrzeli wejście do wąwozu Cmentarzyska Słoni. Było ciemne, ciche i martwe, oświetlane tylko przez księżyc i bladą poświatę wulkanicznych szczelin w głębi. Wydawało się straszne, ale nie sprawiało wrażenia niczyjego domu... nawet hieniego.

- Jesteśmy na miejscu. – powiedziała Nala, rozglądając się. – Ale nie widzę żadnego z tych padlinożerców...

- Żadnych śladów, żadnych tropów. – dodała Sarafina. – Nie podoba mi się to.

Simba, choć czuł się niepewnie, zaśmiał się beztrosko (a przynajmniej starając się, aby brzmiało to beztrosko) i ruszył w głąb wąwozu. Przeczesywał wzrokiem odludne miejsce w poszukiwaniu wrogów, ale nie widział nikogo. Odwrócił się ku stadu i powiedział.

- Może się myliliśmy. Nie widzę hien i wątpię, czy tu są. Nie zostawiły żadnych śladów. Jednak sprawdzę, na wszelki wypadek. Czekajcie tu.

Lwice spojrzały po sobie niepewnie.

- Nie chcesz, abyśmy poszły z tobą? – zapytała Nala.

- Nie potrzebuję ochrony! – syknął król i dodał głośniej. – Zostańcie tu i pilnujcie odwrotu. Jakiś Wygnaniec może się tu przypętać. – Po czym ruszył szybko w głąb cmentarza.

*

Droga z Cmentarzyska Słoni była znacznie dłuższa, niż z Północnego Brodu. Vitani biegła tak szybko, jak mogła, ale widziała, że nie przyprowadzi stada wcześniej, jak za godzinę. Oznaczało to sporo czasu dla Nuki, na wykonanie jego planu... ale lwice nie była pewna, czy chce, aby jej brat ryzykował. To było szalone! Jeśli matka uznała, że nie warto ściągać Lwioziemców na Złą Ziemie, zapewne nie było warto. Vitani była pełna najgorszych przeczuć, zwłaszcza, że wiedział, iż Nuka powziął swój zamiar pod wpływem emocji, nie rozumu. Tak zazdrościł Kovu jego misji, że wynalazł na poczekaniu sposób, aby go wyręczyć. Podobne plany kończyły się zwykle w dwojaki sposób: albo spektakularnym zwycięstwem, albo kompletną katastrofą.

„I to jest także moja wina.” Pomyślała lwica. „Powinnam to zauważyć wcześniej i powiedzieć matce...” Nagle zauważyła lwią sylwetkę na skałach. W pierwszym odruchu, widząc szare futro Lwioziemca, wysunęła pazury do ataku. Jednak sekundę później zrozumiał swoją omyłkę: w jej kierunku biegła Hawaa.

- Vitani! – wysapała przerażona lwica. – Zaspałam i zgubiłam Nukę! On jest w niebezpieczeństwie... musimy go znaleźć! – Vitani zatrzymała się przed przyjaciółką i odparła.

- Idzie na cmentarz... i wabi Simbę. – wtem zrozumiała, że Hawaa może wiedzieć więcej o zamiarach Nuki niż ktokolwiek inny. – Ale co on robi? Sprowadził tu całe stado Lwiej Ziemi!

- Za późno! – jęknęła lwica. – Obudź nasze siostry, a ja biegnę do Nuki!

Córka Skazy chciała dowiedzieć się więcej, ale nie było czasu. Ruszyła więc dalej w swój szaleńczy bieg, zostawiając przyjaciółkę na skałach. Biegnąc, powoli odzyskiwała spokój. Zdała sobie sprawę, że jeśli uda się Nuce, mają wielkie szanse na zwycięstwo. Oczywiście, zakładając, że jej brat zabije uzurpatora i Złoziemcy przybędą na czas. Trudne, ale możliwe.

A Hawaa ruszyła wolniej, już zmęczona wcześniejszym biegiem. W tamtym momencie nie myślała o wojnie, stadzie ani Simbie, bała się tylko o Nukę. Jej ukochany zamierzał wyzwać na pojedynek potężnego lwa. „Skazo, twój syn jest w niebezpieczeństwie.” Pomyślała. „Pomóż mu!”

*

- O nie, nie ma mowy! – odparł Tarki. – Mufasa jeszcze nie złamał paktu.

- No to co robimy? – zapytał Skaza, myśląc intensywnie. Sytuacja wymknęła się spod kontroli i martwy król czuł się bezradny. Gdyby wspomógł partnerkę, dzieci lub stado, musiałby się liczyć z reakcją brata. A czuł, że Mufasa tylko na to czeka. Wiedział, co się dzieje i był przygotowany pomóc swoim.

- Trzeba zawierzyć tym na dole. – poradził gwiezdny kociak. – Pilnuj córki i obserwuj, a ja pójdę za Nuką. Zgoda?

- Zgoda. – mruknął Skaza i ruszył za Vitani.

*

Nuka nie bał się, choć wiedział, że powinien. Skradał się szczytem klifu w kierunku cmentarza i obserwował Simbę, kroczącego poniżej. Potężny lew stąpał powoli, rozpraszany przez rosnący strach. Ten widok dodawał sił synowi Skazy.

- Boisz się, uzurpatorze? – uśmiechnął się Nuka i zrzucił garść żwiru do doliny. Na dole rozległ się stukot, a Simba zamarł w panice. – Szukasz wroga? – szepnął Złoziemiec. – Sam jesteś swoim wrogiem. Twoja duma zmusiła się do ryzyka. Pozwól, że wykorzystam to... i cię zabiję.

Zaśmiał się głośno, a echo odbiło jego chichot. Simba podskoczył w miejscu i przywarł plecami do skalnej ściany. Dopiero po kilkunastu sekundach opanował się na tyle, by ruszyć dalej.

- To słabe i głupie hieny! – wymamrotał. – Poradzę sobie z nimi.

Dotarł do dalszej części wąwozu i wkroczył w ciężkie chmury siarkowego dymu. Ziemi co chwile oddychała kolejnymi wyziewami, zamieniając powietrze z gorąca masę. Simba poczuł, że jego oczy pieką. Wytarł twarz łapą, aby stwierdzić, że płacze od tego żaru. Nie widział niemal niczego. „Jakim cudem, te paskudy tu żyją?” pomyślał i ruszył dalej. A Nuka już na niego czekał.

[Piosenka „Nadszedł czas”. Melodia triumfalna, ale i złowieszcza, coś pomiędzy „Przyjdzie czas” a „Lulilulilaj”. Wojenne werble w tle.]

[Nuka schodzi w wąwóz, zasnuty chmurami żółtego dymu wulkanicznego. Idzie pewnie, a Simba wciąż potyka się, oślepiony wyziewami. Niemal wpada do skalnej szczeliny, ale zatrzymuje się w ostatniej chwili.]

Cóż za widok! Szokuje cię tak
Przypomina ci coś z dawnych dni?
Lecz to ja jestem królem, a jak!
A jak ślepy dziś błąkasz się ty

[Nuka stoi na półce skalnej, tuż nad Simbą i czeka aż ten podejdzie bliżej.]

To ironia? A wróćmy w te dni
Kiedy dumny, zepsuty do cna
Wypędziłeś kociaka za drzwi
Czy pamiętasz? Ten kociak to ja!

[Na słowo <ja> uderza łapą we własną pierś. Potem pochyla się nad Simbą z łapą wysuniętych pazurów.]

I okradłeś z bogactwa mój ród
Wziąłeś ojca i matki mej sny
Me rodzeństwo skazałeś na głód
I na tronie mym usiadłeś ty!

[Tnie króla w głowę. Na czole króla wytryskują cztery równoległe cięcia po pazurach. Król upada na ziemie, spanikowany, oślepiony i zdezorientowany. Nuka widzi, że go nie dosięgnie z góry, więc rusza po skalnych pułkach w dół. Jego oczy, przywykłe do dymu, widzą ścieżkę wyraźnie, a Simba zaciska z bólu powieki. Wstaje i rusza w przypadkowym kierunku, tylko przez przypadek nie wpadając do pobliskiej szczeliny.]

Refren:

Lecz to kończy się już! (echo: kończy się już! kończy się już!)
Ery nadchodzi zmierzch! (ery zmierzch! ery zmierzch!)
Na twym imieniu kurz (mieniu kurz, mieniu kurz)
Wkrótce osiądzie też! (siądzie też! siądzie też!)

[Nuka staje w połowie drogi i śpiewa na tyle głośno, że wzbudza echo. Simba wydaje się tego nie słyszeć – jest zbyt oszołomiony dusznym dymem. Kaszle i idzie niepewnie.]

I świat uśmiechnie się (śmieje się, śmieje się)
Kiedy ostatni raz (jeszcze raz, jeszcze raz)
Serce uderzy twe! (serce twe! serce twe!)
Wiedz, że nadszedł już twój czas

[Na słowa <uderzy twe...> Simba odkrywa, że stoi na skalnej półce nad lawą i nie ma już dokąd uciekać. Pod nim wrze lawa.]

Abyś ty winy odkupić mógł
Życie oddasz, więc zginać dziś masz
I tak zwracasz mi mój stary dług
Długie lata przetrzymany aż

[Nuka zbliża się do niego, spoglądając groźnie, otoczony przez tumany dymu. Przypomina Skaże z początku „Przyjdzie czas”.]

To początek jest moich dni
By naprawić twój okrutny błąd
Dawna zemsta z ojcowskiej krwi
Woła o krwawy nad winnym sąd

[Bez trudu uderza Simbę. Silniejszy z lwów nie blokuje ciosu, bo nic nie widzi, a nie unika, bo boi się spaść do lawy.]

Ściąłeś królewskich dni piękny kwiat
Ja zasadzę znów drzewo tej krwi
I pokażę jak Skazy syn zgadł
Że ten tron przynależny jest mi

[Nuka zadaje kolejny cios, a dym ponad nim układa się w chmurę, przypominająca Lwią Skałę w płomieniach, jak pod koniec Króla Lwa. Nuka wznosi łapę do kolejnego uderzenia i rozwiewa część wyziewów. Wygląda to, jakby gasił płomień.]

Refren:

Lecz to zacznie się już (zacznie już! zacznie już!)
Nowej ery świt lśni (ery lśni! ery lśni!)
Z chwały ojca dziś kurz (dziś kurz! dziś kurz!)
Zmyję strugą twej krwi (strugą krwi! strugą krwi!)

[Simba odruchowo się cofa na samą krawędź, a skała pod nim zaczyna pękać.]

I świat uśmiechnie się (śmieje się, śmieje się)
Kiedy ja pierwszy raz (pierwszy raz, pierwszy raz)
Jak król osądzę cię!  (sądzę cię! sądzę cię!)
Wiedz, że nadszedł już mój czas

[Simba dostrzega co się dzieje, otwiera załzawione oczy i spogląda na Nukę, który przymierza się do śmiertelnego ciosy. Twarz króla przypomina przerażonego Mufasy, zanim został zrzucony przez Skazę.]

[Ujęcie kruszącej się skały pod nogami Simby. Muzyka urywa się w pół taktu i ekran natychmiast ciemnieje.]


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#16 2017.11.25 16:45

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku XIV

14 – Królewska rozgrywka.


- No dobra, przyznaję... mamy problem. – mruknął ponuro Tarki.

Dwa lwie duchy podążały za Złotym Stadem i Aminim. Chcieli iść, tak jak żyjące lwy, przynajmniej Skaza na to nalegał. Powiedział, że chce czuć to samo, co jego partnerka i widzieć to co ona. Tarki zgodził się skwapliwie, pod jednym warunkiem: martwy król wiózł stryja na własnym grzbiecie. Gwiezdny lewek jechał, wtulony w grzywę krewniaka, mając zadowoloną minę, jakby ta podróż cieszyła jego kocięca naturę. Ale w rzeczywistości był poważny. Tak poważny, jak nigdy.

- Wyprzedź ich. – polecił. – Chce widzieć wszystko. – Więc Skaza przyśpieszył kroku, a jego niematerialne ciało wniknęło w grupę lwic. Zrównał się z Zira i zwolnił do jej prędkości, po czym spojrzał na partnerkę z miłością i oddaniem. Wpatrywał się w jej piękną twarz przez długą chwilę, aż dostrzegł, że Zira jest adorowana identycznym spojrzeniem także z drugiej strony. Tam szedł Amini, równie skupiony na królowej.

- Ale ty masz przewagę. – powiedział Tarki, niemal czytając w myślach bratanka. – Wieziesz na plecach oszałamiającego przystojniaka, który powinien ściągnąć jej uwagę. – Skaza potrząsnął z irytacją swoim pasażerem. – Żartuję... spójrz tylko na nią! Jesteś zazdrosny? To absurd, ona myśli tylko o tobie.

- Wiem. – odparł martwy król. – Nie wiem czemu jestem zazdrosny. Po prostu rwie mnie w duszy, gdy widzę jego, żywego i rzeczywistego u jej boku, kiedy ja jestem tylko cieniem. To idiotyczne, bo wiem, co Zira czuje. A na dodatek naprawdę chciałbym, aby ona go pokochała i pozwalała się kochać. Aby wychowali kociaki... Amini jest niemal godzien być jej partnerem... chyba bardziej niż ja byłem.

Tarki westchnął z mieszaniną współczucie i irytacji.

- Przestań... Lubię takie łzawe teksty, ale na Gwiazdy, nie przed bitwą! – mruknął. – Chodź szybciej. Chce widzieć, co robią ich wrogowie. – wskazał na Lwią Skalę, doskonale widoczną w świetle pełnego księżyca.

Tymczasem Zira wydawała ostatnie komendy swemu oddziałowi.

- Bez brawury. Jesteśmy tylko przynęta, odwracamy uwagę od Lwiej Skały, aby Horen i bracia zrobili co trzeba. Jasne? – rozległy się pomruki potwierdzenia. – Trzymajcie zwięzły szyk, tak jak uczył nas Sparthi. – Zira przywołała w duszy twarz Złotego Króla i zawołała w myśli. „Bracie, pomóż nam!”. Potem dodała na głos. – Nie ryzykujcie. Jesteśmy... w agresywnej defensywie. Skupmy się na jednym celu. Jeśli Simba będzie zbyt pilnowany, uderzamy w Nalę. Jeśli i jej nie będzie pierwszej linii, atakujcie pierwszą lwicę, którą ja uderzę. Zrozumiałyście?

- Jestem zachwycony. – przyznał piaskogrzywy lew, który pojawił się obok oddziału. Spojrzał wprost na Skazę i Tarkiego, więc ci od razu domyślili się, że mają do czynienia z duchem. – Nigdy nie słuchała uważnie moich rad, mówiąc, że to bzdury dla samców... Ale i tak zapamiętała wszystko. Dobra robota, siostrzyczko! – rzucił ku królowej, acz ta, rzecz jasna, nie mogła go usłyszeć. Więc pustynny lew zwrócił się znów ku Dawnym. – Kiepsko to wygląda. Mam rację?

Skaza od razy rozpoznał Sparthiego, choć znali się tylko przez tydzień, i to kiedy Złoty Król już ciężko chorował.

- Miło cię widzieć, Sparthi. – powiedział. – Ten arogant na moim grzbiecie to Tarki, mój stryj. Przyszedłeś, abym nam pomóc?

- Nie, aby pogratulować siostrze i szwagrowi małżeństwa, kociaków i złożyć kondolencje. Oczywiście, te tylko wdowie... – Tarki wybuchł radosnym śmiechem, ale został uciszony przez Skazę szybkim szturchańcem. – Wybaczcie. Oczywiście, jestem tu, aby strzec Ziry. – po czym dodał cichszym głosem. – Ale przy okazji musze powiedzieć, że na prawdę cieszyłem się, gdy zostaliście partnerami. Szkoda, że nie dożyłem wystarczająco długo, aby was uściskać...

- Dzięki. – odparł Skaza. – A odpowiadając na twoje pytanie: tak, one są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie możemy liczyć na wędrowców, bo oni uciekną przy pierwszym zagrożeniu prawdziwa walką... albo kiedy nie znajdą Shakisy na Lwiej Skale.

- Więc mamy lwa przeciwko lwu... i pięć lwic na jedenaście? Gra na remis to raczej szczyt naszych ambicji.

- Dopóki cię nie było, nie liczyliśmy nawet na to. – mruknął Skaza. – Pomóż nam. Jesteś martwy już od dwóch lat...

- Ja od trzynastu. – pochwalił się Tarki. – Ale to raczej nie sprawia, bym miał jakiś genialny pomysł.

Po chwili milczenia, przerywanej tylko krótkimi rozkazami Ziry, Tarki zapytał.

- Co umiesz? To znaczy: czy masz jakiś wpływ na siostrę? – westchnął i przyznał z niechęcią. – Bo my nie. Ja jestem zbyt daleko... Bardzo ją lubię, zwłaszcza że to laska niczego sobie... – Został kolejny raz szturchnięty przez bratanka, więc wrócił do tematu. - ...ale nie znałem jej za życia. Za to Skaza... jest jakby zbyt blisko. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale jego miłość... i jej miłość do niego, są tak silne, że przeszkadzają w nawiązaniu kontaktu. A ty, próbowałeś?

- Nie – powiedział z żalem Sparthi. – Ale jeśli trzeba, spróbuję. Co z innymi członkami stada?

- Nawiązałem krótki kontakt z Aminim. – oznajmił Skaza. – Ale ledwie mi się udało. Jestem nowy na niebie i nie umiem niemal niczego.

- Kto to wszystko nakręcił? – zapytał dociekliwie pustynny król.

- Co?! – zdumiał się Skaza.

- Nie wmawiajcie mi, że to przypadek. To wszystko zostało przygotowane przez kogoś z Dawnych, czuję to.

- Ale kto...

- Mufasa, na pewno. – odparł Tarki. – Zapewne pomaga mu Ahadi, mój brat.

Skaza zatrzymał się, uderzony niespodziewaną nowiną. Dwie lwice wyprzedziły go, przechodząc przez niematerialne ciało.

- Nie powiedziałeś mi o tym! – wykrzyknął.

- Niespodzianka! – mruknął Tarki. – A co by to zmieniło? Idź! – Martwy król ruszył z miejsca i znów wybiegł przed lwice. – Poradzę sobie z każdym Dawnym, który nam będzie bruździł... Sparthi, postaraj się skontaktować z kimś ze swojego stada. – potem klepnął Skazę w plecy. – Ty będziesz wspomagał Aminiego. Jak? Nie mam pojęcia. Nie możesz? To lepiej się naucz, bo nie mamy wyboru. Jeszcze jakieś pytania? Nie, więc do roboty. – zakończył monolog i znów tracił bratanka. – Szybciej, chcę widzieć, co czeka nas w domu.

*

- Nie ma czasu! – wrzasnęła Kilia. – Musimy znaleźć Hawę! Chodź ze mną!

Sarafina wiedziała, że nie mają wyboru, ale chwyciła przyjaciółkę i przygniotła ją do ziemi. Musiała uspokoić spanikowaną, aby zrobić cokolwiek.

- Słuchaj mnie! – powiedziała spokojnym i łagodnym głosem. – Poszukamy Hawy, ale musisz się uspokoić. Gdzie mogła pójść? Myśl!

- Do... em... – Kilia zrozumiała, że nawet nie wie, gdzie chce biec. – Nie mam pojęcia.

Starsza lwica westchnęła i przymknęła oczy. Była inteligentna i uważała się za wyjątkowo opanowaną. Ale to była wyjątkowa sytuacja, a ona bała się, że jej błędna decyzja może kosztować życie kociaka. Czuła, że Kilia była zbyt spanikowana, aby myśleć logicznie. Cała odpowiedzialność spoczywała więc na Sarafinie.

- Nie możliwe, aby ktoś ją wykradł. Byłam na tarasie od czasu, gdy poszłyście spać, a potem, nie słyszałam nikogo. Musiała wyjść sama, mogłam jej nie zauważyć. Ale pytanie brzmi: gdzie poszła?

Kilia trzęsła się ze strachu, ale mocny chwyt przyjaciółki powoli przewracał jej poczucie rzeczywistości. Zmarszczyła brwi i odparła niepewnie.

- Ostatnio w ciąż mówiła on Nuce... wiesz, synu Ziry. Chciała, aby Złote wróciły.

