Stado Lwiej Ziemi

Stado Lwiej Ziemi

Nie jesteś zalogowany na forum.

Ogłoszenie


Stado Lwiej Ziemii w trybie awaryjnym. Prace nad przywróceniem forum do stanu używalności trwają. Administracja SLZ

#1 2016-01-16 20:06

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

Cały poniższy tekst pochodzi ze strony ,,http://lionking.pl" i jest tekstem oryginalnym. Jako że strona przestała istnieć , zamieszczam go tutaj , aby był dostępny dla wszystkich zainteresowanych.

Nota od autora:

Dziedzictwo Skazy – I
Dziedzictwo Skazy
[Historia ta została oparta na filmach Król Lew i Król Lew 2: Czas Simby i winna być traktowana, jako hołd oddany twórcom tych niezwykłych opowieści. Wszystkie postacie (oprócz zaznaczonych, jako nowe, stworzone przeze mnie) występujące w poniższym tekście są objęte prawami autorskimi Walt Disney Pictures. W związku z tym, niniejsza opowieść nie może być rozpowszechniana w celach komercyjnych, a niekomercyjne publikowanie jej wymaga wskazania źródła inspiracji, jakim jest saga „Króla Lwa”. Chętnych do skomentowania „Dziedzictwa Skazy” zapraszam do korespondencji: xairos@o2.pl Taka, lipiec/sierpień 2006]
Dramatis Personae (w kolejności alfabetycznej, nowe posyłacie zaznaczone *):
Ahadi – dawny król Lwiej Ziemi, partner Uru, ojciec Mufasy i Taki (Skazy)
Arista* – dawny król Złotego Stada, ojciec Sparthy i Ziry. Zginął podczas wędrówki w czasach Wielkiej Suszy.
Banzai – hiena, brat Shenzi i Eda
Dakly* – hiena, wódz Plemienia Cmentarza, syn Edwarda Szalonego (Eda)
Danti* – niegdyś Wygnaniec, później przyjęta do stada Simby. Przyjaciółka Ostasi.
Ed (alias Edward Szalony;) – hiena, brat Shenzi i Banzaia.
Kiara – córka Simby i Nali, siostra Tanabiego. Księżniczka Lwiej Ziemi.
Kovu – Syn Zira, adoptowany syn Skazy. Partner Kiary. Dziedzic tytułu króla Złotego Stada, ale oficjalnie uważany za następcę Simby.
Maitha* – młoda lwica, przyjaciółka Kiary.
Mufasa – dawny król Lwiej Ziemi, syn Ahadiego, partner Sarabi.
Nala – Królowa Lwiej Ziemi (w czasach Simby). Partnerka Simba, matka Kiary i Tanabiego.
Onya* – Lwica z Lwiej Ziemi, w dzieciństwie przyjaciółka Sarabi i Skazy (Taki).
Ostasi* – niegdyś Wygnaniec, później przyjęta do stada Simby. Przyjaciółka Danti.
Pumbaa – guziec, przyjaciel Simby z czasów młodości.
Rafiki – stary pawian. Szaman i doradca Simby.
Sakia* – stara lwica, przyjaciółka krolowej-matki Sarabi, niegdyś lojalna poddana Skazy.
Sarabi – królowa-matka, niegdyś partnerka Mufasy, matka Sambi, babka Kiary i Tanabiego.
Sarafina – przyjaciółka Sarabi, matka Nali.
Sharia – hiena, matka trojaczków z Cmentarzyska Słoni.
Shenzi – hiena, siostra Banzaia i Eda.
Skaza (Taka) – Król Lwiej Ziemi po śmierci Mufasy.
Simba – Król Lwiej Ziemi po śmierci Skazy. Syn Mufasy, ojciec Kiary i Tanabiego.
Sorphi* – lwica ze stada Simby.
Sparthi* – syn Aristy, brat Ziry. Książę Złotego stada. Zmarł w czasie Wielkiej Suszy.
Tanabi* – syn Simba i Nali, książę Lwiej Ziemi, młodszy brat Kiary („Tanabi” jest popularnym imieniem syna Simby w fanficach, zwłaszcza tych sprzed Czasu Simby. W mojej wersji, jest to postać wpisująca się w historię z obydwu filmów. Co ważne, jest młodszym bratek Kiary, nie dziedziczy tronu!)
Tiko* – bratanek Zazu, uczący się fachu majordomusa, aby przejąć kiedyś ten urząd.
Timon – surykatka, przyjaciel Simby z czasów młodości.
Uru – niegdyś królowa Lwiej Ziemi (w czasach Ahadiego). Matka Mufasy i Skazy (Taki).
Vinia* – lwica ze stada Simby.
Vitani – córka Skazy i Ziry, siostra Nuki i Kovu. Dziedziczka Skazy..
Yakta* – wędrowny lew, syn Shakisy, niegdyś lwiątko ze Złotego Stada (uważany za zgubionego i zmarłego od czasu wygnania Złotych).
Zazu – stary majordomus na dworze Simby.
Zira – Niegdyś królowa Lwiej Ziemi (na krótko, za czasów Skazy). Córka Aristy siostra Sparthiego, Matka Nuki, Vitani i Kovu.
… – i inne postacie, których wymienienie już teraz może zdradzić zbyt wcześnie fabułę opowieści;)   
00 – Piosenka początkowa – Wieczny Krąg
[Uwaga! To “filmopodobna” sceno-piosenka, która może (acz nie musi) przybliżyć wam klimat KL i mojej kontynuacji. Jeśli uznasz ją za beznadziejną, możesz spokojnie omijać dalsze piosenki, nie są niezbędne (choć pomocne) dla zrozumienia fabuły. Polecam jednak czytanie didaskaliów. Śpiewamy następująca: zwrotki wedle melodii i rytmiki „Kręgu Życia”, refren wedle „Duch żyje w nas”.]
[Ujęcie Lwiej Skały, ten sam widok, co pod koniec Czasu Simby – Simba, Nala, Kiara i Kovu wchodzą na taras skały i zaczynają ryczeć. Zgromadzone zwierzęta cieszą się, a rozchodzący się ryk dociera także do nieobecnych mieszkańców Lwiej Ziemi. Kamera cofa się, pokazując okolicę. Muzyka zaczyna grać:]
Już od pierwszego dnia na tym świecie
Odkąd w sercu chęć do życia tkwi
[Kamera, wciąż celująca w Lwią Skałę, oddala się do tyłu. Widzimy coraz więcej zwierząt, najpierw oddających hołd lwom, dalej, zajętych walką o byt. Kiedy jednak dociera do nich odgłos ryku, nadstawiają uszu i przerywają swoje zajęcia.]
Każdy krok w siną dal
Nas przybliża o cal
W biegu aż po kres naszych dni
[Antylopy jedzą trawę, a gdy rozlega się ryk, podnoszą głowy. Tak samo robią stada zebr i żyraf.]
Nie wiesz skąd się bierze ten pęd
Rozum pojąć nie zdoła tych prawd
[Stado małp skacze z drzewa na drzewo. Gdy rozlega się ryk, zatrzymują się, acz jedna z nich spada z gałęzi, z powodu zaskoczenia.]
Więc ufając w krwi głos Toczysz w górę swój los Łapiesz Krąg, choć on chce abyś spadł
[Lampart ściga ofiarę – młoda antylopę. Oba zwierzęta przystają na odgłos ryku, ale zaraz potem lampart skacze na swoją zdobycz i zamachuję się, aby zadać śmiertelny cios. Kamera ucieka.]
To żyje w nas To w tobie tkwi I w bólu czas Wśród śmiechu dni
[Kilka sępów leci nad sawanną. Na dźwięk ryku zamierają, szybują wsłuchane, ale potem pikują na ziemie, dobierając się do padłego zwierzęcia.]
To bieg w nieznane Po świata kres To żyje w tobie Bo tobą jest
[Młody bawół tonie w bagnie. Jego matka usiłuje go wyciągnąć, ale bezskutecznie. Gdy rozlega się ryk, oba zwierzęta zaprzestają na chwilę wysiłków i słuchają. W tym czasie, bawół zapada się niemal po szyję. Matka znów chce mu pomóc, ale tym razem jest już zdecydowanie za późno. Kamera ucieka.]
Nigdy nie schodź z wydeptanej drogi Pewny szlak – ktoś przechodził już tam
[Stado zebr idzie po sawannie, jedno z młodszych zebrzątek, wyraźnie rozproszone przez słyszany ryk, uderza głowa o pień drzewa. Upada, niemal ogłuszone. Reszta zwierząt nie zauważa tego, samemu słuchając.]
Nie myśl gdzie stawiasz krok W ścieżkę swą kieruj wzrok Zgubisz ją – toś zgubiony jest sam
[Oszołomiona zebra z trudem wstaje i usiłuje dogonić stado. W tej samej chwili dwójka gepardów rzuca się na zebrzątko. To nie potrafi dobiec do stada i pada pod jednym ze skaczących drapieżców. Kamera ucieka.]
Aby dojść dalej, idź tak jak ja Przeproś dumę i rozluźnij pięść Choć nie jeden szedł sam Żaden nie doszedł tam Gdzie nas pcha naszej wieczności część.
[Hipopotamy pływają w rzece. W pewnej chwili zatrzymują się, aby wysłuchać ryku. Mały hipcio odpływa z prądem, a jego rodzice nie zauważają tego. Usiłuje walczyć z nurtem, ale ten tylko przyśpiesza. Widzimy, jak hipopotam zbliża się do krawędzi wodospadu, rozpaczliwie machając nogami. Na moment przed tym, jak wypadnie w czeluść, kamera ucieka.]
To w tobie tkwi To żyje w nas Tłum tłoczy krwi W ten wieczny marsz
[W rzece unoszą się pnie drzew, pomazane krwią (być może Ziry). Krew rozpływa się powoli w wodzie.]
To bieg w nieznane Po świata kres To wciąż w nas żyje Bo nami jest
[Pnie spadają z wodospadu, zapewne tego samego, który przed chwilą pochłonął hipcia. Obraz gaśnie.]


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#2 2016-01-16 20:08

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

01 – Przeszłość odchodzi
Cztery lwy schodziły ze skały. Nala, Simba, Kiara i Kovu rozmawiali cicho między sobą. W pomieszanej grupie Wygnańców i Lwioziemców z początku zalegała cisza, ale z czasem rozpoczęły się tam ciche i nieśmiałe pogawędki. Tylko Vitani stała obok, pod tarasem Lwiej Skały, wstrząśnięta do głębi. To wszystko zaszło zbyt szybko, aby mogła uwierzyć. Miała nowy dom, nowe stado i całe nowe życie. „Już nigdy więcej nie będę głodowała na Złej Ziemi – pomyślała niemal triumfalnie. – Nigdy więcej strachu, nigdy więcej walki, nigdy więcej rozkazów matki… O, Duchu! Mama!” zawyła w myślach. Podbiegła do Kovu i Kiary.
- Bracie, musimy przeszukać wąwóz. Mama może wciąż żyć!
- Hm? – zdziwił się Kovu. – Ale o co ci…
Kilka kroków dalej, Simba instruował swego majordomusa:
- Zazu, leć do Zielonej Jamy i powiedz mojej matce, że zwyciężyliśmy! Niech Tanabi przyprowadzi ją z powrotem.
- Choć już! Przecież jeśli przeżyła upadek, to teraz dryfuje bezbronna w rzece! – chlipała Vitani do brata.
Simba podszedł do nich, widocznie słysząc słowa lwicy.
- Ona ma rację, Kovu. – powiedział. – Musimy się upewnić, że Zira nie żyje… to znaczy: czy nie żyje. – odwrócił się do zgromadzonych lwic i polecił. – No dobrze… Musimy przeszukać oba brzegi rzeki. Połowa z was na prawy, połowa na lewy. Dwie najszybsze lwice na każdym brzegu pobiegną szybciej na zwiad. Vinia, Sorphi na lewy, a na… – spojrzał pytająco na Kovu.
- Danti, Ostasi! – rozkazał Kovu. – Biegniecie prawym brzegiem.
- Tak jest! – potwierdziły lwice, wciąż uznające syna Ziry za swego przywódcę.
- No szybciej! – jęknęła Vitani i ruszyła przodem sama.
Dobiegła do wąwozu, przedostała się po tamie z belek na lewy brzeg i spojrzała na spienioną wodę.
- Mamusiu! – szepnęła. A potem ruszyła pędem wzdłuż rzeki.
W tym samym czasie, dwie lwice ze Złej Ziemi dotarły na prawy brzeg.
- Danthi… a co my zrobimy, jeśli znajdziemy Zirę? – zapytała Ostasi.
- No… wyciągniemy ją z wody, sprawdzimy czy się nie połamała… – odparła lwica, wciąż biegnąć.
- A co zrobią ONI, jeśli ją znajdą?
Obie zatrzymały się nagle, niemal wpadając do wody. Danthi spojrzała na przyjaciółkę ze strachem.
- Co masz na myśli?
- Biegnijmy! – odparła ta. – Szybciej… Musimy ją znaleźć pierwsze.
Nie trzeba było więcej słów. Obie lwice pomyślały w tej samej chwili, co mogłoby się stać. Patrol Lwic z Lwiej Ziemi znajduje ranną przeciwniczkę Simby… Nawet nie trzeba jej dobijać, wystarczy delikatnie zepchnąć do wody i pozostawić naturze wolna rękę.
Vitani biegła swoją stroną. – Mamo! – ryczała co chwilę, z rozpaczą w głosie. Wyprzedziła znacznie Lwioziemców i odbiegła niemal dwie mile od tamy. Ale nie znalazła Ziry. Gnała z łzami w oczach, niemal nie widząc gdzie stąpa. Jakimś cudem dotarła jednak bezpiecznie do wodospadu. Ale tutaj nastał już koniec jej wędrówki. Kiedy spojrzała na grzmiącą wodę, spadająca w przepaść, wiedziała, że się spóźniła.
- Mamusiu! – załkała, zbiegając do rzeki. Zatrzymała się na płyciźnie, wpatrzona w nurt. Na jednym z kamieni, tuż przez krawędzią wodospadu, zauważyła ciemną plamę krwi, powoli rozpływająca się z wodzie.
- NIE! – ryknęła na całe gardło i wybuchła głośnym płaczem.
Kovu znalazł ją kilka godzin później, wciąż łkająca nad wodospadem. Delikatnie wyciągnął ją z wody i doprowadził do nowego domu.
*
Danti i Ostasi widziały zrozpaczoną lwicę, wchodzącą do jaskini.
- Zawiedliśmy ją. – szepnęła Ostasi. – I zawiedliśmy naszą przywódczynię i opiekunkę. Ale teraz już nic na to nie poradzimy. Musimy zapomnieć o Zirze i Skazie… musimy żyć z Simbą.
- Będziesz potrafiła zapomnieć? – zapytała Danthi, smutno kiwając głową. – Ja nie… nie sądzę. Kim my teraz jesteśmy, Ostasi?
- Hej, dziewczyny! – zawołała Maitha, młoda lwica ze stada Simby. – Chodźcie. Zostało nam trochę mięsa w środku. Może nie jest najświeższe, ale jakoś da się zjeść.
Byłe lwice Ziry weszły do jaskini Simby.
*
Kiedy noc nadeszła na niebo Lwiej Ziemi, to roziskrzyło się tysiącami gwiazd. Nikt nie podziwiał tego widoku, ale gdyby jednak zdecydował się patrzeć, mógłby ujrzeć, dwa nowe, świetliste punkty. Tam, sklepieniu, w środku pomiędzy Lwią Skałą a Złą Ziemią.
Królowie, królowe i książęta przeszłości, tak dawnej jak i najświeższej, spoglądali na Ziemię.
*
Dwa dniu później, w Potężnej Dżungli wstał kolejny, piękny świt.
Yakta otworzył oczy, zastanawiając się, czy warto było to robić.
- Cóż… – mruknął. – Wczoraj byłem tak grzeczny, że zasłużyłem na dzień odpoczynku… a skoro będę odpoczywał, to znowu będę grzeczny, tak że jutro…
Nagle przestał, czując wstyd. Lata samotnego życia w dżungli spowodowały nie tylko, że mówił do siebie, ale i słuchał siebie. I czasem nie mógł już tego znieść.
- Dosyć! – warknął. – Musze wstać i…
I tu się zaczynał problem. Nie miał żadnych obowiązków, zadań, zajęć. Właściwie, to nie miał nic do roboty. Kiedy chciał jeść, jadł robaki albo gryzonie, które kręciły się po okolicy w ilościach zastraszających. Wyrośnięty lew z rudą grzywą i jasno piaskowym futrem żył z dnia na dzień, czekając na jakąkolwiek zmianę w otaczającym go świecie. Ale co mogło się tam zmienić? Potężna Dżungla była enklawą życia i dostatku, ale także nudy. Rzeka była jedynym fragmentem tej zielonej układanki, który czasem się zmieniał.
- Tak! – mruknął Yakta. – Rzeka, pójdę nad rzekę, aby popływać… znowu!
Pływał już cały poprzedni dzień, i jeszcze poprzedni i nawet jeszcze… a, co za różnica! Nie miał żadnych innych zajęć. A jeśli nie robił nic, działy się z nim dziwaczne rzeczy. Czasami nachodziły go niepokojące wspomnienia poprzedniego życia, z czasów, gdy jego matka jeszcze żyła. To było tak dawno temu, że już zapomniał, jak wyglądała. Pamiętał tylko jej głos, kiedy uciekali (Skąd? Przed kim?), pamiętał że ukryła go w gąszczu, a sama polowała, aby go wykarmić. I z jednego takiego polowania nie wróciła. Więc Yakta musiał poradzić sobie sam. O dziwo, nauczył się żyć łatwo i beztrosko w Potężnej Dżungli. Sam.
- Rzeka, rzeka, rzeka… – śpiewał lew. – Nad rzekę trzeba iść. Rzeka, rzeka, rzeka, wykąpać czas się dziś! He!? – stanął zdumiony na brzegu i spojrzał na środek nurtu. Dziwaczny kształt, który ujrzał, wyglądał zupełnie jak…
- …ja! – mruknął Yakta, wpatrując się w lwie ciało.
- Hej! – zawołał. – Też się kąpiesz? – ale pomyślał, że ciężko brać kąpiel, trzymając wciąż twarz pod wodą. – To ty pewnie nie żyjesz? – zapytał, nie licząc na odpowiedź. Wskoczył do wody i podpłynął do trupa.
- Los nie jest sprawiedliwy… – parskał, podpływając. – Na przykład, ty byłeś pustynnym lwem, a utonąłeś. Oryginalna śmierć, przyznaję.
Kiedy dociągnął ciało do brzegu, odkrył, iż była to lwica. Nie widział żadnych lwic od czasu dzieciństwa, ale skądś wiedział podobne rzeczy. Na dodatek, skatowane i nieruchome ciało wydało mu się znajome. Jakby był to ktoś, kogo kiedyś widział… znał doskonale. Odwrócił lwicę na grzbiet i spojrzał na jej twarz.
- Wa… wasza wysokość? – wyszeptał.
Nie miał pojęcia, czemu tak powiedział, ale gdzieś w jego głowie kołatało się wspomnienie, jak matka nazywa w ten sposób tę lwicę. To była…
- Królowa Zira! – powiedział zszokowany Yakta. Niemal nie miał żadnych wspomnień na jej temat, ale odgłos tego imienia przywołał przebłyski wyblakłej przeszłości. – Ty nie żyjesz… Co się stało? Czemu tak się stało? – szeptał, przywołując dawno zapomniane strzępki pamięci. – Byłaś królową mojej matki… moją królową. O, Duchu! Czemu nigdy nie próbowałem was odnaleźć, kiedy mama umarła?! Czemu nie…
Nagle poczuł zalew obrazów z przeszłości. Matka, liżąca go w czoło. Królowa Zira, piękna i silna lwica… wielki król z czarną grzywą. Nazywali go „Skazą”, choć to nie było jego prawdziwe imię. Ale wtedy… niebezpieczeństwo. Musieli uciekać z domu. Inne lwice były na polowaniu… a może szukały czegoś? W każdym razie, nikt nie mógł ich ochronić, kiedy nadszedł Simba. Kim był Simba? Gdzie był jego dom?
- Matko! – zapłakał. – Wasza wysokość! Co się ze mną stało? Kiedyś byłem lwem, ale teraz… – ucichł i spojrzał na rzekę. Ciało Ziry odpłynęło od brzegu i wartki nurt znów porwał je w podróż ku morzu. A Yakta nie miał pojęcia, czy powinien zrobić coś z szczątkami zmarłej. Jeśli nawet powinien, nie miał pojęcia co. Czuł tylko, że musi rozwiązać te zagadki. Chciał znów stać się prawdziwym lwem, chciał odkryć, co się tam stało. Chciał wrócić.
- Wasza wysokość… wracam do domu. Wracam zamiast ciebie!
Nie miał domu w dżungli, żadnego swojego miejsca, nic cennego, co żałowałby zostawić. Nawet nie odwrócił wzroku, kiedy ruszał. Po prostu pobiegł wzdłuż rzeki.
W kierunku domu
W kierunku własnej przeszłości.
*
Rafiki malował, tak jak malował zawsze, gdy chciał się czegoś dowiedzieć. Po wspaniałym zwycięstwie nad Zirą, przyszłość wydawała się jasna i prosta… ale ostrożności nie było nigdy zbyt wiele. Wróżba musiała zostać dokonana. Więc stary pawian umoczył dłoń w skorupie kokosa, w której przechowywał farbę i maznął kolejną kreskę wizerunku przyszłego króla. Poczuł delikatne pieczenie w palcu, najprawdopodobniej skaleczonym o krawędź naczynia, ale nie przejmował się tym. Jednak nagle…
- Kovu? – syknął. – To nie jest Kovu! – ponownie spojrzał na szkic następcy tronu, ale różnica była uderzająca. Jego grzywa była rudobrązowa… prawie taka jak grzywa Simby. – Ale to nie jest też Simba! – dodał Rafiki, dostrzegając dziwaczną, czerwoną plamę na twarzy władcy. – I ja przecież malowałem na czarno… – spuścił wzrok na dłoń i zauważył, że krew ze skaleczenia zabarwiła farbę na czerwony odcień. – Ech… zwykła pomyłka. – wyszeptał i zaczął malować przyszłą królową.
Ale ten rysunek okazał się nawet bardziej niepokojący niż poprzedni.
- TO NIE JEST KIARA! – wykrzyknął szaman, z nagłym strachem, widząc nieznane mu rysy lwicy. – Kto to…
Nagle do środka jego nadrzewnej siedziby wdarł się gwałtowny wiatr. Zachwiał Rafikim i przewrócił jego naczynia na farby.
- Co się… – wykrzyknął pawian, ale wtedy zrozumiał. – Witaj, mój gościu… kimkolwiek jesteś. – szepnął do niewidzialnego rozmówcy. – Mufasa? – zapytał jeszcze ciszej. – Mufaso, co to znaczy? Coś grozi Kiarze i Kovu?
Wiatr porwał jedno z kokosowych naczyń i przedmuchał je pod inną ścianę. – Ale ta ściana nie służy do wróżb! Nie jest związana z Lwią Ziemią! – wykrzyknął szaman, ale skorupa nadal podrygiwała na wietrze, obijając się o ścianę dziupli. – Chcesz, abym malował Kiare i Kovu tam? Ale dlaczego? – podniósł naczynie i zajrzał w jego czarne wnętrze. – Ty nie jesteś Mufasą! – jęknął Rafiki. Wiatr natychmiast umilkł. – Czekaj… Kim jesteś?
Podbiegł do wyjścia i wyjrzał w mrok spokojnej nocy. Nie dostrzegł niczego niezwykłego.
- To tylko sen? – zapytał pod nosem Rafiki. – Chyba jestem już za stary do tej roboty…