Umysł Sarafiny pracował na najwyższych obrotach. Szybko skojarzyła niedawna melancholię kotki z plotkami na temat stada Ziry. Zdała sobie sprawę, że kociak mógł podsłuchać jej rozmowę z Sarabi i Nalą. Szepnęła w myśli. „O, Ahadi! Ona uważa, że knujemy, aby skrzywdzić Nukę, jej przyjaciela. Ona mogła...”

- Nad rzekę! – rozkazała i puściła przyjaciółkę. Ruszyła ku wyjściu z jaskini i wypadła na zewnątrz. Kilia podążyła za nią, pełna nowej nadziei. Jeśli Sarafina była czegoś pewna, lwica też była. Obie zbiegły ścieżką z Lwiej Skały ku podnóżom. Kilia wyśmignęła towarzyszkę i ruszyła przed siebie, na zachód.

- Czekaj! – krzyknęła Sarafina. – Tam! – Wskazała północ, a przerażona matka natychmiast skręciła.

- Biegnij za mną! – poleciła matka królowej, a Kilia z trudem wysłuchała polecenia, zatrzymując się i przepuszczając ją przodem. Chciała dostać się do córki jak najszybciej, ale potrzebowała przewodnika. Tylko dlatego godziła się biec tempem Sarafiny.

- Szybciej! Szybciej! - poganiała co chwilę. Obie oddaliły się od domu.

- Mnie nie pytajcie! – mruknął zdumiony Horen. – Nie mam pojęcia, co tu jest grane. Ale ja się cieszę, bo mamy wolną drogę.

Trzej wędrowcy wstali z trawy, porzucając kamuflaż. Nie trzeba było już się chować, skoro Lwia Skała opustoszała.

- Szefie, to jest podejrzane. – zwrócił się do wodza Daki, kiedy dotarli na górę.

- No właśnie. – potwierdził Laki. – Jeśli trzymają tam zakładników, to czemu nikt ich nie pilnuje?

- Bo nie trzymają tam żadnych zakładników! – syknął rudogrzywy. – Ta Shakisa już pewnie nie żyje. Jesteśmy tu jedynie, aby to potwierdzić.

Weszli do cichej jaskini. Była ciemna, spokojna, ale nie aż tak opuszczona, jak się spodziewali. Timon i Pumbaa, leżeli w najdalszym krańcu, trzęsąc się ze strachu.

- TO są ci zakładnicy? – jęknął Horen z rozpaczą. – To chyba zapas jedzenia! Guziec i mangusta.

- On jest właściwie surykatką, proszę pana. – odparł Pumbaa

- Zamknij się! Udajemy martwych! – syknął Timon.

- Broniłem twojego honoru... – tłumaczył Pumbaa, ale zamarł gdy podszedł do nich rudogrzywy.

- Kto spróbuje uciec, zginie. – przywitał ich Horen. – Odpowiedzcie na moje pytanie, a przeżyjecie. Gotowi?

- TAK! – jęknęli spanikowani przyjaciele.

- Gdzie jest Shakisa i jej kociak?

- Nie tutaj! – pisnął Timon

- No to sprawa załatwiona. – uśmiechnął się Horen i odwrócił do kompanów. – Spadamy!

- Ale szefie! – zaprotestował Daki. – Nie wierzmy mu!

- Trzeba ich przesłuchać! – dodał Laki.

Bliźniacy podbiegli do przerażonych zwierząt. Daki chwycił mocno Pumbę, a Laki podniósł zmartwiałego Timon na wysokość ust.

- Jeśli nie odpowiesz, albo uznamy, że kłamiesz, twój kumpel skończy w jelitach mojego brata. Rozumiesz? – warknął Daki. – A więc: gdzie jest Shakisa?

- Nie wiem! – jęknął guziec, a Laki włożył Timona do ust. – Czekaj! Simba ją wygnał! – Laki zatrzymał zamykanie ust. – To było tuż po śmierci Skazy. Całe stado zabrało ją i jej dzieciaka. Odprowadzili ją na granicę... nie wiem którą!

- Puśćcie go. – mruknął Horen. – Świnie nie kłamią.

Laki wypluł syrykatkę na podłogę, a ta natychmiast wstała i podbiegła do Pumby. Tymczasem Horen oglądał jaskinię.

- Nikogo tu nie ma! – ocenił. – Te przekąski miały rację. Tu nawet nie ma gdzie trzymać więźniów. Nasze zadanie jest zakończone. – dodał z ulgą i wybiegł z jaskini. Bracia niepewnie podążyli za nim, zostawiając bez słowa roztrzęsionych przyjaciół.

- Poszli już? – szepnął guziec.

- Chyba tak. – odparł Timon. – Mięsojady!

*

Dwa oddziały stały naprzeciw siebie w ciszy, czekając na pierwszy ruch wroga. Zira nie śpieszyła się, po pierwsze, gdyż prowadziła jedynie dywersję, po drugie, Simba był schowany za szeregiem lwic, a Nala stała w samym środku, dobrze pilnowana. Ale i tak to ona miała stać się głównym celem. Złota królowa oswajała się z myślą o morderczej walce.

Jej mała armia była ustawiona idealnie: ona i Amini w środku, po lewej Rama i Doria i z prawej Vii i Theli. Ale i tak wyglądali żałośnie na przeciw lwa i jedenastu lwic. Zira wiedziała, że walki nie da już się uniknąć, ale miała nadzieję, iż zaraz wędrowcy zameldują wykonanie zadania.

- Nie jesteś tu mile widziana. – ryknął Simba. W tym samym momencie księżyc przykryły ciężkie, deszczowe chmury.

- Nie musisz na mnie patrzeć, przybłędo. – odparła Zira. – Ta ziemia należy do Skazy i jego następców. – spojrzała na Lwioziemki. – Pokłońcie się przed królem Skazą i wydajcie tego uzurpatora. – Wskazała na Simbę. – Dzięki temu przeżyjecie.

Królowa zauważyła niepokojące rzeczy – wszystkie lwice stada były pewne siebie i zdecydowane. Spoglądały na Złote z pogarda w oczach i wrogością. Nie, nie wyglądały jak potencjalne buntowniczki. Tylko Sakia, szarofutra i niebieskooka lwica nie wydawała się tak wściekła na atakujących. Sprawiała wrażenie raczej przestraszonej i zdezorientowanej. Jej spojrzenie na sekundę zetknęło się ze spojrzeniem Ziry, aby przekazać tylko jedno, nieme słowo: <Przepraszam!>. Ale Sakia nie ruszyła się z wrogiego szeregu.

- Wypuście Shakisę i Yaktę. – syknęła złota królowa, ale odpowiedziały jej jedynie puste spojrzenie Simby. – Zostawcie ją, nie ma nic wspólnego z naszą wojną! – dodała, a groźba zmieniła się niemal w błaganie.

- Nie ma tu ani Shakisy, ani jej kociaka. – odparł uzurpator. – Wygnaliśmy ją. Nie znalazła twojego stada? – zapytał niepewnym głosem.

„Na Gwiazdy... chyba mówi prawdę!” pomyślała Zira. „A skoro Shakisa do nas nie dotarła, to...”

- MORDERCA! – ryknęła królowa. – Zabiłeś i swego władcę i niewinne kocię. Jesteś przeklęty!

Simba zmarszczył brwi, a w sercu poczuł lodowate ukucie. To nie miało być tak, nie chciał nikogo zabijać, a już na pewno nie matki z dzieckiem. Poczuł się słabo, ale to Nala odpowiedziała za niego.

- Król ukarał buntowniczkę. Okazał jej litość, darując życie. Powiedz choć słowo, a nie zaznasz tej łaski.

- Choć słowo! – syknęła Zira. – Gdzie ją porzuciliście?

- Nie twój interes, ty... – zaczęła Nala, ale Simba powiedział.

- Na skraju Potężnej Dżungli. – jego głos wyrażał nutę żalu. Simba wyszedł przed szereg lwic, choć zdumiona Nala próbowała go zatrzymać. Ale on przeszedł między nią a Parani i stanął tuż przed Zirą.

- Idźcie stąd. – powiedział pewnie. – Dość zabijania.

- Tobie powinno już być dość. – odparła królowa lodowatym głosem. – Ale teraz nasza kolej.

- Nie macie szans. – ciągnął Simba, znów chowając się za swoje stado. – Nie zmuszajcie mnie do tego, czego nie chcę. Idźcie, albo was zabiję, zgodnie z prawem mojego ojca...

- Prawo twojego ojca jest martwe jak on sam! – syknęła Zira. – Ta ziemia należy do Skazy i jego prawo tu rządzi. Pogódź się z tym lub giń!

W tym momencie dostrzegła trzy sylwetki na sawannie, zmierzające biegiem ku północnemu wschodowi. Wędrowcy opuszczali ich bez słowa, uciekając z Lwiej Ziemi. Lwica usłyszała, jak Amini głośno łyka ślinę, widać dostrzegł zdradę swoich przyjaciół. A wiec stali, opuszczeni, naprzeciw silniejszego wroga. Zira zrozumiała, że nie mają żadnych szans. I wiedziała, że jej stado też to widzi.

- Moja królowo! – szepnęła Rama. – Stoimy przy tobie i stać chcemy... ale pomyśl o kociakach... dzieciach Skazy.

- Powstrzymam ich. – powiedział Amini. Zira spojrzała na niego, niepewnym wzrokiem. – To moja, wina, nie powstrzymałem ich przed ucieczka... – dodał, łamiącym się głosem. – Wybacz, moja królowo, zawiodłem. Powiedz kociakom, że przepraszam. Kocham cię!

- Amini, NIE! – krzyknęła Zira, ale było już za późno.

Lew skoczył ku szeregowi lwic, ale tylko po to, aby odbić się od pleców Nali i rzucić się dalej, na Simbę. Spadł mu na plecy, przewracając wroga na trawę i chwytając go za szyję. Król starał się podnieść i samemu przygnieść atakującego, ale szybki kop Aminiego sprawił, że obaj zaczęli się turlać. Czarnogrzywy, przygnieciony na chwilę, sapnął z bólu, ale sekundę później, to on znów był na górze.

- Ziro, uciekaj! – krzyknął, aby zaraz potem ryknąć z bólu. Simba uwolnił jedną łapę i uderzył na oślep, lecz mocno. Obaj zatrzymali się w płytkiej niecce, siłując bezlitośnie.

- Odwrót! – rozkazała Zira. – JUŻ! Ramo, pomóż mi! – ruszyła ku szykowi Lwioziemek.

Choć trzy lwice cofnęły się, aby pomóc Simbie, pozostała ósemka stała twardo, nie dopuszczając do odsieczy dla Aminiego.

- Wybacz, przyjaciółko. – szepnęła królowa, kiedy upewniła się, że trzy jej lwice pędza na północ, a Rama odważnie stoi u jej boku. – nie możemy go zostawić... i trzeba kupić czas dla naszych sióstr.

- Kocham cię, moja pani... – mruknęła stara lwica. – I nie pozwolę im cię dostać... zbyt łatwo!

Przyjaciółki skoczyły na zwarty szereg wroga.

- NIE! UCIEKAJCIE! – wołał Amini, przygnieciony przez Simbę i trzy Lwioziemki. Desperacko usiłował uwolnić łapy, uwięzione pod ciałem króla, ale ten był zbyt ciężki, aby go zrzucić. W tym czasie, lwice ostrożnie podchodziły ku jego głowie, szukać dojście do szyi. W porywie szału, czarnogrzywy wysunął pazury przygniecionych kończyn, wbijając je w ciało Simby. Król ryknął z bólu i odruchowo wstał. Amini, niespodziewanie uwolniony, wstał za nim i na oślep uderzył jedną z Lwioziemek. Słabsza, lżejsza i nieprzygotowana samica upadła ciężko na trawę, ale jej dwie towarzyszki gotowały się do skoku.

- ZIRO! BIEGNIJ! – wrzasnął z rozpaczą.

Łatwo powiedzieć. Zira i Rama stały w środku ciasnego kręgu wrogich lwic. Stykały się plecami, kryjąc na wzajem, kiedy tylko któraś z Lwioziemek próbowała ciosu. Był to idealny sposób obrony, ale ciągłe uniki zmęczyłyby je w przeciągu minut. Nala wślizgnęła się do kręgu i rozkazała.

- Poddajcie się i proście o łaskę!

Ale w tej samej chwili, została uderzona łapą lecącego Aminiego. Lew wskoczył do kręgu, odbijając się od ciała oszołomionego Simby i uderzył na szereg lwic od wewnątrz. Mocno odepchnął dwie Lwioziemki, tworząc szeroką wyrwę w blokadzie. Zira i Rama dostrzegły to w porę i rzuciły się przed wyłom na otwartą przestrzeń. Cała trójka wyrwała się na sawannę, a za nimi ruszył chaotyczny pościg. Nawet Simba, wciąć oszołomiony ciosem Aminiego, wstał i rozejrzał się niepewnie. Po kilku sekundach odzyskał ostrość wzroku.

- Za nimi! – rozkazał i ruszył niepewnym krokiem. Po chwili nabrał prędkości, ale wciąż biegł chybotliwym zygzakiem.

Trójka uciekinierów biegła prosto na północ. Zira spojrzała na kompanów z obawą.

- Ranni? – zapytała krótko.

- Bywało gorzej. – oparł Amini.

- Nie, ale... – wysapała Rama.

Królowa wiedziała, co przyjaciółka miała na myśli. Starsza lwica nie była zdolna utrzymać tego zabójczego tempa długo. Z pewnością, nie do rzeki. Poza tym i tak musieli zwolnić pościg, by reszta oddziału zdołała się przeprawić na drugi brzeg.

- Ramo, nie rób tego! – jęknęła królowa.

- Muszę... – wyspała stara lwica. – Nie mogę... was spowalniać... – Musiała odetchnąć kilka razy, by mówić dalej. – I tak nie zdołałabym... Zatrzymam ich... chwilę... – Znów zrobiła pauzę. – Nie dam już rady. – Spojrzała na Aminiego, biegnącego u jej boku. – Kiedy przyjdzie twoja kolej... tnij ścięgna... zwolnisz ich!

Królowa z rozpaczą zrozumiała, o czym mówią. Musieli okaleczyć tak wielu prześladowców, jak to było możliwe. A więc Rama była już stracona, a Amini gotował się do podobnej ofiary. To było zbyt wiele – utrata najdroższej przyjaciółki... nie, dwójki najdroższych przyjaciół, w tym ojca jej kociaka. Zawiodła ich, tak jak zawiodła Skazę.

- Ramo... – chlipnęła Zira, lecz nie zwolniła, gdy stara lwica stanęła i odwróciła się twarzą ku prześladowcom.

- No chodźcie... – szepnęła Rama, wysuwając pazury i gotując się od ostatniej walki. – Pokaże wam, jak umiera Złota!

Simba i piątka lwic minęły pustynna lwicę, wciąż goniąc królową i Aminiego, ale pozostała szóstka skoczyła ku Ramie i obsiadła ją jak szarańcza. Wycieńczona lwica ledwo poczuła, kiedy jej bok został rozdarty pierwszym ciosem. Tylko raziła wrogów potężnymi uderzeniami, nie bojąc się o swoje rany. Jakimś cudem, minęła drugi, trzeci oraz kolejne ciosy przeciwko sobie. Zupełnie, jakby jej ciałem kierowała jakaś zewnętrzna siła, pozwalająca jej razić młodsze i silniejsze przeciwniczki. Zamiast płonącego bólu w zranionym boku, czuła jedynie kojąca obecność kogoś znanego, bliskiego. „Wasza wysokość!” zawołała w duszy, widząc Sparthiego, prowadzącego jej łapy, własnymi. Duch walczył razem z żywą, niemal w idealnej unii. Nadnaturalne zmysły Dawnego ostrzegały Ramę przed uderzeniami, a jego siła pchała jej mięśnie to dalszego wysiłku. Lwica czuła, że umiera – pierwsze cięcie sięgało od łopatki po pachę, tnąc bezlitośnie arterię. Ale dopóki w żyłach Ramy wciąż było dość życia, cięła i gryzła mocno, dzięki pomocy jej władcy. Kiedy w końcu jej wzrok zasnuł się czarną mgłą, wiedziała, że ciężko zraniła dwie Lwioziemki i skaleczyła w łapę trzecią. Szanse Ziry wzrosły... teraz przyszedł czas na Aminiego.

- Sir, starałam się! – wyszeptała, padając pod okrutnymi ciosami Lwioziemek.

- Spokojnie, moja droga... Już po wszystkim. – powiedział Sparthi i chwycił ducha, opuszczającego nieruchome ciało.

*

- Zatrzymaj ich! – wrzasnął Tarki, ściskając szyję Mufasy.

Oba duchy leżały na niewidocznej płaszczyźnie ponad sawanną. Mały kociak twardo trzymał wielkiego lwa, ale nie po to, aby go udusić (co było niemożliwe), ale aby powstrzymać go od dalszej pomocy swoim. Scena mogła się wydać absurdalna, ale wszak wiemy, ze w świecie nieba prawdziwa siła płynie z wewnątrz. Starszy, choć mniejszy duch był potężniejszy.

- Puszczaj mnie... stryju! – wysapał Mufasa. – Tak musi być.

- Powstrzymaj Simbę!

Wtem obu Dawnych uderzyła fala bólu. Zrozumieli, że ktoś właśnie zginął. Krew została rozlana i nie było już drogi odwrotu. Tarki, przerażony, wypuścił bratanka z uścisku.

- Nie pozwól mu zabić Ziry! – rozkazał gwiezdny kociak. – Albo my zabijemy Simbę!

Mufasa spojrzał na zielonookiego z nagłym przestrachem. Dostrzegł tez dobrze znaną aurę, sunąca nad sawanną. To był Skaza, jego brat, gotowy aby pomóc Aminiemu w walce.

- Rozumiesz? – syknął Tarki. – Pozwól jej żyć, albo ja pozwolę Skazie działać.

Mufasa ruszył w pościg za synem. Po drodze minął Sparthiego i Ramę, powoli wstępujących na firmament.

- Wybacz, przyjaciółko... Niedługo wrócę po ciebie. – szepnął złoty król do ucha swej poddanej. – Ale wiesz, ze teraz muszę powstrzymać tę masakrę.

Pobiegł za martwym i żywym królem.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#17 2017.11.25 16:48

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku XV

15 – Kruche sny


- Przekaż Skazie, że jestem jego wiernym synem... i następcą! – krzyknął Nuka i popchnął bezbronne ciało Simby w ognista przepaść.

Ale wtem dym wokół nich został rozwiany nagłym podmuchem wiatru. Nuka wyraźnie zobaczył, że Simbą wstrząsa fala niespodziewana fala energii, która pozwoliła mu skoczyć... odbijając się od cienistej sylwetki za krawędzią. Król przeleciał obok syna Skazy i ruszył przed siebie, ku wylotowi wąwozu. To było niemożliwe – lew widział, że uzurpator miał zamknięte i załzawione oczy, a mimo to biegł pewnie, omijając liczne szczeliny i wyrwy w podłożu.

- Czekaj! – ryknął Nuka i skoczył ku biegnącemu Simbie.

Chybił, choć nie powinien. Uzurpator, jakimś cudem, sekundę przed atakiem syna Skazy wyrwał się jeszcze szybciej do przodu, a Nuka niemal odbił się od niematerialnego cienia, kryjącego plecy uciekiniera.

- NIE! – ryknął i schylił się do kolejnego skoku.

Ale w tym momencie wstrząs przeszył podłoże a ze ściany wąwozu obsypała się masa ciężkiego żwiru. Nuka poczuł, że jego nogi zostały przysypane kamiennym pyłem. Jęknął z bólu i upadł na ziemię. Uzurpator, wciąż prowadzony przez tajemnicza zjawę, opuścił niebezpieczną strefę bez szwanku i ruszył jeszcze szybciej ku rzece. Plan Nuki zawiódł.

Lew wrzasnął głośno i z bólu i z gniewu. Odwrócił się ku uwięzionym kończynom i zaczął desperacko odkopywać je spod rumowiska. Wypadek nie był na tyle poważny, aby go zabić, ale skutecznie unieruchomił go na długie minuty. Simba już uciekł z głębi doliny, a syn Skazy wiedział, że zanim wydostanie się z pułapki, uciekinier dotrze do rzeki. A jeśli nawet... Brązowo grzywy lew był prowadzony przez nienaturalną siłę, która zniweczyła zasadzkę Nuki. Syn Skazy poczuł falę wstydu tak boleśnie, że pocałował, iż Simba nie wrócił i nie dobił go.

- Matko... Hawo... zawiodłem! – załkał, odsypując gruby żwir.

*

Simba nie wiedział, co się z nim działo. Na moment przed pewną zgubą, poczuł nowy zastrzyk energii i jakimś cudem, jego wzrok wrócił. Doskoczył do bezpiecznej części skalnej półki, wyminął zaskoczonego Złoziemca i ruszył przed siebie. Choć widział pomimo dymu, jego płuca domagały się powietrza i otwartej przestrzeni. Simba się dusił.

Być może dlatego, na wpół omdlały, nie dostrzegł wielu zadziwiających szczegółów swojej ucieczki. Nie pojął, że widzi nie przez swoje oczy, ale dzięki zmysłom Dawnego. Dotarł instynktownie do wylotu doliny, a tam zastał kolejną niespodziankę.

Młoda i piękna, szarofura i niebieskooka lwica stała na jego drodze, tuż nad brzegiem rzeki. Patrzyła na Simbę przerażona, a gdy podszedł bliżej, wybuchła płaczem. Upadła na ziemię z głośnym łkaniem i wyszeptała.

- ...Nuka... – po czym znów spojrzała na Króla Lwioziemców i wysyczała lodowatym głosem. – Zabiłeś go! – i rzuciła się na potężnego lwa z niesamowita prędkością.

*

- Czekamy na Simbę! – rozkazała Nala, widząc lwice ruszające w zwartym szyku ku brodowi.

- Za całym szacunkiem, pani... – odparła Sorphi. - ...ale zostaniemy to zmiażdżeni. Przy brodzie mamy szansę się bronić... lub uciec.

Nala zamarła. Po raz pierwszy zdała sobie sprawę, jak poważna była ich sytuacja. Właśnie dostrzegli pojedynczego wyrzutka, przemykającego na skale, więc założenie, że Zira wie o ich obecności było bardzo prawdopodobne. Przeprawiając się na Północny Brzeg zamierzali wykonać ich misję szybko i sprawnie, zanim Złoziemcy mogliby zareagować. Walka przeciwko siłom Ziry na wrogim terenie byłaby samobójstwem. Wróg znał okolice, a na dodatek nie był zmęczony przekraczaniem rzeki. A Złoziemcy mogli na nich uderzyć z absolutnego zaskoczenia, skacząc z klifu na plażę. Gdyby Lwioziemcy dostaliby się bliżej Cmentarnego Brodu, gdzie dolina rzeki była szersza a plaża większa, przynajmniej to zagrożenie zostałoby zneutralizowane. Żaden odpowiedzialny dowódca nie kazałby podwładnym bronić tak trudnej pozycji, jak obecne stanowisko Lwioziemców. Ale żaden rozsądny dowódca nie poprowadziłby też swoich lwów w nieznane. „Co nas opętało, że weszliśmy w to bagno?” zapytała własnych myśli królowa. „To wszystko wygląda tak absurdalnie... jakby było starannie zaplanowane!” dokończyła, czując kolejną falę strachu. „Simba, to pułapka!” jęknęła w duchu.

- Prowadź dziewczęta do brodu! – rozkazała Nala Sarabi. – Mamo, zostań tutaj, jako łącznik. – odwróciła się do Sarafiny.

- Gdzie idziesz? – zdumiał się jej matka.

- Simba jest w niebezpieczeństwie! – odparła córka i ruszyła wzdłuż rzeki, ku wąwozowi. – Trzymajcie przeprawę, dopóki nie wrócimy! – krzyknęła jeszcze z ciemności.

- Nie myślmy za dużo. – poradziła Sarafina. – Bo możemy się przerazić.

Lwioziemki ruszyły w zwartym szyku na zachód, ku Cmentarnemu Brodowi.

*

Zira pędziła na czele stada. Była wciąż wstrząśnięta i nie mogła uwierzyć, w to co się stało. Ostatnie godziny były mieszanką cudu oraz katastrofy i nadal w przewaga jednego lub drugiego nie była przesądzona. Królowa klęła na siebie, że nie wpadła na tak banalny plan, który przygotował jej syn. Gdyby wykonać go bezbłędnie, z pomocą całego stada, umożliwiłby niemal bezkrwawe zwycięstwo. Ale wtedy, bez Kovu, los wojny nie był jeszcze przesądzony. Wszystko miało zależeć od tego czy Nuce się uda... oraz czy Zira zdąży na czas.

- Szybciej, siostry! To nasza szansa! – krzyknęła i przyśpieszyła.

*

Simba był wciąż wstrząśnięty swoim cudownym ocaleniem. Jednak tajemniczy opiekun znów czuwał.

Szarża Hawy cisnęła nim na ziemię. Upadł niezgrabnie, uderzając głową o skałę. Prawdopodobnie tylko dlatego, że padł tak szybko, cios wymierzony w jego oczy rozorał jedynie czoło. Simba natychmiast wstał, ale gdy tylko wyprostował nogi znów został przygnieciony przez lecącą lwicę. Lew nie mógł uwierzyć, że samica poruszała się z taką prędkością. Zdołała wylądować i odwrócić się do następnego ataku zanim on pozbierał się po poprzednim. Znał tylko jedną lwicę, która potrafiłaby pokonać cięższego i silniejszego samca w bezpośredniej walce. To była Zira, ale atakująca nie przypominała królowej Złej Ziemi.

„No to są już dwie.” Pomyślał król i wtedy jego gardło rozpalił przejmujący ból.

Hawaa wskoczyła na wroga, przycisnęła go do ziemi i wbiła pazury w jego kark. Pchnęła łapy w dół, rwąć furto i mięśnie Simby. Jeden ze szponów zatrzymał się dosłownie milimetry od aorty szyjnej, tylko dzięki oporowi, jaki stawiały gęste włosy grzywy. Król jęknął od tego cięcia, ale zdołał zrzucić lwicę nagłym ruchem ciała. Lwica wyrwała szpony z rany, wzbudzając małe fontanny krwi. Jednak arterie Lwioziemca wciąż były całe.

Złoziemka wylądowała na czterech łapach i od razu odbiła się od skalnej ściany, aby znów uderzyć w Simbę. Lew pomyślał tylko: „To niemożliwe, nikt nie walczy jak ona!”, po czym podniósł łapy, aby zablokować nadchodzące uderzenie. Hawaa dosięgła jedynie jego grzywy, lecz i tak zacisnęła łapę w furii. Simba zawył, czując niegroźne, ale wyjątkowo bolesne rwanie na karku. Skulił się, pozwalając przeciwnicze przeskoczyć górą i wyrwać kłak jego futra. Hawaa znów, niemal w miejscu, odwróciła się odbiła od ziemi, skacząc na króla. Ten uśmiechnął się tylko, wiedząc, że bez trudu pokona lwice w siłowym pojedynku... ale w następnej sekundzie cały świat eksplodował wyjącym bólem. Simba został kopnięty dokładnie w krocze i bezsilnie upadł na ziemię. Jego zamglony wzrok zarejestrował tylko cień na skalnej ścianie – lwica podnosiła łapę, aby zadać ostateczny cios...

...i wtedy przybyła Nala.

Jego partnerka skoczyła na Hawę i obie odtoczyły się od leżącego. Pomimo zaskoczenia, Złoziemka szybko zrzuciła Lwioziemkę z pleców i wstała. Zanim Nala odzyskała równowagę, Hawaa uderzyła ją w szyję. Lwica nie miała grzywy, która osłabiłaby energię ciosu, więc pazury Złoziemki wbiły się lekko w szyję Nali. Królowa padła na ziemię, dzięki temu bezlitosne cięcie zsunęło się po karku. Ale władczyni czuła, że następne uderzenie będzie bezlitosne.

Jednak Simba dobiegł na czas. Pokuśtykał od tyłu do Hawaa i brutalnie przeorał jej plecy wysuniętymi pazurami. Osiem równoległych cieć zabłysło czerwienią na jej jasnoszarym futrze.

„Szarym, jak moich lwic.” Pomyślał Simba, ale został natychmiast trafiony odruchowym ciosem w twarz.

- Zabij ją! – rozległ się przerażony głos lwa, choć król nie mógł go słyszeć. Wołał bowiem Dawny... znany niegdyś jako Ahadi.

Duch wiedział, że i tak złamał już pakt, pomagając wnukowi w wąwozie. Cóż wiec powstrzymywało go przez kolejnym wykroczeniem? Podbiegł do potomka i natchnął go cząstką swojej mocy. Simba natychmiast odzyskał inicjatywę i przechwycił kolejny cios Hawy. W tym czasie, Nala gotowała się do skoku.

- Świetnie... – mruknął gwiezdny lew, ale w tym samym momencie sam został przybity do ziemi przez widmo skaczącego lwa.

- NIE! – krzyknął Skaza. – Tarki, pomóż jej!

- Taka? – zdumiał się Ahadi, siłując się z własnym synem.

- Skazo, nie mogę! Jestem tu arbitrem! – odkrzyknął zielonooki kociak.

Wiec czarnogrzywy wypuścił Ahadiego i sam skoczył ku żywym. Ale wtedy było już za późno. Simba ciął Hawę w twarz, a ułamek sekundy później Nala uderzyła ją całym ciałem. Energia szarży odrzuciła Złoziemkę, która przeturlała się kilka metrów do krawędzi brzegu i wpadła do rzeki.

- NIE! – jęknęli na raz Skaza i Nuka.

Duch oglądał to biegnąc do brzegu, jego syn widział scenę z wylotu wąwozu. Nuka przyśpieszył, ale jego żałosne kuśtykanie i tak było wolne jak marsz termita. Kuśtykał na trzech łapach, a czwartą, bezwładną, ciągnął z tyłu po ziemi. Z przerażeniem obserwował ciężko ranną Hawę, znikająca za krawędzią brzegu i Simbę, ruszającego za Nalą. Nuka skakał niezgrabnie ku rzece, ale miał paraliżującą świadomość, że było już za późno.

- Nadchodzą! – wrzasnęła Nala, widać biorąc rannego lwa za awangardę ataku Złoziemców. – Szybciej! – pośpieszyła partnera.

A Skaza spojrzał na ojca ze łzami w widmowych oczach.

- Znów to zrobiłeś... – szepnął.

- Nie, Taka... ja tylko chciałem... – jęknął zmarły z król niepewnym głosem.

- Musiałeś mnie naprawdę nienawidzić, skoro ta złość została w tobie nawet po śmierci. – syknął Skaza i zniknął.

- SYNU! – krzyknął Ahadi, ale na miejscu był już tylko Tarki.

- Złamałeś pakt, bracie! – powiedział lewek lodowato. – Ta lwica zginęła przez ciebie.

- Nuka chciał zabić Simbę...

- Oko za oko, Ahadi? – zapytał gorzko Tarki. – Ani Skaza, ani ja tego nie zaczęliśmy. Ale my skończymy! – dodał i także rozpłynął się w powietrzu.

*

Sarafina słyszała odgłosy walki, więc ruszyła w kierunku wąwozu. Jednak zanim tam dotarła, usłyszała też plusk wody. Podbiegła od brzegu, aby ujrzeć...

- HAWAA! – krzyknęła przerażona, widząc nieruchome ciało lwicy, miotane tylko wartkim nurtem. „Zabiliśmy ją!” jęknęła w myśli i poczuła lodowaty paraliż w sercu. Jednak w tedy dryfująca Złoziemka otworzyła oczy i niezgrabnie zaczęła młócić powierzchnie wody. Krew obficie tryskała z jej ran i rozmywała się w spienionym nurcie. Sarafina mogła zrobić już tylko jedno.

- Trzymaj się, mała! – zawołała i rzuciła się we wściekła rzekę.

Dla starej lwicy był to wielki szok. Woda była zimna, a prąd szybki, więc Sarafina po chwili walki poddała się mu bezradnie. Dopiero po kilkunastu sekundach odzyskała panowanie nad roztrzęsionym ciałem i rozejrzała się wokoło, szukając Hawy. Jej dawna podopieczna płynęła, lub lepiej powiedzieć: była niesiona prądem tuż przed nią, więc lwica odepchnęła się kilka razy od fal i dotarła do tonącej. Natychmiast podniosła głowę Hawy wyżej nad powierzchnie wody, a ta zaczęła kaszleć i pluć z zalanych płuc. „Dzięki Gwiazdom!” pomyślała Sarafina. „Ona żyje.”

- Nuka! Nuka! – chlipała Złoziemka, poddając się prądowi rzeki. Dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, ze jest trzymana przez dawną opiekunkę.

- O, popatrz! – szepnęła z gorzkim uśmiechem. – Nawet nie próbują nas ratować. – wskazała na brzeg, gdzie Lwioziemki stały skupione obok brodu i wypatrywały w ciemności wroga. – Jeśli nie ma już Nuki, to nikt po nas nie przyjdzie. – Potem spojrzała na Sarafinę nieco trzeźwiejszym wzrokiem i spytała. – Ciociu... a tobie co się stało?

- Hawo! – wysapała stara lwica. – Nie dam rady dociągnąć cię do brzegu... musisz mi pomóc.

- Spróbuj sama... Ja płynę do Nuki. – odparła Złoziemka sennym głosem. Ale stara lwica zaraz poznała, że to nie ze zmęczenia Hawaa szepce tak cicho. Lwiczka mdlała już od utraty krwi. Za tonąca ciągnął się długi, czerwonawy ślad na wodzie, a futro jej opiekunki było już różowe od mieszanki krwi i wody. Rana od kręgosłupa do pachy była śmiertelna, gdyż naruszyła tętnicę łapy.

- Nie... – jęknęła stara lwice i przytuliła się do podopiecznej.

- Simba zabił Nukę... i zabił mnie... – szepnęła Hawaa. – A wcześniej Skazę, Shakisę i Yakte... czy to się kiedyś skończy? Jeden lew nie ma prawa niszczyć tylu żyć... To nie sprawiedliwe. – zamknęła oczy i zapytała z beztroską ciekawością. – Czy woda jest taka zimna, czy to tylko ja już nic nie czuję z upływu krwi?

- Cicho... – chlipnęła Sarafina. – Spróbujmy dotrzeć do brzegu.

Ale nie było takiej możliwości. Obciążona Hawą lwica nie mogła się ruszać. Woda w istocie była zimna, więc powoli paraliżowała jej mięśnie i wysysała siły. Sarafina zrozumiała, że nawet porzucając Hawę nie zdoła dopłynąć do brzegu. Wysoki poziom wody uczynił prąd bezlitośnie silnym, bo w przeciągu kwadransa przebyły połowę drogi do Potężnego Wodospadu. Księżyc wyszedł zza chmur i oświetlił rzekę oraz obie lwice. Starsza obserwowała puste brzegi, skąd nie mógł już nadejść żaden ratunek. A nawet jeśli... Złoziemka wykrwawiała się na śmierć z rany, której nikt by nie uleczył.

- Ciociu, to na nic. – szepnęła Hawaa. – Ale sama spróbuj.

Lwica zaśmiała się przez łzy.

- Nie, nie mogę. – odparła. – Nie tylko dlatego, że nie zdołam. Nie wolno mi zostawić cię po raz kolejny. – wyjaśniła smutnym głosem. – Kiedyś to zrobiłam i do dziś nie potrafię sobie darować. – wtuliła się w zakrwawione futro Hawy. – Przynajmniej na tej ostatniej drodze jesteśmy razem.

I tak płynęły dłuższy czas, wsłuchując się w rosnący ryk wodospadu. W końcu Hawaa mruknęła słabym głosem.

- Ocknij się... Nie możesz umrzeć przede mną. – i zaśmiała się cicho. – Ciekawe...

- Tak, kochanie? – zapytała Sarafina.

- Czemu to się stało, ciociu? – szepnęła. – Wszystko mogło pójść lepiej... Simba byłby martwy... Każda śmierć jest smutna, ale byłby to jeden smutek... Oba stada zjednoczyłyby się pod władzą Ziry i Nuki... Pamięć Skazy zostałaby przywrócona, ale przecież Lwioziemcom nikt nie mógłby zakazać wspominania Simby i Mufasy... I my byśmy żyły... Czemu tak się nie stało?

Sarafina nie miała na to gotowej odpowiedzi, czuła tylko tępe rwanie w sercu. Wiedziała, że śmierć Hawy paliła ostatni most pomiędzy stadami. Od tamtej chwili pozostała już tylko jedna droga – wojna. A ona nie mogła już temu zaradzić.

- Nie wiem, moja droga. Może powiedzą nam tam. – odpowiedziała niepewnie, wskazując na gwiazdy. – Proszę, spróbuj wybaczyć mi i Lwioziemcom... Chcieliśmy dobrze.

- To nie ja powinnam przebaczać. – powiedziała Hawaa i spojrzała w niebo. – Spójrz na północ. Gdzieś tam lśni gwiazda Skazy. Mam nadzieję, że on wybaczy mi porażkę. I że nie chroniłam Nuki...

- Taka? – wyszeptała Sarafina ku sklepieniu. – Żałuję, że wszystko poszło tą drogą... ale poszło.

- Gotowa? – zapytała Hawaa. – Słyszę, że to już niedaleko. – Tak, huk wodospadu brzmiał z bliska.

- Gotowa! – szepnęła Sarafina. – Zaraz przekonamy się, kto miał rację.

- Ci co kochali i pozostali wierni... – odparła Hawaa. – Po obydwu stronach. Ech... jak ja nie cierpię wody... Nuka, idę do ciebie!

Obejmujące się lwice znikły za krawędzią wodospadu - kolejny obrót Kręgu Życia został dopełniony.

*

- To była Sarafina! – rozległ się szept pomiędzy lwicami, oglądającymi się na rozszalała rzekę. – Dorwali Sarafinę!

- Cisza! – syknęła Sarabi. – Trzymać szyk... wypatrywać wroga.

- Simba! – zawołała Sorphi z ulgą. Tak, od zachodu nadbiegał król z partnerką. – Możemy już wracać!

- Tak wam się śpieszy? – zapytał głos gdzieś z klifu.

Lwice spojrzały w górę, aby ujrzeć cienie przyczajonych Złoziemców. Stado Ziry czekało na okazję do ataku. Nala i Simba dołączyli do obronnego szyku, a lwice zaczęły niepewnie spoglądać na monarchę.

- Odwrót, sir? – zapytała Vinia.

- Nie możemy. – syknął król. – Kiedy ruszymy, ruszą i oni , dopadając tych z tyłu... A gdzie jest Sarafina?

- Mamo? – zawołała Nala niepewnie. Szept przeszedł pomiędzy lwicami. – Gdzie jest moja matka? – zapytała przerażona.

- Moja pani... tak mi przykro... – szepnęła Sorphi. – Ta Złoziemka... ją zabiła.

Nala zamarła, a Simba poczuł, że nie mogą czekać. Jego stado był na skraju paniki.

- Gdzie jest Nuka? – zawołała Zira ze skał. – I gdzie jest Hawaa?

- Tam gdzie jej miejsce! – odkrzyknęła Vinia. – Na dnie rzeki!

- Hawaa? – szepnął Simba ze zdumieniem. – Znam to imię....

Ryk bólu rozległ się na klifie. Zira syknęła z wściekłości, ale powstrzymała stado od nieplanowanego szturmu.

- Zabiliście nasza siostrę. – krzyknęła. – Nie będziemy mieć dla was litości!

- HAWAA! – usłyszeli zbolały głos. – HAWAA! – Ścieżką nad brzegiem rzeki, kuśtykając na trzech łapach, szedł Nuka, wciąż powtarzając imię ukochanej. Simba wreszcie skojarzył, kim była ta lwica. Wspomnienie przywołało mu na myśl szarofutrą i niebieskooka kotkę, która zaginęła w pierwszych dniach jego władzy. „Gwiazdy!” zawołał w duszy. „Zabiłem własną poddaną!” Odetchnął ciężko i wydał jedyny rozkaz, jaki wydać mógł.

- ODWRÓT!