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#3 2016-01-16 20:09

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

02 – Wyjście z mroku
<miesiąc po zakończeniu wydarzeń z Czasu Simby>
Oczywiście, że jej nie ufali. A dlaczego mieliby ufać – jej, córce zaprzysięgłych wrogów Stada Lwiej Ziemi? Być może wrogów już martwych, ale w pamięci lwów wciąż groźnych. Może kiedyś… kiedy jej przyrodni brat zostanie królem (czy może lepiej powiedzieć: partnerem królowej)… wtedy zostanie w pełni zaakceptowana przez stado. Ale to odległa przyszłość – póki co była jedynie spadkobierczynią Skazy i Ziry oraz wrogiem, który się poddał i otrzymał niezasłużoną łaskę. Zabawne – Kovu został uznany za bohatera – wybrańca, który zjednoczył skłócone stada. A ona? To ona przekonała lwice ze Złej Ziemi do poddania się. Ona, tak na prawdę, ocaliła swe towarzyszki ze stada, bo na czas zrozumiała, iż zemsta nie ma sensu. Zlekceważyła rozkazy matki, ukorzyła swoją dumę i poddała się. A to znaczy, że i ona powinna zostać uznana za… zdrajcę?
- O, Duchu! Jeśli postąpiłam dobrze, to czemu czuję się jak zdrajczyni i oszustka? – pomyślała Vitani. – Dziś nie mam już nic. Nie mam ojca, nie mam matki… jeden z moich braci nie żyje, a drugi zapewne nigdy nie będzie już kochał „dawnego Wyrzutka”. Zdradziłam pamięć po tacie, zawiodłam mamę i Nukę. I na co to mi było? Żeby przeżyć? Cóż jest warte życie bez honoru, rodziny i celu?
Nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęła biec. Gnała przez sawannę we wściekłym pędzie, jakby próbowała uciec wspomnieniom i bolesnym myślom. Zielona Jama, tajna kryjówka mieszkańców Lwiej Ziemi nagle ukazała się jej oczom. „No ładnie… – pomyślała. – Dotarłam tu przed południem, niezły wynik. Bieganie idzie mi znacznie lepiej niż myślenie. Ale nie ważne, mam zadanie do spełnienia.”
To co nazwała „zadaniem” miało być pomocą starym lwicom, wysłanym do kryjówki tuż przed Bitwą Zjednoczenia (chociaż to wydarzenie miało miejsce zaledwie miesiąc wcześniej, Zazu już zdążył obrócić je w legendę i nazwać tak dumnie) w powrocie na Lwią Skałę. Trzy nestorki stada zdołały wrócić same, jak tylko Zazu przyniósł im wieści o zwycięstwie Simby. Jednak stara Sakia i królowa-matka nie były w stanie przejść pół dnia drogi bez przygotowania i bez pomocy. No więc Vitani polecono, aby stała się niańka dla dostojnych lwic, co zapewne nie różniło się zbytnio od niańczenia małych kociaków.
- Dzień dobry? – zawołała Vitani, stoją przed wejściem do jamy. – To ja, Vitani. Przyszłam tu, aby pomóc wam w powrocie.
Kryjówka była jedynie niewielką jaskinią na zboczy niewielkiej skały. Może nie wyglądała dostojnie, ani tym bardziej królewsko, ale miała pewne niezaprzeczalne zalety. Ze zbocza wypływało źródło, zasilające niewielki potok, a wejście do jaskini było niemal niewidoczne dla nieprzygotowanego widza. Zwłaszcza teraz, gdy palące słońce południa oświetlało Zieloną Jamę, nazwa kryjówki wydawała się idealna – bez dokładnych wskazówek Nali, Vitani mogłaby nigdy nie znaleźć zarośniętego trawą i lianami wejścia.
- Wasza wysokość? Pani Sakio? – zapytała Vitani zielonego gąszczu na zboczu skały.
- Nie jestem już „waszą wysokością”. – odezwał się głos z jaskini. – Powinnaś tak mówić wyłącznie do Nali i kiedyś w przyszłości do mojej słodkiej Kiary. Ja jestem już tylko starą lwicą, choć przyznaję, że miło mi się słucha podobnych pochlebstw.
- Oho, jest ostrożna, madame. – Vitani usłyszała kolejny głos. – Raczej za nic nie chciałaby okazać się teraz nieuprzejmą. Ona należy do Wygnańców… to znaczy: należała do Wygnańców. – powiedziała druga lwica, z dziwną nutą w głosie. „Żałuje mnie? Jest ciekawa?” zastanawiała się Vitani.
- Dobrze… Chodźmy. – zdecydowała Sarabi. – Sakio, jesteś gotowa?
- Mogę wejść do środka? – zapytała Vitani.
- Śmiało, moja droga. – odpowiedziała królowa-matka. – Oczywiście, jeśli uda ci się znaleźć wejście… – dodała, rozbawiona. Młoda lwica szybko dotarła do wylotu jaskini i weszła w mrok. – No proszę… masz sokoli wzrok, dziecko!
- Czy to dziwne, madame? – zapytała Sakia.- Ona wychowała się na Złej Ziemi, a tam każdy musiał mieć ostre pazury i czujne zmysły. Choć, dziecinko, niech no ci się przyjrzę… – Sakia niemal przewierciła wzrokiem Vitani, jakby patrząc na niezwykły okaz rzadkiego motyla. Nagle, jej źrenice zwęziły się a usta bezwiednie otworzyły. – Jesteś córką Skazy!
- Tak… to znaczy… – wyjąkała Vitani, czując się słabo. – Tak. Czy to pani przeszkadza? – dokończyła niemal z furią miała dosyć ciągłych tłumaczeń i przepraszania za grzechy ojca.
- Nie, skąd… myślałam, że to może być problemem dla ciebie… – powiedziała starsza lwica. I po chwili dodała. – Ale widzę, że nie tak dużym, jak być mogło.
- Sakio, przestań natychmiast. – szepnęła Sarabi.- Ta dziewczyna przez wiele przeszła. Nie mieszaj jej więcej w głowie, póki rany są tak świeże…
- Wybacz, madame. – odparła Sakia. – I ty się na mnie nie gniewaj, moje dziecko. Wybacz starej lwicy jej dziwactwa. Tak to już bywa w moim wieku… Niektórzy żyją o parę lat zbyt długo i stają się kimś, kim nigdy by być nie chcieli. – Vitani słuchała starej kocicy z dziwacznym uczuciem, drapiącym jej myśli. To był sarkazm? Ostrzeżenie? Może jakiś dziwaczny wyraz sympatii? Może to wszystko po trochu?
- Możemy już iść? – zapyta Vitani.
- Tak, możecie. Sakia i ty. – odparła Sarabi. – Wciąż nie czuję się na siłach do wędrówki, noga wciąż boli. Zawsze mnie to dopada przy tak gorącej pogodzie. Musimy zaczekać do zmierzchu i iść w nocy. Tej nocy, albo następnej… albo będę czekała tu tak długo, aż wreszcie umrę, co rozwiąże większość naszych podróżniczych problemów… – wyjaśniła z pogodną ironią w głosie królowa-matka.
- Babciu, przestań. – od wejścia do jamy odezwał się nowy głos. – Gadasz bzdury. Wszyscy wrócimy, ciocia Sakia teraz, a my ruszymy tuż po zmierzchu. Tak więc… – w tym momencie Vitani spostrzegła młodego lwa, stojącego za nią. Od razy wiedziała, z kim ma do czynienia – z księciem Tanabim, synem Simby i młodszym bratem Kiary. Był solidnie wyrosłym lwim podrostkiem, z brązowo-złotym futrem i niemal czerwoną grzywą. Choć niemal już przerósł Vitani, wciąż nie był uznawany za dojrzałego lwa i tuż przed bitwą został wysłany „do obrony starszych lwic”, daleko od Lwiej Skały. To zrozumiałe, że Simba bał się o życie syna, ale Vitani nie mogła pojąć, czemu odesłał Tanabiego. Jego, choć nie imponująca, to znaczna siła oraz gorąca wola walki mogłaby rozstrzygnąć starcie, jeśli te rozgorzałoby na dobre. A lew został potraktowany jak dziecko. Vitani widziała go wcześniej kilka razy, od czasu zjednoczenia stad – wydawał się być zawsze wściekły, zawsze usiłujący udowodnić swoją dorosłość. Pomyślała, że musiał cierpieć z powodu nadopiekuńczości ojca, tak samo jak Kiara. Z jedną tylko różnicą – Kiara była kocicą. Dla lwiego samca upokorzenie związane z niedopuszczeniem do walki musiało być nieporównywalnie większe. „Szkoda go. – pomyślała Vitani. – Wygląda przystojnie… no dobrze, przyznam to: wyjątkowo przystojnie, jest silny i niezależny. Co w tym dziwnego, że chce się poczuć dorosłym?” Przypatrywała się mu, kiedy jego ślepe od słońca oczy nie widziały nic w ciemności jaskini. Ale gdy tylko książę zauważył, że jest obserwowany, umilkł natychmiast. „Oho? Czyżby kolejny mieszkaniec Lwiej Ziemi brzydzi się wstrętnym wygnańcem? Chyba powinnam się przyzwyczaić do podobnych reakcji.” Pomyślała lwica.
- Wi… cześć, Vitani. – powiedział niepewnie lew. – To ty nam pomożesz?
W jego głosie brzmiała dziwna nuta. Raczej nie przypominająca pogardy, a raczej… „Nie mam pojęcia, co on o mnie pomyślał. Chyba się mnie nie boi?”
- Tak. Czy zostaniesz razem, z jej wysokością?
Sarabi roześmiała się cicho.
- Tak, oczywiście. Mój wnuk zostanie ze mną, będzie dla mnie polował, żywił mnie i nawet poił, jeśli sama nie trafię do potoku. Krótko mówiąc: będzie się mną opiekował, jakbym była nowonarodzonym kociakiem, a nie jakąś „waszą wysokością”. Mam rację, mój drogi?
- Poradzimy sobie. – burknął Tanabi. Być może pomyślał, że nawet Vitani nie wierzy, aby poradził sobie z doglądaniem babci.
- Oczywiście, że tak, mój książę. – odpowiedziała Vitani, licząc że wyraz szacunku udobrucha i pochlebi lwu. Oczywiście, myliła się.
- No ba… jasne! – mruknął Tanabi. – Moja babcia jest absolutnie bezpieczna pod opieką księcia Zgniłej Dziury i jej Okolic!
- Okaż szacunek, mój panie! Rozmawiasz z dziedziczką Starożytnych Kopców Termicich! – zauważyła Sakia. Vitani, nie mogąc się powstrzymać, wybuchła śmiechem.
- Sakio! – fuknęła Sarabi. – Co ty mówisz? To było złośliwe…
- Być może, babciu. Ale też bardzo śmieszne. – zauważył rechoczący cicho Tanabi. – To znaczy… przepraszam, Vitani. – jego śmiech ucichł.
- Nic się nie stało, książę. – odparła lwica. – Dziś mój dawny dom zasługuje już chyba tylko na śmiech.
W ciemnej grocie zapadła niezręczna cisza, choć Vitani wydało się, że usłyszała szept Sakii „I dzięki komu do tego doszło…”, ale… nie, to musiał być jakiś omam. „No ładnie, chyba nabawiłam się udaru słonecznego.” Pomyślała lwica.
- No to jak? – zapytał Tanabi. – Jeśli jesteś gotowa, ciociu, radził bym ci już ruszać. Lepiej byłoby dotrzeć do Skały o zmroku, albo nie dużo później.
- Czekam tylko na ciebie. – zapewniła Sakia.
- No to możemy iść. – powiedziała młoda lwica.
Podeszła do starej kocicy i delikatnie przytrzymała ją zębami za kark, gdy ta wstawała. Ruszyły do wyjścia.
- Dziękuję, Vitani. – szepnął nieśmiało Tanabi.
- Powodzenia, wędrowcy! – dodała Sarabi.
- Przyda nam się? – zapytała z udaną obrazą Sakia. – Być może, madame. W przeciwieństwie do ciebie, będę miała okazję umrzeć na stojąco. – obie lwice wybuchły gorzkim śmiechem.
- Idźcie już. – mruknął Tanabi. – Moja babcia zaczyna wariować.
- Słyszałam to, kochanie. – odparła królowa-matka.
- To my już pójdziemy, wasza wysokość… – powiedziała Vitani i delikatnie popchnęła swoją podopieczna ku wyjściu.
*
- Przyznaję, babciu… – powiedział wybity z równowagi Tanabi, gdy tylko dwie lwice wyszły. – Jak mało kto masz talent do uprzejmych rozmów z poddanymi.
- Cóż, ktoś z nas dwojga mieć musi. Dziś ja podtrzymywałam konwersację, gdy twoją uwagę pochłonęła kontemplacja uroków tej młodej damy. Może powinieneś z nią porozmawiać bez udziału starych nudziarzy?
- No jasne. – odparł Tanabi. – Będzie zachwycona moimi opowieściami o ukrywaniu się w głębi mojego błotnego królestwa.
- O, mój drogi… – mruknęła Sarabi. – Podejdź do mnie. O tak… – gdy lew zbliżył się do babci, ta czule polizała go po czole. – Uspokój się, kochanie… Doskonale wiem, o co ci chodzi. Ale powiedzmy sobie szczerze: kiedy ja byłam w twoim wieku, to nawet nie pozwalano mi odejść do skały dalej niż widziała moja matka. A ty… no cóż… jesteś szanowanym, młodym księciem, który pomaga ojcu w rządach królestwa. No, i oczywiście wyglądasz mi na młodzieniaszka, za którym oglądają się wszystkie lwice…
- …nie kryjąc rozbawienia. – dodał cierpko Tanabi.
- Oj, przestań! Przecież widziałam, że ta Vitani pożerała cię wzrokiem jak głodny lew dorodną antylopę. A i ty…
- Nie sądzę, aby dzieciaki były w jej typie.
- Nie jesteś dzieckiem. – zaprotestowała lwica.
- Oczywiście, że nie. – mruknął sarkastycznie Tanabi. – Jestem wspaniałym księciem Zgniłej Jamy. Ale teraz lepiej wyjdę coś ubić na obiad, zanim ty mnie ubijesz swoimi mądrościami.
Szybko wyskoczył z jaskini i zaczął biec w popołudniowym słońcu. Czuł, jakby coś gotowało się w jego wnętrzu, a wysiłek i walka były jedynymi sposobami pozbycia się tego ucisku. Musiał zdobyć porządną zwierzynę.
- Ha, ha! Żałosna antylopo! – mruknął pod nosem. – Czeka cię zaszczyt ubicia przez sławnego księcia Zgniłej Jamy. Tylko nie mów mojemu tacie, że polowałem bez pozwolenia…
*
Droga powrotne dłużyła się strasznie. Nawet nie chodziło o tempo, choć Vitani wiedziała dobrze, że ze stara lwicą idzie dwa razy wolniej. Dużo gorsze od ślimaczej podróży było ślimaczące się milczenie. Musiała rozmawiać z lwicą, która najwidoczniej jej nie lubiła. Gdy doszła już pewności w tej kwestii, około mili od Jamy, zapytała wprost:
- Pani mnie wyraźnie nie znosi. Czy nie mam racji?
Sakia chwile milczała, zanim odpowiedziała. Jej głos był beznamiętny:
- Tak, właściwie masz rację. Choć wiem, że nie mam żadnego powodu, aby cię nie lubić.
- Jakiś by się znalazł. – zauważyła Vitani. – Zacznijmy od tego, że pochodzę ze Złej Ziemi…
Nagle, stara lwica zatrzymała się i wybuchła gorzkim śmiechem. Vitani również zamarła, spoglądając na Sakię ze zdumieniem.
- Czy powiedziałam coś…
- Tak, drogie dziecko! Powiedziałaś… ha! Ze Złej Ziemi! Jak to dobrze, że jeszcze o tym pamiętasz, bo ja już zapomniałam! – po chwili jednak umilkła, nieco zmieszana. – Przepraszam, malutka… Nie chcę się z tobą drażnić. To jest… sama wiesz.
„Co wiem?” zdziwiła się Vitani. Ruszyły, ale młoda lwica wciąż myślała o dziwacznym wybuchu towarzyszki.
- Madame… – poprosiła cicho. – Proszę mi powiedzieć, o miałaś na myśli.
- Mam na myśli rzeczy, których ty na myśli mieć nie chcesz. – odparła Sakia. – Już nie. Nie po tym wszystkim.
- Ale ja muszę…
- Wcale nie! Zwłaszcza teraz, skoro sama dokonałaś swoich wyborów. To przeszłość.
Futro na karku Vitani zjeżyło się. „Co, u licha, ona miała na myśli?! Jakie wybory? Jedynym moim wyborem w życiu była… zdrada.”
- Proszę mi powiedzieć. – poprosiła niemal bezsilnie.
- A zachowasz to dla siebie? Nie polecisz z tym do swego nowego króla i młodszego brata? – zapytała z dziwnym ogniem w oczach. Vitani nie mogła z siebie wydusić słowa. Nie miała pojęcia, o czym mówi stara lwica. – A z resztą… co mi szkodzi? Powiem ci! Tak, powiem! – wybuchła śmiechem Sakia. – I nie ważne, co pomyślisz. Przecież masz prawo do usłyszenia tej historii, tak samo jak ja mam prawo, aby ją opowiedzieć. Wreszcie, komuś o tym powiedzieć. Tam! – wskazała na pobliskie drzewo. – Chodźmy do tej akacji. Usiądziemy w cieniu i usłyszysz to co chcesz, to znaczy: to czego nie chcesz słyszeć.
Dwie lwice rozłożyły się w cieniu grubego pnia. Sakia pochyliła się nad oczkiem wodnym i pociągnęła kilka łyków napoju. Tym czasem Vitani wyszeptała, rozgorączkowana:
- Czuję, że stanie się teraz coś ważnego. Proszę, mów już, madame! – prosiła lwica.
Sakia spojrzała jej prosto w oczy i powiedziała powoli:
- Nie mów do mnie „madame”. To nie wypada córce i spadkobierczyni wspaniałego króla Skazy Wielkiego!
*
- J… j… jest obiad, babciu. – wyjąkał Tanabi, wypuszczając z pyska ciężkie ciało swej zdobyczy. Chciał się na nogach i niemal tracił przytomność ze zmęczenia. Właśnie przeciągnął ciało powalonej antylopy z odległości mili. Taka porcja mięsa mogłaby wyżywić dwa lwy przez tydzień. No, ale on musiał udowodnić babci, że potrafi położyć każdą zdobycz. Za każda cenę – palące się z wysiłku mięśnie i skaleczenie na lewej nodze stanowiło umiarkowaną cenę za zdumienie starej lwicy.
- Niech cię Ahadi ma w opiece! Co to jest… Dziecko, taki okaz mógłby posłużyć za ucztę dla połowy naszego stada! – nagle zdała sobie sprawę, czego dokonał jej wnuk i zadrżała. – Upolowałeś ją SAM?! – jej ulubieniec powalił dorosłą antylopę eland własnymi łapami.
- Wielcy Królowie byli mi przychylni. – odparł (a dokładniej rzecz biorąc: wysapał) Tanabi.
- Mój chłopcze… mów prawdę: to był samotnik, czy atakowałeś stado?
- Cóż… – mruknął lew, z trudem kryjąc nutki dumy w swym głosie. – Było ich kilka. – widząc przerażony wzrok babci, dodał nieopacznie. – Małe stadko, może z dziesięć sztuk.
- Tanabi… jak ci się udało?!
- Jakoś tak wyszło…
- Kochanie… czy ty wiesz, jakie to niebezpieczne… – „zwłaszcza dla dziecka” chciała dodać, ale powstrzymała się w ostatnim momencie. Doskonale wiedziała, czemu jej wnuk wybrał tak trudną zdobycz. On był gotowy zrobić wszystko („O, Ahadi, wszystko!” pomyślała) aby dowieść że jest dorosłym lwem. Każde słowo potępienia mogło przynieść odwrotny do zamierzonego skutek – następnym razem, mógł wybrać większe stado. Sarabi mogła więc tylko zrobić jedno – wyrazić szczery podziw, dla tak odważnego dokonania.
- Mój drogi… nie chce mi się w to wierzyć. Podjąłeś się zadania, które zazwyczaj spełnia kilka lwic…
- Opieki nad tobą? – usiłował zażartować Tanabi.
- Choć tu, mój zdobywco. – Sarabi polizała wnuka po czole. – A teraz myśl, co zrobimy z taką górą przysmaków.
*
- Że jak? – jęknęła zdumiona Vitani.
- Król Skaza Wielki. Niegdyś potężny władca tej ziemi. – powtórzyła Sakia. – Chciałaś usłyszeć co mi chodzi po głowie, to usłyszałaś. Wspomnienie po twoim wspaniałym ojcu.
- Ale jak ty możesz mówić podobne rzeczy… jesteś z Lwiej Ziemi.
- Tak jak król Skaza. Był monarchą tych ziem, a w moim sercu jest nim nadal.
Vitani nie mogła pojąc tych niespodziewanych słów. Od dziecka była uczona, jak kochać i szanować pamięć zmarłego ojca. Zira wpoiła jej wszystko, co wiedziała (albo: o czym chciała wiedzieć) na temat Skazy. Mówiła, że był wspaniałym władcą Lwiej Skały, mądrym i dzielnym jak żaden ze wspominanych wodzów. Objął tron po pokonaniu bezdusznego króla Mufasy, który zawsze traktował swojego brata niegodnie, ale w końcu został pokarany za swoje grzechy. Panowanie Skazy przyniosło nowy, świetlisty porządek, gdzie nawet hieny stały się posłusznymi poddanymi lwiego stada. Jego rządy zostały zakończone przez bezlitosnego zabójcę – Simbę oraz zdradzieckie i niewdzięczne hieny. Jego królowa i matka Vitani – Zira, została brutalnie wygnana ze wszystkimi członkiniami pustynnego stada, które podczas Wielkiej Suszy Skaza uratował i przygarnął. A później… nie późniejsza historia, tak świeża i bolesna, zlewała się lwicy w niejasną masę. Zwłaszcza, że po Zjednoczeniu Vitani musiała przyjąć zupełnie inną wersję tej opowieści. Simba powiedział jej, że Skaza był podłym i okrutnym lwem. Że zabił Mufasę łaknąc tronu, a nawet posunął się do próby zamachu na bratanka. Podczas jego rządów, na Lwiej Ziemi dochodziło do gorszących ekscesów. Stado niemal zginęło z głodu, a tak zwana „Wieka Susza” była zwykłą plotką, legendą, która Zira wymyśliła, a by usprawiedliwić błędy Skazy. Prawdą natomiast była dawna klątwa Królów z Przeszłości, którą uzurpator sprowadził na kraj, zapraszając tam hieny. To przez to ziemia wyschła, a stada uciekły dalej. Tak przedstawiała się historia, która wpojono Vitani przez ostatni miesiąc. Wpojono skutecznie, bo wszyscy z Lwiej Ziemi przysięgali o jej prawdziwości, a żaden Wygnaniec nie ośmielił się zaprzeczyć. A sama Zira odeszła. Gdy zabrakło opowiadające, znikła i opowieść. Nikt już nie wspominał jej o chwalebnych dniach panowania Skazy. Aż do dzisiaj…
- Ale dzisiaj…
- Cicho, dziecko. – szepnęła delikatnie Sakia. – Wiem, że masz w głowie i w sercu straszny bałagan. Mówiono ci prawdę, mieszaną z kłamstwem, tak że już nikt nie jest w stanie ci pomóc w oczyszczeniu tej historii. Nawet ja. To przyjdzie do ciebie z czasem. Dziś mogę cię jedynie zapewnić, że kochałam twego ojca, jako wspaniałego wodza i wciąż uważam, że był największym ze znanych mi lwich królów. Czy chcesz tego słuchać dalej?
- Chcę? – jęknęła Vitani. – Ja muszę tego wysłuchać!
- Ale czy wiesz, że moja opowieść nie pozostawi cię obojętną. Może już nigdy nie pozbędziesz się wątpliwości i, być może, wyrzutów sumienia.
- Już żałuję tylu rzeczy w moim życiu, że chyba nawet nie wiesz…
- Wiem! – przerwała jej zimno Sakia. – Od lat żyję ze świadomością, że zdradziłam mojego króla.
- A więc można powiedzieć, że jesteśmy już dwie. Ja też to czuję.
- Co?!
- Nie dziw się, Sakio. Wiedz, że cokolwiek oni mnie by nie powiedzieli, i tak Skaza pozostałby moim ojcem. Kocham go, kocham moja matkę. Żałuję, że nie jestem z nimi. I jeśli nawet dziś wiem, że nie zasługuję, aby nazwać się dziedziczką moich rodziców, wierzę, że pewnego dnia zasłużę.
- O, Ahadi! – jęknęła Sakia. – Tak się bałam, że oni zabili w tobie Skazę.
- Dopóki ja żyję, on żyje we mnie. Jeśli chcą go dostać… – Vitani zniżyła głos niemal do ryku. – Muszą dostać mnie!
*
- Nie zjemy nawet ćwierci tych wspaniałości! – mruknęła Sarabi z pełnymi ustami.
- Racja, babciu, ale przecież nie mogłem znaleźć nic mniejszego… – odparł Tanabi, również żując soczysty kęs.
„…bez skazy na twoim honorze.” Dokończyła w myślach lwica. A głośno dodała:
- Wiem, mój drogi. Ale przecież nie zabierzemy tego mięsa w całości do domu. Jest zbyt ciężkie! – w tym momencie przyszło jej na myśl pytanie, jakim cudem jej wnuk zdołał przytaszczyć ciało do jaskini. „On jest niezwykły. – pomyślała. – Chyba nawet bardziej, niż chciałby być.” Na głos zwróciła się do lwa. – Tak się zastanawiam… A może Vitani wróci do nas, gdy już odprowadzi Sakię? Przynajmniej skosztowałaby twojej zdobyczy…
- Cóż… – mruknął zmieszany Tanabi. – Powiedziałem jej, że się tobą zajmę. Poza tym, ojciec nie musi przysłać jej jeszcze raz. Vitani ma chyba swoje własne sprawy…
- Może taką sprawa jest chęć pomocy mnie… albo odwiedzenie mojego uroczego wnuka. – szepnęła lwica z radosną przekorą.
- Babciu, przestań! – przerwał Tanabi, widocznie jednak połechtany pochlebstwem.
- Albo będzie chciał zobaczyć najlepszego myśliwego sawanny. To chyba okazja oglądać lwa, który poluje lepiej niż lwica. Rzadki dar.
- Ha! To wręcz wbrew biegowi Kręgu Życia! – uśmiechnął się Tanabi. W tym samym jednak momencie zauważył, że twarz Sarabi skurczyła się, a jej oczy zamknęły na ułamek sekundy. – Co się stało? – zapytał, przestraszony. – Noga znów boli?
- Nie, nie… – odpowiedziała z udanym spokojem. A ciszej dodała. – To bolą wspomnienia. Ale nie ważne.
- Jakie wspomnienie? Czego? Kogo? – zapytał, a Sarabi zamknęła oczy.
- Kiedyś ktoś powiedział to samo. O Kręgu Życia… użył tych samy słów, a nawet… w pewnym sensie przypominał ciebie.
- O! A kogo masz na myśli? – zapytał Tanabi, poważnym głosem.
- Kiedyś ci powiem. Ale nie dzisiaj…
- No dobra… w takim razie zapytam ojca. – stwierdził lew z nutką urazy w głosie
- Twój ojciec tego nie pamięta. Na pewno nie skojarzy tego zdania.
- Ale skojarzy mówcę. Zna go?
- Znał go. – uściśliła Sarabi.
- No dobrze… mogę też zapytać cioci Sakii. – mruknął Tanabi, pilnie obserwując twarzy swojej babki.
- NIE! – krzyknęła lwica. – To znaczy… – dodał ciszej. – Wiem, że ona nie lubi przywoływać tych wspomnień.
- Aha… – uśmiechnął się lew. – No trzy punkty dla mnie, babciu. Wiem, że ta osoba to „on”, wiem, że najprawdopodobniej już nie żyje oraz wiem, że ciocia Sakia znała go bardzo dobrze. Oj, chyba rozwikłam tę zagadkę szybciej, niż się spodziewasz.
- Tanabi… proszę, zostaw to. Nie pytaj nikogo. O wielu rzeczach lepiej nie wiedzieć. O wielu ty nie musisz wiedzieć.
- …bo jestem dzieckiem? – zapytał gniewnie.
- Nie, bo to są brudne wspomnienia.
- Tak samo, jak moje księstwo Zgniłej Jamy. Babciu, proszę powiedz. To dla mnie ważne. Kogo ci przypominam?
Sarabi milczała przez chwilę. Przymknęła oczy i wyciągnęła wyblakłe wspomnienia z najodleglejszych zakątków serca. Nie podejrzewała, że kiedyś to zrobi. Wiedziała, iż ta wycieczka w głąb siebie zaboli. Ale nadchodził jej czas. Czuła, że jeśli nie podzieli się z kimś swoją tajemnicą, ona przepadnie na zawsze. Nigdy o tym nie opowiadała. Nawet Sarafinie, choć Sarafina musiał wiedzieć o niemal wszystkim. Nawet Sakii, choć ona chyba jako ostatnia dziś domyślała się, co czuje stara królowa. Nawet Simbie… zwłaszcza Simbie. Ale Tanabiemu? Syn jej syna mógł kiedyś potrzebować gorzkiej mądrości tej historii. Dla własnego dobra i dobra wszystkich. „ A więc… wreszcie to zrobię.” – pomyślała. Spojrzała na swojego wnuka i powiedziała poważnie:
- Nie wiem dlaczego… ale w pewien sposób… choć jednocześnie, nie… Tanabi, w jakiś sposób przypominasz mi kogoś, niegdyś bardzo mi bliskiego.
- Kogo?
- Brata twojego dziadka.


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#4 2016-01-16 20:10

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

03 – Nieopowiedziane historie
Słońce już prawie zaszło, ale dwie lwice, młodsza i starsza wciąż siedziały obok rozłożystej akacji. Jej pień nie dawał już żadnego cienia, acz oczywiście o tej porze nie było to potrzebne. Zmierzch nadchodził na niebo Lwiej Ziemi.
- Czas jego rządów okazał się próbą poważniejszą, niż wszystkie z którymi mierzyli się znani mi królowie. Wielka Susza rozpoczęła się niecały rok po śmierci Mufasy. Do tego czasu na Lwiej Ziemi powodziło się nam dobrze. Skaza trzymał hieny krótko, nie pozwalając przeszkadzać lwicom w polowaniu. Żywiły się resztkami z naszego stołu, a jeśli którakolwiek z nich przekroczyła zakazy króla, była niezwłocznie karana, często przez wygnanie. Kiedy pojawiły się pierwsze oznaki suszy, Skaza zmienił zdanie na temat hien. Wymyślił sprytny system wspólnych polowań, gdzie hieny stanowiły nagonkę, co działało całkiem dobrze, przynajmniej kiedy jeszcze mieliśmy nadzieję na rychły deszcz. Ale deszcz nie spadł.
Stanęliśmy w obliczu głodu, a kiedy wyschła rzeka w Lwim Wąwozie i większość wodopojów, a Rzeka Graniczna stałą się tylko słonym bagnem, także pragnienia. Wtedy właśnie przybyły niedobitki Złotego Stada. Była to mała część, niegdyś wspaniałego stada lwów pustynnych. Po śmierci ich króla Aristy, gdy już dotarli na Lwią Ziemię, byli prowadzeni przez dwójkę jego dzieci. Jak zapewne wiesz lepiej ode mnie, był to twój wuj Sparthi i twoja matka Zira. Dziesięć wycieńczonych lwic i jeden lew przyszło do twego ojca i poprosiło o ratunek. Skaza nie miał obowiązku im pomagać. Nie miał właściwie żadnego powodu, aby to robić. Jego własne stado znajdowało się w niebezpieczeństwie, więc zjednoczenie z innym plemieniem oznaczało poważne ryzyko. A twój ojciec je podjął. – Vitani spojrzała uważnie na starą lwicę. Ciche pytanie zarysowała się na jej twarzy. – Nie, to nie była żadna romantyczna historia… to znaczy jeszcze nie. Twoi rodzice zakochali się w sobie później, z resztą sama pewnie słyszałaś o tym nie raz. – Vitani pokiwała głową. – A więc Skaza uratował Złotych, ponieważ tak zadecydował. Wiele lwic nie zgadzało się z ta decyzją, zwłaszcza Sarabi nie ufała nowoprzybyłym. Mimo to król wykonał swoje postanowienie. Kiedyś powiedział, że żaden lew nie zginie pod jego panowaniem i dotrzymał słowa. Oprócz twego wuja, który zmarł od choroby złapanej podczas wędrówki, tylko Skaza stał się ofiarą własnych rządów… Ale wróćmy do historii. Po tym jak nakarmił Pustynnych, odkrył jak niewiele dzieliło nas od katastrofy. Jeszcze raz Skaza okazała się silnym i zdecydowanym przywódcą. Wysłał pustynne lwice w kilku grupach na poszukiwanie nowych terenów łowieckich i przygotowanie tymczasowego schronienia dla młodych… W tym czasie Lwice z Lwiej Ziemi polowały na każde zwierze, jakie jeszcze ostało się w okolicy. Wtedy też zaskoczył nas pierwszy bunt hien. Pomimo kłopotów, Skaza do końca wierzył w słuszność swoich planów i nie pozwolił Sarabi wyprowadzić lwic z Lwiej Skały. Stwierdził, że to oznaczałoby ratunek dla części stada, ale pewną zgubę dla słabszych i młodszych. Wytrwał w tej decyzji aż do powrotu Simby, mierząc się z niezadowoleniem poddanych i nieposłuszeństwem hien, i jak się okazało, miał rację. Jeden ze zwiadów Pustynnych odkrył żyzne uroczysko, na tyle blisko, by można było dostarczać jedzenie na Lwia Skałę. Niestety, gdy złote lwice wróciły, odkryły że ich król i bohater nie żyje, a nowy władca zamierza je wygnać. To właśnie wtedy się urodziłaś, gdzieś w kryjówce na skraju Złej Ziemi, gdzie trzymaliśmy ciężarne lwice i kociaki. Było tam trochę więcej wody…
- Co takiego?! – jęknęła zdumiona Vitani. – Myślałam, że Zła Ziemia to najsuchsze miejsce w całej Afryce… Oczywiście nie licząc Wielkiej Pustyni.
- A więc teraz już rozumiesz, jak ciężko było w czasie suszy. Niemal zginęliśmy z głodu, pragnienia i od chorób. Twój brat, Nuka, właśnie wtedy złapał jakieś dziwne zakażenie i chorował przez kilka miesięcy. Zapewne dlatego nigdy nie urósł i był słabszy niż zwykły być zdrowe lwy.
- Matka mi nigdy o tym nie mówiła… – stwierdziła zamyślona Vitani.
- Jestem pewna, że mówiła… przynajmniej na swój sposób. Z tego co słyszałam, z czasem zaczęła obarczać Simbę za wszystkie jej nieszczęścia, zarówno te zawinione i niezawinione przez nowego króla. Ale nie miej do niej żalu. Również była chora. Nie tak jak Nuka, na ciele, ale na duszy. Chora z miłości.
- Tak, wiem. – przytaknęła Vitani. – Ale powiedz mi: to znaczy, że my wszyscy… mam na myśli Wygnańców, jesteśmy Pustynnymi bądź ich potomkami?
- Tak jest. – potwierdziła Sakia. – Sarabi i Simba obwiniali nowoprzybyłych za uszczuplenie zasobów stada, a także podejrzewali, że wdzięczne Złote Stado, uratowane przez Skazę, zachowa starego króla na długo w pamięci. I tak też się stało, bo przecież wszystkie pustynne lwice były wierne twojej matce aż do dnia Zjednoczenia. Hm… nie wiń siebie, ani swoich towarzyszek za to, co się stało. Zdaję sobie sprawę czym może być dla Wygnańca perspektywa życia w takim raju jakim może się wydawać Lwia Ziemia.
- Właśnie… wygląda tak idealnie… – przyznała Vitani. – A ja zostałam skuszona jako pierwsza.. ale… – zamilkła na chwilę, aby potem wybuchnąć nagłym płaczem. – Ale… ja byłam taka zmęczona tą walką! Zmęczona uciekaniem, zmęczona gonieniem snów mamy… I miałam nadzieję, że ona też zdoła…
Stara lwica podeszła do młodej, przytuliła się go jej boku i polizała twarz.
- Płacz, moje dziecko. To pomoże. – wyszeptała jej do ucha.
Leżały nieruchomo na trawie, gdy ostatni promień słońca zgasł za horyzontem.
*
Tanabi nie zrozumiał zbyt wiele z wyznań babki. Usiłował jakoś poskładać tę często przerywaną przez szlochy i chwile zadumy opowieść. Po chwili zapytał nieśmiało:
- Czy to znaczy, że kiedyś kochałaś stryja Skazę? – ona kiwnęła głową. – Ale… czyli byliście w sobie zakochani?
- Tak, moje dziecko. – odparła Sarabi. – To zaczęło się dużo przed moim związkiem z twoim dziadkiem… i skończyło właśnie wtedy.
Lew kiwał głową, zdezorientowany.
- Nie znam się zupełnie „na tych sprawach”, ale chciałbym zapytać…
- Śmiało. Zamierzam odpowiedzieć na każde pytanie. – westchnęła królowa-matka.
- A więc… czy kiedykolwiek zamierzałaś… hm… związać się ze Skazą, a nie z dziadkiem? – musiał o to zapytać. Ta wątpliwość nigdy nie dawała mu spokoju. We wszystkich opowieściach o Skazie, które mówił mu ojciec, zawsze znajdował nieścisłość, coś podejrzanego i tajemniczego. Czemu jego stryjeczny dziadek nienawidził dziadka aż do tego stopnia? Simba mówił, że było to zwykłe pragnienie władzy, które doprowadziło uzurpatora do szaleństwa. Jednak Tanabi miał co do tego poważne wątpliwości. Zastanawiał się, czy nie było innego powodu wrogości.
- Sądzę, że w „tych sprawach” znasz się nienajgorzej, albo masz doskonałą intuicję. – uśmiechnęła się gorzko Sarabi. – Tak, kiedyś chciałam wyjść za Takę. Byłam młoda i beztroska. Taka… to znaczy: Skaza była przystojnym, inteligentnym i intrygującym lwem. Założę się, że połowa naszej myśliwskiej grupy dała by się posiekać na kawałki za błysk jego czarnej grzywy. Ja w każdym razie tak. Wtedy jeszcze żył twój pradziad Ahadi. Życzył sobie, aby Mufasa związać się z lwicą, która sobie zamarzy. Cóż, okazałam się nią ja. Stary król usiłował mnie przekonać, abym rozstała się ze Skazą, ale wtedy nie widziałam świata poza twoim stryjecznym dziadem. To się szybko zmieniło, kiedy Mufasa wyzwał brata na pojedynek. Pretekstem była jakaś kłótnia Skazy z ojcem, bo Ahadi nigdy nie mógł znaleźć wspólnego języka z młodszym synem. Czułam jednak, że za tamta walką stałam ja i zraniona duma Mufasy. We wczesnym dzieciństwie uwielbiałam Muffiego… to znaczy: twojego dziadka, ale jak starszego brata i opiekuna. On jednak zakochał się we mnie na poważnie. Sądzę, że po raz pierwszy odmówiła mu bardzo ostro, raniąc go do głębi i kierując jego złość na Takę. Nigdy nie obwiniał mnie za to co się stało, ale jego szorstka przyjaźń z bratem obróciła się niemal w nienawiść. A Taka nie przejmował się tym nic a nic. Zwykł mawiać, że skoro Mufasa miał zająć tron całego królestwa, to jemu należała się ręką księżniczki… Miał na myśli mnie. I w końcu wybuchła ta ich walka, a Taka stał się Skazą. Słynną ranę twojego stryjecznego dziada zadał mu jego własny brat. I w pewien sposób ja – to ja spowodowałam ich rywalizację, bo byłam zbyt słaba i zbyt niezdecydowana… – dokończyła Sarabi, łamiącym się głosem.
Tanabi czuł, że powinien powiedzieć babci coś pocieszającego, lecz jego nieposłuszny umysł wpadł już gorączkę tego dziwacznego dochodzenia.
- Powiedziano mi, że Skaza został zraniony przez bawoła, kiedy usiłował zrobić dziadkowi złośliwy dowcip.
- A kto ci o tym powiedział? – zdziwiła się Sarabi.
- Tata. A Zazu potwierdził.
- Aha… Simbie tę historię musiał opowiedzieć Zazu, a on sam… Hm, dobrze, że zachowuje szacunek wobec Mufasy. Źle, że mówi kłamstwa.
- A właściwie, co to za różnica? – mruknął pojednawczo lew. – To była tylko wesoła historyjka rodzinna. Wiem, że większość z nich jest zmyślona.
- Akurat ta „historyjka” nie jest wesoła. To była prawdziwa walka, a Taka przegrał ją. Bił się dzielnie, ale Mufasa był silniejszy i szybko zdobył nad bratem przewagę. Zadając ostateczny cios, zranił go w twarz. – Sarabi zamilkła na chwilę, przywołując bolące wspomnienia. – Potem Taka krwawiąc wykrzykiwał do Mufasy straszne rzeczy. Chciał walczyć na śmierć i życie, i zapewniał, że on zabiję Mufasę, chyba że sam zostanie zabity. Po raz pierwszy w życiu przestraszyłam się Taki. Choć wciąż zapewniał, że mnie kocha, robił to w przeraźliwy sposób, jednocześnie złorzecząc bratu. Nie mogłam na to patrzeć i uciekłam ze szczytu Lwiej Skały, gdzie walczyli. Schowałam się gdzieś na sawannie, bojąc się wrócić. Gdy wreszcie dotarłam na Lwią Skałę, ujrzałam okaleczonego Takę, płonącego milczącym gniewem. Mufasa natychmiast zaczął nazywać go nowym imieniem, a Ahadi wcale nie protestował. W dodatku, król zakazał mi spotykać się z Taką, a nawet odzywać się do niego. Ech… – znów przerwała. – Wciąż nazywam go: Taka? Niby nie powinnam… ale on zawsze w moim sercu tak się nazywał. Teraz to już nie ważne. Od tamtego czasu nie mogła już być z moim dawnym ukochanym. Nawet nie zauważyłam, jak bardzo się zmienił niedługo potem. Może dlatego, że byłam zajęta zupełnie czym innym i znalazłam nowe problemy…
- Tak, tę historię znam dobrze. – powiedział Tanabi, który słyszał wielokrotnie opowieść o zalotach Mufasy wobec Sarabi.
- A nie pomyślałeś, że i ta rodzinna historyjka może być zmyślona? – zapytała ironicznie Sarabi.
- A jest? – zdziwił się lew.
- Nie… Ale teraz może na nią spojrzeć w nieco innym świetle niż dotychczas.
Tanabi zastawiał się na wieloma sprawami. Zdawała sobie sprawę, iż jego zainteresowanie życiem największego wroga jego ojca było dziwaczne, żeby nie powiedzieć: chore. Poza tym, czuł jak pytania krepują i ranią jego babkę. Królowa-matka powiedziała, że chce wyznać swoją przeszłość, jednak dociekliwe pytania Tanabiego owego wyznania bynajmniej nie ułatwiały. Umysł lwa był wręcz zalany przez potop kolejnych wątpliwości. Paliły jego głowę jak ogień, trawiący coraz większe partie sawanny. Jakby Tanabi poczuł chęć spojrzenia na całe życie z zupełnie innej perspektywy.
*
- Ale jaki on na prawdę był? – zapytała Vitani. – Nie chodzi mi o te sprawy królewskie, przynajmniej nie teraz. Chce wiedzieć, jakim był lwem.
- Moje dziecko! – odparła rozmarzona Sakia. – Nigdy nie zdołasz tych dwóch rzeczy oddzielić. Twój ojciec był zarówno królem jak i lwem, zdawał się być idealnym połączeniem dwóch ciał, jednego: władcy, a drugiego: zwierzęcia, jakim go wszyscy widzieli. Nawet kiedy nie był jeszcze królem, wyglądał i mówił jak król. Pamiętam, w dzieciństwie… wszyscy bawiliśmy się razem: Taka… to znaczy: Skaza, Mufasa, Sarafina, Sarabi, Onya i reszta kociaków z Lwiej Skały. Już wtedy Mufasa czasem dokuczał Skazie. Zwykł wszczynać bójki pod choćby najdrobniejszym pozorem. Oczywiście, twój ojciec był zbyt dumny, aby skarżyć się na brata rodzicom. Zamiast tego zawsze próbował pokonać Mufasę choćby słowami. Zdarzało się, że naśmiewał się ze porywczego charakteru czy niezbyt lotnej myśli brata. Ale rzadko, właściwie nigdy nie dokuczał mu niesprowokowany. Zazwyczaj starał się zemścić jednym wymyślnym zdaniem, które zawstydzało Mufasę i pokazywało, kto tam był prawdziwą gwiazdą wieczoru. Pamiętam, gdy po jakiejś kłótni, czy walce na niby, Mufasa głośno przechwalał się, iż jest najsilniejszy z nas. Wtedy Taka… to znaczy: Skaza powiedział: „Muffy, niby masz rację. Ale pomyśl tylko: zawsze musisz okazać swoją siłę, abyśmy traktowali cię jak króla. Prawda?” „Co, nie masz jeszcze dość?” zapytał Mufasa, gotowy do dalszej walki. „Cóż… ja sądzę, że i tak jestem potężniejszy od ciebie, niezależnie od tego, ile razy mnie pobijesz.” „Co takiego?!” „Pamiętaj: zawsze musisz wygrać, aby dziewczyny uznały cię za króla. A więc, nie wygrasz, jeśli nie masz z kim się bić. To ja, za każdym razem, pozwalam ci być królem. Prawda?” „Ty nędzna surykatko!” warknął Mufasa, zamierzając się na Skazę. „Czekaj, Muffy! – powiedział twój ojciec spokojnie. – Dziś już zostałeś królem. Potrzebujesz ode mnie następnej koronacji?” No i tak… – Sakia przerwała, nie mogąc powstrzymać śmiechu. – No i tak tymi słowami zaskoczył Mufasę, że ten nie drażnił go chyba z tydzień. A wszystkie kociaki z naszego stada śmiały się wesoło, ale nie z głupoty Mufasy, ale ze sprytu Taki.
- Mufasa był aż tak okropnym bratem? – zapytała Vitani.
- Nie… nie powiedziałabym. Może nie był tak dobry dla Skazy, tak jak być powinien, ale nie nazwałaby tego okrucieństwem. To przyszło z czasem, dużo później. Może opowiem ci o tym kiedy indziej. A może sama spytasz się innego świadka tych wydarzeń, królowej-matki?
- Nie, nie ma mowy! – przestraszyła się Vitani. – Tego nie zrobię.
- Czemu? – zdziwiła się Sakia. – A z resztą… nie ważne. Wróćmy do twojego ojca. Jaki był…
- Tak, powiedz mi, proszę!
- Był inny. Tak chyba najlepiej powiedzieć na początek. Oglądał świat z zupełnie innej perspektywy, chyba niedostępnej dla nikogo innego. Jeśli czegoś nie rozumiał, pytał do skutku, nigdy nie pozwalając marzeniom i wątpliwościom zasnąć. Starał się zrozumieć Krąg Życia w całości. I mam wrażenie, że nigdy nie pogodził się do końca z widzianym stanem rzeczy.
*
- Babciu. – zapytał w końcu Tanabi. – Czemu mówisz mi to wszystko? Czemu teraz?
Stara lwica westchnęła i spojrzała w oczy wnukowi.
- Ponieważ wierzę, że powinniśmy uczyć się o błędach z przeszłości, aby uniknąć ich w przyszłości.
- Jakich błędów mógłby uniknąć, słuchając o…
W tamtej chwili zrozumiał. Był drugim pretendentem do tronu. Nie miął być królem, ale wszystko wskazywało, że będzie żył w cieniu siostry. Poza tym, zawsze był zbyt ciekawski i zadawał zbyt trudne pytania. Czasem, nie mógł się pogodzić z odpowiedziami na nie. Był jak…
- Uważasz, że mogę pójść w ślady Skazy? – zapytał lodowatym głosem.
- Duchu Życia, nie! Oczywiście, że nie… – wyjąkała zszokowana Sarabi. Spuściła zawstydzony wzrok na ziemię. – Ale…
- Ale jestem na najlepszej drodze, aby jednak to zrobić?
- Nie, moje dziecko. Wcale tego nie powiedziałam! – wyraźnie zaznaczyła Sarabi.
- Właściwie nie musiałaś. – zauważył Tanabi. – Mówiłaś tylko, że jestem uparty i nieposłuszny.
- Nie mówiłam.
- Ale ja taki jestem, babciu. – powiedział lew. – I tak często sprawiam wam zawód. I… – dodał dławiąc się od śmiechu. – Jestem młodszym bratem następczyni tronu. Czyż nie?
- Tanabi! Przestań natychmiast! Teraz ty gadasz bzdury.
Lew wybuchł śmiechem, aż stracił równowagę i upadł na ziemię. Po raz pierwszy w jego dotychczasowym życiu, ktoś potraktował go poważnie. Jako ewentualnego uzurpatora i mordercę, ale dobre było i to. „Ja… i Skaza… O, Ahadi! …skoro oni nawet nie pozwalają mi polować samemu, to czemu myślą, że miałbym odwagę…”
- Tanabi, nie mów tak! Proszę… – jęknęła Sarabi błagalnym głosem. Lew poczuł wstyd.
- Ja… ja… przepraszam, babciu. – wyszeptał. – Nie wiem, co mnie napadło. – nagle zdał sobie sprawę z tego, co przed chwilą zasugerował. – Babciu! Nie o to mi chodziło. Nigdy nie zazdrościłem Kiarze. Nawet przez chwilę… nigdy nie pomyślałem, że to ja mógłbym być królem. Ja nigdy bym…
- Już dobrze, kochanie. – powiedziała uspokajająco Sarabi i przytuliła wnuka. – Wiem przecież. Nie miałeś tego na myśli, nikt nie miał. – ale w tej samej chwili w jej głowie odezwał się cichy szept: „Nawet Taka nie miał tego na myśli… przynajmniej do czasu, aż to się stało!”
- Nie obchodzi mnie tron! Wiem, że Kiara i Kovu będą kiedyś świetnymi władcami, lepszymi, niż ja mógłbym być. Ja tylko chciałbym… – zamilkł natychmiast. Niemal dokończył: abyście mnie kochali, szanowali i ufali mi.” A potem chciał wtulić się w babciny bok i płakać. Ale tak nie zrobił. Przełknął gorące słowa i łzy, wstał i ruszył ku wyjściu z jaskini. – Nie ważne. Idę do potoku, wrócę niedługo. – wyszedł.
Żal i złość rozpłynęły się w jego wnętrzu, powodując jednocześnie dziwne napięcie i kojącą ulgę. „Nie muszę wypłakiwać się nikomu. Tak robią kociaki. Nie jestem dzieckiem, potrafię radzić sobie sam. Ani babcia, ani tata, ani mama, ani Kiara… czy ktokolwiek inny, nie będzie mnie taktował jak dzieciaka. Tym bardziej ja nie powinien pozwalać sobie na takie wybuchy. Gdyby tylko ojciec chciał to zrozumieć…” bijąc się z myślami wyszedł w ciepłą noc. Starał się nie myśleć o niczym i nikim. Jednak wspomnienie niebieskich oczu Vitani wprosiło się w jego umysł od razu. Podbiegł do potoku i pochylił się nad powierzchnią wody. Spostrzegł swoje odbicie, w tym parę jasno-zielonych oczu. Ale to nie skojarzyło mu się z niczym.
Tym czasem Sarabi wciąż wpatrywała się w puste wejście do jaskini, drżąc jak w gorączce. Widok tych zielonych oczu, wypełnionych groźnym ogniem, przypomniał jej inne spojrzenie. Kiedyś kochała tego, kto na nią tak patrzył, z czasem nauczyła się go bać.
- Mój Tanabi… – westchnęła. – Wiem, że to pewnie moja chora wyobraźnia… ale boję się.
*
Vitani nie czuła już strachu. Choć Sakia nie powiedziała jej nic ponad kilka opowieści z życia i królowania Skazy, córka zapomnianego króla znalazła w duszy błogi spokój. Wreszcie, ktoś mówił o jej rodzicach z miłością i szacunkiem. Wreszcie, ktoś przyznał, że życie i misja jej matki nie były szaleństwem. Może Zira przegrała, ale walcząc w słusznej sprawie.
- Cóż… nie zrozum mnie źle, ale zawsze przerażały mnie metody działania twojej matki. – powiedziała Sakia. – Wiem, że łatwo jest potępiać wojownika… a Zira była wielką wojowniczką, kiedy siedzi się w bezpiecznej jaskini. Ale wiem, że je plan nie miał szans powodzenia. Nawet gdyby Wygnańcy zabili lub zmusili Simbę do ustąpienia, to i tak pewne skazy… – uśmiechnęła się, wymawiając ten wyraz. – były zbyt głębokie w sercach obydwu stad. Lwioziemcy byli zbyt uprzedzeni wobec Złotych, aby zaakceptować rządy pustynnej lwicy.
- Ja jestem pół-Pustynną. – zauważyła Vitani. – Nigdy tak o sobie nie myślałam.
- Owszem, jesteś. Ale jesteś też rodem z Lwiej Ziemi. Skaza był potomkiem dawnej dynastii i musisz o tym pamiętać. Nie przybyłaś na Lwią Skałę… ty tam wróciłaś!
- A skoro, gdy mój wuj zmarł, a matka została królową Złotego Stada… to znaczy, że Kovu będzie prawowitym Złotym Królem, jeśli kiedyś to dawne plemię się odrodzi.
- Tak to prawda. Tak samo, jak to, że ty jesteś prawowita Królową Lwiej Ziemi, moja pani! – powiedział Sakia kuszącym głosem.
- No ta… CO?! – krzyknęła Vitani. – Nie, posunęłaś się zbyt daleko. Proszę, powiedz, że tylko żartowałaś!
- Jak sobie życzysz, moja pani… – odpowiedziała stara lwica z przekorną uniżonością.
- Nie nazywaj mnie tak!
- Dobrze, nie będę. Przynajmniej zanim przyjdzie czas…
Vitani wstała, odwróciła się od Sakii i weszła kilka kroków w afrykańską noc. Po krótkiej chwili spokoju, jej dusza znów była rozrywana przez niekończące się wątpliwości. „Jestem księżniczką?! Ale to jest chore… to już przeszłość. Krąg Życia obrócił się w innym kierunku, niż marzyła moja matka. Kovu będzie królem… ale po Simbie. A ja zostałam przyjęta do stada Simby…” „Ach tak?” odezwał się gorzki głos w jej głowie. „I zawdzięczam mu tak dużo…” „Na przykład: śmierć rodziców i brata.” Zauważył złośliwy duch. „Czy ja już szaleję? To niemożliwe. Ja nawet nie chce chcieć władzy.”
„Ja przynajmniej byłem na tyle silny, aby chcieć.” Wyszeptał ów głos, teraz już wyraźnie przypominający Nukę. Lwica potrząsnęła głową, odpędzając zjawę.
- Vitani, wróć, proszę! – poprosiła Sakia. – Przepraszam, nie chciałam cię denerwować. Zapomnij to co powiedziałam!
- Sakio. – zapytała Vitani napiętym głosem. – Powiedz mi jedno: czemu nie pomogłaś swemu królowi i nie sprzeciwiłaś się władzy Simby? – stara lwica przez chwilę milczała, aby odezwać się z żalem i wstydem:
- Byłam zbyt słaba i zbyt tchórzliwa.
- A więc czemu mówisz mi dziś to wszystko?
- Właśnie dlatego. – przyznała Sakia. – Chcę odkupić moja dawną zdradę. Nie mogę dziś umrzeć tak po prostu. Musiałabym wznieść się do gwiazd i stanąć przed obliczem mojego króla. Wyznać mu, że zapomniałam, co dla mnie zrobił.
- Opowiadanie historii nie zmieni dziejów.
- Nie jestem tego taka pewna, moja droga.
- Ale od teraz nie mówisz o Skazie, chyba że ktoś się będzie o niego dopytywał, dobrze?
- Oczywiście. – odparła Sakia. – Vitani, zadecydowałaś już czy podejmiesz walkę o dziedzictwo ojca?
Królewska córka spoglądała w rozgwieżdżone niebo milcząc. Sakia pomyślała, że płacze.
- Moje dziecko…
- Czekaj! – powiedziała Vitani, głosem tak silnym i zdecydowanym, że stara lwica ledwie go poznała. – Zastanawiam się, co zrobiłby ojciec na moim miejscu.
Gwiazdy zdawały się milczeć, ale Sakia była niemal pewna, że krzyczą głośno do uszu Vitani.
*
Tanabi wrócił kiedy księżyc stał już wysoko na niebie. Sarabi udawała, że śpi, choć uważnie obserwowała wnuka. Młody lew wszedł do jaskini i spojrzał na babkę.
- Babciu? – zapytał cicho, a skoro nie dostał odpowiedzi, zaczął szeptać. – Hm… już śpisz… To źle, bo nie mogę cię już dziś przeprosić. – mruczał do siebie. – Masz rację, pod każdym względem. Przypominam stryja Skazę tylko z wierzchu… Jestem zbyt słaby, aby chociaż mieć ambicje, chcieć być taki jak on. Nie jestem, na to gotowy… na razie. Ale kiedyś będę. Kiedyś sprawię, że będziecie ze mnie i dumni i będziecie się mnie bali. Nie będę królem… ale pokaże wam, że mógłbym być. – spojrzał w mrok jaskini i dokończył cicho. – Dobrej nocy, babciu. Śpij i wypoczywaj. Musimy szybko wracać do domu… A ja mam potem wiele spraw do załatwienia.
[Piosenka „Mój ślad”. Muzyka tajemnicza i groźna, nieco podobna do „Przyjdzie czas”.
Ujęcie Tanabiego, stojącego w Zielonej Jamie, obok śpiącej Sarabi. Podbiega do wyjścia i gwałtownym ruchem czyści je z przykrywających gałęzi. Światło księżyca oświetla no niemal na niebiesko. Lew wygląda na zewnątrz. Muzyka zaczyna grać.]
Czuję się niczym pion Drugi w drodze na tron Tak w wypadku gdy pierwszy by zmarł
[Z początku śpiewa cicho, rozkręca się z czasem, a emocje coraz wyraźniej widać na jego twarzy. Rysuje szkice postaci na piasku, podobne do rysunków Rafikiego.]
Zawsze drugi, wiec cóż Nie załapię się już
W tym wyścigu na nagrody laur
[Na szkicach on jest bardzo mały, Kiara dwukrotnie większa. Nagle, Tanabi zaciera rysunki.]
Pre-chorus:
Czy to musi tym szlakiem iść w przód? Jeśli na większą zdobycz mam głód
[Opiera się o skalną ścianę i staje na tylnich łapach, wspinać się przednimi do krawędzi ścianki. Ujęcie Zielonej Jamy, potem jednego z jej głazów, zza którego wyłania się głowa Tanabiego, z kilkoma liśćmi za uchem. Strząsa je.]
Jeśli największą z ról Chciałby zagrać Jam Król By Krąg Życia samemu pchać móc
[Wskakuje na kamień. Księży całkowicie wychodzi zza chmur i oświetla lwa. Ten kłania się kierunków widzów, a muzyka staje się głośniejsza.]
Chorus:
Krąg się kreci jak świat Każdy rok – ten sam ślad Czy wszystko w ogóle ma sens?
[Widok z oczy Tanabiego, który rozgląda się dokoła: widzi zwykłe życie nocnej sawanny.]
Chciałbym przerwać ten tan I rozkręcić go sam Poczuć jak pyszny władzy jest kęs
[Zeskakuje na szczuroskoczka, biegnącego po sawannie. Przerażone zwierze pada na ziemię, a Tanabi podnosi je i sadza na kamieniu, z którego zeskoczył.]
W mojej ścieżce odcisnąć choć ślad Mały, ale by wspominał mnie
[Odciska swoja łapę w piasku.]
Niechaj Życia Krąg drży Ja obrócę go by Móc samemu się kręcić jak chcę
[Rusza w kierunku wskazywanym przez odcisk.]
Second verse:
Skoro mej drogi kurz Zdążył znudzić się już To mnie kusi, by skręcić na skrót
[Nagle zmienia kierunek.]
Wybrać najszerszy szlak Który wabi mnie tak
Bo i widok zaspokaja głód
[Przebiega przez stadko śpiących zebr. Zwierzęta budzą się z przerażeniem, ale on je ignoruje.]
Pre-chorus:
Miałbym być królem tylko tych Jam? Sami możecie królować tam
[Spogląda na niebo.]
Ja chcę by Życia Duch Tchnął w me płuca swój ruch Bo ja świat chciałbym posiąść już dziś
[Dobiega do brzegu strumienia i wskakuje, na główkę, z artystycznym wygibasem.]
Chorus:
Krąg się kreci jak świat Każdy rok – ten sam ślad Czy to wszystko już na co go stać?
[Dryfuje potokiem, kręcąc się wokół własnej osi.]
Chciałbym przerwać ten tan I rozkręcić go sam Z siebie światu nowy kolor dać
[Uderza o brzeg i wychodzi na plażę. Nagle, wpada na pomysł i z pomocą łapy, ochlapuje wodą z rzeki plażę.]
W mojej ścieżce odcisnąć choć ślad Skoro mój, to tak wielki jak ja…
[Na mokrym piasku rysuje kształt wielkiego lwiego tropu.]
Niechaj Życia Krąg drży Ja obrócę go by Wskazać wam jak się toczyć świat ma!
[Kładzie się na plecach w środku swego dzieła. Patrzy w gwiazdy.]
*
- Jesteś zmęczona? – zapytała Vitani.
- Nie. – odparła Sakia.
- Możesz iść już teraz?
- Tak… ale to niemal środek nocy! – jęknęła stara lwica.
- Jeśli nie jesteś zmęczona, chciałbym ruszyć natychmiast.. – powiedziała Vitani. – To jakiś problem dla ciebie? Chodzenie po ciemku musi być niezgodne z kierunkiem obrotu Kręgu Życia… – mruknęła sarkastycznie.
„O, Duchu!, co się z nią stało?!” zapytała w duszy Sakia. „Wydaje się być już zupełnie inna osobą niż rano… Wydaje się być, prawdziwą córką Skazy! Nawet to zdanie… Król zwykł mawiać podobnie, a nikt tego nie powtarzał. Czemu użyła właśnie tych słów?” Lwica spojrzała w niebo. Tysiące gwiazd migotało na górze, milcząc jak zawsze. Której przyglądała się Vitani? Czy córka króla usłyszała zew? Zobaczyła coś? Kogoś? Głowę Sakii wypełniły pytania, ale nie odważyła się wypowiedzieć żadnego na głos. Wstała i powiedziała cicho:
- Jestem gotowa, moja pa… to znaczy: moje dziecko.
- A więc chodźmy. – odparła Vitani. – Śpieszę się, gdyż muszę wrócić do Zielonej Jamy, tak szybko, jak to możliwe. A potem, pójdę na Złą Ziemię.
- Po co? – zapytała starsza lwica. Zmierzały ku Lwiej Skale, ledwie widocznej w słabym świetle księżyca. Szły szybko, szybciej niż Sakia myślała, że zdoła.
- Tak jak radziłaś, muszę porozmawiać z królową-matką. A potem… musze wrócić do mojego dawnego domu. A ty… mam dla ciebie zadanie.
- Jakie? – zdumiała się Sakia.
- Gdy wrócisz, porozmawiasz ze wszystkimi Wygnańcami, którzy będą chcieli rozmawiać. Dowiesz się, co pamiętają z rządów mego ojca i jak go wspominają.
- Chcesz, aby podburzyła twoje towarzyszki przeciw… – chciała powiedzieć „królowi”, ale ten wyraz ugrzązł jej w gardle.
- Nie. Kazałam ci dowiedzieć się, co myślą i tyle… – nagle Vitani przeraziła się własnych słów. „Kazałam jej? Czy ja mam prawo rozkazywać komukolwiek? Czy już uważam się za księżniczkę? Co się ze mną dzisiaj stało?!” I kolejny raz usłyszała ten tajemniczy głos, przypominający jej Nukę: „Co się stało? Właśnie zrozumiałaś, kim jesteś! Po tylu latach słuchania i niesłyszenia! Żyłaś przez ten cały czas nic nie rozumiejąc.” Vitani potrząsnęła głową, ale głos nadal brzmiał w jej głowie. „Jesteś dziedziczką dynastii Lwiej Ziemi i Złotego Stada. Jesteś następczynią tronu!”
- Sakio? – zapytała Vitani, łamiącym się głosem. – Co się ze mną dzieje?
- Myślę, że zrozumiałaś wiele i dotknęłaś swego dziedzictwa mocnej, niż ja marzyłam że dotkniesz, moja pa…
- Vitani! – ostro przerwała lwica.
- Tak, Vitani.
- Sakio. – powiedziała poważnie. – Nie pragnę władzy. Nie chce walczyć z Simbą i Kiarą o tron. Nie mam zamiaru krzywdzić Kovu w żaden sposób. Ale… – zamilkła i zwróciła się w kierunku lwicy. Sakia wiedział, że to pewnie tylko złudzenie, ale mogłaby przysiąc, że w niebieskich oczach Vitani ujrzała dobrze znany, zielony blask. To musiało być odbicie światła księżyca… – Ale po tym wszystkim, co mi powiedziałaś, nie spocznę, póki nie przywrócę zasłużonej chwały imieniu mojego ojca i mojej matki. Czy to jasne?
- Tak, to jasne.
- I co o tym sądzisz?
- Vitani… – odparła Sakia z uczuciem. – Czekałam na tę chwilę przez lata. Zrobię, co mi każesz.
- Ojcze, daj nam siłę! – szepnęła Vitani, podeszła do Sakii i przytuliła się do starej i wiernej lwicy. Niemal wybuchła płaczem, ale zdołała przełknąć łzy i powstrzymać wzruszenie. Nie było czasu na to… nie dziś. – Dziękuję ci, Sakio… ale teraz musimy już iść!