Dwunastka Lwioziemców skoczyła do zimnej rzeki. Nie istniał już szyk, ani porządek, a jedynie paniczny chaos. Wróg zerwał się do ucieczki tak nagle, że Zira aż zamarła, nie mogąc wydać komendy do ataku. Królowa obserwowała lwy płynące, każdy oddzielnie, byle dotrzeć szybko na drugi brzeg. I po chwili było już zbyt późno na atak – wróg poszedł w rozsypkę, ale skrył się już w nurcie rzeki. Złoziemcy moli zaryzykować desant na południowy brzeg... Ale królowa szybko odrzuciła tę możliwość. Hawaa nie żyła, Kovu był daleko... Spojrzała na starszego z synów i zrozumiała, że Nuka nie jest zdolny ani do walki ani do przeprawy. Rzeka szumiała groźnie, jakby domagając się ofiar.

„Mam nadzieje, że wszyscy potoniecie!” krzyknęła w myśli i ruszyła w dół klifu.

Po chwili dotarła do Nuki. Jej syn wciąż powtarzał imię ukochanej i bezmyślnie wpatrywał się przed siebie, na zachód. Zira dotknęła go delikatnie, ale on nie zareagował. Dalej kuśtykał wzdłuż rzeki, głuchy na wszystko. Vitani podeszła do niego również.

- Weź kilka lwic i szukajcie Hawy. – rozkazała królowa. – Może jeszcze żyje... – dodała, ale bez nadziei w głosie. – Albo nie, zrobi to Danthi. Ty pomóż mi zaprowadzić go do domu...

- Nie, matko. – odparła cicho Vitani. – Zostaw go... on musi...

Lew, który odszedł na kilka metrów od lwic nawet nie zwrócił uwagi na tę rozmowę. Wciąż, niezmordowanie, kulał na trzech łapach i wołał Hawę po imieniu.

„Wiec...” pomyślała Zira. „To jednak była katastrofa. Ale tak niewiele brakowało.”

Ciszę rzecznego brzegu głuszył jedynie szum rzeki i monotonny głos Nuki.

*

Vitani znalazła plamy krwi na kamieniach przy wodospadzie. A gdy rankiem wracała ku Hali, spotkała Nukę, wciąż człapiącego wolno ku zachodowi i powtarzającego swoje wołanie bez końca. Minęła go w ciszy i ruszyła biegiem zameldować się matce.

A Nuka wrócił do Złotej Hali dwa dni później.

Wciąż trochę utykał, ale jego noga wyglądała na gojąca się. Był brudny, mokry i niemiłosiernie wychudzony. W jego oczach płonął ogień, aż przestraszona Vitani w pierwszym odruchu dotknęła jego czoła. Te jednak nie było rozgrzane. Tak więc gorączka trawiła tylko umysł lwa. Nuka podszedł do matki i upadł na ziemie przed nią.

- Wybaczysz mi, matko? – zapytał wycieńczonym głosem.

Zira była wściekła, ale nie na niego, a na siebie. Czuła się winna i porażki syna i śmierci Hawy. Chciała położyć się obok Nuki, przytulić go i zapłakać razem z nim. Ale... nie wiedząc czemu, nie mogła tego zrobić. „Jeśli będzie czuł się winny, to doda mu sił.” Szeptał jakiś głos w jej umyśle.

- Tak. – odparła, ale jej głos był lodowaty.

- Ja... – wyszeptał Nuka. – Ja... mam już tylko ciebie. Zrobię wszystko, abyś była ze mnie dumna.

- Kovu jest dziedzicem Skazy. – powiedziała Zira. Wcale nie chciała kolejny raz ranić starszego syna, ale to było konieczne.

- Wiem... – odparł Nuka. – Będzie królem...

Po czym syn Skazy wstał z ziemi i powoli ruszył ku wyjściu ze złotej Hali. W progu niemal wpadł na Kovu, wracającego ze zdobyczą. Czarnogrzywy wypuścił mięso z paszczy, widząc chorego i przybitego brata. „To moja wina.” Pomyślał. „Nie było mnie przy nim.”

- Nuka... – mruknął. – Przykro mi... Jeśli mógłbym cos dla ciebie...

- Zostań królem. – odparł Nuka suchym głosem. – Królów nikt nie sądzi. – Po czym znów ruszył, sam, przed siebie, bez żadnego celu.

Kovu podniósł mięso i wszedł głębiej do Złotej Hali. Vitani przywitała go skinieniem, a on podbiegł do matki i pochylił się przed nią.

- A więc jesteś... – powiedziała królowa. „Ale tamtej nocy mnie nie było.” Pomyślał Kovu cierpko. – Dobrze, twój trening jest niemal zakończony. – Spojrzała na syna smutno. – Musisz się od teraz starać jeszcze bardziej, bo mamy nową dusze do pomszczenia. Musimy wybić ich bez litości! Za Skazę! Za Aminiego! Za... HAWĘ! – krzyknęła w ciszę termiciego kopca.

*

- Wszystko dobrze? – zapytał Simba swoją partnerkę. Nie wiedział czemu, przecież wszystko poszło źle.

Byli na szczycie Lwiej Skały, a Nala znów spoglądała na północ. Królowa przesiadywała tam długie godziny od czasu śmierci matki.

- Zejdź na dół... – poprosił Simba. – Ona nie pewno nie chciałaby, abyś tak się martwiła.

- Zira zginie. – syknęła Nala, głosem tak lodowaty, że król aż zamarł. – Nie ma litości dla tej morderczyni.

- Ale teraz musisz zejść na dół. – szepnął łagodnie władca Lwiej Ziemi.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#18 2017.11.25 16:49

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku XVI

16 – Król Wędrowców

Uwaga:

Część szesnasta zawiera piosenkę [Bój]. O ile jej wersję angielską uważam za znośną, to tłumaczenie jest zupełnie nieudane (jeszcze gorzej niż przy [Razem]!). Z dobrego serca radzę zapoznać się z oryginałem, a dopiero później ciskać gromy ma autora...



Po długim biegu Sarafina i Kilia dotarły do rzeki. Po drodze nie znalazły Hawy, a matka królowej przestraszyła się, że po prostu ją wyprzedziły. Było to całkiem prawdopodobne, jako że sawanna był rozległa, a kotka tak malutka... W dodatku, lwice szukały w pośpiechu. „Niech mnie!” pomyślała Sarafina. „I co teraz? A może ona poszła gdzieś indziej?”

- I co teraz? A może ona poszła gdzieś indziej? – Kilia powtórzyła na głos jej obawę.

- Możemy... – starsza lwica rozpaczliwie szukała wyjścia z sytuacji. - ...się rozdzielić. Ja zaczekam przy brodzie, gdyby okazało się, że ją przegoniliśmy, a ona wciąż tu idzie. Ty idź brzegiem na wschód. Jeśli tam skręciła, wpadniesz na nią. Jeśli nie, wrócisz tu, ty zaczekasz, a ja pójdę na zachód. Dobrze?

- Dobrze! – przytaknęła Kilia, ale Sarafina nie była nawet pewna, czy matka zrozumiała jej polecenie. Dla znerwicowanej lwicy bezczynność była nie do wytrzymania, więc matka królowej chciała zająć ją czymkolwiek. Kilia ruszyła na wschód i imponująca prędkością oddaliła się od brodu. Starsza lwica została sama.

Weszła na szczyt pobliskiego pagórka, aby mieć lepszy widok na okolicę. A wyższego punktu, dzięki światłu księżyca, łatwiej było dostrzec zgubę. Łatwiej, ale to nie znaczy, że łatwo – szukali małej kotki. Sarafina miała nadzieję, że Hawaa nie zgubiła drogi i pewnie idzie prosto do brodu. Myliła się, ale cóż – nie jej wina.

*

- Na pewno tędy, szefie? – zapytał Daki, spoglądając na Horena.

- Tak sądzę. – odparł wódz. – Skręciliśmy na północ, aby dojść szybciej do rzeki. Przyjemniej się będzie szło brzegiem.

Prawda i fałsz. Faktycznie, wzdłuż rzeki biegła ścieżka, ale Horen nie mówił braciom o co mu chodziło. Od początku chciał dotrzeć szybko do rzeki, ale ruszyli na północny wschód, aby ominąć miejsce walki. Wódz obawiał się, że widok walczącego Aminiego obudziłby bojowego ducha w bliźniakach. Nie chciał tego ryzykować, więc prowadził ich naokoło. Ale nawet tam wojna ich odnalazła. A przynajmniej Horen tak pomyślał, widząc nadbiegająca lwicę.

- Idźcie! – rozkazał przyjaciołom. – Dogonię was zaraz.

- Jasne, szefie. – potwierdził Laki, nie zwalniając.

Horen wbiegł w kierunku pobliskiego wzgórza, gdzie zauważył lwią sylwetkę. „Niech to szlag!” pomyślał. „Dziewczyny Ziry szukają wsparcia. Chcą zrobić ze mnie bohatera. Ale ja się nie dam!”  zszedł do niecki pod pagórkiem, gdzie przeciął drogę lwicy. Zanim ta zdarzyła cokolwiek powiedzieć, zakrzyknął, przejętym głosem.

- Dzięki niech będą Gwiazdom, że cię znalazłem. Szukam chłopaków, którzy zapędzili się za jakąś stronniczką Simby. Znajdę ich i już do was wracamy. Spotkajmy się przy brodzie... – ale lwica zdawała się nie rozumieć przemowy rudogrzywego.

- Hawaa! Hawaa! – powtarzała. Horen uznał, że nie kojarzy tej lwicy ze stada Ziry.

- Miło mi cię poznać, Hawo. Jestem Horen. Chyba nie przedstawiono nas sobie... – ale w tamtym momencie zauważył, że futro lwicy jest szare a ona sama wygląda zupełnie inaczej niż lwica pustynna ze Złej Ziemi. „No ładnie!” syknął, kiedy zrozumiał, że spotkał Lwioziemkę. – Część... Niech żyje Simba! – krzyknął, próbując w porę zmienić stronę.

- Gdzie jest Hawaa? – spojrzała na niego z szaleństwem w oczach. – UKRADŁEŚ MOJĄ CÓRECZKĘ! – zawyła i rzuciła się na lwa z wysuniętymi pazurami.

Horen reagował szybko, czasem nawet szybciej niż myślał. Może właśnie dzięki temu zdołał przeżyć swoje pięć lat. Odruchowo zablokował szarżę Kilii i chwycił jej głowę.

- Zamknij się! – syknął i zdusił jej krzyk łapą. Lwica wyrywała się z jego uścisku, a po kilku sekundach uwolniła jedną z łap, i sięgnęła ku jego oczom. Horen zrobił to, co nakazał mu instynkt. „Zabij albo giń!” ryknął głos w jego umyśle. Puścił szczeki Kilii, a ta krzyknęła. Ale jednocześnie wbił pazury w jej ciało i pociągnął w dół. Krzyk umilkł, jakby ucięty nożem, a rudogrzywy zdał sobie sprawę, że właśnie poderżnął lwicy gardło.

- O, Gwiazdy! – jęknął, odskakując do tyłu. Puścił drgające ciało, a te upadło na ziemie chlapiąc krwią z rozciętych tętnic. – Ja ją... – szepnął, ale nie miał czasu na dłuższe sentymenty. Rzucił się na ziemię, aby zetrzeć ślad krwi z futra. Na szczęście dla niego, jego grzywa była krwiście ruda, więc plam nie było praktycznie widać. – Czas stąd spadać! – mruknął i ruszył na północ, gdzie zostawił bliźniaków. Dogonił ich bez problemu.

- Co się stało? – zapytał Daki.

- Słyszeliśmy jakiś hałas. – dodał Laki.

- Idziemy. – odparł Horen, myśląc intensywnie. Szybko znalazł genialne wyjaśnienie. – Albo powiem wam już teraz... Wygrali! – wykrzyknął, udając triumf. Bracia spojrzeli na niego dociekliwym wzrokiem. – Ta... Kilia powiedziała mi. – dodał, mając nadzieję, że bliźniacy nie skojarzą braku tej lwicy w stadzie Ziry. – Amini zabił Simbę, a Lwioziemcy się poddali. Amini będzie królem!

Dali i Laki wybuchli życzliwym śmiechem.

- Świetnie, szefie! – zawołał Daki. – Nasz kumpel jest królem!

- Ojej! – dodał Laki. – Może to nawet lepiej, że odchodzimy?

- Z pewnością lepiej! – zapewnił Horen. Obraz umierającej lwicy stanął mu przed oczyma, ale przegnał go z pamięci. „Skłamałem? Może, ale nikt o tym nie wie.” Pomyślał i ruszył za chichoczącymi braćmi. Mylił się, pozostał jeden świadek.

Hawaa.

Kotka powoli podeszła do martwego ciała matki i walcząc z ogniem paniki w jej myślach, dotknęła go. Kiedy spostrzegła wielką kałużę krwi, krzyknęła przerażona. Jej matka była martwa... zabita przez lwa, który krzyknął wcześniej: Niech żyje Simba! Kociak był zbyt przerażony, aby myśleć racjonalnie. Obraz rudogrzywego nieznajomego w jej umyśle szybko przemienił się w postać Simby, podrzynającego gardło jej matce. Kotka wybuchła płaczem.

- Mamo! Czy to przeze mnie? Przez to, że chciałam ostrzec ciocię Zirę i Nukę? – straszliwy ciężar winy obciążył jej sumienie. Wtuliła się w zakrwawione futro lwicy i zmieszała zasychającą krew ze świeżymi łzami. Płakała głośno, ale nie na tyle głośno, aby ktokolwiek ją usłyszał. Była sama na tym świecie, zostawione bez opieki i obrony...

Choć nie... wciąż był ktoś, do kogo mogła pójść. Kiedy jej stado ją odrzuciło, i tak zwany <król> zabił jej matkę, nie mogła wrócić. Ale mogła iść naprzód, do Ziry i Nuki, jedynej rodziny jaką teraz miała.

- Wybacz, matko... – szepnęła, patrząc na martwe ciało. – Ale sama widzisz... nie mogę już żyć z nimi... To mordercy! Kocham cię, mamusiu... – chlipnęła ku pełnej tarczy księżyca. – I kiedyś... cię pomszczę!

Impuls gniewu dał kotce nowe siły. Odwróciła się ku północy i ruszyła biegiem na Złą Ziemię, zostawiając zmarłą matkę za sobą. Już nic jej nie trzymało na Lwiej Ziemi, żadna powinność, ani obowiązek. Mogła sama decydować, gdzie iść, a ten wybór był prosty. Biegła tam, gdzie miała nadzieję znaleźć swoje miejsce.

*

Z pagórka Zira i Amini widzieli, jak Vii dociera do rzeki i rusza ku północnemu brzegowi, a Thela dobiega już do plaży. Jednak Doria wciąż miała przed sobą szmat drogi, w jej niepewny chód zdradzał krańcowe wyczerpanie. Thela zatrzymała się i spojrzała w tył. Miała zamiar poczekać na przyjaciółkę. Ale wszak nie było czasu – pościg deptał im po piętach.

- Ziro... – wydyszał Amini. – Mój czas... nadszedł! Zatrzymam ich. – Simba z pięcioma lwicami wspinał się już na wzgórze, po którego szczycie biegli uciekający.

- Amini... – krzyknęła królowa, odwracając spojrzenie ku lwu.

Był spokojny i uśmiechał się beztrosko, jakby ten bieg był zabawnym wyścigiem, a nie ucieczka przed śmiercią. W jego oczach widziała miłość i oddanie, które paliła serce Ziry. Lew chciał wypełnić swoją obietnicę: wspierać i bronić królową do końca, nie oczekując żadnej nagrody.

- Pamiętaj o mnie... – zawołał. – Kocham cię... i mam nadzieję, że Skaza mi to wybaczy. To jest silniejsze ode mnie... Po prostu jesteś moją królową. – Lecz potem zmarszczył brwi i dodał. – Ale teraz biegnij! Szybciej!

Zira przyśpieszyła.

A czarnogrzywy przykucnął w trawie, tuż za szczytem wzgórza. Był niewidoczny dla Lwioziemców, wciąż podchodzących pod górę. Czekał na właściwy moment, by uderzyć z zaskoczenia. Nie musiał czekać długo.

- Przepraw ją przez rzekę! – rozkazał Skaza Sparthiemu. – Ja zajmę się Aminim.

Piaskogrzywy przytaknął i dogonił siostrę. A martwy król podszedł do czającego się lwa i dotknął go, chcąc przekazać choć cząstkę swojej siły i zachęty.

- Tak trzymaj, przyjacielu. Dopilnuję, abyś nie zginął... na marne.

I wtedy nadeszli Lwioziemcy.


[Piosenka “Bój”. Melodia zwrotek to pierwsze takty Confutatis z Requiem Mozarta (d-moll, kv 626), ale grane w szybszym tempie. Refren wymyślcie sami, ale musi być utrzymany w podobnie podniosłym tonie. Z to Zira, A to Amini, S to Skaza.]

[Ujęcie Lwioziemców, biegnących na szczyt wzgórza i przyczajonego Aminiego. Simba dobiega pierwszy, a lew skacze zza krawędzi na zaskoczonego króla.   Lwice wyprzedzają ich, ale po chwili zawracają, aby wspomóc zaatakowanego monarchę. Amini i Simba turlają się w trawie, trzymając za szyje, acz widać, że Aminimu idzie lepiej z powodu zaskoczenia Simby.]

A: Bój!

Cały czas, po kres dni
Aby ulżyć w życiu ci
Walczę nawet kiedy zły los gnębi cię

[Lwice dobiegają do walczących lwów. Amini jest na Simbie, ale gdy pierwsza z lwica zamierza się na jego plecy, odskakuje w bok, puszczając króla, tak że cios trafia w próżnię. Simba wstaje i gotuje się do skoku.]

Krok
Ciągle w przód, w drogi kurz
Tej jedynej dla mnie już
Tej na której widzę ciągle sny twe

[Lwy skaczą na siebie, zderzając się w powietrzu. Upadają, wciąż się siłując. Na słowo <dreszcz> Simba tnie Aminiego w pierś. Obaj upadają ciężko na ziemię.]

Śnieg
Czy też skwar, czy też deszcz
Nie chcę aby trudu dreszcz
Zmącił ci twój marsz na szczyt - podaj dłoń

[Któraś z lwic skacze na Aminiego, ale ten się schyla. Ta przelatuje nad nim, ale żłobi na plecach lwa krwawe zadrapania. Ten turla się na bok, unikając łapy Simby.]

Krew
Albo pot albo łzy
Cóż to dla mnie, skoro ty

Idziesz za mną – muszę przetrzeć i tą toń

[Ujęcie biegnącej Ziry. Spogląda z przerażeniem na walkę za jej plecami. Widzimy łzy w jej oczach.]

Refren:

Z: Żyję wciąż bo kochasz mnie
Niechaj Gwiazdy złocą cię
Niech odpłacą ci, gdy ja nie mam jak
Przyjmij chociaż pieśni takt

[Na sekundę jej spojrzenie krzyżuje się ze spojrzeniem Aminiego. Lew jest spokojny i uśmiechnięty, choć jego futro pokrywają już plamy krwi. Zira znów spogląda w przód i biegnie dalej. Duch Sparthiego biegnie obok niej.]

Twoja dłoń wspiera mnie
Chociaż nie prosiłam cię
Ale dajesz ją i tak
Tylko dla mnie
Tylko dla mnie znów

[ujęcie walczących lwów z lotu ptaka. Duch Skazy, niewidziany przez nikogo, wydaje się walczyć razem z Aminim, stojąc obok i blokując niektóre ciosy. W końcu wnika w ciało lwa i widzimy tylko błyszczącą poświatę nad Aminim. Obaj unikają wrogich ciosów z niebywałą zręcznością.]

Druga zwrotka:

S: Bój!
Niechaj grzmi, niechaj trwa
Prowadź ją gdzie chciałem ja

Pokaż żeś jest także wart misji tej

[Lwice atakują, ale żadna z nich nie może trafić. Amini (i zjednoczony z nim Skaza) cofa się, walcząc z Simbą, ale co chwila wydziela pojedyncze ciosy lwicom. W końcu oba lwy docierają na wolną przestrzeń, Amini odskakuje do tyłu, kilka metrów od Simby.]

Idź!
Śmiało w przód, to mój ślad
Który drogę dawno zgadł
Ale musisz zgłębić go i zmienić w ścieżkę jej

[Amini skacze na Simbę. Widzimy to z perspektywy Lwioziemca, wiec skok może przypominać Szarżę Skazy z finału KL.]

Walcz
Za nią wciąż, niczym lew
To ożywia cię jak krew
I aby w jej sercu trwać, dla niej krwaw

[Simba skacze również. Zderza się z wrogiem w powietrzu. Ale duch Skazy, wytrącony z ciała Aminiego, leci dalej, ląduje na ziemi i odwraca się ze strachem ku Aminiemu.]

Strach
Odrzuć w bok, będziesz mógł

Być silniejszy niźli wróg
Żyjąc wiecznie w duszy jej, siebie zbaw.

Refren:

[Lwy upadają, Simba znów tnie Aminiego po piersi, zadając głęboką ranę. Czarnogrzywy pada bezwładnie, a lwice zbliżają się, aby go dobić. Nagle zza kadru wbiega duch Skazy, wnika w ciało Aminiego i podrywa go na nogi. Biegną na północ.]

Żyje wciąż bo kochasz ją
Niech świat złoci drogę twą
Niech odpłaci ci miast niej
Przyjmij choć dźwięk pieśni tej

[Amini biegnie ku rzecze, ale widzimy że jego rany krwawią obficie i wyglądają na śmiertelne. Krew spływa po jego czarnej grzywie. Duch Skazy wciąż biegnie w nim, ale ciało żyjącego ledwo nadąża. Z każdym krokiem Amini zostaje coraz bardziej w tyle za duchem.]

Twoja dłoń pomóc chce
Choć ona nie prosi cię
Ale dajesz jej i tak
Tylko dla niej
Tylko dla niej znów

[Jakaś lwice dogania Aminiego, ale ten nagle zatrzymuje się i uderza mocno. Ta pada na ziemię, a lew rusza ponownie.]

S: Stań i walcz
A: O jej los [Przebitka na Zirę, która właśnie wbiega do rzeki, ale zatrzymuje się z przednimi łapami w wodzie i spogląda do tyłu, na Aminiego.]
Z: Poczuj siły serca głos
I tak przeżyj najciemniejszy dzień

[Skaza ostatecznie opuszcza ciało Aminiego i wydaje się go popędzać z boku. Żyjący lew biegnie szybko, ale zaczyna mylić krok i biec zygzakiem.]

S: Śmiało idź

A: Bo iść chcę [Zira płynie już w rzece. Woda rozpryskuje się pod jej łapami i pada na twarz. Nie wiemy czy krople na twarzy to woda rzeczna, czy łzy.]
Z: Nigdy nie opuścisz mnie
Zawsze będę we mnie trwać to tobie cień

[Amini dociera do rzeki ale staje bezradny na plaży, otoczony półokręgiem Lwioziemców. Widzimy, że pięć następnych lwic już nadbiega.]

A: Więc
Oto kres, oto mat
Wierzyć chcę, żem dobrze zgadł
I powiodłem cię gdzie chciałaś być

[Prześladowcy skoczą na lwa, ale on wbiega do wody, pomimo okrutnych ran. Zira spogląda na niego i widzi krwawy ślad, ciągnący się za nim na wodzie. Amini płynie resztkami sił.]

Z: Tak
Dzięki za ten cudny szlak

Nie zapomnę nigdy wszak
Kto prowadził śmiało mnie, pomógł żyć

[Zbliżenie na Aminiego od przodu. Odpycha wodę łapami, ale z każdym ruchem kolejna porcja krwi czerwieni wodę. Spojrzenie lwa staje się coraz bardziej zamglone. Muzyka cichnie.]

*

Hawaa biegła jak w gorączce. Nie patrzyła na boki, czy po nogi, tylko wzrok miła wbity przed siebie, w rzekę. Dostrzegła niewyraźne sylwetki na drugim brzegu, i uśmiechnęła się przez łzy. Wbiegła do wody, nawet nie zwalniając, jakby wezbrana rzeka była dla niej nic nie znaczącą przeszkodą. Lecz już po kilku krokach prąd przewrócił ją i porwał ze sobą

- Nuka! – krzyknęła, przerażona.

Nuka stał na północnym brzegu, trzymany przez Angę. Usiłował się wyrwać i skoczyć po matkę, właśnie dopływająca do plaży. Ale Zira i tak radziła sobie dzielnie, więc lewek oddychał z ulgą. Jednak wtedy usłyszał ten krzyk.

- Słyszycie? – zapytał. – Ktoś mnie woła!

- Spokojnie, mój mały, mama zaraz tu będzie. – odparła Anga.

- Ale... to jest Hawaa! – zdumiał się kociak. – Pomóżcie jej!

- Kto? – zapytała lwica, wciąż patrząca w kierunku Ziry. – Czekaj tu, idę po jej wysokość. – puściła Nukę.

A ten skorzystał z okazji i skoczył wprost do rzeki. Kiedy wyczerpana Zira wczołgała się na brzeg, jej syn wbił się w wodę i ruszył niezgranym dryfem ku tonącej Hawie. Królowa nawet tego nie dostrzegła, gdyż upadła bezwładnie na piasek, nieprzytomna od zmęczenia. Wszystkie lwice podbiegły w jej kierunku, tylko przerażona Anga zatrzymała się, patrząc na płynącego Nukę.

- Nuka, wracaj! – krzyknęła, ale było już za późno – lewek również został porwany przez silny prąd. Anga już kucała, aby wybić się do skoku za nim, ale w ostatniej chwili zrezygnowała. Pływała tak marnie, że z pewnością by nie pomogła kociakowi. Zamiast tego ruszyła biegiem wzdłuż rzeki, krzycząc za siebie: Pomocy! Ndugu i Vii podążyły zaraz za nią.

Nuka potarł do Hawy na środku rzeki. Objął ja mocno, a zrobił to w ostatnim momencie – lwiczka właśnie bezwładnie zanurzała się pod powierzchnię. Więc od tamtej chwili już oboje pędzili z ryczącym nurtem. Kotka otworzyła oczy i spojrzała na swojego zbawcę.

- I co dalej? – zapytała.

- No... tego nie planowałem. – przyznał Nuka, krztusząc się wodą. – Musimy spróbować... dopłynąć do brzegu. Razem! – kociaki objęły się mocniej i zaczęły niezgrabnie machać nogami, jednak bezskutecznie. Po kilku ruchach zaczęli tonąć oboje.  Samo utrzymanie się na wodzie było i tak męczące.

- Nuka... nie dam rady! – załkała Hawaa.

- Jasne, że dasz! – odkrzyknął Nuka i znów zakrztusił się wodą. – Dotrzemy do brzegu!

- Płyń sam!

- Nie ma mowy! – zawołał Nuka i usadził Hawę na plecach.

Zanurzył się pod wodę i zaczął wytrwale płynąć, wynurzając tylko co chwila głowę, dla zaczerpnięcia powietrza. To pozwoliło Hawie złapać spokojny oddech. Kotka wciąż trzymając się Nuki zaczęła młócić nogami i tak ruszyli szybciej niż wcześniej. Nuka dbał, by Hawaa nie zanurzała się, a ona wiosłowała łapami tak szybko, jak mogła. Niestety, nie dość szybko.

„Ach, gdyby tu był Amini...” pomyślał Nuka, omdlewający z braku tlenu. „Sami nie damy rady.” Ale wtedy stał się cud.

Amini chwycił kociaki i przytulił je do poranionej piersi. Z pomocą wolnej łapy i nóg, zaczął płynąć, znacznie szybciej, niż dotychczas kociaki. Krwawił, dusił się wodą i własną krwią, ale wciąż parł naprzód.

- Na brzeg! Nie skręcaj! – wrzeszczał Skaza, widząc, że omdlały lew traci orientację. Znów wniknął w ciało umierającego. Nuka, choć sam omdlały, zdawał się wyczuwać te zmianę w swoim ratowniku.

- Tata? – szepnął słabym głosem.

Ale chwilę potem kontakt zgasł, gdy tylko Amini znów skierował się ku brzegowi. Nuka zemdlał na dobre kiedy lew rzucił jego i Hawę na mokry piasek plaży.

Krwawiący Amini tez był na krawędzi świadomości. Kiedy dobiegła do niego Anga, on wziął ja za Zirę.

- Moja królowo... – wydyszał. – Zawiodłem raz... ale twój syn żyje. Nie mogę zrobić już nic więcej. Moja służba... się dziś kończy. – tchnął resztą sił, a jego serce stanęło.

Anga delikatnie dotknęła martwego ciała, po czym ostrożnie podniosła kociaki z piasku. Ndugu pokłoniła się Aminiemu, i zepchnęła go z powrotem do wody. Martwy lew ruszył, niesiony prądem.

Nuka wypluł wodę z gardła, otworzył oczy i krzyknął rozpaczliwie.

- HAWAA!

- Spokojnie, mój mały... – szepnęła Anga. – Ona jest tu...

Kotka otworzyła oczy i spojrzała na Nukę, rozpaczliwym wzrokiem.

- Nuka... moja mama... ona nie żyje! – jęknęła i wybuchła płaczem. Lewek doczołgał się do przyjaciółki i przytulił ją. Zamruczał coś uspokajająco, ale zaraz potem kaszlnął głośno, plując resztką wody z przełyku.

- Nie bój się... jesteś teraz bezpieczna... zaopiekujemy się tobą. – szepnął, ale sam zaraz też zaniósł się płaczem, gdy zrozumiał, co się stało z Aminim.

*

Lwie duchy w ciszy otoczyły Aminiego. Czarnogrzywy był wciąż zamroczony i zdezorientowany, widząc własne ciało, płynące z prądem rzeki. Spojrzał wiec na dwie grupy zjaw: dwa brązowogrzywe lwy stojące dalej i Czarnogrzywego i piaskogrzywego lwa tuż przy nim. Pomiędzy nimi siedział też mały kociak z błyszcząco zielonymi oczyma.

- Witaj po drugiej stronie, Amini. – powitał go lewek, nienaturalnie dorosłym głosem. – Jak zapewne już wiesz, zginałeś.

- Nic dziwnego. – odparł czarnogrzywy. – Ale... źle, że tak szybko... Czy Zira jest cała?

Jeden z duchów, ten z czarną grzywą i blizną na twarzy, podbiegł do nowoprzybyłego i objął go serdecznie.

- Tak! – krzyknął lew. – I to tylko dzięki tobie!

- Ty jesteś Skaza... – szepnął dawny wędrowiec.

- Jak na to wpadłeś? – zapytał zielonooki kociak i wybuchł śmiechem.

- Tarki, zachowuj się! – syknął piaskogrzywy.

- No dobra... – umilkł lewek.

Skaza puścił Aminiego i odszedł kilka kroków w tył.

- Dziękuję ci... za ochronę mej partnerki... – dostrzegł grymas żalu na twarzy Aminiego. - ...naszej wspólnej miłości. Dowiodłeś hartu ducha, Amini. Uratowałeś ją i całe stado... – odwrócił się ku stojącym na uboczu lwom i dodał lodowato. - ...od pewnej zguby!

- Skazo, chcieliśmy twojego dobra...

- Daruj sobie, ojcze! – przerwał czarnogrzywy. – Nie waż się przy mnie wspominać o niej. Nie masz prawa... A teraz... – położył łapę na ramieniu Aminiego. – Zaprowadź go na sklepienie. Tak wysoko, jak sobie na to zasłużył, swoją odwaga i poświęceniem.

- To oni walczyli przeciwko nam? – domyślił się lew.

- Dokładnie. – potwierdził Skaza. – Pokrzyżowałeś plany dwóm Królom z Przeszłości, Ahadiemu i Mufasie. Nieźle, jak na wędrowca... A może powinniśmy cię już nazywać Królem Wędrowców?

- Ale Skazo... co z nimi będzie? – zapytał czarnogrzywy, niepewnym głosem.

- Amini... – odparł Skaza i podszedł bliżej do lwa. – Wszystko poszło źle, ale dzięki tobie nie poszło fatalnie. Zira nosi już w sobie twojego syna, Kovu.

- Wiem, że to będzie twój syn. – mruknął gorzko Amini.

- Przede wszystkim będzie synem Ziry. – odparł martwy król. – I za to obaj możemy go kochać.

- Tak, masz rację. – zgodził się lew.

- Martwię się, że zginąłeś, a Zira została sama... – Spojrzał groźnie na Ahadiego i Mufasę. – I nie wiem, co wydarzy się w przyszłości. Sam jestem tu nowy. Ale obiecuję ci, że cała swoją mocą i wiedzą będę wpierał Zirę, jej dzieci i stado. Nie chcę zemsty... – znów spojrzał na ojca i brata lodowato. - ...przynajmniej nie za moją śmierć. Ale będę się opiekował Złotym Stadem. Czy mi pomożesz, Amini?

Król Wędrowców uśmiechnął się, słysząc, że jego służba wcale się nie skończyła. Po prostu zaczynał się jej kolejny etap.

- Co za pytanie... Wiesz, że tak!


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#19 2017.11.25 16:53

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku XVII

17 – Luli luli laj!


- Więc jesteś już gotowy! – mruknęła Zira, patrząc na swego młodszego syna. – Pięknie... po prostu pięknie. Masz w sobie duszę Skazy! Co jest twoim celem?

Kovu odparł, tak jak się tego spodziewała. Zemsta była już w zasięgu łapy jej syna. Złota królowa powoli odzyskiwała wierzę w powodzenie misji. Kovu był kluczem do zabicia Simby i odzyskania tronu Lwiej Ziemi. Zira uważała ten dzień za święto... po długiej żałobie.

Śmierć Hawy nie była tylko śmiercią lwicy. To była strata ukochanej podopiecznej, bliskiej sercu królowej jak mało kto. Władczyni dusiła się gniewem i żalem, wiedząc że nigdy już nie zobaczy tej najwspanialszej ze swoich poddanych, która nie była Złoziemką z krwi, ale stałą się nią w sercu mocnej, niż ktokolwiek ze stada. Więc ten piękny kwiat został zerwany... przez Simba, a przez kogóż by innego? Tylko ten lew potrafił ją ranić tak boleśnie.

Ale poza osobista stratą, śmierć Hawy była ciosem dla całego stada. Stracili najlepszą wojowniczkę, niemal tak groźną jak Kovu. Lwica była też żywotnym elementem wspólnoty, wpierającym na duchu wątpiące i słabsze siostry. Ale już odeszła...

I odszedł od Ziry jej syn, Nuka. Lew zmienił się od tamtego dnia – królowa była wręcz przerażona, co stało się z jej najstarszym dzieckiem. Schudł nawet jeszcze bardziej, ale nie o to chodziło. Zira postanowiła spojrzeć prawdzie w oczy... Nuka oszalał. Śmierć ukochanej zerwała w jego wnętrzu jakąś delikatna strunę, tak że całymi dniami wahał się pomiędzy stanem chorobliwego rozbawienia a wszechogarniającą melancholią, albo pomiędzy niespożytą wolą działania i paraliżującym strachem. Zira mówiła w samotności do Skazy od lat, ale kiedy usłyszała, jak to samo robi jej syn, przeraziła się. Nuka uwierzył, że ojciec nakazał mu pokutę za porażkę: aby zabił Simbę osobiście. Aha, i oczywiście, Nuka czasem ruszał na lunatyczne wędrówki po Złej Ziemi, wciąż wołając za Hawą.

W przebłyskach rozsądku, rozmawiał z królową jak dawny Nuka. Ale takie dni nie były częste. Przez większość czasu, lew wydawał się być przerośniętym kociakiem, równie psotliwym jak kapryśnym. Może w lżejszych czasach, szybciej odzyskałby równowagę ducha. Ale Zła Ziemia przeżywała kryzys, jak w najgorszych dniach pory suchej. Simba przygotowywał się na wypuszczenie córki na pierwsze polowanie, wiec wysyłał patrole na całą sawannę, w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń. Złoziemcy byli zmuszeni albo do nieefektywnych polowań całym stadem, albo szukania żywności u siebie. A Nuka, najlepszy w zdobywaniu jedzenia na tej nieprzyjaznej glebie, nie był w stanie już im pomagać. Głód czynił lwice niespokojnymi. Oczywiście, wciąż były posłuszne Zirze, ale morale było niskie. Nikt już nie traktował odzyskania Lwiej Skały, jako aktu sprawiedliwości. Stado widziało w ich walce już tylko szansę dostania się do raju łatwych łowów i dostatku świeżej wody. Królowa usiłowała jakoś zaradzić pladze głodu, ale nie był w stanie naprawić szkód, które wyrządziła dziwaczna pogoda i Simba. Niedojadała, zostawiając więcej dla sióstr, tak więc sama żyła na skraju wyczerpania. Zrozumiała, że taki tryb wegetacji ją także zapędzi w szaleństwo. Atak na wroga był koniecznością – Złote Stado miało nie przetrwać kolejnej pory suchej na Złej Ziemi.

- Co musisz zrobić? – zapytała syna Zira, wyobrażając sobie dzień ratunku dla jej stada – moment śmierci Simby.

- Musze go zabić! – odparł Kovu napiętym głosem. Też był głodny.

*

Rozmyte obrazy, nieuchwytne wspomnienia. Przeszłość i teraźniejszość, rozpływające się w sobie.

Ona, wysyłająca Kovu, aby zwiódł Kiarę. Zapach gorącego i dusznego dymu nad sawanną. Oglądanie zabawnej sceny, kiedy Simba przyjmuję Kovu do stada. I czekanie, przeklęte czekanie. Vitani była niecierpliwa, poszła na zwiad. Kovu jeszcze nie zabił Simby, choć był blisko... Więcej czekania. I ten GŁÓD.

Dzień po wyjściu Kovu, Zira zarządziła stadu najeść się za wszelką cenę. Pożerali stare truchła, wysysali szpik z suchych kości, nawet jedli termity i to w olbrzymich ilościach. Groźba zatrucia jadem? Groźna, ale nie tak jak wszechobecny głód. Musieli odzyskać choć cześć sił na zbliżająca się walkę. Zira połknęła kolejną porcję obrzydliwego robactwa, mając nadzieje, że Kovu był już bliski swego celu.

*

- Nie mogę na to patrzeć! – jęknął Skaza. – Tarki, zrób coś!

Gwiezdni przyjaciele: Skaza, Tarki, Sparthi i Amini leżeli na szczycie Termiciego Wzgórza, niewidoczni w świetle dnia. Słońce powoli schylało się ku zachodowi, a oni patrzyli na smutną rutynę życia umierającego stada. Nawet Tarki, zazwyczaj tryskający niewybrednymi dowcipami, był tego dnia cichy. Ta cisza była okrzykiem rozpaczy.

- Wiesz, że nie możemy zrobić niczego. – odparła gwiezdny lewek zbolałym głosem. – Twój atak na ojca i interwencja Aminiego również łamały pakt. Mamy z nimi remis – i oni przekroczyli prawo i my.

- Uczciwe, nie? – syknął Sparthi. – Skaza i Amini jedynie próbowali udaremnić wcześniej zaplanowany spisek, a Mufasa... – spojrzał na martwego króla i powiedział ponurym głosem. – Gdybym miał takiego brata... też mógłbym go zabić!

Znów zamilkli na długie minuty, aż wreszcie Amini zapytał.

- Więc co zrobimy teraz?

- Ty, nic. – odparł Tarki. – Rozmawiałeś z Kovu, co Ahadi uznał za interwencję. Skaza jest poza rozgrywką i tak, gdyż nie może nawiązać kontaktu z nikim ze stada... A ja zostałem arbitrem. Więc pozostał tylko Sparthi... przeciw dwóm Dawnym.

Piaskogrzywy lew westchnął z żalem i schylił wstydliwie głowę. Odparł cicho.

- Jestem zbyt słaby, aby ich obu pokonać. Wybaczcie...

- Tak, wiemy. – mruknął Skaza. – Nikt z nas nie jest dość silny. Wiedzą, że mają przewagę i tylko czekają, aż złamiemy pakt. A wtedy wtrącą się bez litości.