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#5 2016-01-16 20:17

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

04 – Szukając dziedzictwa
Nad sawanną wstawał nowy dzień. Promienie słońca rozświetlały zieloną równinę i monumentalną skałę, na niej wyrastającą. Na szczycie para lwów trwała w czułym uścisku. Lwica o złotym futrze wtulała się w czarną grzywę lwa. Rozmawiali cicho.
- Kovu, czy to nie jest wspaniałe? Spójrz tylko na tę zieleń… To najpiękniejszy widok, jaki znam.
- Ja znam parę lepszych. – Odparł żartobliwie. – Na przykład pewna piękna lwica, na która właśnie patrzę. – polizał czoło swej ukochanej.
- Kovu, ja mówię poważnie. – powiedziała Kiara. – Od czasu gdy jesteśmy razem, zmieniło się tyle rzeczy. Cały świat się dla mnie zmienił. W końcu widzę jak cudowny jest Krąg Życia… i po raz pierwszy w życiu na prawdę się cieszę, że kiedyś będę rządziła Lwią Ziemią… razem z tobą.
Kovu wzdrygnął się i odwrócił wzrok od lwicy.
- Lepiej nie mów o tym więcej. Wciąż obawiam się nawet myśleć o sobie i królowaniu. Czuję się lepiej uważając ciebie za moją królową… i przyszłą królową stada.
- I tak też będzie. – odpowiedziała Kiara. – Ale ty jesteś moim królem i staniesz się królem całego stada. Wierzę, że tak dobrym, jak przystojnym…
- A z resztą… czy to teraz ważne? – mruknął Kovu i delikatnie przewrócił partnerkę na skałę. Wtulili się w siebie i pieścili chwilę, ale wtedy lew zapytał, głosem pełnym wątpliwości. – A co będzie z Tanabim?
- Hm? – zdziwiła się Kiara. – Z moim braciszkiem? Co miało by być?
- No właśnie to, że nie jest już braciszkiem, a bratem. – odparł Kovu. – Jest przecież ledwie rok młodszy od nas. Czy kiedyś myślałaś, co będzie, jeśli on zamarzy sobie zostać królem?
- Przecież każdy marzy zostać królem. Dzieciaki zwłaszcza.
- Nie sądzę, aby można było o nim wciąż mówić „dzieciak”. A jego ambicje mogą być zupełnie dorosłe.
Kiara wstała i zaczęła głaskać łapą głowę lwa.
- Gadasz od rzeczy… Tanabi nigdy nie był zazdrosny i nie miał do mnie żalu o nic. Jestem jego siostrą, a on mnie kocha. Właściwie, to ty stajesz się jego szwagrem, a on musi to zaakceptować.
- Miałem, na myśli coś innego. – wyjaśnił Kovu. – Zastanawiam się, jak Tanabi może się czuć tutaj, gdy jego ziemią będzie rządził jakiś przybłęda.
- O, uważaj co mówisz! Ten „przybłęda” jest moim ukochanym! – zaśmiała się Kiara. Ale zaraz dodała poważniej. – Myślę, że jeśli nie będzie mu się podobało nasze stado, opuści Lwią Ziemię i założy własne. Tak w przeszłości robili niektórzy młodsi książęta.
- A czy ty kiedykolwiek dałabyś się namówić do opuszczenia domu? – zapytał Kovu. Kiara milczała przez chwilę i odpowiedziała niepewnym głosem.
- No, nie wiem… tu jest tak pięknie… rodzice tu żyją. Całe nasze stado…
- No więc sama widzisz, co chciałem powiedzieć. Skoro nawet ty, która nigdy nie byłaś rządna władzy, cieszysz się z perspektywy rządzenia tym rajem, pomyśl co mogą czuć inni.
- Boisz się Tanabiego? – zapytała zdumiona.
- Boję się o Tanabiego. – odparł lew. – Wiesz… historia mojej rodziny zmusza mnie do ostrożności. Może… niemal na pewno gadam od rzeczy, ale…
- Kiaro, poprowadzisz grupę myśliwską? – zapytał głos ze wschodniego stoku. To zapewne była Maitha, młoda lwica, nie mogąca się doczekać pierwszego polowania.
- Tak, zaraz do was przyjdę. – odkrzyknęła księżniczka. – O rany… oni chyba nigdy nie dadzą nam ani chwili spokoju. – zaśmiała się i polizała Kovu. Potem wskazał na sawannę. – Spójrz, Sakia i twoja siostra są już z powrotem.
*
- Jesteśmy z powrotem, milady. – powiedziała Vitani. – Lady Sarabi zdecydowała się zostać jeszcze dzień lub dwa. Książe Tanabi jest z nią i czuwa.
- Doskonale, moja droga. Dziękuję. – odparła Nala. – Lwice już wyszły na polowanie, ale chyba łatwo je złapiesz, jeśli chcesz. Oczywiście, możesz po prostu odpocząć jeśli wolisz.
- O tak, przyda się jej chwila snu. – oceniła Sakia. – I mnie na pewno też. Wybacz wasza wysokość, ale muszę uciąć sobie drzemkę. – weszła do Lwiej Jaskini.
- Witaj, siostrzyczko! – zawołał Kovu, schodzący ze zbocza. – Jak się czujesz.
- Senna, jak sądzę. – odparła za nią Nala. – Właśnie wróciła z Zielonej Jamy.
- Nie jest ze mną jeszcze tak źle, wasza wysokość. – odpowiedziała Vitani. – Kovu, musimy porozmawiać.
Rodzeństwo odeszło w kierunku zbocza skały… nie zdając sobie z tego sprawy, ruszyli w kierunku Północnej Jaskini, niegdyś zamieszkanej przez Skazę.
- Co cię gryzie, Vitani? – zapytał Kovu.
- Hm… wiesz jaki mamy dziś dzień?
- Całkiem ładny, a co?
- Nie! – mruknęła ostro, niemal tak, jak zwykła rozmawiać z bratem w trudnych czasach wygnania. – Przecież za dwa dni będzie pierwsza pełnia księżyca od czasu… śmierci mamy i Nuki.
- A, no tak… wiem, pamiętałem. – skłamał lew. Oczywiście, niemal już zapomniał nie tylko o zwyczaju pogrzebowym Wygnańców, ale wręcz o istnieniu matki i brata. – No ale co z tego?
- Kovu! – warknęła lwica. – Co się z tobą stało? Musimy wrócić do domu na czas żałoby za mamą i Nuką. Tak każe tradycja!
Kovu usiadł na płaskim kamieniu, który niegdyś służył Skazie za łoże, po czym niezgrabnie podrapał się po głowie.
- No nie wiem… przecież teraz jesteśmy mieszkańcami Lwiej Ziemi. Tu jest nasz dom, a tutejsze zwyczaje nie przewidują podobnych uroczystości.
- Aha… ale skoro czujesz się już w pełni Lwioziemcem i przyjąłeś wszystkie ich zwyczaje, to czemu nie opłakiwałeś naszej matki jako królowej, noc po śmierci? – zapytała Vitani sarkastycznie.
- Mama nie była królową…
- Nie była? A więc kto był prawowitym władcą Złotego Stada?
- To coś zupełnie innego. – powiedział niepewnie lew. Spojrzał na siostrę uważnie. – Czemu usiłujesz obrazić naszą nową rodzinę?
- Czy wspominanie matki wydaje ci się postępowaniem nierodzinnym? Kogo obraża?
- Przecież wiesz, o czym mówię. Proszę, nie drażnij Simby i innych na Lwiej Ziemi. Zawdzięczamy im tak wiele…
- Kovu! – przerwała mu lwica. – Muszę cię zapytać o jedną rzecz. Czy uważasz Zirę za swoją matkę? Nie chodzi mi o biologię, tylko o twoje uczucia. Czy kochasz ją, tęsknisz za nią, uważasz, że jesteś jej dzieckiem?
- Ale… przecież wiesz, co to znaczy tak na prawdę. Ja już odrzuciłem przeszłość za siebie i radzę tobie zrobić to samo.
Vitani odetchnęła głęboko. Niby była przygotowana na podobny obrót sprawy, ale prawda ukuła ją mimo to. Przekonała się ostatecznie, że nie ma co oczekiwać żadnej pomocy od strony brata. „Brata? Czy wciąż mogę o nim tak myśleć? Och, Ojcze… masz już teraz tylko jedno dziecko!” jęknęła w myśli, a na głos dodała.
- Skoro tak… to powiedz mi Kovu, czemu, u licha, nazywasz mnie siostrą?
- Vitani, nie miałem tego na myśli…
Podeszła do niego i spojrzała prosto w oczy. Warknęła, nie kryjąc wściekłości.
- Wciąż jesteśmy rodzeństwem. To co zrobiliśmy, wiąże nas ściślej niż krew. Zdradziliśmy i zapomnieliśmy. Będę przepraszać matkę i za ciebie, choć to bez znaczenia. Jeszcze nie zasłużyliśmy na wybaczenie. Szkoda, że ty nawet nie zamierzasz zasłużyć.
Wybiegła z jaskini a Kovu wciąż leżała na łożu przybranego ojca. Myślał, roztrzęsiony i zdenerwowany.
„Vitani… ty nic nie rozumiesz! Te wspomnienia nie rozwiążą niczego. Musimy żyć naszym nowym życiem.”
„…i zapomnieć, kim jesteście!” odezwał się cichy szept. Kovu rozejrzał się natychmiast, ale nikogo nie zobaczył. „Wyobraźnia płata mi figle.” Pomyślał. Ale w tej samej chwili dostrzegł coś niezwykłego na skalnej ścianie. „A co to takiego?” Podszedł do gładkiej powierzchni skały i starł łapą pył z malunków.
Na ścianie ktoś narysował kilkanaście obrazków, w tym cztery lwice. Kovu z początku nie skojarzył tych sylwetek, ale… „Zaraz! Ta największa wygląda niemal jak… mama?” Wpatrywał się w dziwaczne szkice i nabrał pewności, iż jeden z nich przedstawia Zirę. Na ścianie tuż obok spostrzegł lwicę bardzo przypominającą królową Nalę. Kovu przysunął noc do skały i powąchał. Spod zapachu kamienia i kurzy przebijał aromat zaschniętej, lwiej krwi.
- Kto mógł mieszkać w tej jaskini?
*
- Sir, mogę się jeszcze przydać twojej matce.
- Skoro tak mówisz… – odparł rozkojarzony Simba. – Tak, wróć tam i przyprowadź ją do domu, kiedy tylko będzie w stanie chodzić.. sama ocenisz kiedy, ufam twojemu rozsądkowi.
- Tak jest. – powiedział lwica z uniżeniem, choć gorące myśli kotłowały się w jej głowie. „Tak… „ufa” mi. A czemu właściwie miałby nie ufać? Chyba nie mam już dla kogo go zdradzić. Nie mam szans na wypełnienie woli mojej matki. Simba pewnie myśli, że zależy mi tylko na własnym bezpieczeństwie. Tacy poddani są najwygodniejsi dla króla… są tacy przewidywalni. Ciekawe, co by zrobił, wiedząc o jakich rzeczach rozmawiałam z Sakią? Ech… pewnie by nawet nie uwierzył w takie szaleństwo. Ale ja jestem już szalona, a przez to niebezpieczna. Simba nie jest złym lwem. Ale jest taki… jak wszyscy. Nie inny, nie jak król.” Głośno zwróciła się do króla Lwiej Ziemi. – Już pójdę, wasza wysokość. – I ruszyła w kierunku sawanny.
- Czekaj! – poprosił Simba. – Vitani… nie musisz robić tego wszystkiego. – oznajmił lew.
- Czego nie musze robić?
- Wiesz… Sądzę, że za wszelką cenę chcesz pokazać, iż jesteś wierną i godną poddaną naszego stada. Pierwsza zgłaszasz się do polowań, zwiadów i innych zadań, jak na przykład opieka nad moją matką. Wierzymy ci. Vitani, nie musisz, znam cię i wiem kim jesteś. Nikt to nie ma do ciebie urazy… a jeśli ktokolwiek by miał, powiedz mi o tym.
- Każdy z nas się zmienia, sir. – odparła. – Każdego dnia staram się udowadniać, kim jestem. A twoja matka była dla mnie bardzo dobra i wyrozumiała. Chciałbym się jej jakoś odwdzięczyć.
- Aha, chyba że tak… – mruknął Simba. – A więc dobrej drogi. A, i jeszcze jedno… Tanabi wciąż jest w Zielonej Jamie? Powiedz mu, że kiedy wróci, będzie mógł ćwiczyć polowanie z Kiarą i Kovu.
*
Kiedy Sarabi obudziła się, Tanabiego nie było w jamie. Stara lwica wstała i z pewnym niepokojem ruszyła do wyjścia. Słońce od dawna już świeciło na niebie, a sawanna właśnie zapadała w przedpołudniową drzemkę z powodu gorąca. Na zewnątrz było gorąco i królowa-matka pomyślała, że gdyby nie pragnienie, za nic nie ruszyłaby się z chłodnego cienia kryjówki. – Na prawdę się zestarzałam.- mruknęła do siebie. – A co gorsza, moje obecne, tak wygodne życie, wydaje mi się nudne w porównaniu z uroczą i dramatyczną przeszłością. Jak ja mam dość tego leniuchowania… – w tym samym momencie cisza została przerwana przez jęk zaskoczenia i bólu. „Cóż… Tanabi jednak nie pozwoli mi umrzeć z nudów.” Pomyślała z uśmiechem, ale zaraz rozbawienie zmieniło się w prawdziwy niepokój. – Tanabi? – krzyknęła.
- E… jestem. Nic mi się nie stało, babciu. – odpowiedział lew, choć w jego głosie słuchać było ból i złość.
- Ale gdzie jesteś, dziecko?
- Trochę wyżej. – wyjaśnił Tanabi. Faktycznie, jego głos dochodził wyraźnie z góry. Nad zboczem, powyżej wejścia do jamy unosiła się chmurka pyłu. – Jestem cały. Zaraz do ciebie zejdę.
Zszedł po niemal godzinie. Był umorusany w kurzu, a na jego tylnich łapach widać było kilka skaleczeń. – Zadrapania. – skomentował.
- Choć tu, mój chłopcze. – poleciła Sarabi. – Jesteś pewien, że nic nie złamałeś?
- Skoro przyszedłem tu sam, to znak, że raczej nic.
Stara lwica wiedziała, że wszelkie wymówki będą bezużyteczne. Mimo to zapytała, z czystej ciekawości:
- Tanabi… coś ty u licha robił tam na górze?
- Szukałem gniazd.- odparł. – Kovu powiedział, że jaja przepiórki skalnej były najbardziej poszukiwanym przez Wygnańców przysmakiem.
- A tak na prawdę, to o co ci chodziło?
- Chciałem sprawdzić, czy umiem się wspinać, jak Kovu i Vitani. Okazało się, ze nie. – Tanabi czuł już palący wstyd ze swego dziecinnego zachowania. – Wiem, że to było nieodpowiedzialne, ale… – zamilkł na chwilę. – Nie, nie było żadnego „ale”. To było po prostu głupie. – przyznał lew.
Tymczasem jego babka odpłynęła gdzieś we wspomnienia, patrząc na wnuka nie widzącym wzrokiem.
*
- No pięknie… ale DLACZEGO chcesz się wdrapać na czubek? – zapytał Mufasa. – Sądzę, ze Lwia Skała jest i tak spora, miejsca mamy dużo.
- Nigdy cię nie ciekawiło, co jest na górze? – zdziwił się Taka.
- Przyznam, że nie. I chyba nikogo nie ciekawiło do tej pory, ponieważ nikt się jeszcze tam nie wspiął. To głupota!
Mufasa był już dobrze wyrośniętym, lwiątkiem. Właściwie, już lwim młodzieńcem, z zaczątkami grzywy. Niemal dorosłym, w porównaniu do Taki i Sarabi. A ta dwójka przejawiała jeszcze typową kocięcą ciekawość świata. Choć Taka unikał wszelkich zabaw w grupie (bo te zazwyczaj kończyły się bójką z Mufasą), ale był pierwszym do każdej cechy i wycieczki. Tym razem, postanowił poszukać przygód w najbliższej okolicy domu.
- Taka. – zauważyła Sarabi. – Nie wiem, czy to najlepszy pomysł. Rodzice powiedzieli, że mamy być blisko Lwiej Skały.
- No właśnie… – zaśmiał się Taka. – My się nawet nie ruszamy z Lwiej Skały. Technicznie rzecz biorąc…
- Technicznie rzecz biorąc, może spaść i połamać karki. – Ocenił Mufasa.
- Aaa tam… – zaśmiał się młodszy lew. – Tobie miało by się coś stać? Takiemu wielkiemu i silnemu księciu?
- Zamknij się! – ryknął Mufasa.
- Czekaj, Muffy… – przerwała rodząca się kłótnie Sarabi. – Chyba Taka ma rację. Założę się, że stamtąd będą wspaniałe widoki.
- Z termicich kopców też były wspaniałe widoki. Taka i Sarafina weszli na nie i sama wiesz, jak się to skończyło. Saffy do dziś musi zostawać w jaskini, bo wciąż ją bolą ukąszenia. A to przez kogo?
- Przez termity? – zapytał Taka.
- Muffy, daj spokój. Nie musisz się wspinać z nami. – poprosiła Sarabi. – Tylko nie mów rodzicom, co robiliśmy, dobrze?
Taka podszedł do lwicy i szepnął jej do ucha:
- Oczywiście, że on nie wejdzie. Jest zbyt spasiony!
- Słyszałem to, ty mrówkojadzie! – krzyknął Mufasa. – Nie jestem spasiony! To nie tłuszcz, a mięśnie…
- Aha… zwłaszcza te w okolicach brzucha.
- Zamknij się, ty…
- Hej, chłopaki, patrzcie! Wspinam się jak prawdziwa małpa!
Taka natychmiast ruszył po stromym zboczu za przyjaciółką, zostawiając brata na skalnej półce. Szybko doścignął lwicę i razem wspinali się już razem. Używając pazurów, z trudem (ale jednak) dotarli na szczyt. Była tam niewielka platforma skalna, gdzie kociaki runęły, wyczerpane.
- To było niezłe… – wysapał Taka.
- No… – odpowiedział Sarabi, słabym głosem.
- Odpoczniemy tu przez chwilę, a potem… ŁAŁ! Sarabi, spójrz na to! – krzyknął lew i wskazał łapą horyzont.
Widok z góry był nie do opisania. W promieniach przedpołudniowego słońca cała Lwia Ziemia skrzyła się na zielono i niebiesko. Ich cała kraina zdawała się być na wyciągniecie łapy. Podziwiali okolicę jak zaczarowani.
- Wszystko, co opromienia słońce, jest naszym królestwem. – szepnął Taka.
- Co za widok! – mruknęła Sarabi. – Nigdy nie myślałam, że żyjemy w tak cudownym miejscu.
- Pewnie chciałabyś być królową tej ziemi?
- No jasne! To byłoby wspaniałe i…
Nagle Taka poczuł w gardle ściśnięcie żalu. Spuścił wzrok na ziemię i zamilkł, dopóki Sarabi nie zauważyła jego smutku.
- Coś się stało?
- Nie… nic ważnego. – odpowiedział, przez ściśnięte gardło.
- Taka, powiedz mi. Jesteśmy przyjaciółmi, czy nie?
- No tak… właśnie o to mi chodzi.
- Jak to? – zdziwiła się Sarabi.
- No wiesz… sama powiedziałaś, że chcesz być królową Lwiej Ziemi. A ta się stanie tylko jeśli wyjdziesz za Muffiego. A skoro taki masz zamiar, to nie będziesz się już mogła przyjaźnić ze mną…
- Co ty wygadujesz? – zaśmiała się lwica. – Oszalałeś? Nigdy nie powiedziałam, że chce wyjść za Muffiego. No bo nie chce, to śmieszne! On jest bardzo miły i w ogóle… ale nudny jak wodopój antylop. Nigdy nie będzie taki sprytny jak ty. Nie wytrzymałabym z nim długo.
- Na prawdę?
- No jasne. Fajnie jest mieć kogoś takiego jak Muffy, aby ci pomagał, ale wiesz, że ja nie jestem taka jak on. Jestem taka jak ty. Pamiętaj, że poszłam za tobą, a on został na dole. – przypomniała.
- No tak… ale skoro nie wyjdziesz za niego, to nie będziesz królową.
Myślała chwilę, ale nagle skoczyła na Takę i poturlała się z nim po skale. Kociaki dotoczyły się na skraj przepaści, ale w ostatniej chwili Taka wbił pazury w kamień i zatrzymał przyjaciółkę.
- Ojć! – jęknęła Sarabi.
- Cooo… oszalałaś? – krzyknął Taka. – Mogłaś nas zabić! Prawie wyrzuciłaś nas za krawędź! Ty… – lwica spuściła wzrok, ukrywając napływające od oczu łzy.
- Ja… ja przepraszam! Taka, wcale nie chciałam… – załkała.
- Ty… jesteś tak zwariowana, jak ja! – dokończył Taka, śmiejąc się na cały głos. – Sarabi, żartowałem. Wcale się nie gniewam!
- Co?
- To było dobre! – lew wychylił głowę poza krawędź przepaści. – Patrz tylko! Co za widok… Ale byśmy spadli! – ona także podeszła do uskoku i spojrzała w dół.
- No… świetne. Wygląda, jakby… AAA! – wrzasnęła, popchnięta i zachwiała się na krawędzi. Oczywiście, Taka trzymał ją mocno za futro, więc zaraz odzyskała równowagę. – Co ty robisz?
- Punkt dla mnie i mamy remis! – zaśmiał się lew.
- Ty nieopowiedziany wariacie! To było… – nagle jej złość natychmiast zmieniła się w niepohamowany rechot. – To było świetne! Ale mnie przestraszyłeś!
- Polecam się na przyszłość! – odparł wesoło Taka.
- No i gdyby nie ty… wyleciałabym na dół. Znowu mnie uratowałeś! – powiedziała, udając zaskoczenie i podziw. – Mój ty bohaterze!
- Nie ma sprawy, znów polecam się na przyszłość… tylko ostrzegaj przed takimi numerami, dobrze?
- Jesteś moim królem, Taka. – powiedziała. – Opiekujesz się mną, ratujesz mnie od czasu do czasu i rozbawiasz, gdy trzeba. To chyba powinien robić król.
- Muffy miałby inne zdanie… – zauważył Taka.
- A tam… Muffy jest królem tych nudów na dole. – wskazała sawannę poniżej nich. – Ty jesteś Królem Szczytu. Moim królem!
- Cóż, nasze królestwo nie jest największe… – zauważył Taka. – …ale na tyle duże, aby mieć królową. Masz ochotę?
- Co za pytanie, jasne, że tak!
W ten sposób Taka został Królem Szczytu a Sarabi jego królową. Niestety, ich królewskie moście porządnie się podrapały, schodząc na dół. Na szczęście, Mufasa nie zdradził dorosłym, co gdzie byli, a Taka powiedział, że to jego wina, gdyż wepchnął Sarabi w kolczaste krzaki. Afera skończyła się na gorzkiej reprymendzie, udzielonej przez Ahadiego młodszemu synowi, ale Sarabi wszystko uszło na sucho. Wieczorem, szepnęła do przyjaciela na ucho:
- Dziękuję ci, mój królu. Znów mnie uratowałeś.
- To obowiązek władcy, czyż nie? – powiedział Król Lwiego Szczytu.
Potem Mufasa powtarzał, że wspinanie się po ścianie Lwiej Skały było głupie i niebezpieczne. Ale kilka dni później, Sarabi zobaczyła go, samemu próbującego zdobyć szczyt ich domu. Od tego czasu, lwy często wchodzą na górę Lwiej Skały, aby oglądać widoki lub zażyć samotności. Szkoda, ze mało kto pamięta, o tym, który wpadł na ten pomysł jako pierwszy.
*
“BUU!”
Rafiki podskoczył, przestraszony. Natychmiast odwrócił się, chwytając swą laskę. Niewidocznemu wrogowi zadał cios na oślep, ale chybił. Głownie dlatego, że jego cel… mierzył łokieć wzrostu.
- Niespodzianka! – zawołał radośnie kociak.
- Taka! – syknął szaman. – Nie wolno ci tu wchodzić… zaraz! – jęknął, zdumiony. – Jakim cudem dostałeś się na górę?
- Ja… przepraszam. – wymruczał zmieszany lewek . – Po prostu wspiąłem się. Tata kazał ci pomóc.
- Hm? Król cię wysłał mi do pomocy? – zadziwił się Rafiki. – Dlaczego?
Kociak milczał chwilę, po czym wyznał ze wstydem.
- To kara… za bójkę z Mufasą. Tata powiedział, ze mam zbierać z tobą zioła.
- No dobrze… – odparł szaman, nieco zawstydzony swoją pierwszą, porywczą reakcją. – Tak, możesz się przydać… Ale następnym razem, nie wchodź tu!
- Czemu nie? – zapytał lewek. – Masz takie ładnie obrazki… Ja też potrafię malować… Trochę.
- Nie patrz na nie! – wykrzyknął pawian. – To przynosi pecha! Tylko szaman może oglądać znaki i dywinacje.
- DVD… co?– zapytał kociak, który zdążył już podejść do ściany. – To ja? – wskazał na stary szkic, przedstawiający ciemnofutrego lewka. Rysunek był przekreślony czerwoną linią.
- Powiedziałem: nie patrz! – powtórzył groźnie Rafiki, a Taka zrozumiał, że to nie był dobry temat do żartów.
- Ale… on wygląda zupełnie jak ja…
- Nie… Ten lew już nie żyje. Zmarł dawno temu. – odparł pawian, chwytając kociaka i delikatnie popychając go ku wyjściu. – teraz przekonamy się, czy będziesz równie odważny, schodząc na dół.
- Nie żyje? – dopytywał się Taka. – Ale kto to był?
- Twój stryj… Ale nie ważne. Chodźmy po zioła.
*
- Nic mi nie jest, na prawdę. – powtórzył Tanabi, ale Sarabi wciąż oglądała go uważnie.
- Tak… chyba rzeczywiście miałeś szczęście. – oceniła. – Ale na obiad sugerowałabym zjeść wczorajszą antylopę zamiast jajek.
Poszli na krótką przechadzkę. Stara lwica wciąż nie była pewna, czy może ufać zmęczonym łapom i czy zdołałaby wrócić na Lwią Skałę. Jej wnuk zaproponował sprowadzenie Rafikiego.
- Mógłby pomóc. Jego drzewo jest nie tak daleko, sprowadziłbym go w kilka godzin.
- Nie, moje dziecko. – odparła Sarabi. – Nie potrzebuje szamana. Muszę to zrobić całkiem sama, bez ziółek i tańców. O, spójrz! Czy to nie Vitani? – wskazała odległą sylwetkę, przemierzającą sawannę.
- Tak, idzie w naszym kierunku. – potwierdził lew.
- Doskonale, może jednak ta antylopa nie zmarnuję się do końca…
Tanabi czuł się nieswojo. Jednocześnie chciał, aby młoda lwica już przyszła, ale także miał nadzieję, że nie nadejdzie w ogóle. Jej obecność zawsze go niepokoiła. Uważał ją za najpiękniejsza lwicę, jaką w życiu widział, ale oczywiście nie miał zamiaru komukolwiek o tym mówić. „Jest silna i niezależna. Potrafi dbać o siebie, bez pomocy rodziców, czy przyjaciół. Jest najlepszą łowczynią w stadzie. No i jest starsza ode mnie. Nigdy nie zainteresuje się takim maminsynkiem jak ja.” Myślał ponuro.
- Wracajmy już. – stwierdziła Sarabi. – Powitamy naszego gościa w jamie.
- Czyli w moim królestwie. – mruknął gniewnie Tanabi.
Szli do skały powoli, nie nadwerężając łapy starej lwicy. Gdy dotarli do kryjówki, Vitani już tam była.
- Dzień dobry, wasza wysokość, witaj, książę. – przywitała się uprzejmie.
- Dzień dobry, moje dziecko. – odparła królowa-matka. – Wejdź do środka, powinnaś tam zobaczyć coś ciekawego. Tanabi był na polowaniu.
- Babciu… – syknął lew. – Przestań!
- Zgaduj, jaką zdobycz ubił samemu! – dokończyła Sarabi, ignorując rozpaczliwe prośby wnuka.
Weszli do jaskini, a Vitani obdarzyła ich raportem wieści i plotek z Lwiej Skały.
- …a król powiedział, że kiedy wrócicie do domu, książę będzie mógł wziąć udział w lekcjach polowania z księżniczką Kiarą i Kovu. – W porę jednak dostrzegła wczorajszą zdobycz Tanabiego i dodała szybko. – Choć nie sprecyzował dokładnie, kto będzie uczył kogo.
- Ha, dobrze powiedziane, moja droga! – roześmiała się Sarabi. – Sądzę, że największą i najtrudniejszą zdobyczą, która podszedł w życiu Kovu jest sama Kiara.
- Z chęcią jej to powtórzę. – mruknął Tanabi gniewnie, ale zaraz dołączył się do śmiechu lwic. Królowa-matka mogła rozbroić ciętym językiem każdego.
Cała trójka posilała się kolejną porcją antylopy. Wciąż jedząc, stara lwica opowiadała o Vitani o Tanabim, powodując u wnuka pilną potrzebę zapadnięcia się pod ziemię. Na szczęście, młoda lwica zdawał się nie słuchać i błądzić myślami gdzieś daleko.
- Książę. – powiedział w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – Zaopiekuję się twoją babcią. Jeśli sobie życzysz, możesz od razu wracać na Lwią Skałę.
- A po co? – zapytała Sarabi. – Kovu może poczekać ze swoją zabójczą wiedzą. Chyba i tak nieźle się bawi, polując jedynie z Kiarą. A ja spędzam tu miłe wakacje z moim wnuczkiem.
- Tak, właśnie. – odparł zdenerwowany Tanabi.
„Wspaniale! Mam wracać, właśnie kiedy zrobiło się ciekawie. Babcia zaczęła opowiadać na prawdę ważne historie, a na dodatek przyszła Vitani. Teraz już wiem, jak rozpoznawać udane imprezy – nie chcą cię na takich.”
- Nie chciałabym być nieuprzejma, ale… z całym szacunkiem, książę… – powiedziała do lwa. – Życzyłabym sobie porozmawiać z jej wysokością… – odwróciła się do królowej-matki. – …na osobności.
- Hm? Co to za sekrety? – zdziwiła się Sarabi.
- Sprawy rodzinne. – odruchowo odparła lwica, po chwili przeklinając tę odzywkę. Przecież na prawdę chodziło jej o sprawy rodzinne.. – To znaczy nie dokładnie, ale…
- Cóż za zbieg okoliczności. Właśnie rozmawialiśmy o tym samym. – mruknął Tanabi. Sam, nie wiedział, czemu pozwolił sobie na taki komentarz. Może chciał się nieco zrewanżować za babcine rozmowy z Vitani.
- Na prawdę?! – wyrwało się zaskoczonej lwicy.
- Tanabi! – syknęła królowa-matka. – Trochę dyskrecji proszę!
- Ja też liczę na to samo. Umowa stoi? – odparł cichutko lew.
Ale wyostrzone przez lata polowań na Złej Ziemi zmysły Vitani wychwyciły tę dziwną wymianę zdań. Teraz ona poczuła się wyraźnie nieproszona.
- Może poczekam na zewnątrz? – zaproponowała.
- Nie, to właśnie… – powiedziała Sarabi.
- …są sprawy rodzinne. – dokończył Tanabi. I nagle, razem z babcią, parsknął śmiechem. – Wybacz Vitani. – wyjaśniał. – Ale siedzeniu tutaj, w tej ciemnej dziurze każdego może doprowadzić da szaleństwa.
W tym momencie, Sarabi naszło dziwaczne przeczucie. Spojrzała na Vitani i dostrzegła coś nowego w jej wyprostowanej sylwetce. Choć nowego, choć jednocześnie dobrze znanego. To samo odczucie miała wczoraj, patrząc wieczorem na wnuka.
- Czekaj, moja droga. – zapytała. – A jakie „sprawy rodzinne” miałaś na myśli?
Córka Skazy spojrzała na starą lwice, potem na Tanabiego, odetchnęła głęboko i powiedziała:
- Wasza wysokość… przyszłam tu, aby usłyszeć o moim ojcu.
- Może to ja powinienem zaczekać na zewnątrz? – zapytał Tanabi, ale one go nie słuchały.
Obie lwice mierzyły się wzrokiem w ciszy. Wyglądało to niczym pojedynek na ciężkie spojrzenia, gdzie żadna ze stron nie chciała odwrócić się od rywalki.
- Babciu? Vitani? – zapytał książę, zaskoczonym głosem. – Co się stało?
- Tanabi, moje dziecko… czy miałbyś coś przeciwko temu, abym powtórzyła teraz moją wczorajszą opowieść?
- To twoja opowieść, babciu. – zauważył lew.
- Nie tylko. – odparła lwica. – Należy również do niej. Jest przecież jego córką.
- No proszę… – stwierdziła Vitani. – Chyba nie mogłam trafić na lepszy moment.
Królowa-matka znów rozpoczęła opowiadać. Tym razem inną, jeszcze dokładniejszą wersję.