Znów cisza okryła szczyt wzgórza. Czwórka przyjaciół była bezsilna wobec zasad, które rządziły światem nieba - Krąg Życia dopadł ich nawet po śmierci. Ale nagle, poczuli obecność kogoś nowego, kto był rzadkim gościem na Złej Ziemi.

- Sarafina. – mruknął Skaza obojętnym głosem.

- Mam odejść, Taka? – zapytała lwica.

- Nie. – odparł lew z ironią. – Usiądź z nami i oglądaj spełnienie snów, które śniłaś razem z córką: oto Złote Stado znika z historii.

Lwica podeszła do duchów i usiadła na półce skalnej tuż pod nimi. Spojrzała się na Skazę i zapytała smutnym głosem.

- Wciąż jesteś na mnie wściekły? – Lew nawet nie drgnął. – Tak, wciąż masz powody... Ale jestem tu, aby odkupić choć część moich błędów. Znam sposób, aby uratować... tak wiele spośród Złotych, jak to jest możliwe.

- Tak? A co Hawaa na to? – syknął Skaza jadowitym głosem. Sarafina spuściła wzrok ku ziemi i odpowiedziała łamiącym się głosem.

- To ona mnie przysyła... Bałam się przyjść do was, ale ona mnie zmusiła. – ponieważ żaden z duchów się nie odezwał, kontynuowała. – Jest sposób na uratowanie stada... ale to wymaga porażki Ziry... i poddania się reszty. Nie musicie robić nic, Hawaa i ja zajmiemy się wszystkim. Ona mówi, że potrafi nawiązać kontakt z Vitani... z nią, bo Nuka nie jest w stanie teraz rozmawiać z nikim. Więc, posłuchajcie mnie tylko...

*

I wreszcie, ten dzień nadszedł.

Kovu zwabił Simbę w zasadzkę... Nie, właściwie Zira prowadziła tam stado przypadkiem, wracając z polowania. Ale nie ważne, dorwali uzurpatora niedaleko rzeki...

- Atak! – rozkazała Zira i ruszyła na czele pościgu.

Nie byli przygotowani, więc uciekający wymknął się w pierwszej chwili. Jednak zapędzili go do wąwozu, skąd nie było ucieczki. Nie było ucieczki – Zira rozkoszowała się tą myślą.

- Pamiętajcie, czego was uczyłam! Wszyscy razem! – krzyczała, choć mówiąc prawdę, nie było żadnego szyku. To był zwykły pościg za wrogiem... zdobyczą. Jak polowanie. Ale znużone lwice nie były wstanie schwytać ofiary. Uzurpator zaczął się w przypływie desperackiej siły, wspinać na stos martwych pniaków, leżących na ścianie wąwozu.

Na szczęście, Kovu był na miejscu. Spojrzał na wroga... i... nic nie zrobił.

Następne sceny zlały się w umyśle Ziry w jedną całość: Nuka, wspinający się za Simbą. Trzask, upadek, lecące belki... Jej syn... syn Skazy, umierający pod zwałami drewna.

- Nuka... – wyszeptała królowa.

- Wybacz matko... próbowałem... – syknął jej syn i odszedł ku niebu, do swojego ojca.

*

- Nuka! – krzyknęła Hawaa i chwyciła dusze lwa, powoli wznoszącą się ku górze. Pod nimi Złote Stado oddawało ostatni salut zmarłemu księciu. A w górze, duch Nuki był już w drodze ku niebu.

- Nuka! – szepnęła martwa lwica.

- Hawaa? – wyjąkał lew ze zdumieniem. – Ale jak... czy ja nie żyję?

- Tak ukochany, niestety! – chlipnęła Złoziemka i wybuchła głośnym płaczem. – Ja także się starałam, ale...

- Simba! Mama! – krzyknął lew i wyrwał się z uścisku Hawy. – Idą na Lwią Ziemię... – Ale wtedy w pełni zrozumiał, że nie mógł już nic zrobić. Nie mógł służyć już swej matce i stadu. – Ale... nie zdołamy im pomóc?

- Tak, mój synu. – odezwał się głos z góry. Skaza zstąpił na zbocze wąwozu i stanął przed Nuką.

- Ojcze! – szepnął lew i pochylił głowę z szacunkiem. – Tato, tak mi przykro, że cię zawio... ughm! – martwy król mocno przycisnął syna do piersi.

- Nie mów nic, mój chłopcze! – wymruczał Skaza, łamiącym się głosem. – Widziałem wszystko... twoją odwagę i oddanie. – zamilkł na dłuższą chwilę, po czym przemówił znów. – Ale teraz już jest po wszystkim... Możesz wreszcie odpocząć.

- Tato... co z mamą? Co z Vitani? – Nuka wyzwolił się z objęć ojca i spytał przerażonym głosem. – A co z... KOVU! – syknął lodowatym głosem, patrząc na sylwetkę samotnego lwa, biegnącego ku Lwiej Skale. – Nie... to niemożliwe... On nie mógł zdradzić! Mama mówiła, że był zawsze lepszy ode mnie... – Hawaa podeszła do ukochanego i położyła mu łapę na ramieniu. – Hawo, proszę... powiedz mi, że to sen!

- Uspokój się, mój drogi. – szepnęła. – Twój ojciec się tym zajmie... na ile zdoła.

- Hawo! – rozkazał Skaza. – Zaprowadź mojego syna na sklepienie, musi odpocząć. Ja pójdę ze stadem.

- Tak, mój panie! – potwierdziła lwica i skłoniła głowę. – Choć, Nuko, Musimy już iść.

- Tato... powiedz mi tylko jedno. – poprosił lew. – Czy zrobiliśmy dość?

Martwy król spojrzał na niego wzrokiem pełnym smutku i poczucia winy.

- Dość? Zrobiliście znacznie więcej, niż miałem prawo od was wymagać. – powiedział, łamiącym się głosem. – Synu, niedługo porozmawiamy... Ale teraz idę do twojej matki.

Podniósł łapę i dotknął czoła wysuniętymi pazurami. Był to starożytne pozdrowienie wojowników z Lwiej Skały, dawane jedynie po zwycięskiej bitwie. Nuka nie był przekonany, aby zwyciężył kogokolwiek, ale oddał salut. Skoro jego ojciec uznał go za godnego takiego pozdrowienia, to widać na jakiś sposób wygrał. Kiedy martwy król ruszył na północ za stadem, Nuka odwrócił się ku Hawie.

- Kochanie... Tak się cieszę, że jesteśmy razem... – powiedział wzruszonym głosem. – Ale boję się o mamę i...

- Nuka... – szepnęła lwica. – Twoje zadanie jest wypełnione. Teraz kolej tych co jeszcze żyją. Jeśli wypełnią swoje powinności choćby w połowie tak dobrze, jak ty... będą mogli być z siebie dumni.

- Ale... ja zawiodłem! Nie zabiłem Simby ani dziś, ani wtedy. – odparł ponurym głosem. Jednocześnie czuł, jak cały świat zwalnia i staje się coraz cichszy.

- Nigdy nie zawiodłeś! – odparła Hawaa. - Tamtego dnia przeszkodzono ci i to w nieuczciwy sposób. A dziś... dzień dzisiejszy jeszcze trwa. Może twoje stado dokona, co zacząłeś.

- Może... – powtórzył znużony Nuka.

- Musisz teraz odpocząć, aby zerwać więzy, które cię trzymają przy ziemi. Wkrótce, znów się spotkamy... i będziemy jednym.

- Zaśpiewaj mi kołysankę... – poprosił Nuka, ale w tej samej chwili zapadł w sen.

*

- To twoja ostatnia szansa, Zira: wracaj do domu! – warknął Simba w akompaniamencie ciężkiego deszczu. Dwa szeregi lwic stały na przeciwko siebie, a dwójka przywódców między nimi.

- Ja JESTEM w domu! – odparła zdecydowanie Zira. – Do ataku!

Złoziemcy ruszyli do natarcia. Królowa, choć zamroczona przez głód, gniew i żal po utracie dwóch synów – bohatera i zdrajcy, wciąż była dowódcą i myślała jak dowódca. Obserwując ruchy nieprzyjaciela i stwierdziła, że Lwioziemcy nie mają żadnej taktyki: ruszyli, gdy ruszyły Złote i przeszli do biegu, gdy zrobił to przeciwnik. Zira stała na skale za linią walki. Stanowiła jednocześnie centrum dowodzenia, jak i jedyną rezerwę. Była gotowa skoczyć do walki, gdyby szyk w którymś miejscu się załamał. W tym czasie zachęcała swoje stado.

- W oczy, uderzaj w oczy! Wyłam jej szczękę!  Tak! Niżej! Róbcie co trzeba! – wołała pewnym głosem, ale w środku drżała.

Dziewięć lwic przeciwko jedenastu i Simbie... Nie,  teraz już osiem na dziesięć, od kiedy Vitani odciągnęła Nalę. Z początku, królowa chciała odwołać córkę do szeregu, ale potem uznała, że ryzyko się opłaci – zabicie partnerki uzurpatora załamałoby morale wroga. Ale jej plan zawiódł, bo Złoziemcy nie zdołali złamać szyku Lwioziemców. Walka zmieniła się w kilkanaście osobistych potyczek, rozsypanych po polu bitwy. Zira zmarszczyła brwi, ale zmusiła się do spokoju. Chaos, który zapanował w walce był nie do uniknięcia. Ćwiczyli w dziesiątkę, z Hawą, jako ważnym elementem szyku. I nikt nie mógł zastąpić talentu lwicy. No chyba, że... Zira zaryczała, a niebo przeszyła błyskawica. Zeskoczyła na ziemie, aby przesądzić o wyniku wojny. Zaśmiała się i z ulgą i z desperacją: więc po tylu latach przygotowań, wszystko miało się z rozstrzygnąć w zwykłym pojedynku?

- Simba! – zawołała, idąc w kierunku uzurpatora. – Jesteś mój!

- Idzie na Simbę! – jęknął przerażony Amini.

- Wreszcie! – wyszeptali Skaza i Sparthi jednocześnie. Król pustyni dodał. – Nigdy nie widziałeś jej w walce... Simba ma poważny problem!

Więc obserwowali bitwę, z trudem powstrzymując emocje, podobnie jak dwa lwie duchy, siedzące na Lwiej Skale.

- Tato... czy możemy... – zaczął Mufasa, ale Ahadi mu przerwał.

- Nie, patrzą na nas i czekają, aż znów złamiemy pakt. Daj spokój! – zawołał. – To tylko lwica! Simba ją rozgromi.

- Tak, oczywiście. – potwierdził Mufasa, ale w jego głosie nie słychać było pewności

Zira uderzyła Simbę w ramię. A wtedy stało się coś niebywałego: uzurpator padł ciężko na ziemię. Jeden cios starszej, lżejszej i wycieńczonej głodem lwicy prawie znokautował wielkiego, ciężkiego i doskonale odżywionego samca. Niemal natychmiast wszelkie walki zamarły: nieprzyjaciele odskoczyli od siebie, aby widzieć pojedynek wodzów. Wojna miała się rozstrzygnąć wedle dawnego zwyczaju.

Zaskoczony i nieco przestraszony Simba stał w miejscu. Królowa powoli obchodziła go, obserwując jego niepewny wzrok. W końcu i Simba ruszył, by zając dogodniejszą pozycję, ale właśnie na to czekała Zira. Podniosła łapę do ostatecznego ciosu i...

- Kiara? szepnął zdumiony Simba, kiedy dwójka lwów wskoczyła między walczących.

- Kovu! – zawołała zdumiona Zira. – Przesuń się! – dodała ze złością i rozpaczą. Jej syn przeszkodził w najdogodniejszej okazji do ataku. – Jesteś słabszy, niż myślałam! Zejdź z mojej drogi! – syknęła królowa i poczuła ból płonącego wstydu. Jakże źle wybrała: Skoro Kovu, całe życie otaczany troską i uwagą, wytrenowany z pieczołowitością i zawsze dobrze żywiony zawiódł... a Nuka, przez lata w spychany na drugi plan, lekceważony i zapomniany, dowiódł lojalności aż do śmiertelnej ofiary... to znaczyło, że zawiodła, i jako królowa, i jako matka. Widmo porażki zasnuło jej myśli zanim jeszcze Kovu odpowiedział.

- Nie skrzywdzisz Kiary... ani Simby. Nie pozwolę! – warknął zdrajca, wciąż stojący na jej drodze do uzurpatora. A więc naprawdę straciła obu synów. „Obu z głupoty!” jęknęła w duszy. „Teraz mam tylko jeden sposób, by naprawić mój błąd: wygrać, lub zginąć!”

- Vitani... teraz! – rozkazała ostatnią szarżę. Ale w zamian usłyszała odpowiedź lwicy... która wyglądała jak jej córka... ale czy nadal była jej córką?

- Nie, matko! – powiedziała księżniczka. – Kiara ma rację: już dość.

Racja, już dość. Zira nie była w stanie znieść niczego więcej. Pojęła, że właśnie straciła ostatnie dziecko. Jej mała, słodka Vitani poddała się, wobec obietnicy luksusów z łap tyrana. Nie było już o kogo walczyć? „Nie!” pomyślała królowa. „Nuka nie zginął na darmo!”

- Jeśli nie staniesz do walki... zginiesz! – syknęła, mając jeszcze cień nadziei, że słowa matczynej klątwy wstrząsną sumieniem córki. Nie wstrząsnęły.

Szereg lwic zachwiał się niepewnie, a pierwsze z jej sióstr ruszyły ku Lwioziemcom. Strach, zdrada i defetyzm to trzy najgroźniejsze choroby zakaźne, rozsiewające się szybciej od wiatru. Vitani, córka królowej i najwierniejsza wojowniczka stada, poddała się. Czy Zira mogła wymagać od głodnych, słabych i przerażonych sióstr, aby były odważniejsze od księżniczki?

- Co... dokąd wy idziecie! Wracajcie! – jęknęła władczyni, widząc jej podopieczne biegnące ku szeregom Simby.

- Przestań, Zira. Już czas zapomnieć o przeszłości. – powiedział Simba, triumfalnym tonem. „Cóż za wspaniała filozofia dla mordercy i złodzieja!” szepnął cierpki głos w umyśle Ziry. „Popełnić przestępstwo... i zapomnieć. Zmusić wszystkich, aby zapomnieli o jego zbrodniach, aby tym łatwiej mógł je powtórzyć. Zapomnieć o przeszłości? To oznaczyłoby zabić starożytne stado, zmuszając jej członków do wyrzeczenia się siebie.” Nie było drogi odwrotu, tylko szlak naprzód.

- Ja nigdy nie zapomnę! – zawołała Złota Królowa. Była, kim była, a zapomnienie oznaczało dla niej śmierć. Śmierć we własnym sercu i sercach tych, których kochała. Nie mogłaby zdradzić Skazy. Miłość wskazywała jej drogę, odkąd poznała swego partnera i króla. Tego dnia była gotowa udowodnić to, nawet za cenę życia. – To dla ciebie, Skazo! – szepnęła i skoczyła na Simbę.

Los nie jest sprawiedliwy. Na drodze śmiertelnej szarży królowej Złej Ziemi pojawiła się Kiara. Lwiczka rzuciła się na oślep, jedynie przez przypadek blokując atak na ojca. Nawet nie próbowała uderzyć przeciwniczki, a jedynie naparła masą, znacznie większą od ciężaru wychudzonej Złoziemki. Obie upadły niezgrabnie i przetoczyły się do krawędzi wąwozu. Tak jak mówiłem: los nie jest sprawiedliwy – wcielona bogini wojny została zatrzymana przez niezgrabne dziecko, które miało szczęście. Ale czy tylko szczęście, czy coś więcej?

- NIE! – ryknął Skaza, widząc Mufasę, prowadzącego szarżę Kiary. Skoczył, aby ich zatrzymać, ale było już za późno.

Obie lwice wypadły za krawędź, i poleciały w dół, gdzie czekał już Ahadi. Martwy król popchnął prawnuczkę ku skale, by mogła złapać oparcie. Zanim Skaza, Amini czy Sparthi dotarli do krawędzi, królowa już wisiała na łapach nad przepaścią.

- Stój! – rozkazał Mufasa i rzucił się na brata.

Ahadi natychmiast wyskoczył z wąwozu i ruszył na Aminiego i Sparhiego. Choć miał dwóch wrogów, Aminiego powalił pierwszym ciosem. Moc starszego władcy była wielka. Sparthi ominął lezącego przyjaciela i chwycił Ahadiego za gardło. Tak więc piątka martwych lwów rozpoczęła walkę, a Zira powili osuwała się w czeluść.

- Ziro, podaj łapę! – krzyknęła Kiara z bezpiecznej półki skalnej nad królową. Opuściła kończynę, ku patrzącej z furią Zirze.

„Co takiego?” pomyślała Złoziemka. „Ona chce mnie ratować? Czemu? Aby upokorzyć jeszcze bardziej?” szarpnęła się do góry, tnąc powietrze pazurami. „Nie chcę niczego od spadkobierczyni mordercy!”

- Ziro, pomogę ci! Szybciej! – nalegała Kiara.

Królowa spojrzała w jej oczy i zdumiała się. Lwica musiała być przekonana, że czyni dobrze. Chciała uratować Zirę, jakby nie wiedziała, co to oznacza. „Więc morderca wychował dzieci, wpajając im współczucie... którego nie miał dla Skazy i dla nas! Wychował ją w luksusie, choć nas skazał na śmierć głodową. Może ona nawet nie wie, co zrobił jej ojciec?”

I nagła fala żalu omyła dusze Ziry. Zawiodła Skazę, dzieci i stado. Nie pomściła partnera, pozwoliła dzieciom umrzeć, lub wydała je na pokuszenie nieprzyjacielowi. I dopuściła, aby starożytne stado zapomniało o swojej dumie. „Byłam... za słaba!” zapłakała w duchu. „Nie wytrwałam próby. Nie jestem Skazą, który zwyciężył sam Krąg Życia... Jestem tylko...” Myślała z rozpaczą o Vitani i Kovu. “Odrzucili mnie... zdradzili Skazę... ale nadal są moimi dziećmi! Jak zdołają przeżyć u boku Simby, skoro on będzie ich nienawidził z mojego powodu? Chyba, że... mnie tu już nie będzie... Niech to stanie się moim ostatnim prezentem dla nich... Opuścili mnie... Ale ja ich nie mogę opuścić. Dlatego odchodzę... Simbo, nie dostaniesz swojego trofeum. Wygrałeś... ale nigdy nie dorównasz Skazie!”

- Nie! Nigdy! – szepnęła i puściła chwyt. Królowa pustyni pomknęła na spotkanie wód rzeki.

*

Ból wybuchł i zgasł ułamek sekundy później. Uderzyła o płynącą belkę i nawet nie poczuła, a usłyszała dźwięk łamanych kości. Zanurzyła się głęboko, nie czując nic prócz paraliżującej słabości w całym ciele. Nie mogła ruszyć zmiażdżonych kończyn i nawet nie próbowała. Ta historia była już opowiedziana. Otworzyła oczy, aby ujrzeć ciemność w głębinie i jasność nad sobą. Ale nie była to jasność słońca, a raczej światło milionów gwiazd całego nieba. Nagle Zira poczuła, że znów może się ruszać. Jej ciało przestało krępować ruchy, więc odepchnęła się mocno łapami od wody. Zauważyła, że porzuciła ciało pod sobą, a jej duch szybko unosił się ku jasności powierzchni. W tamtym blasku widziała twarz Skazy, czekającego specjalnie na nią. Jeszcze raz odepchnęła zimną ciemność i dotknęła świetlistej granicy śmierci.

*

I nagle znalazła się gdzieś indziej.

Unosiła się w pustce, otoczona tylko ciemnym niebem, na którym świeciły gwiazdy. Ale te gwiazdy zdawały się być znacznie bliżej, niż kiedykolwiek. A świat kurczył się i gasł pod jej stopami. A więc wstępowała na sklepienie.

- Zira! – zawołał czarnogrzywy lew z blizną na twarzy.

- Skaza? – szepnęła królowa, i wpadła w objęcia króla.

Lwica wybuchła głośnym płaczem, powstrzymywanym przez lata.

- Skazo, wybacz mi! – wyjąkała. - Ja chciałam...

- Kocham cię. – przerwał Skaza. – I mam nadzieję, że to ty mi wybaczysz, że żądałem od ciebie zbyt wiele. Ale teraz jesteśmy już jednym, moja królowo...

Z cienia za jego plecami wyszły sylwetki lwów: Hawaa, Amini, Sparthi i jakiś dziwny, zielonooki kociak. Podeszli do nowo przybyłej.

- Czy to jest... – zapytała Zira.

- Nasza rodzina, tutaj, na niebie. – Odparł Skaza. – Nuka do nas dołączy już wkrótce. Wszyscy będziemy razem.

- Braciszku? – szepnęła lwica. – Amini! – dodała zmieszana, widząc czarnogrzywego. Spojrzała niepewnie na Skazę. – Skazo, ja...

Martwy król uśmiechnął się i polizał jej policzek.

- Wiem wszystko, bo wszystko widziałem. A o reszcie opowiedział mi mój serdeczny przyjaciel, Amini. Nigdy nie wymagałem, aby być twoim jedynym poddanym.

- A co ze mną? – pisnął lewek. – Ja nie dostanę całusa? To dyskryminacja ze względu na wzrost!

Wszystkie duchy, nawet zamieszana Zira, wybuchły radosnym śmiechem. Królowa podeszła do kociaka i polizała go w czoło.

- Nie mam pojęcia, kim jesteś, ale jako przyjaciel Skazy, będziesz i moim przyjacielem. – powiedziała.

- Przyjaciel? – żachnął się lewek. – Nazywam się Tarki i jestem jego stryjem! – Zira wytrzeszczyła oczy w zdumieniu. – Tia... – dodał Tarki. – Pewnie przed ślubem nie wspominał, jaką ma powaloną rodzinę?

Ale królowa nagle zamarła w przerażeniu, po czym pojrzała się ku ziemi. Widząc scenę rozgrywającą się pod jej stopami, spojrzała na partnera. Skaza odparł, poważnym głosem.

- Moja najdroższa... wiem, to wszystko poszło źle. Ale nie przeze mnie, czy ciebie, ale z powodu mojej dawnej kłótni z ojcem i bratem. Zawiedliśmy, bo pozwoliliśmy zginąć tobie i Nuce... Ale nie możemy płakać. Wiesz dlaczego? – lwica potrząsnęła głową. – Bo dzięki temu jesteśmy znów razem. – spojrzał gdzieś w ciemność i dodał, patrząc na dalekie sylwetki w południowej części nieba. – A to dopiero początek. Nasi wrogowie... których kocham, ale przed którymi muszę się bronić... wykonali swój ruch. Teraz... nadejdzie czas, aby naprawić szkody, które wyrządzili, wyrównać Krąg Życia! Odnowimy chwałę naszych imion i wskrzesimy dumę Złotego Stada! – podszedł do Ziry, objął ją znowu i zanucił. – Znów nasz dumny ryk obiegnie ten kraj w mig!

Tarki podbiegł do nich, wskoczył Zirze na ramię i szepnął jej do ucha.

- A tak przy okazji twojej kołysanki... masz cudowny głos!


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#20 2017.11.25 16:54

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku XVIII

18 – Królowa Piasku


Świt na Złej Ziemi.

Świt porażki i wstydu.

Zira, na czele stada, dotarła do Złotej Hali tuż po wschodzie słońca. Utykała, podobnie jak Vii, Thela i Doria – lwice które przetrwały wyprawę na Lwią Ziemię. Te również były ranne, ale urazy ciała nie były nawet w połowie tak bolesne jak blizny w sercu. Przegrali, być może z powodu zdrady, ale taka klęska paliła równie gorąco. Nie pomścili Skazy, dowiedzieli się, że Shakisa była, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, martwa.

Słońce oświetlało cztery wycieńczone lwice, za którymi podążała kolejna piątka, niedopuszczona do ataku z powodu wcześniejszych obrażeń. One były jednak w lepszej kondycji niż wojowniczki dnia poprzedniego. Anga niosła Hawę w zębach, podobnie jak Ndugu niosła Vitani, a na końcu procesji szedł ponury Nuka. Nie płakał, ale tylko dlatego, że zabrakło mu już łez. Wewnątrz palił go żal po Ramie i Aminim. Dopiero wtedy odkrył, jak bardzo był przywiązany do starej lwicy, którą nazywał ciocią. A Amini... ten zabłysł w emocjonalnym życiu lewka niczym supernowa, aby zgasnąć ledwie kilka dni później. To nie było uczciwe! Przecież Nuka stracił tak niedawno ojca, a potem zaraz ciotkę i nowego przyjaciela. Na dodatek zrozumiał, że jego matka wciąż znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, zagrożona przez nienawiść Simby.

- Chodź, Nuka! – zawołała Asana. – Może cię wsiąść na plecy...

- Jesteś tam ranna. – zauważył ponuro kociak.

- Prawie się zagoiło. – zachęciła go złota lwica. – I jeśli nie będziesz się wiercił...

- Lepiej nie, ciociu. – odparł Nuka. – Musisz wypoczywać... jak wszyscy.

Ale sam przyśpieszył i dogonił Angę z Hawą. Kotka spała po dramacie nocy, kołysząc się w chwycie opiekunki.

- Nie ważne... – powiedział syn Skazy. – Chciałem się tylko upewnić, że wszystko jest w porządku... – poczuł, że te słowa brzmią jakoś niestosownie. – A przynajmniej, nie jest najgorzej. – dodał.

Gdy weszli do Złotej Hali, niemal natychmiast położyli się spać. Zira tylko upewniła się wzrokiem, że Vitani usadzono na złotym tronie, po czym padła na ziemie tam gdzie stała. Po raz pierwszy w życiu, to Nuka poszedł do matki i dał jej całusa na dobranoc – dotychczas było odwrotnie. Ale Zira nawet nie zauważyła tej zmiany, bo już zdążyła zapaść w głęboki sen.

Więc Nuka poszedł do Angi, układającej do snu Hawę.

- Jest w szoku. – wyjaśniła lwica. – Ktoś musi przy niej czuwać cały czas.

Nuka odpowiedział głosem nad wyraz poważnym, jak na kociaka.

- Idź spać, ciociu. Ja z nią zostanę.

Więc lwica odeszła w spokojniejsze miejsce hali i legła twardym snem, a Nuka położył się i przytulił do kotki. Spała niespokojnym snem, od czasu do czasu mrucząc ze strachem. Ale po chwili kojącej obecności Nuki, uspokoiła się i pogrążyła w bardziej radosne marzenia. Nuka poczuł się również lżej, kołysany przez regularny oddech przyjaciółki. Zamknął oczy, mając nadzieję, że zaraz zaśnie, a kiedy się obudzi, straszne wydarzenia poprzednich dni okażą się jedynie koszmarem.

*

Niemal wszyscy ocknęli się do zmierzchu. Wstawali w ciszy, jakby wciąż nie wierząc, co się stało. Ostatnia otworzyła oczy Zira.

- Skazo? – zawołała w ciemność komnaty. Nikt się ośmielił się odpowiedzieć królowej, lub przypomnieć jej, że król nie żył. – Skazo, gdzie jesteś... – wtem klątwa wspomnień zalała umysł władczyni, a ta wydała krótki syk bólu. – Amini... – dodała ciszej, ale kolejny raz nikt nie mógł jej odpowiedzieć

Zira padał nieruchomo na ziemię i trwała tak przez długie minuty. W końcu wstała niepewnie i spojrzała na swoje stado. W milczeniu liczyła siostry, acz nie dlatego, że nie znała ich liczby, ale ponieważ wciąż nie wierzyła, że ta liczba zmniejszyła się od dnia poprzedniego. Potem powiedziała, łamiącym się głosem

- Siostry... zawiodłam was, jako królowa. – szmer zdumienia przebiegł pomiędzy lwicami. – Pozwoliłam na naszą klęskę i widzę w tym swoją winę. – pomruk stał się głośniejszy. – Powinnam ustąpić z tronu! – I nagle cisza przecięła wnętrze kopca. – Wybierzecie lwicę, która zostanie regentką, do czasu aż Nuka dojdzie do odpowiedniego wieku i...

Stado wybuchło. Wszystkie Złote zaryczały, wzbudzając groźne echo i trzęsąc ścianami kopca. Nawet Hawaa, w pierwszej chwili przerażona tym krzykiem, sama dołączyła z całą mocą swego kocięcego gardła. Złote Stado jednak ucichło, gdy Zira podniosła łapę.

- O co wam chodzi? – zapytała, przerażonym głosem. Wtem w hali rozbrzmiał nieśmiały krzyk kotki. Hawy.

- Nie, moja pani... Nie poddawaj się! Potrzebujemy cię wszyscy!

Lwice spojrzały na kociaka, urodzonego na Lwiej Ziemi, ale nie ze złością czy pogardą, ale podziwem.

- Ma rację! – zawołała Vii. – Ty jesteś naszą królową!

- ZŁOTA KRÓLOWA! ZŁOTA KRÓLOWA! – zagrzmiał krzyk całego stada. Zira powoli wdrapała się na hałdę ziemi w środku komnaty. Kiedy stanęła na szczycie, krzyki ucichły.

- Wiecie, co wczoraj zrobiłam? – zapytała.

- Dowiodłaś odwagi wobec silniejszego wroga! – odparł któraś z lwic. Zira w ciemnościach nie dostrzegła jednak która.

- Ale przez to zginęli nasi przyjaciele. – dodała.

- Od dziś będą nas wspierać z nieba! – krzyknęła inna ze Złotych.

- Razem z lordem Skazą! – dodała inna.

Nie było już miejsca na wątpliwości – Złote Stado było pewne czego chce, a chciało swojej królowej. Zira widziała w ich oczach przyjaciółek oddanie. Nikt nie winił jej za porażkę. Nikt nawet nie myślał, że można było walczyć lepiej i skuteczniej. A wszystkie Złote nadal były lojalne wobec pamięci po Skazie.

- Siostry! – zawołała. – Wrogowie, stronnicy uzurpatora, raz nas pokonali, ale nie jeszcze nie zwyciężyli. – ryk znów zabrzmiał w Złotej Hali. – Pamiętamy o naszym dziedzictwie i odzyskamy je! – lwice ryknęły po raz kolejny. – Powiodę was do zwycięstwa... lub zginę, próbując. Ale nie mam zamiaru umierać, dopóki nasza misja się nie skończy. A wy?

- ZŁOTA KRÓLOWA! ZŁOTA KRÓLOWA! – ryczały Złote, podnosząc łapy w salucie dla monarchini. Pod jej przewodnictwem, były jednym. Władczyni powoli zeszła z hałdy, uważając by nie urazić naciągniętych mięśni i skręconych stawów, po czym podeszła do Hawy. Kotka trzęsła się, ale z zimna, nie ze strachu. Patrzyła w oczy królowej pewnie, tym pewniej, od kiedy Nuka położył jej łapę na ramieniu.

- Moje dziecko... czemu poszłaś z nami?

- Nie jestem Lwioziemką! – odparła kotka poważnym głosem. – I nigdy nie byłam. Nie jestem jak oni i nie chce mieć udziału w ich strasznych czynach. Proszę, przyjmij mnie do swego stada...

Zira spojrzała na nią ze zdumieniem, milczała chwilę, po czym spytała.

- Gdzie jest twoja matka? – oczach dziecka pojawiły się dwie łzy.

- Nie żyje... Simba ją zabił, kiedy dowiedział się, że poszłam was ostrzec...

Ryk oburzenia wybuchł w hali. Lwice nie mogły uwierzyć w to, co słyszały.

- Nie żyje. – powtórzyła Zira wstrząśniętym głosem. – A ty szłaś nas ostrzec?

- Przybyłam za późno, pani. – chlipnęła kotka. – Wybacz.

- Na Gwiazdy... – jęknęła zdumiona odwagą i siłą woli kociaka. – Jesteś nasza... bohaterką! Zaryzykowałaś życie dla nas!

- Na próżno, pani... – chlipnęła i wybuchła płaczem.

- Ale... twoja matka była stronniczką Simby... – mruknęła Zira z niedowierzaniem. – Czemu on by...

- SIMBA NIE JEST KRÓLEM! – krzyknęła z płaczem kotka. – NIE JEST TAKI JAK PAN SKAZA! TO ZWYKŁY TYRAN! – i dodała ciszej, ale jeszcze żałośniej. – Nie chce mieć z nim nic wspólnego. Proszę, ty bądź moją władczynią, ciociu Ziro.

Lwica westchnęła i spojrzała na Nukę. Lewek prosił oczyma: pozwól jej zostać! Pozwól jej zostać! Ale to nie było konieczne. Zira była tak zafascynowana czynem Hawy i tak oczarowana odwagą kotko, że nie sama nie chciała jej oddawać. Jednak zaproponować powrót do Simby musiała.

- Czy wiesz, co to oznacza? Jeśli zostaniesz z nami, będziesz cierpiała głód i pragnienie, gdyż czas naszego powrotu na Lwią Ziemię nie jest bliski. – Królowa wiedziała, że za kilka miesięcy urodzi się Kovu i kociaki Dorii, Vii oraz Theli. Tak więc stado zostanie obarczone obowiązkiem utrzymania nowego pokolenia, co skutecznie uniemożliwi im walkę. Będą musieli czekać, aż kociaki podrosną. Więc spojrzała na Hawę z niemal matczynym ciepłem w oczach. – Możemy przeprawić cię na drugi brzeg, a ty możesz powiedzieć Simbie, że uprowadziliśmy cię siłą. Wrócisz na Lwią Skałę i będziesz żyła w dostatku, ale my nie zapomnimy, co dla nas zrobiłaś, i w dniu, kiedy wrócimy do królestwa, nie stanie ci się krzywda. Przysięgam!

- Nie! - załkała Hawaa. – Chcę zostać, cokolwiek by to znaczyło. Nauczę się polować, przydam się w stadzie...

- Już się przydałaś. – przerwała Zira. – I już zasłużyłaś na naszą wdzięczność. Ale pytam cię: czy jesteś gotowa, aby żyć na tej ubogiej ziemi? Nie możemy obiecać ci luksusów i łatwego życia... a jedynie miłość i wierność naszego stada.

- Jestem gotowa, moja królowo! – uśmiechnęła się Hawaa przez łzy.

- A wiec witaj na Złej Ziemi, moje dziecko! – zawołała Zira, a lwice ryknęły z szacunkiem i dumą. Straciły siostrę i brata, ale tego dnia stado zostało wzmocnione po niedawnych ranach. Wzmocnione przez odważną duszę, która nie bała się losu Wygnańca.

- Niech żyje królowa! – szepnęła Hawaa i została czule przytulona do serca Ziry.

*

I to właściwie jest prawdziwy początek historii. Od tego dnia zaczęła się prawdziwe życie na Złej Ziemi, twarde i męczące. Ale w tej walce z samym Kręgiem Życia było coś wzniosłego i wspaniałego, coś, czego nie każdy w życiu doświadczył. Ta droga była znaczona łzami, ale łzami bohaterów. Odwagę łatwo jest dostrzec nawet na co dzień, jeśli się patrzy uważnie.

- Nuka! – zawołała Hawaa słabym głosem. – Jestem GŁODNA!

Leżała na ziemi przed wejściem do Złotej Hali, czekając aż lwice wrócą z ich wyprawy. Skromny zapas żywności, który Zira zostawiła kociakom, szybko się wyczerpał, a Hawaa czuła potworne rwanie w żołądku i stwierdziła, że ma zawroty głowy. Zamglonym już wzrokiem zauważyła Nukę, idącego ku niej z jakimś ładunkiem w ustach.

- Nuka... tak mi przykro... – chlipnęła. – Ja się nie chcę skarżyć... ale JESTEM GŁODNA!

Syn Skazy podszedł do przyjaciółki położył przed nią pustynnego szczura.

- Może nie jest pyszny, ale bardzo sycący! – powiedział, udając wesoły nastrój.

Ona niemal rzuciła się na martwą zdobycz i połknęła ja w kilku kęsach, prawie nie przeżuwając. Kiedy skończyła ten głodowy posiłek, spojrzała na Nukę z przerażeniem w oczach.

- Ja... ja zjadłam całego! Przepraszam, Nuka, ja nie chciałam!

- Nic się nie stało. – odparł lewek. – Ja już jadłem. – skłamał i zaśmiał się głośno, aby zagłuszyć burczenie w brzuchu.

- Nuka, przepraszam. Ja się poprawię i będę...

- Ciii – powiedział kociak i przytulił przyjaciółkę. – Jesteś bardzo dzielna. Bardzo! – delikatnie polizał jej czoło. – Wrócę tu niedługo, ale muszę upolować coś dla Vitani.

- Aha... – mruknęła cicho Hawaa. – Zaczekam tu.

A syn Skazy ruszył ku wzgórzom Złej Ziemi, goniony przez promienie palącego słońca.

*

Jego matka, tak jak inne lwice ze stada, nie była daleko. Ot, za pobliskim pasmem wzgórz, w dolinie zwanej Cmentarzyskiem Słoni. Miała tam cos ważnego do załatwienia.

- Ratuj się kto może! – krzyknęła hiena, ale w następnej sekundzie została śmiertelnie ugodzona pazurami Ziry.

Złote Lwice powoli kroczyły doliną, zabijając każdego padlinożercę, który nawinął im się po drodze. Oczywiście, oszczędzały małe szczeniaki, zbyt młode, być mieć coś wspólnego z zabójstwem Skazy, ale nie miały oporów przed czynieniem ich sierotami. Całe cmentarzysko rozbrzmiewało krzykami strachu i bólu. Lwice szły bez pośpiechu, umożliwiając większości hien ucieczkę. Eksterminacja złoczyńców nie była ich celem – wiedziały, że los wygnańca jest gorszy od śmierci, więc wyganiały padlinożerców na tułaczkę.

- NIECH ŻYJE KRÓL! – ryczały Złote i kroczyły dalej. Były ranne, słabe i kuśtykały, ale nawet dziesiątka wyczerpanych lwic była dla klanu hien dziesiątką posłańców śmierci. Padlinożercy nawet nie próbowali odpierać ataku, tylko rzucali się pojedynczo do bezwładnej ucieczki. Tak, jak zakładały mścicielki.

- Skazo! – krzyknęła Zira, gdy dotarły do krańca wąwozu a hieny już przedzierały się przez kolczaste zarośla, aby uciec na Wielka Pustynię. – Połowa winowajców została ukarana... A ja nie spocznę, dopóki nie dostanę także tej drugiej połowy! – jej głos odbił się złowieszczo od ścian doliny i pomknął ku niebu. Skaza spoglądał na ziemię z ciężkim od żalu sercem. Nie był w stanie przekazać partnerce, że nie to było jego ostatnią wolą.

A trzy miesiące później, kiedy pora sucha już wypalała ziemię bezlitosnymi promieniami słońca, kolejna procesja wyruszyła ze Złej Ziemi. I znów całe stado, tym razem jednak skierowało się na południe i po przejściu wysychającego koryta Rzeki Granicznej, weszło na sawannę Lwiej Ziemi. Tylko Anga została z Nuką, Vitani, Hawą i kociakami urodzonymi kilka dni wcześniej. Reszta Złotych towarzyszyła królowej w niezwykłej okazji – narodzinach księcia.

Zira szła powoli i uważnie, jako że poród miał nastąpić lada chwila. Zmierzała na Lwią Ziemie gdzie jej syn miał zostać królem. Stado zatrzymało się przy Kocięcym Schronieniu i otoczyło jamę żelaznym kręgiem. Królowa weszła do środka, a jej siostry czuwały.

Simba spotkał ich przypadkiem, w czasie polowania. Miał tylko siedem lwic ze sobą, poza tym był zupełnie zaskoczony.

- Zira! – zawołał z gniewem, ale i niepewnością. – Wynoś się z mojej ziemi!

Ale odpowiedziała mu tylko cisza, przerywana tylko jękami rodzącej królowej. Zawołał więc ponownie.

- Czekasz na oficjalny wyrok? No dobrze: jako król Lwiej Ziemi, skazuję ciebie i twoje stado na wygnanie. Kara za powrót będzie śmierć! – ale wciąż nie słyszał odpowiedzi. Widział natomiast złowieszczy wzrok lwic pilnujących Ziry. – Mówię poważnie! – dodał Simba ze strachem.