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#6 2016-01-16 20:25

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

05 – Królowa Szczytu
- Nie musisz marnować ze mną całego swojego czasu. Jakoś sobie poradzę. – mruknął Taka. Oczywiście, tylko się droczył, gdyż obecność Sarabi nie zamieniłby na żaden skarb. To ona pozwalała mu wytrzymać te najgorsze dni… właściwie wiedział, iż bez niej nie poradziłby sobie.
- Oczywiście, mój królu. – szepnęła mu do ucha. – Ale ja bym sobie nie poradziła.
Obejmujące się lwy wybuchły radosnym śmiechem. Ten dźwięk odbił się echem w całej dolinie rzeki i dotarł nawet to ściany gęstej dżungli. To było niezwykłe miejsce, wprost stworzone dla radości i pogodnego śmiechu.
- Sarabi? – zapytał Taka. – Nie mam pojęcia, czemu tak postąpiłaś, ale postąpiłaś, czyniąc mnie najszczęśliwszym lwem w całej Afryce. Odrzuciłaś zaloty Mufasy i zdecydowałaś aby zostać ze mną. Zapewne to zabrzmi dość bezczelnie, ale zapytam: czy chciałabyś wykonać następny krok?
- Co masz na myśli, kochanie? – zdziwiła się lwica.
- Kiedyś obiecałem ci, że będziesz królową. Królową Szczytu, co prawda, ale… Sarabi, załóżmy własne stado. – zakończył z uczuciem.
- Co? – krzyknęła lwica.
- Tylko pomyśl, moja droga… Tak, to z początku będzie trudne życie, ale jestem pewien, że sobie poradzimy. Znajdziemy nowe miejsce, daleko od tego chaosu…
- Tak, wiem… to znaczy: nie… to jest… Taka, nie możemy odejść z Lwiej Ziemi. Tam żyje nasza rodzina… – odpowiedziała, łamiącym się głosem. Jeżeli miałaby wybierać pomiędzy Taką a domem… miała nadzieję, że znajdzie dość sił, aby wybrać ukochanego. Ale wcale nie śpieszyło się jej do podobnej alternatywy.
- Wiem o tym i nie chce cię do niczego zmuszać. Ale tylko pomyśl: wolność! Moglibyśmy pójść gdziekolwiek byśmy chcieli. Żadnej niewolniczej hierarchii starego stada…
Polizała jego usta, tak że umilkł. Wtuliła się w jego grzywę i powiedziała.
- Mimo wszystko, Lwia Skała jest naszym domem. Kocham go i chciałabym spędzić w nim resztę życia. Oczywiście, z tobą. Ale proszę… nie każ mi wyrzekać się jednego skarbu w imię drugiego. Możemy mieć je oba, obiecuję.
Taka zastanawiał się przez chwilę. Wstał i podszedł do rzeki. Napił się, ale nie aby zgasić pragnienie, ale aby zyskać moment do namysłu.
- Boję się, moja piękna. Boję się, jak wiele czynników sprzysięgło się, aby nas rozdzielić. Muffy, mój ojciec, twoja matka… Nasz związek nie jest mile widziany w stadzie. A i sam nie jestem tam mile widziany także.
Sarabi podeszła do Taki i spojrzała prosto w jego oczy.
- Słuchaj… Przysięgam na gwiazdy, ziemię, wodę i wiatr, że nic nas nie rozdzieli. Ani Muffy, ani moja matka. Rozumiesz?
Fala ulgi obmyła umysł lwa. “Obiecała!” pomyślał. “Teraz już nie musze się bać niczego i nikogo. W końcu, to się stało. Udało mi się!” Dodał na głos.
- A ja przysięgam ci, Sarabi, na gwiazdy, ziemię, wodę i wiatr, że nigdy nie opuszczę Lwiej Ziemi. Wrócę do was jutro i nie już odejdę. Nie ważne, co powie ojciec, co powie Mufasa… nie!
- Zapamiętam to! – uśmiechnęła się lwica i niespodziewanie naskoczyła na Takę. Zdziwiony lew stracił równowagę i spadł do wody.
- Ała! A to za co? – wymamrotał, parskając wodą i płynąc do brzegu.
- A, tak jakoś. – roześmiała się Sarabi. – Musiałam…
- Będziesz mnie teraz musiała wylizać do sucha. – odparł Taka. – Pływający lew to rzecz przeciwna kierunkowi obrotu Kręgu Życia.
- No proszę… – zauważyła Sarabi. – Ale się z ciebie zrobił konserwatysta.
- Właściwie to nie. – odparł Taka. – Nawet podobało mi się. Z resztą, sama ocenisz…
- Co ocenię? – ale zamiast wyjaśnienia, lwica został uraczona delikatnym, acz zdecydowanym pchnięciem łapą. Wpadła do wody z pluskiem. – Ty też będziesz mnie lizał do sucha. – uśmiechnęła się mokra Sarabi, gdy wreszcie skończyli się śmiać.
Dwa lwy wyszły z wody i ruszyły w kierunku dżungli.
- Jak nazywa się to miejsce? – zapytała Sarabi.
- Nie pamiętam. – przyznał Taka. – A kiedyś któraś z małp mi mówiła. Upr… Upi… Upendi?
*
Ahadi leżał na podłodze jaskini, drzemiąc po posiłku. Uru zamierzała wejść niespostrzeżona, ale czułe zmysły króla wychwyciły obecność jego partnerki.
- Co się stało, moja droga? – zapytał władca, swym mocnym i charyzmatycznym głosem.
- Nigdzie nie mogę znaleźć Sarabi. Miała iść na zwiad, ale nigdzie jej nie widzę.
- Aghr! – ziewnął lew, zarówno z powodu senności, jak i irytacji. – Pewnie znów przesiaduje z naszym drugim synem. – wypowiedział słowo „drugi” niemal jak obelgę. – A tak przy okazji… gdzie jest ten nicpoń Taka?
- Wczoraj zakazałeś mu pokazywać się na oczy, aż do najbliższej pełni. – odparła Uru. – Już zapomniałeś?
- A, no tak! A więc wróci za parę dni, niestety… Szkoda, że do tego czasu nie będziesz miała żadnego pożytku z Sarabi.
- Ahadi! – przerwała mu ostro Uru. – Jak możesz tak mówić o własnym synu? Traktujesz go nie jak dziecko, ale jak obcego! Wstydź się!
- Ja? On się powinien wstydzić. – ziewnął lew ze stoicką obojętnością. – To leń, bez krztyny talentu jego brata. Ukarałem go, bo znów pobił się z Mufasą…
- Co takiego? – zdumiała się Uru. – Ukarałeś go, bo pokonał Muffiego?
- A tam, wcale nie pokonał. – uśmiechnął się król. – To Mufasa dał mu solidną lekcję… ale ja dodałem i naukę od siebie.
- Mówiliśmy o tym już sto razy… – powiedziała cierpliwie lwica. – I jestem zmęczona powtarzać to po raz sto pierwszy. Ale powtórzę: Taka zasługuję na lepszego ojca…
- To ja zasłużyłem na lepszego syna…
- Przestań! – krzyknęła Uru. – Wiem, o co ci chodzi. Masz nadzieję, że w końcu Taka tego nie wytrzyma i odejdzie od nas. Ale nie doceniasz go. Zostanie, gdzie jest jego miejsce!
- I gdzie jest królestwo Mufasy. – dokończył lew. – Zauważ, że ja jestem niezwykle wyrozumiały wobec Taki. Ale kiedy Mufasa obejmie tron… zapewne nie będzie podzielał moich skrupułów. Wygna go, przy najmniejszym objawie nieposłuszeństwa.
Uru nie mogła uwierzyć w słowa partnera. Zszokowana, skłoniła głowę i cicho wyszła z jaskini.
„O, Taka, mój mały…” pomyślała. „Byłbyś dziesięć razy lepszym królem od Mufasy. Twój brat jest taki sam jak ojciec. Król powinien posiadać coś więcej, niż dumę i pewność siebie.” Odwróciła się w kierunku Mufasy, który biegł po sawannie, prowadząc zwiad lwic. „Czemu to robisz, moje dziecko?” zapytała w myślach. „On jest twoim młodszym bratem. Powinieneś się nim opiekować. A Sarabi…” pomyślała o sympatii Taki. „A więc ty się nim opiekuj. Potrzebuje cię. Bardzo.”
*
Mufasa pędził przez równinę, z Onyą i Sarafiną u boku. Zazu alarmował księcia, że jacyś intruzi, być może nawet hieny, wdarli się na Lwią Ziemię, przez granicę ze Złymi Ziemiami. Mufasa zakazał ptakowi powtórzyć informacji ojcu, chcąc samemu zaradzić problemowi. „Wreszcie mogę im wszystkim pokazać, że jestem gotów pilnować królestwa.” Pomyślał. Zdecydował się trzymać tej miłej i bezpiecznej myśli, ponieważ nie miał ochoty martwić się czymkolwiek innym.
- Książę, tam są! – krzyknęła Onya, wskazując głową Wodopój Północny. – Trzy hieny, jak sądzę.
- No dobrze… tylko spokojnie. – odparł Mufasa. – Zaskoczymy je.
I skierował się w stronę wroga. Ale nawet krótki widok Onyi zburzył spokój jego myśli. Oczywiście, lwica nie była aż tak piękna jak Sarabi. Ale Mufasa pogrążył się w zauroczenie wybranką brata tak głęboko, że każdą lwicę porównywał w myślach do niej. Znów ciemne myśli zasnuły jego umysł. Zazwyczaj, w takich sytuacjach, usiłował je odgonić, ale z czasem stawało się to coraz trudniejsze. „Nie!” jęknął cicho. „Musze odzyskać Sarabi. Muszę pozbyć się Taki za wszelką cenę.” Oswajał się z tą myślą już od jakiegoś czasu. „Mój brat… jest tak blisko mnie, że plącze mój każdy krok. I od zawsze tak było. Już od dzieciństwa, nastawiał Sarabi przeciwko mnie. Bo ona miała być moją partnerką… moją królową. Taka nie miał prawa stawać pomiędzy nami!”
- Sir! – mruknęła Sarafina. – Zwolnij, bo zaraz nas dostrzegą.
Mufasa zatrzymał się i zaczął skradać. „Ale co ja mogę z nim zrobić?” pomyślał. „Rozgnieść na miazgę, jak zaraz zrobię z tą hieną? Nie, nie ma mowy. Ona nigdy by mi tego nie wybaczyła.” Ocenił. „I ona też.” Dodał, przypominając sobie o matce. „Ale skoro ojciec wygnał Takę na tydzień tylko dlatego, że ten pobił się ze mną… do czego, właściwie sam go sprowokowałem… A więc, jeśli wywołałbym prawdziwą kłótnię, wyzwanie, to tatuś mógłby się go pozbyć na dobre. A Sarabi nie miałaby wyboru. Na pewno nie opuściłaby Lwiej Skały.” Myślał radośnie, choć w głębi duszy nie był tego taki pewien. „Muszę spróbować. Dla dobra całego stada, które powinno być rządzone przez króla… bez bezczelnego pretendenta u boku. Dla dobra Sarabi, która zasługuje na prawdziwego lwa, a nie na wymądrzającego się przystojniaczka. No i dla mojego dobra też. Będę królem i zasługuję na najwspanialsza królową na świecie.
- Już! – krzyknął do lwic. Trzy dzikie koty wypadły z zarośli, zbiegając ze wzgórza do wodopoju. Ale hieny były niezwykle uważne – natychmiast poderwały się do ucieczki, ruszając w trzech różnych kierunkach.
- Dorwę tą cętkowaną! – zaryczał Mufasa i pozostawił dwóch padlinożerców swoim towarzyszkom. Miał nadzieję, że trudna zdobyć pomoże mu ukoić myśli. Niestety, cętkowana hiena uciekała z taką prędkością, że wyraźnie nie była do takiej pomocy chętna.
Mufasa ruszył w pościg.
*
- Sarabi, gdzieś ty była? – zapytał zmęczoną lwicę Ahadi. – Straciłaś dwa codzienne polowania. Grupa myśliwska musiała radzić sobie bez ciebie!
- Proszę o wybaczenie, wasza wysokość! – opowiedziała uniżenie. – Zgubiłam się w dżungli, bo za daleko zapędziłam się za zdobyczą.
- Taką z czarną grzywą? – zapytał sarkastycznie król.
- Nadrobię to przy następnym polowaniu, sir.
- Dobrze, nie ważne… Każdy może się zapędzić za jakimś… guźcem. – szepnął złośliwie. – A teraz mam dla ciebie specjalne zadanie. Pomożesz mojemu synowi w zwiadzie na granicy, niedaleko Doliny Wodospadu. Podobno jakieś lamparty kradną tam naszą zwierzynę. – powiedział i dodał w myśli: „I podobno, to całkiem romantyczne miejsce.”
- Panie, Taka jeszcze nie wrócił. – zauważyła lwica.
- Wiem, że nie wrócił. – zaryczał Ahadi, ale natychmiast odzyskał spokój. – Pójdziesz z Mufasą.
- A… no tak, sir. – odparła zaskoczona Sarabi. – Mamy już ruszać?
- Nie, lepiej prześpij się przed drogą. I tak zaczekacie do zmierzchu. Ci złodzieje czają się głownie w mroku.
- Dobrze, panie. Więc pójdę odpocząć. – odwróciła się w kierunku jaskini i ruszyła do środka.
- Tak… – mruknął Ahadi. – Ale Sarabi… – lwica przystanęła. – Mam do ciebie jeszcze prośbę. – powiedział niepewnym głosem.
- Rozkaz, panie?
- Nie, uprzejmą prośbę. – odparł. – Czy mogłabyś… proszę, bądź dobra dla Mufasy. Miał ostatnio bardzo ciężki okres. – „Jakby Taka nie miał.” Pomyślała gorzko Sarabi. – I sądzę, że rozmowa z przyjazną duszą bardzo by mu pomogła.
- Tak jest. Jestem wierna mojemu królowi i jego syno… wi. – chciała powiedzieć „synom”, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. – I uważam Mufasę za przyjaciela. Zrobię, co w mojej mocy.
- Dziękuję, moja droga. – odparł Ahadi pełnym nadziei głosem. – Byłabyś wspaniałą królową.
Sarabi weszła do jaskini z niepokojem w duszy. Król naciskał na nią, Muffy naciskał na nią. Znów będzie chciał ją uwieść, a ona znów będzie musiała mu odmówić. Nienawidziła odmawiać komukolwiek, czegokolwiek, ale nachalność księcia stawała się już nieznośna. „A Taka tu jutro wróci… aby znów pokłócić się z ojcem.” Zauważyła, że Uru patrzyła na nią uważnie. Kiwnęła głowa na dowód szacunku i zrozumienia. Obie wiedziały, co truło atmosferę Lwiej Skały i obie, każda na swój sposób, próbowały ratować co się da z jedności ich wspólnego domu.
“Będę na niego uważała.” Przyrzekła cicho Uru. Uspokojona Sarabi ułożyła się do snu.
Śniła o cudach i przyjemnościach, jakich mogła doświadczyć tylko Królowa Szczytu.
*
Wyruszyli tuż przed zachodem słońca. Mufasa prowadził młoda lwicę w ciszy, widocznie bojąc się nawet zacząć rozmowy. A ona była zbyt zamyślona, aby zwrócić na to uwagę – myślała o Tacę, czy wracał już do domu i co mogło się stać jutro, gdy spotka ojca.
- Piękny wieczór, nieprawdaż? – zapytał ostrożnie Mufasa.
- Tak, wspaniały. – automatycznie odparła Sarabi.
- Sarabi, o co tak się martwisz? – zapytał Mufasa, mając nadzieję, że nie o…
- O Takę, sir. – przyznała.
- “Sir”? – zdziwił się lew. – Był taki czas, że nazywałaś mnie na co dzień „Muffy”
- Jak sobie życzysz si… Muffy. Ale czy to właściwe miano dla przyszłego króla? – zapytała sarkastycznie.
- Cóż, zależy kto mnie tak nazywa. W twoich ustach to brzmi nawet królewsko.
- Nie chciałabym siać złego przykładu pośród innych lwic, Muffy. – powiedział Sarabi, ale jego imię wypowiedziała tak sztywno i oficjalnie, że brzmiało niemal jak „wasza wysokość”. – Ale będzie, jak sobie zażyczysz. – szli chwilę w milczeniu, ale lwica w końcu przemogła się i rzekła. – Muffy… sądzę, że powinieneś pomóc bratu. On cię potrzebuje.
- Tak sądzisz? – zapytał zimno Mufasa. I dodał, spoglądając na Sarabi. – Wydaje się, że ma wszystko, czego zapragnie.
- On to samo mówi o tobie. – zauważyła lwica.
Cisza znów zapadła nad sawanną. Dopiero po kilku minutach złamał ją książę.
- Sarabi… jestem starszy, pierwszy w kolejce do tronu. Wydawać by się mogło, że mam wszystko, czego chcę. Ale tak nie jest. Tak chciałbym, abyś… – jego drżący głos urwał zdanie, a lew ucichł na dobre. Nie mógł mówić dalej. Jego duma i tak ucierpiała przy pierwszej odmowie Sarabi. Nie mógł sobie pozwolić na drugą wpadkę. „Przynajmniej, zanim nie pozbędę się Taki.” Pomyślał.
Wtedy właśnie ujrzeli odległą sylwetkę na tle ciemniejącej sawanny. Tak, powinien się tego spodziewać, ale nie spodziewał. Taka.
- Spójrz, twój brat wraca! – powiedziała Sarabi tak radosnym głosem, że Mufasa ledwo powstrzymał ryk.
- Miał wrócić jutro! Złamał rozkaz ojca! – warknął gniewnie.
Nie teraz… Znów jego młodszy brat zmarnował szansę to intymnej rozmowy z Sarabi. „On ma jakiś nadprzyrodzony talent do przeszkadzania mi, kiedy tylko może. On…” pomyślał Mufasa. Ale nawet jego myśl zamarła, gdy Taka podszedł do nich beztroski, jak zawsze.
- Dobry wieczór, Muffy. Dobra pora na przechadzkę, co? – ale wtedy dopiero zauważył jasno szare futro lwicy. – O… witaj, Sarabi. – dokończył napiętym głosem.
„No proszę, jest zazdrosny! O spacer z Sarabi… Co za nerwus!” mruknął pod nosem Mufasa.
- Król wysłał nas na patrol… – szepnęła zmieszana lwica. Taka spojrzał na nią z niemym pytaniem na twarzy, ale odparł niewzruszonym głosem.
- Tak, jasne. Nie będę przeszkadzał. – ale dodał z goryczą w kierunku Mufasy. – No bo po co? Czy ja mam coś wspólnego ze sprawami królestwa?
Mufasa balansował na skraju otwartego gniewu. Ale wnet przyszła mu do głowy genialna myśl. Tak, miał szansę rozstrzygnąć rywalizację z bratem już niedługo. Gdyby tylko zdołał go sprowokować do przyjęcia wyzwania na oczach Sarabi… Tak, to dało się zrobić.
- Masz i to sporo. – stwierdził starszy lew. – Na przykład: złamałeś zakaz ojca. Miałeś wrócić na Lwią Skałę dopiero jutro.
- No ładnie… – roześmiał się sarkastycznie młodszy. – A skąd wiedziałeś, gdzie szedłem? Chyba mocno wczuwasz się w rolę „wielkiego brata”!
- Ale nie jesteśmy na Lwiej Skale! – jęknęła Sarabi, niejasno zdając sobie sprawę, jaką katastrofę nieświadomie spowodowała. – Zostaw go!
- Nie, braciszek ma rację. – odparł Taka ze złością. – Właśnie kierowałem się do domu, aby powiedzieć mojej królowej „dobranoc”. Wiec się nie mylił. Gdyby nie jego „królewska” – podkreślił szyderczo to słowo. – interwencja, złamałbym rozkaz ojca.
- Złamałeś go już wcześniej.
- Muffy, proszę… – szepnęła Sarabi.
- Nie martw się, moja droga. – powiedział do niej Tak, wciąż patrząc na brata. – To tylko rodzinna pogawędka, czyż nie? – wtedy zwrócił się w kierunku Sarabi. – Ale skoro wolisz jego towarzystwo, mogę odejść i dokończyć tę konwersację kiedy indziej.
“MAM CIE!” zaśmiał się w myśli straszy lew. „Teraz już mi się nie wykręcisz.” Dodał głośno. – No dobrze… Co powiesz na najbliższy ranek, na szczycie Lwiej Skały?
“Na gwiazdy! Co ja zrobiłam?” jęknęła w duchu lwica. „Oni będą o mnie walczyć…”
Taka, choć inteligentny i roztropny, był również dzieckiem Ahadiego. Obaj synowie odziedziczyli gwałtowne charaktery, i jeśli Taka zazwyczaj potrafił opanować nerwy, akurat w tym momencie porywczość ojca go przemogła. Był wściekły.
- Jasne, braciszku… Dziwię się tylko temu pomysłowi, bo wszak zawsze uważałeś wchodzenie na szczyt za dziecinną głupotę.
- Tylko ze względu na pomysłodawcę. – odparł Mufasa.
- Błagam, opanujcie się! Proszę was nie tylko jako książąt stada, ale jako przyjaciół. Nie róbcie tej bzdury.
Taka spojrzał na nią z wyrzutem.
- Co się stało, to już się stało. Jedyne, co możesz jeszcze dziś zrobić, to wybrać. Wypełnisz królewski rozkaz z Mufasą, czy złamiesz go ze mną? – podszedł do ukochanej i szepnął jej do ucha. – Śmiało, wybierz!
“Co?” pomyślała przerażona Sarabi. „Czy on myśli, że szłam z Muffim z własnej woli? O, Królowie Przeszłości! Czemu to się dzieje? Dopiero wczoraj dałam mu swoje słowo…” dodała głośno. – Dostałam rozkazy od króla.
- No tak… królewskie rozkazy…
Wtedy Mufasa przerwał, ledwo kryjąc uśmiech na twarzy.
- Nie, Taka… My tylko spacerowaliśmy. To zadanie było przeznaczone dla mnie, a ona idzie ze mną tylko dla towarzystwa.
- Nie, wcale nie… – powiedziała łamiącym się głosem lwica.
- Nie ważne… królewskie misje. Nie będę wścibski. – odparł Taka i odwrócił się.
Musiała to zrobić. Wiedziała, że następnego dnia będzie żałować swego kroku, ale nie mogła pozwolić odejść Tace bez słowa wyjaśnienia.
- A więc… skoro tylko “spacerujemy”… – szepnęła zimno do Mufasy. – …to nie muszę ci towarzyszyć dalej. Prawda? – No tak, tego szczegółu starszy z braci nie dopracował. Otworzył usta, zaskoczony, ale nie zdążył zaprotestować, zanim odeszła. – Taka, zaczekaj. Mogę pójść z tobą?
- Hm? – czarnogrzywy lew zatrzymał się i odwrócił do ukochanej. – Już żadnych misji królewskich więcej?
- Tylko jedna! – podbiegła do niego. – Towarzyszyć Królowi Szczytu. – polizała jego czoło, nie zważając na patrzącego z wściekłością Mufasę.
“Tylko poczekaj do jutra, bracie.” Szepnął ten. „Kiedy słońce wzejdzie, dla ciebie będzie to oznaczało zachód.”
Mufasa ruszył ku granicy, tak szybko, jak umiał. Wiedział, że polecenie ojca było tylko pretekstem dla niego, aby spotkać się z Sarabi, ale musiał ten bezsens spełnić. Gdy obejrzał już przykazany teren, odwrócił się i popędził z powrotem.
“Muszę być na Lwiej Skale przed nim. Moja pułapka wymaga jeszcze tylko kilku zabiegów. Mój bracie… już jutro cię przechytrzę! Ja, ten „głupszy z braci”! Wkrótce zobaczymy, kto tu jest gwiazdą wieczoru!
Cichy, acz diaboliczny śmiech rozległ się nad sawanną.
*
Sarabi biegła za Taką przez sawannę. Tysiące gwiazd świeciło, rozjaśniając niebo niemal jak za dnia. Przynajmniej Taka tak myślał. Ona wciąż była pochłonięta przez przygniatające obawy. Drżała w środku, patrząc na beztroskę jej ukochanego. „Jestem idiotką! Już go straciłam!” płakała bezgłośnie. „Cokolwiek zajdzie jutro… nawet jeśli Taka wygra… Nie, oni nie pozwolą nam być razem… Nie jestem poddaną króla i jego syna. Jestem poddaną dwóch tyranów.”
“Moje dziecko? – zabrzmiał głos w jej umyśle. Nie widziała nikogo, oprócz Taki, biegnącego na przedzie. Wstrząsnęła głową, ale ów ktoś nie przestał. „Nie ważne, kim jestem. Musisz mnie posłuchać i zaufać mi. Cokolwiek stanie się jutro i później, nie zabierze wam tej nocy. To wasz czas. Wykorzystaj go, tak jak możesz, tak jakby była to ostatnia noc na tym świecie. Śmiało, moja droga!” Głos umilkł nagle, lecz Sarabi spostrzegła, iż jedna z gwiazd zamrugała znacząco. „Władcy mi odpowiedzieli… Dzięki ci, kimkolwiek jesteś!” szepnęła.
Noc była ich.
Zatrzymali się nad brzegiem wodopoju, spoglądając na piękno tego miejsca. W świetle dnia wydawało się nudne i brzydkie, ale pod gwiazdami… Jakaś magiczna moc wabiła oczy do falujących odbić rozgwieżdżonego nieba.
A oni stali, przytuleni.
- Wiem. – powiedział w końcu Taka. – Powiesz mi, że jestem bezmózgim idiota, który dał się sprowokować jak kociak. Powiesz też, że jestem głupim zazdrośnikiem i największym podejrzliwcem na Ziemi. I będziesz miała rację. Powiesz, że…
- Że cię kocham. – przerwała Sarabi. – Tak się boję jutra i tego, co będzie dalej… ale nie boję się tej chwili. Proszę, nie mówmy więcej o przyszłości. Chcę mieć cię tutaj całego. Bądź dziś moim królem.
- Bądź dziś moją królową. – wyszeptał Taka, liżąc lwicę w delikatnym pocałunku.
- Obiecałam, że nic nas już nie rozdzieli i dziś pokażę ci, że umiem dotrzymywać przysiąg. Będziemy już zawsze razem. Jesteśmy jednym!
[Piosenka „Niech ta noc się nie skończy”. Wyobraźcie sobie jakąś romantyczną melodię, odpowiednią do poniższego układu rytmicznego]
[Ujęcie Sarabi i Taki, leżących obok wodopoju. Niezwykła jasność (jak na noc) bije z nieba i dodatkowo odbija się w wodzie. Futra lwów wydają się mieć złota barwę, a grzywa Taki odbija światło w nienaturalny sposób. Muzyka zaczyna grać.]
[Ujęcie sawanny z lotu ptaka, gdzie wyraźnie widzimy jasne odbicie wodopoju. Kamera opada w tym kierunku.]
Taka:
Chociaż noc już okryła ten łan Jakieś światło rozświetla go tu
[Taka wskazuje Sarabi łapą i zaczyna ją głaskać po głowie.]
Bo swe słońce na własność już mam Które świeci jasnością gwiazd stu
[Ona zrzuca jego łapę i skacze na niego ze śmiechem. Kamera kieruje się ku niebu, pokazując niepoliczalną ilość gwiazd. Widać kształt dwóch lwów, obejmujących się.]
Taka:
Każdy cień widać tutaj wyraźniej Niźli chmury najbielsze za dnia
[Lwy wstają z ziemi i obejmują się – wyglądają jak kształt w gwiazdach.]
Kiedy widzę ten blask jest mi raźniej
Jak nasiona – kiełkuję i ja
[Wiatr wieje znad sawanny i podwiewa grzywę Taki. Cięcie do widoku sawanny z lotu ptaka.]
Oboje:
Niech ta noc się nie skończy Niech słońce wiecznie śpi
[Świetliki lecą bezwładnie, ale z czasem formują kształt serca.]
Niechaj radość się sączy Niechaj śpiew nas połączy I niech miłość osuszy nam łzy
[Sarabi i Taka stoją obejmując się, nad błyszcząca wodą.]
Oboje:
Niech ta noc się nie skończy Niechaj już wiecznie trwa
[Taka odwraca głowę, chcąc spojrzeć na horyzont, zapewne w kierunku Lwiej Skały, ale Sarabi przytrzymuje go łapą i liże w usta.]
Niechaj radość się sączy Niechaj śpiew nas połączy I niech miłość swą jasność nam da
[Taka cofa się i popycha Sarabi w kierunku brzegu wodopoju.]
Sarabi:
Na cóż berła i trony Jam królową i tak
[Taka usadza Sarabi na brzegu, z tylnymi łapami w wodzie i podchodzi ją od tyłu. Usadza się, tak aby udawać tron (podnosi łapy, aby przypominały oparcia na ręce u tronu). Sarabi zdaje sobie sprawę z jego pomysłu i opiera się na nim.]
Noc mi bije pokłony Składa hołd życia znak
[Taka pochyla się do tyłu (za ekran) i wyciąga zębami wieniec, udający koronę. Wkłada go na głowę Sarabi.]
Sarabi:
Jeśli kiedyś w przyszłości Mam utracić ten raj
[Sarabi pochyla głowę, aby przejrzeć się w wodzie. Uśmiecha się, widząc odbicie.]
Niechaj los wstrzyma kości Nocy królewska- trwaj!
[Taka staje za nią i żartobliwie wpycha ją do wody]
Oboje:
Niech ta noc się nie skończy Niech słońce wiecznie śpi
[Ujęcie powietrza ponad wodopojem. Unoszący się tam kurz jest oświetlany z góry przez gwiazdy i dołu przez odbicie. Ruchy na dole (zapewne Sarabi i Taka baraszkujący w wodzie) sprawiają, że kurz rusza się i formuje w cudaczne kształty.]
Niechaj radość się sączy Niechaj śpiew nas połączy I niech miłość osuszy nam łzy
[Lwy wychodzą z wody i liżą się nawzajem.]
Oboje:
Niech ta noc się nie skończy Niechaj już wiecznie trwa
[Kłaniają się sobie nawzajem, jakby wyrażając szacunek dla królowej/króla. Potem, podnoszą głowy, spoglądają na siebie i skaczą ku sobie, aby się przytulić.]
Niechaj radość się sączy Niechaj śpiew nas połączy I niech miłość swą jasność nam da
[Ujęcie Sarabi i Taki, leżących na trawie i przytulających się.]
[Muzyka cichnie.]
I od tego czasu spokojna noc rozbrzmiewała jedynie dźwiękami radosnej rozmowy kochanków. Rozmowy miłości, gdzie z czasem nawet słowa stały się zbędne. Wszystko było już powiedziane i wiadome, więc w niemal idealnej ciszy słuchali orkiestry natury i własnych ciał. Byli jednym, a tamta noc zdawała się trwać wiecznie.
- Warto było męczyć się tutaj tyle lat. – szepnął Taka, leżąc na piersi partnerki. – Moja nagroda jest cenniejsza od każdego królestwa.
- Ja mam swoje królestwo, wszędzie tam, gdzie ty jesteś. – odparła Sarabi.
- A więc… musze dbać, abyś miła je zawsze pod ręką, Królowo Szczytu.
Noc nie mogła trwać wiecznie, ale Sarabi była przekonana, że Królowie Przeszłości uczynili ją nieco dłuższą.
- Teraz i ja wiem, jak się żyje pośród gwiazd. – wyszeptała ku niebu. – Jestem prawdziwą Królową.


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#7 2016-01-16 20:28

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

06 – Stare skazy
Nowy dzień znów wstawał nad Lwią Ziemią. Cienie nocy powoli znikały, a niebo na wschodzie zaczynało się skrzyć ogniem pierwszych promieni słońca. Przez sawannę biegły dwa lwy. Samiec z ciemną grzywą prowadził, a za nim podążała piękna lwica.
- Taka, proszę, przemyśl to jeszcze! – błagała Sarabi.
- Nie, moja kochana, tu nie ma już nic nad czym mógłbym rozmyślać. – odparł Taka. – Słońce niemal wstało. Musze tam być jak najszybciej.
- Taka… – jęknęła lwica. – Zapomnij o przysiędze, a ja też zapomnę. Jeśli chcesz, uciekaj… – lew zatrzymał się nagle. – A ja pójdę za tobą, gdziekolwiek chcesz! – dodała z mocą.
- Nie, nie kuś mnie. – odparł Taka, zwracając głowę ku partnerce. – Dałem swoje słowo i dotrzymam go. Nie mam prawa skazywać cię na wygnanie… nawet to dobrowolne.
- Ale… – załkała cicho Sarabi.
- Nie zabije mnie. – ocenił Taka. – Nie, żeby nie chciał… ale przecież boi się konsekwencji. – W tej samej jednak chwili, zdał sobie sprawę z jednej, mrożącej krew w żyłach okoliczności. „Ale czemu wybrał szczyt na miejsce pojedynku? Czyżby planował wypadek? Śmiertelny wypadek?” Oczywiście, nie powtórzył tej myśli ukochanej.
- Pozwolisz mi być przy tobie? – zapytała lwica. – Musze być pewna, że on…
- Nie zabije mnie. – powtórzył Taka. Bardzo nie chciał, aby Sarabi widziała jego niemal już przesądzoną klęskę. Bał się, co ona pomyśli, widząc go leżącego bezsilnie u stóp Mufasy. Ale wiedział także, że nie mógł jej odmówić. Sarabi, jako jego partnerka, miała swoje prawa. „A na dodatek, istnieje szanse, że jej obecność poskromi szał Mufasy.” Pomyślał optymistycznie, ale jakiś ponury głos w jego głowie dodał: „Albo doprowadzi go do jeszcze większej furii.” A Sarabi odpowiedział głośno – Jeśli będziesz przy mnie, będę walczył z podwójną mocą.
“Co i tak nie zda się na wiele.” Dodał cicho. Wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. Mufasa był silniejszy i bardziej wytrzymały. Jedyne przewagi Taki – szybkość i zręczność był bezużyteczne na tak niewielkiej przestrzeni jak płaskowyż szczytu. Na dodatek był zmęczony. Bardzo zmęczony – nie spał ponad dobę, a noc spędzona z Sarabi wykończyła go do szczętu. Kiedy adrenalinowe oszołomienie minęło, Taka poczuł lekkie zawroty głowy. „Doskonale, zaraz dostanę kręcioła.” Pomyślał. „A więc, moje zadanie jest proste – przegrać z honorem i nie dać się zabić. Banalne!” jęknął zrozpaczony.
Wtedy akurat dotarli na miejsce – ścieżka na południowym stoku Lwiej Skały. Oczywiście, Mufasa już czekał.
- Spóźniony, jak zawsze. – przywitał go ciepło.
- Czy nie byliśmy umówieni na górze? Więc chyba ty też się spóźniłeś. – zauważył Taka. – No, chyba że o czymś nie wiem. Na przykład o tym, aby królowie władali nawet upływem czasu.
- Nie drażnij mnie, ty… – w tym momencie starszy lew spostrzegł Sarabi. – A ty co tutaj robisz? – zapytał, usiłując nie zabrzmieć niegrzecznie.
- Taka, powiedzieć mu? – spytała Sarabi z wahaniem w głosie. Byłoby to postawienie sprawy na ostrzu noża, a i szansa na bezkrwawe zwycięstwo. Mufasa mógł pojąć, że nic już nie zrobi dla odzyskania lwicy.
- Śmiało, kochanie! Chciałbym to ogłosić całej sawannie… – odparł młodszy z lwów. Spostrzegł złość w oczach brata i cały jego strach w sekundę przemienił się w triumf. „No, panie Siłaczu, kto dostał dziś lwią cześć zdobyczy?” szepnął w myślach.
- Jestem tu, aby wspierać mojego ukochanego i partnera. – powiedziała lwica wyraźnie. – I aby prosić mojego księcia i przyszłego króla Lwiej Skały o sprawiedliwość zamiast zazdrości!
Mufasa drgnął i spuścił wzrok, aby ukryć złość bijącą z twarzy. – Idź! – warknął, zapewne zarówno do Taki, jak i do Sarabi. Młodszy brat rozpoczął wspinaczkę bez trudu. „Tak… zapewne te zawroty przypomną sobie o mnie pod samym szczytem.” Mruknął do siebie, ale parł naprzód.
- Idź, Sarabi. – rzucił Mufasa do lwicy.
- Za tobą, panie. – wiedziała, że oficjalny tytuł może go rozwścieczyć jeszcze bardziej… ale również musiał przypomnieć mu, kim jest, i jakie ma obowiązki. „Król jest miłościwy i wspaniałomyślny!” krzyknęła w myśli, mają nadzieję, że Władcy z Przeszłości podpowiedzą to księciu. Mufasa wszedł jednak na ścieżkę bez słowa.
Taka wspiął na górę błyskawicznie i zaraz spojrzał w dół, chcąc zobaczyć, jak idzie Sarabi i jego bratu. Mufasa piął się z trudem i co chwila przystawał. „Oho… zaraz się zmęczy na dobre.” Uśmiechnął się do swych myśli Taka. „A jeśli spadnie, zostaniesz oskarżony o morderstwo.” Dodał ponury głos w jego głowie. Na szczęście, Sarabi radziła sobie nieźle i szła w znacznym odstępie od lwa. „Przynajmniej jeśli ten tłuścioch spadnie, jej nic się nie stanie.”
Mufasa dotarł prawie na szczyt. Wyraźnie brakowało mu już siły, więc zatrzymał się tuż pod krawędzią płaskowyżu. Taka dał Sarabi znak, aby i ona zatrzymała się z jakiejś skalnej niszy. Lwica znikła pod wystającym ze ściany kamieniem, czekając aż wspinający się książę dotrze na górę. Taka odetchnął z ulgą…
…ale w tym samym momencie noga Mufasy ześlizgnęła się z kamienia. Zawisł na samych przednich łapach, z ledwością utrzymując równowagę. Kilka kamieni oderwało się od skały i runęło w przepaść. Pazury księcia zaczęły się ślizgać po chropowatej powierzchni.
- Co u licha… – jęknął lew, ale w tym samym momencie zrozumiał, że zaraz zginie. Jeśli, ktoś mu nie pomoże…
- Bracie… ratuj! – szepnął przerażony.
Przez głowę Taki przemknęło stado myśli. „Spadnie!” krzyknął bezgłośnie. „Jeśli mu nie pomożesz, to na pewno!” „A powinienem? Z jakiej racji?” „Z racji pokrewieństwa, na przykład!” „On nie jest moim bratem, on jest moim koszmarem! Uczynił mi więcej złego, niż jakakolwiek istota na świecie.” „Obwinią cię o jego śmierć.” Jęknął podszept rozsądku. „Nikt nie widzi… nawet Sarabi. A ty będziesz jedynym księciem na Lwiej Skale!” „On jest przyjacielem Sarabi!” „Jest rywalem” „Zamknijcie się!” warknął w myśli Taka. Skoczył na półkę skalną poniżej, aby dosięgnąć drżących łap Mufasy.
- No proszę… co my tu mamy? Wielki król… który potrzebuje pomocy jednego ze swoich poddanych. – NIECH ŻYJE KRÓL!
Trrrrrzzzz…. W tym momencie łapy starszego księcia ruszyły, niehamowane w dół. Ale Taka natychmiast przycisnął je swoimi. Jeśli jego pazury byłyby wysunięte, Mufasa niechybnie puściłby chwyt. Ale nie były.
- Dobrze… trzymam cię już… Znajdź szybko podporę dla nóg. – ryknął młodszy książę. Pomyślał zaraz „Nie, nie pozwolę mu zginąć. Nie dzisiaj. Jestem najszczęśliwszym lwem na całej Ziemi i nie pozwolę na takie rzeczy. Uratuję go… jeśli zdołam.” Dodał na głos. – Szybciej, jesteś zbyt ciężki, abym cię wciągnął.
- Nie mogę!
- Wysuń pazury na nogach i zaczep nimi skałę. Szybko! – Mufasa spróbował, bezskutecznie. – Jeszcze raz! Nie utrzymam cię w nieskończoność. – wtedy wpadł na desperacji pomysł. – Sarabi! – zawołał. – Chodź tu, szybko! – lwica wypadła z jamy i rozpoczęła wspinaczkę.
- Mufaso, posłuchaj mnie! – krzyknął Taka do spanikowanego brata. – Uspokój się! Zmieniamy plany. Nie ruszaj się i wiś spokojnie. Sarabi podtrzyma twoje nogi. – zawołał głośniej do partnerki. – Kochanie, dasz sobie radę?
- Daj mi jeszcze chwilę…
- Nie pozwól się zrzucić! – dodał Taka, wiedząc, że ta genialna rada na niewiele się zda, jeśli Mufasa będzie nadal wierzgał nogami w panice.
- Jestem na miejscu. – zawołała lwica.
- Muffy, spokój! – zaryczał Taka groźnie. Mufasa patrzył mu w oczy z wyrazem krańcowej desperacji, ale znieruchomiał. – Teraz!
Sarabi wyciągnęła się ku lwu i chwyciła jego stopę paszczą. Poprowadziła pazury Mufasy do skalnego występu i upewniła się, że złapał podparcie. Potem, zajęła się drugą nogą.
- Szybciej… zaraz go puszczę! – krzyknął Taka.
- Muffy, podciągnij się na nogach! – lew zrobił, co mu kazali.
- Muffy… zaraz puszcze jedną z twych łap na chwilę. Weź zamach i wbij ją w skałę! – wysapał krańcowo zmęczony Taka. – Musisz zdobyć prawdziwą podporę. – jego brat kiwnął głową. – Raz, dwa, TRZY!
Puścił prawą łapę lwa, a Mufasa odczepił ją od skały. W panice zamarł, niepewny, co ma dalej robić, ale w ostatniej chwili, jego brat znów przycisnął go swoją łapą. Wysunięte ze strachu szpony wbiły się z kamień. W tym momencie, Mufasa odzyskał ziemną krew. Odczepił drugą łapę i poprawił chwyt. Potem wskoczył na skalną półkę, niemal strącając Takę.
- Sarabi, nic ci nie jest? – zapytał młodszy z książąt. W tym czasie, jego brat leżał na szczycie, liżąc zmęczone i nadwerężone palce.
- Nic… już do was idę.
Mufasa uspokoił się natychmiast. Odetchnął głęboko i przypomniał sobie zdarzenia z ostatnich chwil. „Mogłem zginąć!” pomyślał. „Sarabi i Taka mnie uratowali… Taka mnie uratował.” Poczuł uderzenie potwornego bólu, ale nie w łapie, czy innej części ciała, ale w sercu. Jego duma została obrażona. „Widział mnie, błagającego o litość.” Jęknął. „Zostałem upokorzony. To nie może ujść…” jego czy zwęziły się w szparki. „Nie ukarane!”
Sarabi i Taka trwali w uścisku na krawędzi płaskowyżu. Słońce świeciło ostro ze wschodu, więc nie widzieli, że Mufasa obserwował ich z wściekłością.
- Przyprawiłaś mnie o dreszcze! – powiedział młody książę i oboje wybuchli śmiechem. Wtem lew przypomniał sobie o bracie. – Muffy? – odwrócił się do niego.
- Niestety, jeszcze żyję. – mruknął Mufasa łagodniejszym głosem niż zamierzał. Taka i Sarabi wybuchli śmiechem. – A co z tobą?
- Całkiem nieźle. – odparł ten. – Ale sam wiesz… – potarł łapy o siebie. – Jesteś raczej ciężkawy, więc palce mnie bolą jak powykręcane…
- Ale… – Mufasa zawahał się. Ale przecież decyzja była już podjęta. Nie miał drogi odwrotu, mógł tylko przeć dalej. – Możesz walczyć?
- Z grawitacją? Jak dla ciebie… zawsze! – odparł ze śmiechem, który jednak zamarł na jego ustach, gdy zrozumiał, do czego zmierza jego brat.
- Nie! – jęknęła Sarabi. – Przestań, Muffy! On cię uratował! Jak możesz nawet myśleć o…
- Przykro mi, Sarabi, ale to nie jest sprawa osobista. Taka złamał rozkaz ojca. To kwestia prawa królewskiego.
Taka był wstrząśnięty, ale nie zmieszany. Tak, to było w stylu Mufasy, tak typowe dla niego. Ale lew niemal rozumiał swojego brata, „Musi mnie pokonać i upokorzyć teraz, albo już nigdy tego nie zrobi. Zawdzięcza mi życie. Jeśli wieść to tym, co się tu stało, się rozejdzie, już nigdy nie będzie mógł podnieść na mnie łapy bez skazy na honorze. Ja…” W tym momencie poczuł coś niespodziewanego. „Ja wiem… ja wreszcie poznałem mojego brata. Jestem… taki jak on, jestem częścią niego… kocham go. Czuję, co on czuje i czuję, że… mnie nienawidzi!” Jednocześnie, zarówno miłość jak i głębokie współczucie zalały duszę Taki. Było mu przykro, że zranił jego dumę, choć wiedział, iż nie miał innego wyjścia. „Mufaso… wreszcie cię poznałem! Czemu to trwało tak długo? Czemu potrwa tak krótko? Gdyby to się stało wcześniej, dziś moglibyśmy być znów rodziną. Czemu chcesz, abym cię znienawidził?”
- Nie, nie będziecie walczyć! – wołała Sarabi do Mufasy, ale tylko hartował jego upór. Straszy z książąt do szczętu pogrążył się we wściekłości.
- Złamał prawo! Obraził ojca! Przyjął moje wyzwanie!
- Sarabi… daruj sobie. – wtrącił poważnie Taka. – Niech będzie, jak chce. – wskazała na Mufasę i podszedł do niego. – Na prawdę tego chcesz? Wciąż nie jesteś nasycony? Przecież kiedyś będziesz królem! Będziesz miał wszystko, czego pragniesz… Czemu kradniesz mi moje sny? Chcę być z Sarabi i tylko to się dla mnie liczy. Daj nam spokój, obiecuje, że… nie, ja przysięgam, że jeśli nam nie przeszkodzisz, nigdy nie zakwestionuję twoich praw do tronu. Będę wiernym i posłusznym poddanym. Tylko zostaw ją w spokoju! – Mufasa patrzył na brata z lodowatym spokojem, choć w jego oczach płonął ogień. Nic nie mówił. – Co cię uczyniło tak zachłannym?! – szepnął lew ze zdumieniem, ale uspokoił się natychmiast. – No dobrze, jestem gotowy.
- Ja także. – odparł Mufasa, zdziwiony, że książę nie błaga o litość. Nie znał brata, tak jak Taka poznał jego.
- Sarabi… proszę, trzymaj się z daleka, cokolwiek by się nie działo. – poprosił młodszy z lwów. On i Mufasa przeszli na środek płaskowyżu… o ile można mówić o środku okręgu o pięciometrowej średnicy. – Bracie. – szepnął Taka. – Chce żebyś wiedział… Kocham cię, niezależnie od tego, co się stało w przeszłości. Jesteś moim bratem i teraz jestem z tego dumny, cokolwiek bym powiedział na ten temat w przyszłości. Rozumiesz?
- Co ty gadasz? – zapytał zmieszany Mufasa.
- Nie ważne. Po prostu pamiętaj o tych słowach.
- Walczymy, czy nie?
- Walczymy. – spojrzał w oczy drżącej Sarabi. – Niech tak będzie.
Pojedynek się rozpoczął.
*
„Ha, mój plan jest prosty” mruknął do siebie Taka, unikając pierwszego ciosu brata. „On jest silniejszy, cięższy i ma więcej sił ode mnie, przynajmniej ode mnie w dzisiejszej kondycji. Jedyną szansą aby to starcie wygrać…” skoczył niemal na krawędź przepaści. „Łał… uważaj lepiej! Jedyną szansą, aby to starcie wygrać, jest dotkliwe pokaleczenie Mufasy… w łapy, na przykład, i czekanie, aż ból, zmęczenie i upływ krwi zrobią swoje. Bomba, tylko od czego zacząć?”
Zaczął od kolejnego, rozpaczliwego uniku – łapa Mufasy przecięła powietrze tuż nad jego głową.
- Dalej, słabeuszu! – warknął starszy z książąt.
Taka wycofał się kilka kroków. Musiał zaatakować, dopóki jeszcze mógł. Jego ciało wołało o odpoczynek, a głowa bolała. „Władcy Przeszłości…” wyszeptał. „Pomóżcie mi… bardziej niż jemu!”. Znienacka skoczył, zaskakując brata. Wylądował niemal na krawędzi, obok Mufasy, szybko odwrócił się w jego kierunku i uderzył w tylnią łapę wroga. Starszy z książąt zawył z bólu.
- Ty tchórzu! Walcz jak lew, twarzą w twarz! – Mufasa skierował głowę ku bratu i natarł z pełną mocą.
„Stój, przepaść!” chciał krzyknąć Taka, ale nie zdążył. Lewą nogą nie wyczuł podparcia, więc desperacko skoczył na prawo. Stanął twardo na skale, a Mufasa zatrzymał się tuż przed runięciem w przepaść.
- Przestańcie! – krzyczała Sarabi, ale nikt jej nie słuchał.
„Jedna łapa trafiona, trzy w kolejce.” Pomyślał Taka. Ale wtedy Mufasa znów skoczył.
To było niewiarygodnie efektowne i nieskończenie głupie – lew wzbił się w powietrze, zmierzając ku bratu i zamachując obydwoma łapami. Młodszy książę musiał jedynie odsunąć się lekko, aby zejść z zasięgu pazurów przeciwnika. A Mufasa przeleciał dalej i twardo uderzył z drugi koniec płaskowyżu. Ślizgał się wprost do przepaści.
- NIE! – jęknęli oboje, Sarabi i Taka.
Ale starszy lew zdołał wbić pazury w skałę. Zatrzymał się z nogami już za krawędzią, podciągnął się łapami i wstał. Taka zmierzał ku niemu, aby błagać o koniec tej ryzykownej walki, ale Mufasa wziął to za nadchodzący atak. „Na gwiazdy!” pomyślał młodszy lew. „Musze nie tylko myśleć, jak go trafić, ale i jak nie dopuścić, aby wyleciał za krawędź! Znów on zajmuje się tylko prężenie mięśni, a ja myślę za nas dwóch. Los nie jest sprawiedliwy.”
- Załatwię cię! – zaryczał Mufasa i skoczył ku bratu raz jeszcze.
Tym razem było jeszcze gorzej – wyskoczył wyżej i z większą prędkością. Wysunął łapy, szukając szyi swego wroga. Taka z przerażeniem ocenił tor jego lotu. Istniały tylko dwie możliwości – albo uderzy go i w ten sposób się zatrzyma, albo nie trafi i pofrunie za krawędź przepaści. Trzeciego wyjścia nie było. Młodszy z książąt leżał na środku płaskowyżu, po ostatnim uniku. Natychmiast wstał i spojrzał z rezygnacją na Sarabi. „Nie! Nikt dziś nie zginie. Robię to dla ciebie, moja kochana… i dla ciebie, bracie.” Czekał na nadchodzący cios.
Mufasa chwycił go mocno, a pęd rzucił ich obu na skraj przepaści. Toczyli się szybko ku śmierci, ale Muffy zdawał się tego nie widzieć. Uderzył Takę oboma łapami, zatapiając pazury w jego karku. Lew poczuł przejmujący ból. „Spadamy!” jęknął. Zobaczył jeszcze Sarabi, biegnąca w ich kierunku, ale wiedział, że nie zdąży. Więc w ostatniej sekundzie, Taka desperacko uderzył szponami i śliską skałę. Ciało Mufasy wciąż pchało go do krańca, a trące o kamień pazury piekły żywym ogniem. „Po co ja to robię?” zapytał siebie, patrząc wściekłemu bratu w oczy. Zatrzymali się, łokieć od przepaści. Łapy Taki były przyciśnięte przez tułów Mufasy.
- Gra skończona! – szepnął starszy lew i zamachnął się na młodszego.
Taka poczuł przerażający ból w łapach, szarpanych pazurami Mufasy. Zobaczył twarz brata, wykrzywioną w morderczym szale.
I od tego czasu, przestał kojarzyć niemal cokolwiek. Później, czuł tylko nadchodzące fale cierpienia, rozmywane przez adrenalinowy szok, a później omdlenie ciała. W ciągu tych chwil strasznych ciosów i cięć, cała miłość i współczucie, jakie kierował chwilę wcześniej ku bratu, zmieniło się w zimną i nieubłaganą nienawiść. W otępiałym umyśle widział tylko szalejącego Mufasę i Sarabi, stojącą bezczynnie. „Patrzy się na to… Na moje upokorzenie. Sarabi, błagam, odejdź stąd! Nie patrz na mnie, nie w tej chwili.” Myślał, wstrząsany kolejnymi ciosami Mufasy. Nie blokował ich w żaden sposób, chyba nawet nie był w stanie. Sam jedynie trzy, czy cztery razy oddał cios, kalecząc brata lekko. Sam tego nie zauważył. Po chwili tej masakry, Taka był cały pokryty krwią, w większej części: swoją krwią. Stał w centrum płaskowyżu, odbierając serie uderzeń. To nie miało znaczenia, ból był niczym… jedyne co się dla niego liczyło, to aby zebrać siłę do morderczego uderzenia. W końcu, zamachnął się i całą mocą uderzył Mufasę tuż pod lewym uchem. A starszy brat odskoczył we wściekłości, jęknął z bólu, być może po raz pierwszy tego dnia i całym ciężarem ciała popchnął łapę ku twarzy Taki.
A ten poczuł przeraźliwy ból. Czuł, jak od czoła do policzka, jego żywe ciało jest rozrywane. Zdołał zamknąć i uchronić przed raną lewe oko, ale żar cięcia był i tak nieznośny. Zachwiał się i runął na ziemię. Walka była rozstrzygnięta.
- TAKA! – krzyknęła Sarabi, podbiegając do rannego partnera.
- Dostał za swoje. – mruknął Mufasa.
- Zabiłeś go! – zapłakała lwica.
- Nie, nie zabiłem… póki co. – odparł starszy z książąt.
- Mu… Mufasa… – wyszeptał Taka.
- Taka, żyjesz… – jęknęła Sarabi z ulgą.
- Mufasa… – jęczał zmasakrowany lew. – No dawaj… To jeszcze nie koniec! – Wstał niepewnie, krwawiąc z kilkunastu ran. Najwięcej krwi ściekało z jego twarzy. – Stawaj do walki! – warknął. Nienawiść gotowała się w jego obitym ciele. Wiedział, że przegrał dużo więcej niż zwykłe wyzwanie. Przegrał wszystko. Sarabi już nigdy nie spojrzy na niego jak dawnej. Przegrał i okazał słabość. Dał się pokonać brutalnej sile mięśni. Tego nie mógł już nigdy naprawić. Chyba, że…
- Mufasa! – zaryczał z trudem. – Wracaj tu, jeszcze nie skończyliśmy!
- Taka, uspokój się. Musimy cię stąd ściągnąć… Albo nie, sprowadzę pomoc tutaj. Czekaj, pójdę po Rafikiego.
- Nie! – powiedział twardo lew. – Sarabi, proszę, zostaw nas. Musimy to rozstrzygnąć na dobre.
- Co takiego? Taka, musisz zejść na dół. Zdołasz?
- Mufasa! – zaryczał książę kolejny raz. Jego brat już schodził ścieżką w dół. – Czekaj!
- Przykro mi, Taka, ale przegrałeś. Może następnym razem pójdzie ci lepiej. – zaśmiał się zwycięzca.
- Sarabi, błagam… zejdź na dół. – szepnął Taka z desperacją w głosie. Zobaczyła w jego oczach… w oku, tym nie zalanym krwią, coś przerażającego, ale także wyraźny rozkaz. Ruszyła do ścieżki. – Mufasa, puść ja przodem. – starszy z braci posłuchał i delikatnie popchnął lwicę przed siebie. Niechętnie, zaczęła schodzić. – Ale ty… zostań tu!
Jednak zwycięzca spojrzał na brata z triumfem w oczach. To ostatecznie złamało ostatnie tamy w sercu Taki.
- Wracaj, nie skończyliśmy! – krzyknął, ale drugi z książąt ruszył w dół. – Nie odwracaj się do mnie tyłem, Mufaso! – i dodał szeptem. „To nie jest uczciwe.” Podczołgał się do krawędzi, aby spojrzeć na schodząca dwójkę. – Nie, WRÓC! Jeśli jesteś moim bratem, wróć!
- Uspokój się, Taka… – odkrzyknął książę z lekceważeniem. – Przyślemy ci na górę Rafikiego. Może on okaże się godnym ciebie przeciwnikiem.
Sarabi drgnęła, słysząc te wyzwiska, ale lew znów trącił ją pyskiem. Musiał schodzić dalej.
- Mufasa! – ryczał dalej Taka, z jakąś nowa i zdumiewającą siłą. – Słuchaj… zabij mnie, bo inaczej ja pewnego dnia zabiję ciebie!
- Musimy wracać. – łkała Sarabi. – Pomóżmy mu… A ty proś go o wybaczenie!
- Nie. Idź dalej. – rozkazał Mufasa.
- Słuchasz mnie jeszcze? Skończ co zacząłeś, albo ja wykończę ciebie… Tak, jak powinienem, gdy wisiałeś bezsilny…
- Zamknij się, głupcze! – okrzyknął starszy lew, z trudem schodząc ze stromego stoku.
- Nie jesteś już moim bratem! – wołał Taka. – Rozumiesz? Zabiję cię! Zniszczę twoje żałosne królestwo i spędzę to hieny, aby ucztowały na jego resztkach! Zakażę wymawiać twojego imienia! Zemszczę się, kiedyś! Przysięgam, że zrobię to wszystko, jeśli zaraz nie wrócisz na górę i nie staniesz do walki.
- Idź po szamana. – polecił Mufasa zszokowanej lwicy.
- Muszę tam wrócić… – załkała.
- Idź po szamana.
Ruszyła ku drzewu Rafikiego. Chciała jednocześnie jak najszybciej sprowadzić pomoc i uciec od tego przeklętego miejsca. Bała się o Takę… ale i bała się Taki. Wiedział, że jego groźby nie były czcze. W jej głowie setki myśli tłoczyło się i krzyczało gwałtownie. Najgłośniejsza z nich była prosta i przerażająca.
„TO WSZYSTKO MOJA WINA!”
A Mufasa wszedł spokojnie do królewskiej jaskini. Musiał powiedzieć ojcu co się zdarzyło, oczywiście we własnej interpretacji wydarzeń. Ale to przecież oczywiste – zwycięzcy piszą historię.
*
Ahadi, Uru, Mufasa, Sarabi i Rafiki znaleźli go nie na czubku Lwiej Skały, ale wcześniej, w połowie stoku. Był nieprzytomny i nadal krwawił obficie. Król wysłał po kilka lwic, aby przeniosły jego drugiego syna do jaskini. Wkrótce, leżący na podłodze Taka zaczął dochodzić do świadomości. Pozostałe lwy rozmawiały nad jego zakrwawioną głową.
- Złamał mój rozkaz i został ukarany. Mufasa wypełnił swój obowiązek… – stwierdził Ahadi. Szmer niedowierzania przeszedł przez grupę lwic. Taka był ich ulubieńcem, więc były wstrząśnięte i tym co się stało i bezlitosną reakcją władcy. – Mimo to, Taka musi ponieść jeszcze karę według prawa królewskiego. Ponieważ zlekceważył wolę panującego, traktujmy go jak złoczyńcę, nie jak księcia. Powinienem go wygnać. – dokończył Ahadi.
„A gdzie jest Mufasa?” pomyślał leżący Taka. „Czy zdołałbym do dostać i zabić teraz? Nie, oczywiście, ze nie. Nawet gdyby nie skrył się za plecami ojca, nie doskoczyłbym do niego. Jestem zbyt słaby… Całe moje życie byłem zbyt słaby!” dokończył z wściekłością. Ból był niemal nieodczuwalny zza zasłony gniewu, palącego jego ciało. „Sarabi, pomóż mi! Ta wściekłość mnie zżera!” jęknął w myśli. Ale Sarabi stała na uboczu, trzymana przez matkę i Onyę.
- Ojcze. – powiedział Mufasa. – Cokolwiek by się nie stało, to twój syn. Nie możesz go tak po prostu wygnać. Urodził się w Lwiej Ziemi, a przez to ma prawo umrzeć w Lwiej Ziemi.
„O, dzięki, braciszku!” pomyślał gorzko Taka. „Ze swojej strony również dopilnuję, abyś użył przywileju śmierci w ojczyźnie. I to jak najszybszej śmierci!”
- Co takiego? Jeszcze bronisz tego zbója? – zapytał z niedowierzaniem król. – Masz zbyt miękkie serce. Ale dobrze, posłucham twojej rady i wygnam go tylko na jeden rok. Jeśli w tym czasie zobaczę go na Lwiej Ziemi, zabiję, jak wyrzutka.
- Dziękuję ojcze! – odparł Mufasa, z ledwością kryjąc uśmiech triumfu na twarzy.
- Słyszałeś to, synu? – zapytał Ahadi leżącego Takę.
- Do mnie mówisz? – wycharczał lew, cichym głosem. – Wciąż jestem twoim synem?
- Uciekaj stad, zanim zmienię zdanie, Taka.
- Nie nazywam się Taka. – mruknął lew. – Taka umarł dziś na szczycie Lwiej Skały. – dotknął piekącej rany na twarzy. – Mów mi „Skaza”, panie!
- Co ty pleciesz, synu? – zdumiał się Ahadi.
- Nie jestem już twoim synem, wasza wysokość! – odpowiedział z lodowatym przekonaniem. – I chyba nigdy nim nie byłem. – dodał tak cicho, że tylko Ahadi mógł to usłyszeć. Potem odwrócił się w stronę wyjścia i zaczął kuśtykać w jego kierunku. Odwracając głowę, ujrzał na ułamek sekundy uśmiech Mufasy. „On to wszystko zaplanował! No proszę…” pomyślał z jednoczesnym podziwem i nienawiścią wobec brata. „Niedoceniałem go. On był prawdziwym bratem Taki, tak samo jak jest teraz prawdziwym wrogiem Skazy.”
- Taka! – załkała Sarabi, ale lwice nie pozwoliły jej podbiec do ukochanego.
- Nigdy nie złamię mojego słowa. – odpowiedział jej Taka. – Znajdziesz mnie, jeśli zechcesz… Miłość drogę zna.
- Sarabi! – zaryczał król. – Nie wolno ci rozmawiać… nie wolno ci widywać się z tym wyrzutkiem, do czasu zakończenia kary.
- Ależ panie!
- Słuchaj swojego króla, najdroższa. – powiedział Skaza głośno. A ciszej dodał zaraz. – Ma władze nad tobą i twoją matką. Nie podejmuj żadnego, niepotrzebnego ryzyka.
- Ale ja muszę… – jęknęła.
- Ja zaczekam ten rok. Jesteśmy złączeni na zawsze, a to tylko rok z całej wieczności.
- Taka…
- Muszę iść. – szepnął Skaza. Odwrócił się jeszcze raz w stronę środka jaskini i zawołał. – Żegnaj, matko. Gdziekolwiek pójdę, pójdę tam ze wspomnieniem twojej miłości.
Krwawiący lew, niegdyś znany jako Taka, wyszedł z królewskiej jaskini i powoli kuśtykał w stronę granic Lwiej Ziemi…
*
…których jednak nie przekroczył. Dzień później, dotarł do Cmentarzyska Słoni, najdalej wysuniętej na północ części królestwa.
- Straciłem wszystko! – zaryczał w głąb martwej doliny. – Moje stado, moje zdrowie i… NIE! – potrząsnął gwałtownie głową, co przyprawiło go o dławiący ból. – Jej nie utracę nigdy! Będzie mi wierna, cokolwiek się stanie. To dlatego zostanę tu, na granicy. Jeśli oczekuje, że ona wypełni swoją przysięgę, ja dotrzymam swojej… swoich przysiąg! – dodał. Ale wtedy przypomniał sobie, jakie rzeczy obiecał bratu na szczycie Lwiej Skały.
- Mufasa… mój dawny bracie… Nigdy tego nie zapomnę. Dokończymy nasz bój, albo jak przysiągłem, zabiję cię! Wybieraj!
Bolesny głos wściekłego lwa na chwilę ożywił ciszę nieruchomego wąwozu.