- Jesteś nikim! – syknęła Zira z ziemnej jamy. – Twój czas się wkrótce skończy... uzurpatorze!

A wtedy rozległ się pierwszy pisk nowonarodzonego kociaka. Simba zawahał się, słysząc tak nieoczekiwany odgłos. Spojrzał na swoje lwice i powiedział.

- Musimy wrócić po posiłki. – i odwrócił się ku Lwiej Skale.

Kiedy wrócili całym stadem, Złoziemców już nie było. W Kocięcym Schronieniu unosił się jedynie zapach nowonarodzonego kociaka. Książę Kovu przyszedł na świat na Lwiej Ziemi.

*

Zira musiała odpocząć. Przez pierwsze dni po narodzinach Kovu myślała tylko o kociaku. Była dumna z syna, który zapowiadał się na silnego lwa. Choć nie był synem Skazy, jego ciemne futro i bystry wzrok przypominał zmarłego króla. Zira miała nadzieję, że pójdzie w świetlane ślady duchowego ojca.

Ale trzy dni od porodu, zostawiła go pod opieką Angi, aby załatwić dawno obiecana sobie sprawę. Wyruszyła ze Złej Ziemi i skierowała się na północ. Minęła Cmentarzysko Słoni oraz suche rozlewisko Rzeki Granicznej. O zachodzie słońca dotarła na granicę pustyni, tam gdzie kiedyś poznała Skazę. Pamiętała doskonale to miejsce, choć pagórek, na którym po raz pierwszy zobaczyła króla, był już zarośnięty suchą trawą. Od czasu końca suszy, pustynia nieco cofnęła się na północ. Ale miejsce było wciąż to samo, czuła to.

Spojrzała na północny zachód, w kierunku jej starego domu, Złotych Piasków. Ale to nie wspomnienie dzieciństwa przywiodło ją w to miejsce. Przyszła, by kolejny raz porozmawiać ze Skazą. Albo przynajmniej, pomówić do niego.

- Wiem, że mnie słyszysz, Skazo! – zawołała ku piaszczystej równinie. – I czuje, że co dzień jesteś blisko... Wytrzymam tu bez ciebie tylko tak długo, jak będę musiała wypełniać moją misję. Wychowam twoje dzieci, kochany i nauczę je, jak pomścić cię i przywrócić twą chwałę! – powiedziała pewnym głosem. – Kocham cię, Skazo, i już zawsze będę. Ale... pomóż mi! Tak ciężko jest iść bez ciebie...

Niemal wybuchła płaczem, ale powstrzymała się  w ostatniej chwili. Nie miała czasu na łzy i postanowiła, że nie zapłacze aż do swego ostatecznego zwycięstwa. Kiedyś powiedziała Aminiemu, że stara Zira umarła, a nowa jeszcze się nie narodziła, ale w tamtej chwili, to nie była już prawda. Bo narodziła się do nowego życia, jako matka, przywódczyni i mścicielka. Nie była już Królową Lwiej Ziemi, ale teraz stała się Królową Piasku.

A to zobowiązywało do odwagi, nawet wobec walki z całym Kręgiem Życia. Nie bała się. Była gotowa.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

#21 2017.11.25 16:57

Ignis123
Użytkownik
Lokalizacja: Lwia Skała, Afryka
Data rejestracji: 2017.10.14
Liczba postów: 21
WWW

Odp: Królowa Piasku

Królowa Piasku XIX

19 – Epilog (kolejny obrót Kręgu)

Oto koniec historii o Zirze. Tej historii. Jeśli opowieść Wam się podobała (i wyrazicie to wystarczająco mocno;), epilog stanie się kiedyś prologiem do innej opowieści. Jakiej? Sami zobaczycie.



- Nie bała się. Była gotowa. – dokończył Taka, spoglądając na słuchaczy.

Lwice leżały nieruchomo, we wnętrzu Złotej Groty, niektóre z zamkniętymi oczyma, ale żadna z nich nie spała. Jego historia, podobnie jak wcześniejsza opowieść o Skazie, zaczarowała Złote na dobre. Nie była to zasługa talentów samego opowiadającego, a raczej treści jego słów. Nikt nie pozostał obojętny wobec nich, zwłaszcza w tamtym miejscu.

Taka, lew noszący imię po swoim sławnym dziadku, królu Skazie, był młodszym bratem króla Lwiej ziemi Dahabu oraz księżniczki Amali. Samiec, raczej kruchej budowy, miał piaskowe futro i czarną grzywę, zapewne spadek po słynnym przodku. Jednak pewien szczególny element urody wyróżniał go od zarówno Lwioziemców, jak i Złotych. Była to rudopiaskowa broda porastająca jego wychudłą szczękę. Być może nadawało mu to poważniejszego wyglądu, co pomimo młodego wieku czyniło go doskonałym trubadurem i arbitrem stad. Od kiedy pojął się zadania zachowania kontaktu pomiędzy rozdzielonymi Drugą Suszą Lwią Ziemią i Złotymi Piaskami, stał się także nieformalnym historykiem obydwu królestw. W ciężkich czasach, w których przyszło mu żyć, oprócz delikatnej roli dyplomaty i rozjemcy, również zadanie trubadura było poważne i potrzebne, gdyż wzmacniało ducha. Nawet Dhalimu to rozumiał, więc pozwalał mu odwiedzać Złote Stado.

- Jejku... – wyszeptała Kota, piękna lwica i lśniąco złotym futrze i zielonych oczach. – Nigdy nie patrzyłam w ten sposób na Zirę...

- Przestań! – przerwał król Dhalimu. Wielki, brązowogrzywy lew wstał i wszedł do kręgu lwic. – To tylko plotki... bajki...

- To historia twojej babki. – odparł pewnie Taka. – A więc i mojej babki: królowej Ziry. Pamiętaj o tym, sir.

Król zatrząsł się z gniewu, jakby chciał uderzyć młodszego i słabszego samca, ale zaraz potem wybuchł śmiechem.

- Tak! Mój kuzyn dobrze prawi! – zawołał. – Chwalmy Zirę, moją babkę, matkę mojego ojca, Kovu! Niech żyje chwała naszego rodu! – podszedł bliżej do księcia Lwiej Ziemi i szepnął mu do ucha. – Ale nie opowiadaj mi tu już żadnych bajek o zamachach na władców... nie chciałbym być zmuszony cię zabić!

- Nie tylko ja znam takie historie. – odparł ten. - Prędzej czy później i tak je usłyszysz... kuzynie! – dokończył lodowatym tonem. Monarcha znów się zaśmiał.

- Lubię cię, Taka. Co za szkoda, że jesteś drugi w kolejce do tronu... Co za szkoda, że Dahabu cię wygnał... Ale cóż, nic na to nie poradzisz... królobójstwo to wszak straszna zbrodnia, nie sadzisz?

- Mój brat mnie nie wygnał! – odparł spokojnie lew. – Podjąłem się mojej misji z własnej woli.

- Misji królewskiego posłańca? – zapytał Dhalimu z ironią. – I bajkomówcy? Cóż, dobrze mieć w życiu jakiś cel...

- Musze już iść, kuzynie. - syknął Taka i skłonił się przed królem, nie okazując jednak choć cienia szacunku. Dodał głośniej. – Mój brat czeka na wieści ze Złotych Piasków.

- Powiedz mu, że u nas jest dobrze. – rozkazał król.

- Powiem mu, co widziałem. – odparł Taka. Król uśmiechnął się, kryjąc palący go gniew.

- A więc dobrze, odpłaciłeś nam bajką za mięso, które zjadłeś i wodę którą wypiłeś. Lubię takie historyjki. Ale teraz wracaj do swej <misji>.

- Tak jest, sir. – syknął wędrowiec, wybiegł z królewskiej jaskini i skierował się ku pustyni. Ruszył powoli, oszczędzając siły na trudny marsz przez pustkowie.

- Wyruszymy na polowanie za godzinę. – oznajmił lwicom Dhalimu. – Przez ten czas możecie odpocząć.

W porze suszy dawało się polować tylko nocą. Życie stało się ciężkie, i w Lwiej Ziemi i w Złotych Piaskach i innych królestwach, z którymi nawiązano kontakt i przymierza, dzięki podróżom Taki. Ale w ojczyźnie Złotego Rodu, życie było szczególnie ciężkie. Rządy króla Dhalimu czyniły je niemal piekłem i dla lwic i dla gości.

*

Kota dogoniła go, gdy już opuszczał Domowe Trawy. Słyszał wcześniej jej bieg, więc zatrzymał się i czekał, aż lwica dotrze. Jednak zanim go dotknęła, powiedział niepewnie.

- On może nas obserwować.

- Może. – potwierdziła lwica i objęła go mocno. – Ale nic mnie to nie obchodzi. – polizała go w policzek i dodała. - Mam dość tego strachu... i mam nadzieję, ze pewnego dnia i ty go odrzucisz.

Taka westchnął i odwrócił się ku ukochanej. Spojrzał w jej zielone oczy i powiedział zmęczonym i zbolałym głosem.

- Rozmawialiśmy o tym setki razy. Nie mogę nic zrobić! – Ona spuściła wzrok ku ziemi i odparła ze smutkiem.

- On chce, abym została jego partnerką. Żałoba po Nivie skończy się za tydzień.

- A więc będziesz królową... – powiedział Taka, udając radość. W rzeczywistości, gotował się od żalu.

- Będę zabawką tyrana! – chlipnęła Kota. – Nie widzisz tego? Nawet nie wiemy, jak zginęła Niva, ale jednego jestem pewna: zanim to się stało, miała ciężkie życie. Bił ją i poniżał, a w dodatku...

Taka westchnął ponownie i przerwał lwicy.

- Mogę ci zapewnić azyl na Lwiej Skale. Nie żyję z bratem na przyjaznej stopie, ale takiej prośbie nie odmówi.

- Nie! – wykrzyknęła Kota. – Całe moje stado cierpi. Cierpimy od suszy, ale to nie jest nawet w połowie tak straszne, jak rządy tyrana.

- Jest prawowitym królem! – odparł lew, ale sam nie uwierzył we własne słowa. – Jest synem mojego stryja Kovu i cioci Kiary. Co miałbym zrobić? Obalić go? – spojrzał w piękne oczy lwicy, w tamtym momencie, wypełnione łzami. – To mój krewniak! Nie mogę podnieść łapy na własną rodzinę. Mogę tylko powiedzieć bratu...

- ...który myśli tak samo jak ty. – dokończyła Kota. – I nic się nie zmieni.

- Kota... – szepnął Taka i uścisnął lwicę. – Kocham cię, i chciałbym, abyśmy byli razem. A nawet jeśli nie, to chciałbym, abyś żyła szczęśliwa i bezpieczna. Ale nie możesz ode mnie wymagać, abym złamał zasady, które głoszę innym. To nie chodzi o nas... to znacznie ważniejsze, niż los pojedynczego lwa. To jest Krąg Życia! Nie możemy walczyć przeciw niemu.

- Twój dziad mógł. – odparła Kota. – I twoja babka... Opowiadasz takie piękne historie, że aż żałuję, iż nie są prawdziwe.

- One są prawdziwe! – gorąco zapewnił Taka, ale lwica wciąż mówiła.

- Może kiedyś były. Ale co z tego, jeśli dziś nie ma już nikogo takiego jak Zira, Skaza, Hawaa, Tanabi czy Amini? Zostały tylko martwe legendy po nich.

- Mam go zabić? – zapytał wprost Taka. – Jestem słabszy, mam znikome szansę przetrwać pojedynek, ale jeśli chcesz, spróbuję. Nie boję się śmierci, ale boję się bezsensownej śmierci. Mogę wyzwać Dhalimiego, ale nawet gdybym, jakimś cudem, wygrał, nie miałbym prawa zając jego miejsca. To przecież...

Kota przerwała tę przemowę pocałunkiem, po czym odpowiedziała łamiącym się głosem.

- Wiem i za to też cię kocham. Jesteś honorowy i zawsze posłuszny prawom. Los nie jest sprawiedliwy: kocham cię z powodu cechy, która nie pozwoli nam być razem. – spojrzała na ziemię. – Masz rację... Idź już, zanim Dhalimu nas zauważy. Kiedy znów przyjdziesz?

- Spróbuję za miesiąc. Jeśli nie będzie powodu, wymyślę go.

- A ja spróbuję wymknąć się na kilka dni. Daj tylko znak Akrze lub Simmi, a ja cię znajdę w Suchej Oazie. Ale nie mam pewności... za miesiąc będę już...

- Żegnaj Koto! – przerwał jej Taka. Nie mógł tego dłużej słuchać. Polizał policzek ukochanej i odwrócił się na południowy wschód. Ruszył tak szybko, jat tylko mógł, nie zważając na groźbę wyczerpania na pustyni. Właściwie, to mógł umrzeć w drodze. Wreszcie miałby spokój.

*

No i doczekał się. Nie dłużej niż godzinę po opuszczeniu Złotych Piasków, na chwilę przed zachodem słońca, dostrzegł pierwsze zwiastuny burzy piaskowej. Wiedział, że był zbyt daleko od włości kuzyna, by wrócić, a w okolicy nie było żadnego schronienia. A więc położył się płasko na ziemi i czekał.

„Dziwaczny wiatr.” Pomyślał. „Zerwał się tak szybko... Nie widziałem nigdy tak nagłej burzy, bo przecież dziś nie było żadnych znaków... cóż, chyba ostatecznie wpadłem. Ciekawe, czy tylko mnie porani, czy oczyści moje kości z mięsa. Chyba moja kariera jako arbitra dobiegł końca. O, Koto! Jak to dobrze, że już nie będziesz się musiała męczyć z takim nieudacznikiem jak ja.” I w tym momencie zrozumiał, że całe życie... uciekał od życia. Był młodszym bratem króla i pokornie pozwolił się wygnać, a nawet wygnał się sam, ruszając w podróże. Pełnił przydatną służbę, rozdzielał w czasach głodu wspólne tereny łowieckie graniczących ze sobą stad, ale podjął się tej misji, bo nie miał nic innego do roboty. „Arbiter!” pomyślał. „Kto będzie mnie pamiętał, kiedy ta burza piaskowa rozerwie mnie na strzępy. Znajdą innego rozjemcę i historyka, nie wspominając o mnie nawet jako o jako choćby drugoplanowym bohaterze ich opowieści! Kota miała rację...”

I wtedy pierwszy podmuch wiatru uderzył leżącego lwa. Ten w myślach zawołał rodziców, Vitani i Tanabiego, aby powitali go w krainie przodków. Jednak na wszelki wypadek, zawołał też o pomoc do Spartiego, patrona podróżujących przez pustynię. Miał niewielkie szanse przeżycia, ale skoro nie zabił go pierwszy podmuch...

„Hm? Co się dzieje?” zdumiał się, wciąż wciskając twarz w piasek. Wiatr ucichł.

Taka ostrożnie podniósł głowę i otworzył oczy. Przed sobą ujrzał chmurę piachu i natychmiast wyobraził sobie jak drobne ziarenka masakrują jego twarz, zanim silniejsze uderzenie burzy ostatecznie go dobije. Ale nic takiego się nie stało.

- Na Gwiazdy! Co to ma znaczyć? – wymamrotał, widząc ze złoty obłok przed nim unosi się nieruchomo w powietrzu, jedynie w środku kłębiąc się dziwacznie. Nagle dostrzegł sylwetkę, kształtującą się we wnętrzu chmury, sylwetkę lwicy. Ta odezwała się, ironicznym, ale przyjacielskim głosem.

- No proszę, kogo my tu mamy. Jesteś Taka, syn Vitani i Tanabiego! – Cień podszedł bliżej, obejmując go obłokiem. Lew poczuł, że drobinki piasku uderzają w jego furto, ale delikatnie, nie czyniąc mu najmniejszej krzywdy. Otworzył też oczy, które przed odruchowo zacisnął chwilę wcześniej. Nic się nie stało. – Zawsze cię lubiłam... zwłaszcza z powodu imienia! – dodała zjawa.

- Zira! – wyszeptał zdumiony Taka. – Babcia Zira! – pochylił głowę z szacunkiem. – Witaj na ziemi, pani. A może to ja jestem martwy? – zapytał niepewnie. Ale czuł się żywy jak nigdy wcześniej. Nie, raczej nie zginął. – Co sprowadziło cię tutaj z nieba?

- Twoja głupota. – odparła królowa z rozbrajającą szczerością i podeszła do wnuka. Jej sylwetka zmieniła się z piaskowego obłoku w niemal materialne ciało. – Spójrz na siebie! Mógłbyś być porządnym lwem... gdybyś tylko chciał! – dotknęła jego ramienia. – Czemu odmówiłeś Kocie? Mógłbyś być już królem...

- ...z Przeszłości. – dokończył lew, a lwica roześmiała się głośno.

- Dobre! Pozwolisz, będę cytować. – odparła rozbawionym głosem. – Kiedyś poznasz Tarkiego i zobaczymy, czy... no, nie ważne. Tak, wiem, że jesteś słabszy. Wiem, że prawdopodobnie zginąłbyś w pojedynku... Ale przecież nie tego się boisz. Ktoś kto z własnej woli błąka się po pustyni w czasie suszy i pasatów, tylko po to, aby utrzymać łączność między zaprzyjaźnionymi stadami i nakłonić je do współpracy... jest albo szalony albo gotowy na śmierć. Albo taki i taki, co widzę na twoim przykładzie. Więc czemu nie chcesz wyzwać Dhalimiego?

- Jest moim krewnym. – odparł Taka. – I prawowitym królem. Nie mam prawa...

- ...bronić lwicy, którą kochasz? – dokończyła Zira. – Nie przyszło ci do głowy, że to raczej marne prawo?

- To Krąg Życia. – powiedział lew. – Moim obowiązkiem jest go strzec.

- Doskonale! – Zira klasnęła łapami. – Ale ja sądzę, ze jest odwrotnie: to on ma cię strzec. Ty też tak myślisz, tylko boisz się przyznać. Jesteś taki sam, jak twój dziadek!

- Złamałbym prawa...

- Dhalimu łamie prawa! To tyran! Nie dba o poddanych, a ty masz prawo go obalić... jako potomek królewskiego rodu. Złote Lwice nie ośmielą się podnieść łap na władcę, gdyż nie mogą go sądzić. Ale ty możesz, nie jesteś jego poddanym. Nie złamiesz żadnej przysięgi i pozostaniesz godzien objąć władzę.

- Jestem zbyt słaby, aby wygrać z Dhalimu. – powiedział Taka cicho.

- A Skaza był zbyt słaby, aby pokonać Mufasę. Był zbyt słaby, aby przetrwać suszę i uratować swoje stada. No i był zbyt słaby, aby odzyskać tron dla Vitani. Ale on to wszystko zrobił! Wiesz o tym, skoro opowiadasz te historie tak często... – podeszła jeszcze bliżej do wnuka i szepnęła mu do ucha. – Zdradzę ci sekret... Słabość to tylko stan umysłu.

- Pomogłabyś mi? – zapytał nieprzekonany lew.

- Już to zrobiłam, Taka. – odparła, powoli rozwiewając się z powietrzu. – Już to zrobiłam.

Po minucie delikatnego wiatru, reszki piaskowego obłoku znikły. Taka spostrzegł, że była już noc, zwykła i spokojna noc. Spojrzał uważnie dookoła, po czym wybuchł śmiechem.

A więc po opowiedzeniu tylu opowieści, zrozumiał, że... żadnej z nich nie zrozumiał. Śpiewał o bohaterach przeszłości, bez potrzeby zadania sobie pytania, czy takie lwy mogłyby być potrzebne w przyszłości. No więc po co opowiadał? Żeby zrobić wrażenie na Kocie? Tej Kocie, którą właśnie zostawił samą, na łasce szalonego tyrana? Zacisnął łapę w pięść i uderzył nią o ziemię. Królowa Piasku miała rację: jego słabość była tylko stanem umysłu. Miał to szczęście, że myśl można było, zmienić zawsze. Nie bez trudu, ale zawsze.

Taka miał więc coś ważnego do zrobienia. Odwrócił się i ruszył z powrotem ku Złotym Piaskom.


,,Hakuna Matata!'' :D
,,Patrz poza tym, co widać''

Offline

Zalogowani użytkownicy przeglądający ten wątek: 0, goście: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB
Modified by Visman