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#8 2016-01-16 20:54

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

07 – Cmentarzysko snów
Kiedy Sarabi zakończyła swą opowieść, cisza zaległa w Zielonej Jamie. Tylko głośny dźwięk bijącego serca starej lwicy rozbrzmiewał we wnętrzu. Usiłowała uspokoić rozszalałe emocje, a jednocześnie zastanawiał się, czemu jej słuchacze nie reagują. W ciemności jaskini, stara lwica nie była pewna, czy ktoś jej jeszcze słucha. Zapytała z niedowierzaniem:
- Śpicie?
Oczywiście, że nie spali. Vitani i Tanabi leżeli na klepisku jaskini w ciszy, ale trzeźwi i uważni jak rzadko za dnia. To, co usłyszeli przez ostatnie godziny było wstrząsające.
- Nie… wasza wysokość… – odparła drżącym głosem młoda lwica.
- Ale ja nic nie rozumiem! – jęknął Tanabi. – Przecież wiedząc o tym…
- Musisz zupełnie inaczej spojrzeć na postać stryjecznego dziada? Tak, właśnie o to mi chodziło.
- Ale wasza wysokość… Czemu to powiedziałaś? Czemu także mnie, przecież wiesz kim jestem. – dopytywała się Vitani.
- Wiem i dlatego zrobiłam, co zrobiłam, moja droga. To rodzaj pokuty… a przynajmniej mam taką nadzieję. – Wstała i podeszła do leżącej lwicy. Vitani natychmiast wstała również, gdy tylko zobaczyła nadchodząca królową-matkę. – Daruj to sobie, dziecko. Jako córka królowej… i, przynajmniej w pewnym sensie, króla, jesteś mi równa wedle królewskiego protokołu. – Młoda lwica znów usiadła. – O czym ja mówiłam? A, pokuta! Wiecie, że czuję swój wiek. Mój czas się zbliża, a ja nie chcę odejść, pozostawiając po sobie pytania i zagadki. Chyba z resztą nie tylko ja… Aż dziwne, że inne lwice ze stada nie próbowały z tobą rozmawiać, Vitani. Onya, Sakia…
- Rozmawiały. – odparła ta. – Przynajmniej Sakia. Opowiedziała mi trochę o rządach Skazy.
- A… Sakia… – mruknęła Sarabi. – Pewnie powiedziała bez ogródek, co wie i sądzi, a tej opowieści wyszłam na paskudną wiedźmę, czyż nie?
Tanabi słuchał ze zdumieniem. Nie miał pojęcia, o czym lwice mówią, a nie miał odwagi zapytać o cokolwiek.
- Nie, wasza wysokość. – odparła córka Skazy. – Była bardzo… ostrożna w opisywaniu niektórych wydarzeń.
- Ale wiesz, o jakie “wydarzenia” chodzi… Nie musisz udawać, moja panno. Powiedz to, przy moim wnuku! Powiedz, jak moja zazdrość wobec Ziry niemal zgubiła Złote Stado. Jak moja późniejsza nienawiść spowodowała wygnanie twoich ziomków. Nie udawaj, że nie jesteś na mnie za to wściekła.
- Nie mam prawa nikogo sądzić… wiedząc tak niewiele. – zapewniła lwica.
- Babciu? – przerwał książę. – Nie mam pojęcia o czym mówicie!
- Ona też nie ma… – zauważyła Sarabi. – I całe szczęście dla mnie!
- Czy to co opowiedziałaś znaczy, że stryj Skaza nie był zły? – zapytał Tanabi.
- Jeśli chcesz wiedzieć, czy zabił twojego dziada, odpowiem: tak. Ale jeśli chcesz wiedzieć, czy był złym lwem, mogę cię zapewnić: tylko tym złem, które Ahadi, Mufasa, Onya, Sarafina i ja, rzecz jasna, wbiliśmy w jego serce.
- Babcia Sarafina? – upewnił się lew. – Na gwiazdy… ta historia się robi coraz bardziej rodzinna!
- No właśnie.
Vitani wstała jeszcze raz i podeszła do siedzącej Sarabi. Spojrzała na nią uważnie, a mimo niemal całkowitej ciemności, jej czułe zmysły mogły czytać z twarzy starej lwicy. Pomimo spokojnego głosu, Sarabi wciąż przeżywał głęboko opowiedzianą przez siebie historię. Vitani czuła, że ciężkie wspomnienia doprowadziły krolową-matkę niemal do płaczu.
- Wasza wysokość… Jestem ci, pani, taka wdzięczna… nawet nie wiem, jak mam dziękować za te słowa.
Tanabi dostrzegał tylko sylwetki lwic. Zauważył, że Sarabi podniosła łapę i niespodziewanie objęła Vitani. Córka Skazy pochyliła głową i oparła ją o ramię królowej-matki. Obie zaczęły cicho łkać.
- To ja może… poczekam na zewnątrz. – zaproponował książę i wyślizgnął się z jaskini.
Resztę nocy spędził nad potokiem. Niemal nie spał, a jedynie oglądał spieniony nurt wody i pytał cichych gwiazd na niebie.
- Kim był stryj Skaza? Kim ja jestem, że babcia tak się o mnie obawia? A skoro Vitani jest prawdziwą księżniczką, to… Ech, nie ważne. To księżniczka nie z mojej bajki. Niestety.
*
[W środku dżungli, potężnej dżungli, lew stary mocno śpi...]
Śpiewał głośno Timon, korzystając podkładu Pumby. Maszerowali przez dżunglę. Może nie tak potężną jak piosence, ale i tak dość gęstą, a na dodatek pełną pysznego robactwa, dla którego robakożercy rozpoczęli wycieczkę.
- Timon? – zapytał Pumba niepewnym głosem. – Czy to nie jest trochę niebezpieczne, że tak sobie idziemy i śpiewamy na cały głos? No wiesz… ściągamy na siebie uwagę.
- Tak, wiem. – odparła surykatka. – Też ma tego dosyć. Trzy kasowe przeboje filmowe, fani na całym świecie, a na dodatek ostatnio plaga tych żałosnych fanfików!
[Wyobraźcie sobie: ujęcie Timona, jadącego na grzbiecie Pumby. Kiedy mówi „ostatnio plaga tych żałosnych fanfików!” rozgląda się z niepokojem, ale nic nie zauważa. W sumie narratora opowiadania znacznie trudniej jest dostrzec niż ekipę filmową.]
- Nie, Timon… chodziło mi o innych… obcych.
- Znowu „Obcy”? Kolejna cześć?
- Miałem na myśli drapieżniki.
- A, no tak… – zrozumiał Timon. – Ale stary, musisz wyluzować. Jesteśmy teraz tak sławni, że żaden drapieżnik nie ośmieliłby się…
…spaść z drzewa i przygnieść do ziemi beztroskich przyjaciół. Wielki kot chwycił jedną łapą Timona, a drugą oraz ciężarem ciała, przycisnął guźca do ziemi.
- Czekaj! – wrzasnął Timon. – Dam ci wszystko co chcesz! Autograf?
- Kolację? – zapytał… lew? Pumba dostrzegł ze zdumieniem, że nadrzewny napastnik wygląda jak odrosły lew z rudą grzywą i jasno-piaskowym futrem. Timon nie dostrzegł chyba niczego, gdyż zdążył już stracić przytomność.
- Przestań! – załkał guziec. – Jesteśmy przyjaciółmi Simby!
- Simba da mi coś do jedzenia? – zapytał drapieżnik, a Pumba niemal również zemdlał. W tej jednak chwili lew zmrużył oczy, jakby przypomniał sobie coś ważnego.
- Nie zjadaj nas! Jesteśmy przyjaciółmi króla!
- Zjeść was? A po… – zdumiał się lew. – A, no tak, jestem teraz lwem, więc powinienem jest tylko mięso…
- Nie! Jako istota zwierzęca, zostałeś obdarzony wolną wolą! – zajęczał guziec z mocą. – Co? – dopiero zrozumiał, co przed chwilą usłyszał. – Skoro teraz jesteś lwem, to kim byłeś wcześniej?
- Nieważne. – odparł nieznajomy. – No dobra… Powiedzmy, że was wypuszczę, jeśli powiecie mi więcej o Simbie… i pokażecie jakieś dobre owoce lub skupisko robali.
- Umowa stoi! – ucieszył się guziec. Lew wstał, zostawiając przyjaciół na ziemi. – Psss! Timon! – szepnął Pumba do surykatki. – Możesz już przestać udawać. On wydaje się być jednym z naszych.
- Zna tajne powitanie „Loży Hakuna Matata”? – mruknął gryzoń.
[Przebitka filmowa: ujęcie Timona i Pumby robiących masońskie gesty ze skeczu Monty Pythona. Potem powrót do normalnej narracji]
- Nic mu nie jest? – zapytał lew, wskazując na leżącego.
- Nie… On żyje, tylko tak na wszelki wypadek udaje.
- Uff… – uśmiechnął się drapieżnik. – To dobrze, bo nie jestem padlinożercą… Stójcie! Żartowałem! – dodał szybko, widzą przerażenie w oczach Pumby. – Tak się lubię czasem zgrywać. Jestem Yakta.
- A ja Pumba.
- Timon. – przedstawiła się surykatka i wstała. – Fajnie jest poznać kolejnego lwa, który cię nie próbuje zjeść. Ale do rzeczy… Co mówiłeś o Simbie? – spojrzał na przybysza podejrzliwie.
- To mój stary znajomy. – odparł Yakta, usiłując brzmieć wiarygodnie.
- Znasz króla Lwiej Ziemi? – zdumiał się Pumba.
- No wiecie… jesteśmy przyjaciółmi z czasów, kiedy nie był jeszcze królem. – wyjaśnił lew.
- Psst! Timon! – szepnął guziec. – Zawsze myślałem, że to my jesteśmy przyjaciółmi Simby z czasów, kiedy nie był jeszcze królem.
- Może chodzi mu o kocięce czasy. Stary druh ze stada Mufasy, czy coś w tym stylu. – odszepnął Timon.
- Nie jest za młody na to?
- Dlaczego mu nie ufasz? – zapytał Timon.
- A dlaczego miałbym?
- Cóż… na przykład dlatego, że cię nie zjadł!
- I to właśnie jest podejrzane. – zauważył Pumba, ale zaraz dodał. – No masz rację, strasznie jestem nerwowy ostatnio. – dodał głośniej. – Możemy cię zaprowadzić do króla, ale już nie dziś. Za późno, nie dojdziemy.
Yakta myślał intensywnie. Wiedział, że powinien zdobyć więcej informacji o dawnym domu i nowym porządku.
- Nie, dzięki. Jakoś trafię. Pokażcie tylko kierunek i opowiedzcie, co się wydarzyło tutaj od… hm… dawnych czasów.
- Od jak dawnych? – zapytał Timon.
- Powiedzmy… od śmierci Skazy.
No i powiedzieli mu. Yakta z trudem utrzymał emocje na wodzy. Słuchał, słuchał i słuchał, starając się zapamiętać jak najwięcej. Ale im więcej słyszał, tym mniej rozumiał. W końcu uznał, że musi ten cały, opisany przez surykatkę, bałagan zobaczyć na własne oczy. Musiał iść, jak najszybciej.
*
O świecie dwie lwice wyszły z Zielonej Jamy. Tanabi spał obok wejścia i został obudzony przez ciężki chód kulejącej babki. Otworzył oczy i wstał natychmiast.
- Witaj, mój drogi. – powiedziała Sarabi, podchodząc. – Masz ochotę na wycieczkę?
Vitani wyszła tuż za starą lwicą. Wyglądała, jakby tej nocy w ogóle nie spała. Na jej twarzy można było dostrzec ślady łez. Spojrzała na lwa i stwierdziła.
- Wcale nie musisz iść, książę. To…
- …sprawa rodzinna. – dokończyła Sarabi. – I to dotycząca również jego rodziny. Pamiętaj o tym, kochanie.
- Nie mam zamiaru się narzucać. – odparł Tanabi, ale w głębi duszy miał nadzieję, że i tym razem babcia konsekwentnie będzie go swatać z lwicą. „Ha, po raz pierwszy jej wściekła nadopiekuńczość zdałaby się na coś.” Pomyślał. Ale to Vitani zmieniła zdanie.
- Nie, książę, nie to miałam na myśli. Jeśli chcesz z nami iść, będę zaszczycona.
- Oho… „książę”… „wasza wysokość”. – mruknęła Sarabi. – Jeśli dla równowagi chcesz zaszczycić i jego, mów mu po imieniu.
„No, teraz trochę już przesadziłaś, babciu.” Szepnął lew. Ale dodał, ukrywając zmieszanie. – Tak, właśnie to chciałem powiedzieć. Babcia kradnie mi ciągle moje ulubione odzywki.
Vitani uśmiechnęła się, pomimo napięcia. Odpowiedziała pogodnie.
- Zauważyłam to, paniczu Tanabi.
- Nie oczekuj zbyt wiele już na pierwszej randce. – szepnęła Sarabi, przechodząc koło wnuka. Zrobiła to jednak na tyle głośno, że Vitani musiał usłyszeć. Cała trójka nie zdołała ukryć uśmiechów, choć gdy tylko lew i młoda lwica spotkali się spojrzeniami, natychmiast odwrócili głowy w zakłopotaniu. – No chodźcie, mamy sporo dziś do przejścia.
- A gdzie właściwie idziemy? – zapytał Tanabi.
- Na dobry początek, na Cmentarzysko Słoni. – odparła Sarabi. – To miejsce widocznie przyciąga starszyznę wszystkich gatunków… żartuję, nie idziemy tam bez powodu.
- A więc po co?
- Bo to po drodze. Naszym celem są Złe Ziemie. Musimy dotrzeć do dawnego domu Vitani przed dzisiejszą północą.
- Zgubiłem się. – przyznał książę.
- Nic dziwnego. Vitani, może mi pomożesz? Na początek powtórz, co opowiedziała ci Sakia. To odświeży moją pamięć a Tanabi nauczy się czegoś nowego. – spojrzała na lwa. – Moje dziecko, jeśli czujesz, że prawda mogłaby cię w jakikolwiek sposób urazić, lepiej wróć do domu. To będzie wycieczka po przeszłości. I to nie zawsze tak chwalebnej, jak cię uczono.
- Zmyślone historyjki są nudne. – odparł książę. Sarabi zatrzymała się i jeszcze raz spojrzała na wnuka. Potem odwróciła się do Vitani.
- Wiesz, kto tak mówił… Tak jak powiedziałam, on jest taki podobny do twojego ojca… I nie jest to w żadnym wypadku zarzut!
- Vitani, opowiedz swoją historię. – poprosił Tanabi. – Dobrze wiedzieć, kogo się przypomina… w mniejszym lub większym stopniu.
- Dobrze, wa… Tanabi. – zgodziła się lwica. I zaczęła powtarzać słowa zasłyszane od Sakii. Sarabi często przerywała, wyjaśniając bądź prosząc o szczegóły. Tanabi tylko słuchał z rosnącym zdumieniem.
*
Dotarli do doliny cmentarnej niedługo po południu. Stara lwica poradziła sobie nadspodziewanie dobrze, jedynie kilka razy prosząc o odpoczynek. Tanabi z początku lękał się, jak zareaguje jego babka na podobną wędrówkę, ale gdy dotarli do cmentarza, musiał przyznać, że była zrobiona z twardszej gliny niż kiedykolwiek przypuszczał.
- Znasz to miejsce, moja droga? – zwróciła się królowa-matka do Vitani.
- Oczywiście… bawiliśmy się tutaj z Nuką, a później również z Kovu. – podeszła do pierwszej hałdy kości i z czułością dotknęła ich łapą. Na jej twarzy odmalował się wyraz łączący nostalgię i radość.
- No ładnie… – mruknął Tanabi. – To miejsce przyprawia o dreszcze.
- Stare, dobre czasy… – potwierdziła Vitani, rozmarzonym głosem.
- Babciu, wiesz gdzie stryj Skaza miał swoją kryjówkę? – zapytał lew.
- Tak… chodźcie za mną. – stwierdziła królowa-matka i ruszyła głębiej w dolinę. Nagle, niespodziewany śmiech wstrząsnął tym miejscem. – Hm… Vitani? Mówiłaś, że to miejsce jest opuszczone… – zapytała.
- Od czasu kiedy przenieśliśmy się na Lwią Skałę, nie ma tu już Wygnańców. A poza nami, nie było tu wcześniej nikogo, od kiedy hieny uciekły.
- A właściwie, czemu hieny uciekły? – dopytywała się Sarabi.
- Pewnie dlatego, że my byliśmy w pobliżu.
- A więc jeśli Wygnańców nie ma już w okolicy, hieny mogłyby… – wyszeptał Tanabi. Kolejna salwa gromkiego śmiechu odbiła się od ścian wąwozu. – …wrócić!
Pierwsza hiena wyłoniła się z mroku, a za nią przyszły następne. Jedna grupa nadciągała z głębi doliny, a druga zamykała wyjście z wąwozu. Obie wydawała się mieć tylko jeden cel – zabić przybyszów.
- Ponad trzydzieści z głębi cmentarzyska, nieznana liczba czeka przy ujściu wąwozu. – oceniła Vitani. – Wasza wysokość, to wygląda paskudnie. Musimy się przebijać i to szybko!
- Mnie się nie uda, moja droga. Tanabi, zabierz ją stad! – rozkazała wnukowi.
- Oszalałaś? Nie zostawimy cię tu! – odpowiedział lew, wysuwając pazury.
- No, no, no… kogo my tu mamy? – mruknęła hiena na czele grupy. – Trójka intruzów, którzy mogą zdradzić nasz mały sekret!
- Odciągnę ich uwagę, a ty pomożesz babci dostać się tam. – szepnął Tanabi, wskazując na niewielką półkę skalną. – Tam możecie się bronić do końca życia. Zbyt wąska aby zaatakować większą grupą.
- Jak zamierzasz “odciągnąć ich uwagę”? – zapytała lwica.
- Zrobię coś, czego na pewno się nie spodziewają. – wyjaśnił książę.
- To znaczy?
- Zaatakuję ich.
- Żałuję, że spytałam. Ale dobrze, spróbujmy. – zwróciła się do Sarabi. – Jesteś gotowa?
- Czekajcie, chyba chcą rozmawiać. – zauważyła stara lwica.
Przywódca klanu wyszedł przed szereg hien. I spojrzał na lwy. Nagle wybuchł szaleńczym śmiechem.
- O! czy ty nie jesteś Sarabi, matka króla Simby? – zapytał z rozbawieniem. – Co za niespodzianka… Cóż sprowadziło cię w nasze skromne progi?
- Demencja starcza. – odparła, wzbudzając kolejną salwę rechotu w tłumie padlinożerców. – Nie chcieliśmy przeszkadzać. Nie wiedzieliśmy, że ktoś tu mieszka.
- I o to chodzi! – krzyknęła hiena. – Nikt z żywych nie wie! I tylko dlatego możemy tu być. – podszedł jeszcze bliżej do lwów. – Jestem Dakly, wódz Plemienia Cmentarza, syn Edwarda Szalonego. A to jest nasz nowy dom. Nie jesteście tu mile widziani, Lwioziemcy!
- Czy on ma na myśli TEGO Edwarda, o którym słyszałem? – zapytał szeptem Tanabi.
- Kiedy patrzę w jego oczy… myślę, że tak. – odparła Sarabi.
- Nie ważne… jesteście gotowe? – zapytał książę. – Vitani, musisz zabrać stąd babcię za wszelką cenę.
- Tanabi, nie rób tego. To głupie… – szepnęła Sarabi. I dodała głośniej, już do hien. – Negocjujmy! Mój syn jest w stanie zaoferować wiele za życie swojej matki i dwójki poddanych.
- Ale jesteś gotowa? – mruknęła Vitani. – Załóżmy, że tak. Raz…
- Poddanych? – zdziwił się Dakly. – Jakimż to poddanym może być taki młody samiec? Czy ty nie jesteś księciem, włochaty?
- Dwa…
- Jestem książę Tanabi z Lwiej Skały! – zawołał z mocą lew, patrząc niepewnie na Vitani. – I wyzywam cię, Dakly z Klanu Cmentarza na szlachetny pojedynek, jeden na jednego. Stańmy i walczmy godnie, jak przystało na lwa i… – odwrócił się do lwic. – Nie, raczej na to nie pójdzie.
- Trzy…
- Mam lepszy plan. – zaproponował wódz. – A może pięćdziesięciu na jednego? – I wybuchł śmiechem.
- JUŻ! – ryknęła Vitani i popchnęła starą lwicę. Ruszyły ku skalnej półce, a Tanabi skoczył przed siebie, rycząc tak głośno, jak mógł.
- Żartowałem. – odparł zaskoczony Dakly. – Miałem na myśli… stu na jednego! – machnął łapą a reszta ukrytych hien ruszyła na lwa. A ten nie czekał aż doją, tylko rzucił się na najbliższych wrogów.
Sarabi i Vitani szybko dopadły ściany. Półka wisiała około dwóch metrów nad ziemią, więc starsza lwica nie miała szans jej dosięgnąć sama.
- Wejdź na mój grzbiet… o, tak… Teraz chwyć krawędź! – wołała Vitani, kiedy Sarabi usiłowała się wspinać. – No dalej… teraz się podciągnij!
Królowa-matka wisiała w niezwykle trudnej pozycji. Może była tylko dwa metry nad ziemią, ale pod nią gotowa się ocean wściekłych bestii. Jej łapy, jedynie lekko trzymające skałę, powoli zaczęły się osuwać. „To koniec.” Pomyślała. I wtedy stało się coś, co nigdy stać się nie powinno. Niemal trącać przytomność od zbyt intensywnego, jak na jej wiek, wysiłku, ujrzała nad sobą zjawę. Sylwetka lwa, leżącego na klifie upuściła głowę i łapy. Nagle przycisnęła omdlewające łapy Sarabi do skały („Jak Taka Mufasie!” pomyślała), pozwalając jej zaczepić się mocno. Wtedy, patrząc w oczy widmu, dostrzegł ciemną grzywę i bliznę na lewej stronie twarzy. „Taka?” wyszeptała, ale w tym momencie sylwetka rozpłynęła się w powietrzu. Sarabi poczuła niezwykły przypływ energii i skoczyła ku górze, przez krawędź na powierzchnię półki. Była bezpieczna.
Tanabi zrzucił pierwszą hienę, ale piątka następnych wskoczyła mu na plecy. Wstrząsnął ciałem, aby pozbyć się napastników, ale następna piątka zajęła ich miejsce. „Źle, źle, źle…” wył w myślach. „Muszę dostać się do ściany, tam będę bezpieczny chociaż od tyłu!” Zaczął przedzierać się przez tłum gryzących, drapiących i wierzgających stworzeń. Na każde trzy kroki, które robił, musiał stanąć, obrócić atakowane ciało, aby zrzucić napastników z pleców. Nie czuł jeszcze żadnego bólu, ale widział, że pewnie już krwawi. Odległość do ściany zmieszała się przeraźliwie wolno.
Sarabi upadła na półkę i leżała wyczerpana. Wiedziała, że powinna pomóc Vitani, ale słabość paraliżowała jej ciało. Za nią rozlegał się dźwięk pazurów, trących o ścianę. Młoda lwica usiłowała sama wspiąć się na górę. „Taka… pomóż swojej córce!” jęknęła w duszy Sarabi. Zanim upłynęła minuta, poczuła jak Vitani pada na skałę obok niej. „Dziękuję…” szepnęła, ale w tym samym momencie przypomniała sobie o Tanabim. „Czekaj! Czy mógłbyś zająć się i moim wnukiem?”
Tanabi dotknął ściany plecami. Był bezpieczny… z co najmniej jednego kierunku. Ale co dalej? Od podstawy półki oddzielało go dziesięć metrów i ponad dwadzieścia hien.
- Tanabi! – krzyknęła Vitani. – Chodź tu! – odwróciła się do Sarabi. – Schodzę na dół!
- I co dalej? A co zrobi Tanabi, gdy tu dotrze i zobaczy, że jesteś na dole? – wyspała stara lwica. Ryknęła na cały głos. – Stójcie! Czego chcecie… – a w myśli dodała: „Taka… wiem, że nie zasłużyłam na pomoc, ale… pomóż mi! Pomóż Tanabiemu!”
Lew był już tylko pięć hien od podstawy kryjówki, ale krwawił już z kilkunastu skaleczeń i ran. Oparł się o ścianę i kuśtykał powoli, zostawiając krwawy ślad na skale. Ale wtedy spadł on.
*
- To było bardzo głupieeeeeee! – wrzasnął lecący Yakta.
*
Ześlizgujący się ze stromego zbocza lew wylądował na hienach tuż za plecami Tanabiego. Jego atak odrzucił agresorów i pozwolił księciu dotrzeć pod półkę. Tam, oczywiście, Sarabi i Vitani tylko na to czekały. Chwyciły go delikatnie i podciągnęły jego łapy do krawędzi. Sam znalazł podporę na nogi i dotarł na klif.
- Czwarty lew! – jęknęła jedna z hien. – Szefie, co dalej? Szefie? – Ale Dakly leżał nieprzytomny, po przygnieceniu przez pędzące ciało drapieżnika. – Niech to szlak! Odwrót! – w przeciągu kilku sekund wszyscy padlinożercy, prócz tych powalonych przez niespodziewanego gościa, uciekli.
- Ups… przepraszam pana. Nie chciałem… – mruknął rudogrzywy lew, omijając znokautowane ciała hien. Spojrzał na Sarabi. – Strasznie mi przykro, proszę pani. Nie chciałem przerywać tego spotkania, ale… Przepraszam! – jęknął raz jeszcze, gdy znów nastąpił na ciało powalonego napastnika.
Trzy lwy wybuchły niekontrolowanym śmiechem. Vitani i Tanabi zeskoczyli na dół (choć książę skrzywił się z bólu, uderzając o ziemię) i pomogli zejść Sarabi. Potem podeszli do przybysza.
- Ja nawet nie wiem, co się stało! – tłumaczył się lew. – Chciałem tylko zejść na dół, spytać kogoś o drogę, ale poślizgnąłem się i…
- To było genialne! – wykrzyknął książę. – Uderzyłeś tam, gdzie je zabolało! Zawdzięczam ci życie! Kim jesteś?
- Właściwie, to celowałem w klif. – mruknął przybysz. – Ale nie ważne. Mam na imię Yakta i zmierzam na Lwią Skałę, odwiedzić mojego przyjaciela, króla Simbę. – wyrzucił z siebie ciurkiem lew, licząc, że śpiewka wypracowana przy Timonie i Pumbie, znów zadziała. Niestety, przeliczył się.
- Znasz mojego ojca? – zdumiał się Tanabi.
„No to wtopa!” mruknął Yakta. Szybko dodał na głos. – Tak, jasne… z czasów… hm… „Hakuny Mataty”. – spojrzał bacznie po twarzach słuchaczy, widząc, że jego historia nie brzmi całkowicie przekonywująco.
- No to znasz też pewnie wujka Timona i wujka Pumbę, tak? – dopytywał Tanabi.
- Oczywiście. Nawet rozmawiałem z nimi wczoraj. – odparł Taka, zadowolony, że nie musiał skłamać.
- Przestań kręcić, młody człowieku. – przerwała Sarabi. – Jesteś co najwyżej dwa lata starszy niż Tanabi. Nie mam pojęcia, po co idziesz na Lwią Skałę, ale jako nasz zbawca zostaniesz tam przywitany z życzliwością. – podeszła bliżej do przybysza, przypatrując się mu uważnie. – Hm… wyglądasz niemal jak lew pustynny. – zauważyła. Twarz Yakty coś jej przypominała. Jakby już kiedyś, gdzieś go widziała. Kiedy? Gdzie? Nie miała pojęcia.
- Nie ważne… jeszcze raz dziękuję ci za pomoc! – powiedział Tanabi. – Nie poradzilibyśmy sobie bez ciebie. Jestem Tanabi, syn Simby, a to moja babcia, Sarabi. To jest Vitani…
- Po prostu: Vitani. – przerwał lwica. – Miło cię poznać.
- A kim są ci państwo na których spadłem? – zapytał Yakta, zdumiony, że nikt się na niego nie gniewa.
- To hieny z Klanu Cmentarza, które próbowały nas zabić. – wyjaśniła zwięźle Vitani.
- Ojej! – jęknął Yakta. Pogubił się w całej sytuacji. – O, spójrzcie. Ten dżentelmen właśnie się budzi. – wskazał na jęczącego z bólu Daklę. – Ale czemu was zaatakowali?
- Leż spokojnie, a nie zrobimy ci krzywdy. – poradziła Sarabi hienie. – Nie kombinuj, jesteś naszym jeńcem.
- Hmhmm? – zapytał oszołomiony padlinożerca, ale nikt go nie zrozumiał.
- Co chcesz z nimi zrobić? – zapytał Tanabi, wskazując na ogłuszone hieny.
- Przesłuchać. – odparła stara lwica.
- Czy to są te brutalne rzeczy, które robi się pojmanym wrogom, zanim się ich zabije? – zapytał z niedowierzaniem Yakta.
- HMM! – zawył Dakly
- Nie, nie zabijemy ich. Po co mielibyśmy to robić, są już niegroźni, to jeńcy. – stwierdziła Vitani. – Jesteśmy tu aby dowiedzieć się czegoś, a teraz mamy już nawet od kogo się dowiadywać.
- Myygy!
- Aha… w takim razie nie będę przeszkadzał. Może już pójdę, jeśli nie macie nic przeciwko. – mruknął rudogrzywy lew i już się odwracał, gdy spostrzegł coś zaskakującego, nawet jak na tą w całości zaskakująca scenę. Lwica nazwana „Vitani” wyglądała jakoś… znajomo. Jej twarz przypominała… – Zira… – szepnął. Młoda lwica wyglądała niemal jak jego zmarła królowa.
- Co?! – zdumiała się córka Skazy. Rozejrzała się w około i dostrzegła, że Sarabi i Tanabi oglądają schwytane hieny. Odciągnęła Yaktę na bok. – Coś ty powiedział?
Wtedy lew spojrzał prosto w jej niebieskie oczy i kolejna fala wspomnień zalała jego umysł.
- Vitani… Ty jesteś Vitani!
- Tak… – odparła zmieszana lwica. Nie miała pojęcia, kim był rudogrzywy lew. I skąd ją znał. Przeszukiwała wspomnienia z życia na Złej Ziemi… nie… Sięgnęła po wyblakłe obrazy z czasów wygnania…
- Yakta! Ty jesteś Yakta, syn Shakisy! – podskoczyła radośnie, ale zaraz skamieniała w powadze. – Cicho! Nie powinni wiedzieć, kim jesteś… na razie.
- Są wrogami? Zabili królową Zirę? – szepnął lew.
- Nie, to przyjaciele… ale i rodzina Simby. W dzisiejszych czasach trzeba uważać nawet na przyjaciół… Yakta, co się z tobą działo, przez te wszystkie lata? Jakim cudem przetrwałeś? Gdzie jest Shakisa? – wiedziała jednak, że nie było czasu na pytania. – Ale nie teraz, opowiesz mi później. Musisz się ukryć i poczekać aż wrócę, dwa lub trzy dni. Pamiętasz jeszcze Północny Wodopój? – zapytała, licząc, że lew ma jeszcze jakieś wspomnienia z Lwiej Ziemi.
- Ledwo… ale go znajdę, jeśli mi przypomnisz gdzie szukać. I powiedz jedno… Czy książę Nuka żyje?
- Przykro mi… zginął księżyc temu. – odpowiedziała Vitani ze smutkiem.
- A więc teraz ty jesteś prawowita królową! – szepnął i pochylił się w geście hołdu. – Wybacz, wasza wysokość!
- Wstawaj! – syknęła Vitani. – jeszcze nas zobaczą. Wstań i mów do mnie Vitani!
- Tak jest, wa… Vitani.
- A teraz idź! – wskazała kierunek wodopoju. – Czekaj w ukryciu. Nie pokazuj się nikomu, dopóki nie przyjdę. Poradzisz sobie?
- Rozkaz, wasza wysokość… to znaczy: rozkaz, Vitani! – skłonił się dyskretnie, odwrócił i ruszył biegiem. Po chwili zniknął lwicy z oczu.
- Vitani, chodź tutaj!- zawołał Tanabi. Podeszła do księcia i królowej-matki. – A gdzie ten śmieszny koleś? Ale nie ważne… Mamy niespodziewaną okazję, aby dowiedzieć się czegoś ciekawego. Dakly, w zamian za życie jego ziomków, zaprowadzi nas do swojej ciotki. Ona niegdyś znała Skazę!
- Tak… ciocia Shenzi zna wiele historii… – potwierdziła hiena.


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#9 2016-01-16 20:59

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

08 – Wygnaniec
[Uwaga! Monolog Skazy nad umierającą Sharią został zainspirowany monologiem Shylock’a z aktu III, sceny I „Kupca Weneckiego” Williama Shakespeare’a]
Dni nie różniły się od siebie.
Skaza widział, co prawda, że słońce wstaje, świeci, a później zachodzi, ale nie miał pojęcia, na czym polega prawdziwa różnica pomiędzy „wczoraj”, „dzisiaj” i „jutro”. To może ciekawiło go tylko z początku, kiedy jeszcze nie był pewien, czy przeżyje.
Dotarł do Cmentarzyska Słoni ranny i krańcowo wyczerpany. Przez pierwszą noc był pewien, że umiera. Rany i skaleczenia, zwłaszcza skaza na twarzy, paliły żywym ogniem, a krew wciąż ciekła. Ale jakoś przetrwał do ranka, a potem dokuśtykał do Wodopoju Północnego, chcąc oczyścić rany.
“Sarabi mogłaby to zrobić… gdyby tu była.” Mruknął do siebie, liżąc własne urazy. Był jednak sam i musiał sobie samemu radzić. Ostrożnie wszedł do wody i zanurzył się w zimnym jeziorku. Chciał wytrzymać jak najdłużej, ale zanim jeszcze skończył mu się oddech, ból ze skaleczeń kazał mu się wynurzyć. Potem już tylko przecierał rany morką łapą. Bolało, ale boleć musiało.
Wrócił na cmentarz przed zmrokiem. Nie wiedział, czemu wybrał akurat to miejsce na nowy dom. Może stanowiło to rozsądny kompromis pomiędzy wiernością wyrokowi wygnania a tęsknota za Sarabi? I tak złamał rozkaz – Cmentarzysko Słoni było powszechnie uznawane za część lwiego terytorium. Ale było coś bohaterskiego w tej dziwacznej próbie wierności obydwu nakazom. „Jestem wierny mojemu królowi…” nawet w myślach nie nazywał już Ahadiego ojcem. „…jak tylko mogę. Nie mógłbym opuścić Lwiej Ziemi, przecież przysiągłem Sarabi…” Gdzieś w głębi serca miał nadzieję, że pewnego dnia Mufasa tu przyjdzie i zabije go za te częściowe nieposłuszeństwo.
Ale wróćmy do początku. A na początku wygnania, Skaza głodował. Powiedzmy sobie szczerze – Taka nigdy nie był dobrym łowcą, a ranny Taka przypominał raczej żałosną parodię myśliwego. Zawsze za bardzo polegał na lwicach, by chcieć się nauczyć samemu zdobywać pożywienie. Przez pierwszy tydzień wygnania nie był w stanie biegać. Żywił się gryzoniami i innymi małymi żyjątkami. Po tygodniku, może dziesięciu dniach, mógł już uczyć się życia na nowo. Przypomniał sobie wszystkie nauki, jakich kiedyś udzielały mu Sarafina i Onya. W ciągu miesiąca ubił pierwszą w życiu prawdziwą zwierzynę – młoda zebrę, która zabłąkała się na granicy. A z czasem polowanie szło mu coraz lepiej.
Jego rany goiły się szybko – wszystkie, oprócz tej na twarzy. Po miesiącu nie czuł już żadnego bólu, jedynie drapanie urazu, któremu zawdzięczał nowe miano. Któregoś dnia spostrzegł swoje odbicie na powierzchni wody. „No proszę… jestem teraz nawet jeszcze przystojniejszy. Ta blizna nadaje mi powagi…” zaśmiał się gorzko. No bo co miał z tego? Nie obchodził go własny wygląd, jedyne czego się bał, to reakcja Sarabi na skazę. Blizna nie była szpecąca, ale w niektórych legendach znamię na lewym oku oznaczało przekleństwo jednego ze złośliwych Królów z Przeszłości, co miało ściągać nieszczęścia na nosiciela. Ani on, ani Sarabi, nie byli przesądni, więc niby nie należało się martwić, ale…
- Czemu ona jeszcze nie przyszła? – pytał się ścian wąwozu każdego ranka. Czas płynął, a Sarabi nie było przy nim. „Tak, wiem, zabroniłem jej ryzykować… Ale kobiety są właśnie od tego, aby łamać zakazy mężczyzn! Czy Ahadi pilnuję ją tak skrupulatnie?” zastanawiał się. Postać, która kiedyś uważał za ojca też go co dzień kłopotała. „Co się z nim stało? Dlaczego mnie tak nienawidzi?” Te i inne pytania zajmowały Skazę przez pierwszy miesiąc wygnania. Ale potem nawet ciężkie myśli nie pomagały. Lew osuwał się coraz głębiej w samotne szaleństwo.
*
- Błagam, panie! – jęknęła Sarabi. – Musze się zobaczyć z Taką. Muszę wiedzieć, czy żyje i czy jest zdrów. Nie możesz być tak bezlitosny dla mnie… i dla niego.
- Jestem królem i wolno mi robić co chcę! – warknął Ahadi.
- Proszę! – pierwsze łzy spłynęły po twarzy lwicy.
- Ahadi! – zawołała Uru. – Jak śmiesz tak męczyć to dziecko? Pozwól jej!
- Czyżbym coś przegapił? Czy na Lwiej Skale wprowadzono ostatnio matriarchat? Dopóki jestem królem, nie cofnę własnego słowa!
- Panie! – jęknęła Sarabi. – Taka jest twoim nieodrodnym synem. Gdyby nie przysiąg mi, tego co przysiąg, ucieklibyśmy z tej ziemi. Ale on też nie może cofnąć jego słowa.
- No i czego ta przypowieść miała mnie nauczyć? – zapytał Ahadi sarkastycznie. Uru wyszła z jaskini, nie mogąc znieść słów partnera.
- To twój syn! – odparła lwica w płaczu. – Kochasz go, nawet o tym nie wiedząc. Pogódźcie się, zanim będzie za późno!
- Idź stąd! – warknął król. Sarabi wybiegła z płaczem. Wtedy z cienia za królewskim podwyższeniem wyszedł Mufasa, słuchający całej rozmowy. – O to ci chodziło, synu?
- Dziękuję, ojcze… – Mufasa skłonił głowę z wdzięcznością. – To przykre, ale konieczne, by zrozumiała swój błąd, jakim był związek ze Skazą.
- Z Taką, chciałeś powiedzieć… – odparł Ahadi.
- Nie, ojcze. – powiedział książę. – Chciał, abyśmy go nazywali Skazą, niech dostąpi tego zaszczytu.
Stary król wybuchł śmiechem. Radowała go zarówno mądrość Mufasy jak i głupota Taki. Kiedy wreszcie przestał, zapytał starszego syna.
- Mój chłopcze, czy wiesz czemu nazwaliśmy tak twojego brata? Czy wiesz co znaczy imię „Taka”?
Mufasa myślał przez chwilę, ale odpowiedział.
- „Błoto” w dawnym języku tej ziemi.
- Albo “śmieć”. – dodał Ahadi. – Nadałem mu to imię, gdyż przyszedł na świat nieproszony i nieoczekiwany. Wiele razy żałowałem tamtej decyzji, ale dziś wiem, dzięki tobie, że był to proroczy pomysł. Był zawsze śmieciem w naszym stadzie. I powiem ci coś więcej… – zbliżył się do swojego syna i następcy. – Jeśli kiedykolwiek będziesz miał wątpliwości co do jego wierności bądź przydatności dla stada… nie wahaj się zrobić tego, co robi się ze śmieciami.
- Zapamiętam tę radę, ojcze. – odparł Mufasa z triumfalnym uśmiechem na ustach.
*
Skaza przechadzał się po cmentarzu późno w nocy. To było pod koniec pory deszczowej, więc deszcze zdarzały się często i były intensywne, ale i krótkie. Czasem przewalała się burza z piorunami. Tamtej nocy burza wypłukała zakurzony wąwóz i odświeżyła powietrze, tak że Skaza czuł się wspaniale… przynajmniej jak na żałosne warunki wygania. W pewnej chwili, usłyszał jęki z głębi doliny.
- Goście! – uśmiechnął się. – Co za głupie stworzenie mógłby zapuścić się w to koszmarne miejsce… oprócz mnie, rzecz jasna. – ruszył w stronę źródła dźwięków. I znalazł samicę hieny z trójka młodych.
- Nie bójcie się, moje maleństwa… – szepnęła do drzemiących szczeniaków . – To tylko zły sen.
- Mówisz o mnie? – zapytał Skaza z zainteresowaniem.
- Przestań! – chlipnęła hiena. – Zabij mnie, jeśli musisz… ale błagam, zostaw moje dzieci!
Lew obejrzał padlinożercę. Była dorosła hieną o ciemnym futrze, naznaczonym śladami krwi. Paskudna rana przecinała jej bok.
- Hm… przykro mi to mówić, ale raczej nie pociągniesz zbyt długo. – ocenił Skaza. – To cięcie wygląda fatalnie i nabawiłaś się jakiegoś zakażenia. – Hiena wybuchła głośniejszym płaczem. – Jeśli sobie życzysz, mogę to skończyć szybko i niemal bezboleśnie. – zaproponował.
- Moje maleństwa! – chlipnęła hiena.
- Nie maż się, paniusiu. Takie rzeczy się zdarzają codziennie. W jakim wieku są szczeniaki?
- Trzy miesiące. To trojaczki…
- Cudownie… ale pomyśl chwilę… Za kilka miesięcy mogłyby sobie poradzić same.
- A jak przeżyją te kilka miesięcy? – chlipnęła i spojrzała Skazie w oczy. – Zginą… chyba, że im ktoś pomoże.
- Co?! – zdziwił się lew. Ale tak na prawdę, wcale nie był zdziwiony. W pewnym sensie właśnie tego chciał – mieć jakieś żywe stworzenie obok siebie, kogoś do rozmowy. Kogoś, o kogo mógłby… się troszczyć? Hieny? „A czemu nie? Czy hieny nie mają łap, futra, zmysłów, uczuć i instynktów? Nie żywią się tym samym mięsem, nie są zjadane przez tych samych wrogów, nie chorują na te same choroby co lwy? Czemu nie miałby uratować tych szczeniaków. Może na pierwszy rzut okaz wydają się obrzydliwe, ale ich matka widzi samo piękno w tych szarych futrach i tłustych grzywach. Czy one nie są także „Mataka” – śmieciami na drodze Kręgu Życia, jak ja?” myślał cicho, gdy matka maleństw powoli osuwała się w cień śmierci. „To będzie coś niezwykłego. Coś przeciwnego obrotowi Kręgu Życia. Czemu nie spróbować?”
- Czekaj! – powiedział. – Mogę żywić twoje szczenięta przez trzy miesiące. Nie obiecuję nic więcej.
- Dziękuję ci, panie! – załkała hiena. – Jesteś miłosierny i wspaniałomyślny jak król. Niech Gwiazdy oświetlają twą drogę…
- Jak się nazywasz? – zapytał. – I jak nazywają się trojaczki.
- Jestem Sharia… ta dziewczynka to Shenzi… większy z chłopców to Banzai, a ten z radosnym uśmiechem na twarzy, to Ed
Skaza nie dostrzegł żadnego “radosnego uśmiechu” na twarzy Eda, ale zapamiętał skrupulatnie imiona.
- Dobrze, będę je karmił i chronił przez najbliższy czas. Nie jako król… jako zwierze takie jak ty.
- Niech Gwiazdy cię prowadzą… – szepnęła umierająca hiena. – Wiem, że pewnego dnia będziesz potężnym królem a twoje dziecko odziedziczy tron po tobie… i…” zaczęła kaszleć i zakrztusiła się własną krwią. Potem jednak znów szeptała. – Cokolwiek by się nie stało… jeśli nawet zdradzą cię przyjaciele, pamiętaj: twoja krew będzie rządziła tą krainą. A ciebie będą niegdyś chwalić jako Skazę Mądrego! – zamknęła oczy i straciła przytomność.
Skaza delikatnie wyciągnął śpiące szczeniaki z uścisku umierającej matki.
- Dobrze, że tego nie widzicie. – mruknął lew. – Nie musicie patrzyć na waszą mamę, odchodząca z obłędem w oczach… Ale wierzę, że kiedyś była bardzo mądra. – chwytał w zęby i przenosił po kolei szczeniaki do zaimprowizowanego w jaskini łoża. Kiedy zostawił tak Eda, wrócił jeszcze na chwilę do Sharii. Właśnie gasła.
- Obiecałeś… a ty nigdy nie łamiesz swojego słowa. – wyszeptała i umarła.
Skaza zaciągnął jej ciało do najgłębszej ze znanych mu jaskiń, aby uchronić je przez sępami. Potem wrócił do śpiących trojaczków.
- Kiepski start w dorosłe życie, co nie? – powiedział na głos. Tak często mówił do siebie, że zwrócenie się do śpiących hien uznał za nie lada okazję. – Ale nie przejmujcie się. Jakikolwiek numer wytnie wam Krąg Życia, możecie być pewni, że wyciął już komuś innemu podobnego psikusa. Mnie, na przykład.
Położył się obok i szybko zasnął. W ostatniej chwili przed nadejściem snu w jego umyśle zabłysło pytanie. „Jakim cudem ich matka znała moje imię?” Ale zanim otrzymał odpowiedź, już odpłynął w mrok.
*
Mufasa odnalazł Sarabi, łkającą obok Północnego Wodopoju. Podszedł bliżej, ale tylko na tyle, aby lwica mogła usłyszeć jego kroki i stanął. Usłyszała i odwróciła się.
- Cicho… nie mów nic… wiem co byś chciała powiedzieć. – mówił słowa, które ułożył w głowie już wiele dni wcześniej. – I zapewne miałabyś rację. To moja wina. To przeze mnie został wygnany. – ona przestał płakać i ze zdziwieniem spojrzała na lwa. Nie spodziewała się takich wyznań. – A z resztą… rób jak uważasz. Powiedz to! Powiedz, że jestem brutalem i nieczułym draniem. Bo jestem… W niczym nie przypominam takiego czułego i wygadanego przystojniaka, jakim jest Taka. Jestem tylko… starszym bratem, bez żadnego z jego talentów.
Sarabi otworzyła oczy szeroko i podeszła do Mufasy. Ale on mówił nadal.
- Odziedziczyłem w lwiej części siłę, lecz jeśli idzie o inne przymioty… nie zostałem zbyt hojnie obdarzony.
Lwica była zdumiona, nigdy nie spodziewała się usłyszeć podobnych rzeczy z ust Mufasy. Poczuła prawdziwy strach, że nigdy nie potrafiła uczciwie go ocenić.
- Co się stało, to się nie odstanie. Nie mogę nic zmienić… Kiedy proszę ojca… to jest: króla, o zmianę wyroku, mówi że jego słowo jest święte. Podobne prośby tylko go obrażają…
- Prosiłeś ojca o łaskę dla Taki? – szepnęła Sarabi.
- Oczywiście, że tak! Jak inaczej mogę choć po części naprawić mój błąd? Na Gwiazdy… co ja najlepszego zrobiłem?!
Wyglądał, jakby i on miał wybuchnąć płaczem. Sarabi podeszła do lwa i przytuliła go ze współczuciem
“Jak na razie, wszystko idzie z godnie z planem.” Uśmiechnął się w myślach Mufasa. „Bracie… moja zemsta się dopiero zaczyna!”
*
- No dobra… ale gdzie poszła nasza mama? I kiedy wróci? – dopytywał się Banzai, żując kawałek świeżego mięsa, z antylopy złowionej przez Skazę.
- Już wam mówiłem. – odparł lew. – Udała się w bardzo długą podróż, ale wróci jak tylko będzie mogła.
- Ale… ona tak samo mówiła o tacie. Ze też gdzieś poszedł. – zauważyła Shenzi. – a po tacie do dzisiaj ani widu, ani słychu…
- No bo wasza matka właśnie poszła do taty. – wyjaśnił Skaza. – Gdy przyjdzie czas, zobaczycie ich razem.
Edi zaśmiał się radośnie, jakby wyjaśnienia lwa w całości go uspokoiły. Szczeniaki wróciły do jedzenia, a Skaza czyścił zęby obgryzioną kością. Duchem był jednak gdzieś indziej – na Lwiej Skale. „Czemu ona jeszcze nie…”
- Hm… proszę pana? – zapytała Shenzi. – Mogę zadać jedno pytanie.
- Tak?
- Tak sobie myślę… dlaczego mamusia nie wzięła nas ze sobą?
- To jest… bardzo ciężka podróż. Chciała wam oszczędzić… trudów.
- Ale dlaczego pan się nami opiekuje. Jest pan lwem, a nie hieną…
- Sam na to wpadłem, młoda damo… – mruknął Skaza. – Byłem… Jestem starym przyjacielem waszej matki. Poprosiła mnie, czy mógłbym was przetrzymać u siebie, dopóki nie wróci.
- Ale to brzmi dziwacznie. – zauważył Banzai. – Czy hieny i lwy nie powinny ze sobą walczyć? No wie pan… zgodnie z Kręgiem Życia…
- Tutaj Krąg Życia nie ma jurysdykcji! – powiedział Skaza, dziwiąc się własnym słowom. – Ja mam!
- Tak, ma pan świetną dykcję. – potwierdziła Shenzi. – Jak jakiś król… A może jest pan tutaj królem?
- Nie… raczej nie. – odparł lew. – Ten teren jest częścią królestwa, zwanego „Lwią Ziemią”.
- A może jest pan królem Lwiej Ziemi? – dociekała Shenzi. – Fajnie by było znać króla.
- Nie jestem…
- A ja sądzę, że pan jest. – dorzucił Banzai. – Gada pan od rzeczy… to znaczy: tak mądrze, jak powinien król.
- Nie ważne… skończcie jeść i pouczymy się polowania.
- Tak jest! – odkrzyknęła Shenzi i Banzai. Ed nie powiedział nic, ale zamaszyście zasalutował.
- Tylko jedna sprawa… panie Skazo… – mruknęła Shenzi.
- Tak?
- Jeśli jest pan przyjacielem mamy i opiekuje się pan nami, to może powinniśmy nazywać pana “wujek Skaza”?
Lew zaniósł się śmiechem, tak głośnym, że aż Ed się dołączył. „O, mój królu! Ciekawe co byś powiedział na to… Twój dawny syn jako wychowawca hien. Szanowany i podziwiany, ale nie wśród swoich, a pomiędzy padlinożercami! Niech żyje król, tak łaskawy dla swych poddanych!” – Nie! – odparł, kiedy już skończył rechotać. – Lepiej nie. Jestem w końcu lwem. Nazywajcie mnie po prostu: Skaza. A teraz… chodźcie, mamy kilka zdobyczy do upolowania!
*
Sarabi słuchała hieny z rosnącym zdumieniem. Kiedy Shenzi wreszcie skończyła, zapytała z niedowierzaniem.
- Więc Skaza uratował was i opiekował się wami w dzieciństwie? – podeszła do krawędzi klifu, na którym stali. Spojrzała w dół na klan hien, odpoczywających w wąwozie.
- Cóż… tak to wygląda. – odparła stara hiena.
- Ale jak do tego doszło, że zabiliście go?- Shenzi jakby nie zrozumiała pytania. Patrzyła na starą lwicę z ciekawością na twarzy. – Zdradziliście własnego dobroczyńcę!
- O co ci chodzi, jaśnie pani? – zapytała Shenzi. – Gdyby nie my, twój syn byłby dziś martwy, a Skaza rządziłby Lwią Ziemią.
- Jak to?
- Wiesz… jeśli nie odwrócilibyśmy się od Skazy, on powiódłby nas do kontrataku, jak tylko Złote Stado wróciłoby z patroli. Odzyskalibyśmy Lwią Skałę, a was zmiażdżylibyśmy bez wysiłku. A potem hieny znów… – nagle złość w oczach Shenzi zmieniła się z żal i gorycz. – …żyłby w Lwiej Ziemi, ciesząc się szacunkiem należnym każdemu stworzeniu.
Sarabi spojrzała ukosem na Vitani i Tanabiego. Młoda lwica podeszła do Shenzi i wbiła w nią groźny wzrok.
- Wiesz kim jestem? – zapytała zimno.
- Pssst, Vitani! – szepnęła królowa-matka. – To chyba nie najlepszy czas na załatwianie rodzinnych porachunków. Jesteśmy znów w trójkę, na obcym terytorium.
- A powinnam? – zapytała hiena. Ale widok niebieskich oczu Vitani otworzył dawno zatrzaśnięte drzwi pamięci. – Vitani? – szepnęła. – Córka Ziry i… – zamilkła, a jej ściągnięta twarz rozjaśniło zrozumienie. – Jesteś tu, aby pomścić Skazę, tak? Cóż… to musiało kiedyś nadejść.
- Vitani… nie wyjdziemy z tego żywi. – zauważył Tanabi.
- Nie powiedziałam, że chcę ją zabić… dziś. – odparła lwica. – Czy zabiłaś mojego ojca? – zapytała hieny.
- Byłam w klanie, który…
- ZROBIŁAŚ TO?
- Tak.
- Vitani! Przestań… nie teraz. – prosiła Sarabi.
- Wiem o tym. – odparła córka Skazy. – Nie dziś. Ale któregoś dnia, wrócę tu. I wtedy rozmawiamy… o dawnych czasach.
- Patrzą się na nas podejrzliwie. – zauważył Tanabi, obserwujący klan na dole. – Nie krzycz, nie wyzywaj głośni i zabijaj w dyskretny sposób… Żartowałem, oczywiście, ze żartowałem… nie rób nic głupiego.
- Vitani! – jęknęła Shenzi. – Czy kiedyś mogłabym zasłużyć na twoje przebaczenie? Na jego przebaczenie?
Lwica spojrzała na hienę ze zdumieniem.
- Boisz się mnie? Boisz się śmierci?
- Jestem już stara… I nie boję się niczego tutaj. – wskazała w około. – …ale kilku rzeczy tam. – skierowała łapę ku niebu. – Będę musiała tam spotkać Skazę i… błagam, wybaczcie nam tą pomyłkę… ten straszny błąd! – załkała Shenzi z autentycznym żalem.
- Ciszej tam… patrzą na nas! – mruknął Tanabi.
- Co takiego?
- Hieny… patrzą na nas! – powtórzy Tanabi.
- Shenzi, co powiedziałaś?
- Błagam cię o wybaczenie. Prosiłabym Skaże, gdybym mogła. Twoja matka już ukarała nas wygnaniem, zabiła wielu z nas. My sami ukaraliśmy siebie, rujnując nasz klan. Spójrz… pod opieką Skazy byliśmy najpotężniejszym klanem w całej Afryce. A dziś?
- Idzie dziesięciu. – zameldował Tanabi.
- Vitani? – zapytała Sarabi.
- Myślę, wasza wysokość. Nie chcę nikogo zabijać, ale… – zwróciła się wzrokiem do hieny. – Z czasem zadecyduję. Proście ducha mojego ojca o wybaczenie a ja ocenię, czy na to zasłużyliście, wtedy odwołam swoją zemstę.
- Ciociu? Nic ci nie jest? – zapytał Dakly z dołu.
- Nic, mój drogi… rozmawiam z przyjaciółmi o dawnych czasach. – odpowiedziała.
- Przyjaciółmi? – zdumiał się jej bratanek. – Chyba wiesz, że ten samiec to syn Simby a stara lwica to Sarabi, królowa-matka?
- Wiem. – odparła. – Z lady Sarabi spotkałyśmy się już dawno temu… – zwróciła się do lwica. – Zawsze byłam ciekawa, ale nie było dobrej okazji, aby cię zapytać. Co właściwie cię łączyło z królem Skazą?
- Hm? – zdziwiła się Sarabi.
- No wiesz… Skazy też nigdy o to ni pytałam. Kiedy dowiedział się, że związałaś się z Mufasą, wpadł w szał, jakiego nigdy u niego nie widziałam.
Sarabi potrząsnęła głową, jakby chcąc zrzucić wspomnienie. Ale poprosiła cicho.
- Opowiedz mi o tym, proszę…
*
- Nie, nie, nie! – krzyczał Skaza na Banzaia. – Nie ma żadnych „ale”! zakazałem ci wchodzić na tereny łowieckie Lwiej Ziemi. Przecież wiesz, co Mufasa i król robią z intruzami? A wy! – zwrócił się wściekły do Shenzi i Eda. – Czemu nie pilnowaliście swojego brata?
- Wybacz, Skaza… – załkał Banzai. – To już się więcej nie powtórzy… Ale tam było bezpiecznie, bo trwała tamta ceremonia. No wiesz… wszystkie zwierzęta z królestwa…
- Nie tłumacz się! – przerwał lew zimno. – To niedopuszczalne. Nie mogę pilnować was cały czas, musze polować.
- Ale mu jesteśmy już duzi… – jęknęła Shanzi.
- Jesteście dla nich dużymi celami. – uściślił lew gniewnie. Nawet Ed był przybity zawodem, jaki sprawili opiekunowi.
- Ale ta ceremonia… – mruknął Banzai
- Nie mów mi, że byłeś na… Co takiego?! – zamarł w zdumieniu. – Jaka ceremonia? Na Lwiej Skale?
Banzai spojrzał na opiekuna ze strachem, ale uznał, że może też w ten sposób naprawić swoje złe zachowanie. Powiedział, co widział.
- Byłem niedaleko. Widziałem wszystko!
- Co się tam działo? – zapytał Skaza. – Czy król żyje? – dodał ze strachem. Pomimo, że nie uważał Ahadiego już za ojca, był mu winien lojalność jako monarsze.
- Tak, tak… to nie była żałoba, ale wesele.
- Wesele? Czyje? – jęknął lew.
- No wiesz… Mufasy i tej lwicy, której imię zaczyna się na “s”
- Sarafina? – spytał Skaza. Jego serce waliło jak oszalałe.
- Nie, ta druga… O, pamiętam… Sarabi!
- CO!? – ryknął lew. Trojaczki odskoczyły i schowały się pod najbliższy krzak. – Czekajcie… przepraszam! Nie na was się gniewam! – wyjaśnił Skaza. – Banzai, jesteś absolutnie pewien, że to była Sarabi?
- Brązowe oczy, jasno-szare futro… a Ahadi tak się do nie zwracał.
Skaza zachwiał się i upadł ciężko na ziemię. Złapał się łapami za głowę i milczał kilka minut. Potem wstał i spojrzał na hieny
- Nie, Banzai, musiałeś się pomylić. – powiedział dziwnym, łamiącym się głosem. – Ale i tak to sprawdzę. Wracajcie do jaskini i czekajcie na mnie. Wrócę niedługo. – wstał i ruszył biegiem przez cmentarz. Jednak po kilkudziesięciu susach zatrzymał się, pamiętając o obowiązkach opiekuna. Odwrócił się do trojaczków. – W Szarej Jaskini jest mięso zebry. Zjedzcie je na kolację… i śniadanie, gdybym do tego czasu nie wrócił. – a potem znów skoczył ku Lwiej Skale.
- Co się mu stało? Czy to my go tak zmartwiliśmy? – zapytała Shenzi brata.
- Ja nic nie zrobiłem… tylko powiedziałem, co widziałem… To nie moja wina, prawda Ed?
Ale nawet Ed nie był w nastroju aby skwitować to śmiechem.
*
Skaza powrócił jeszcze przed północą. Rodzeństwo udawało, że śpi, ale dyskretnie obserwowali opiekuna z rosnącym niepokojem. Lew wrócił, ale wyglądał jak zupełnie inne zwierzę. Stąpając powoli i oddychając ciężko minął Szarą Jaskinię, gdzie spały hieny. Ruszył ku odległej strefie szczelin wulkanicznych, gdzie czasem zaszywał się dla samotności. Cała trójka poszła za nim.
Idąc, Skaza mamrotał coś pod nosem, ale rodzeństwo rozumiało niektóre zdania.
- Ograbiłeś mnie, Mufaso! Ze wszystkiego! Zabrałeś mi dom, ojca, a teraz nawet miłość! Mówiłem, że cię nienawidzę? Nie, to złe słowo. My po prostu walczymy, Mufaso! Tylko jeden z nas może zostać na tym świecie. Prędzej czy później, zrobię to, czego nie zrobiłem na Szczycie. – stanął nad gorącą szczeliną. Rozgrzane powietrze wznosiło się w górę, rozwiewając jego czarną grzywę. Czarną? W tamtym momencie błyszczała się już wszystkimi barwami podziemnego świata. Nagle, lew zaryczał z całej siły.
- SARABI! Byłem ci wierny… DLACZEGO?
Zrobił krok do przodu i stanął nad samym wylotem szczeliny. Wśród buchającego z dołu dymu, lew przypominał ognistego demona.
- Mufaso! Miałeś wziąć tron, a ja miałem żyć z Sarabi! Czemu musiałeś ukraść wszystko? Złamałeś obietnicę! Zdradziłeś mnie! Nigdy tego nie zapomnę… nie wybaczę!
Któraś ze szczelin wypluła strumień lawy, ale Skaza nie przejął się niebezpieczeństwem. Podniósł głowę i krzyknął.
- Dziś masz wszystko, ale przyjdzie taki dzień, że nie będziesz miał niczego. Słyszysz? Odzyskam, co mi należne. Zdobędę te twoją żałosną koronę. Pokażę Sarabi, kto jest warty miłości. Jeśli bycie królem to jedyna droga… – ściszył głos do mrożącego szeptu. – To masz problem, Mufaso. Bo to ja będę królem!
[Piosenka “Lwi kęs”. Wyobraźcie sobie niepokojąca i groźna melodię, w stylu „Przyjdzie czas” lub „Luli luli laj”]
[Muzyka zaczyna grać. Ujęcie Shenzi, Banzai i Eda patrzących na Skazę, wchodzącego pomiędzy szczeliny lawy. Zatrzymuje się przed jedną z nich i czeka, aż wyleci wystarczająco dużo dymu. Gdy formuje się spora chmura żółtych oparów, zaczyna delikatnie machać łapami, formując z dymu dwie sylwetki lwów, zapewne swoją i Mufasy.
Ach, braciszku mój dostojny W żyłach naszych jedna krew
[Dymowe sylwetki lwów unoszą się blisko siebie.]
Lecz rozdziela nas znak wojny Niczym skaza moją brew
[Nagle macha łapą, pomiędzy nimi, rozdzielając chmurę.]
Arogancki i zuchwały - Chciwość cię do tronu gna
[Gładzi „dymowego” Mufasę obnażonym pazurem]
Ufasz prawdom zaśniedziałym Że twa siła triumf ci da
[Podnosi łapę do szyi i udaje, że podrzyna gardło.]
Refren:
Ale spójrz na ten świat doskonały Skoro rządzi nim równości sens
[Podnosi łapę w powietrze i wskazuję naokoło]
To gdzie jest mój kęs? No gdzie jest mój kęs?
[Podchodzi do pobliskiej hałdy kości.]
Czemu tyjesz gdy brzuch mój wytrwały Czeka na choćby kość z twoich mięs Zawsze starasz się połknąć lwi kęs
[Kuca, jak do skoku i rzuca się w kierunku kamery, jakby atakował widza.]
Druga zworka:
Cóż dla ciebie me marzenia Ty podepczesz je i tak
[Wspina się na półkę skalną, stąpając po chmurkach dymu, uformowanych w kształty: serca, korony, sylwetki lwicy, kawałka mięsa, kształtu Lwiej Skały... itd.]
Czekasz pochwał? Uwielbienia? Prędzej ciebie trafi szlak!
[Zatrzymuje się, odwraca do kamery i zamachuje się na widza łapą z wysuniętymi pazurami.]
Nie dam ukraść ci tych marzeń I nie padnę ci u stop
[Zaciska łapę w pieść.]
Żadnej z krzywd nie puszczę płazem Kopiąc tobie bracie grób!
[Uderza skałą po nim, a z półki skalnej spadają różne kości, dół, do wyglądającej jak grób dziury.]
Refren:
Jeszcze raz spójrz na świat doskonały Skoro rządzi nim równości sens
[Trze pazurami o ścianę, dysharmonizując melodię]
To gdzie jest mój kęs? No gdzie jest mój kęs?
[Powtórzenie wyrykuje do kamery. Skacze w kierunku widza.]
Czemu tyjesz gdy brzuch mój wytrwały Czeka na choćby kość z twoich mięs Ty i tak zawsze połkniesz lwi kęs
[Leży na klifie i zagarnia łapami leżące tam kości. Obejmuje je jak skarb.]
Deklamacja:
Nie pozwolę abyś zjadł Wszystko co ci daje świat
[Odrzuca kości z obrzydzeniem od siebie, wstaje]
I przysięgam dzisiaj już Że twe imię skryje kurz!
[Skacze na inną półkę skalną, wyglądająca jak trybuna, czy mównica. Podnosi prawą łapę w geście przysięgi]
Refren:
A wnet spojrzysz na świat doskonały I zobaczysz gdzie leży w nim sens Gdy dostrzeżesz mój kęs! Tobie wyrwany kęs!
[Dym pokrywa cały kadr – widzimy tylko Skazę, stojącego na półce. Ściany za nim są zasnute dymem. Obie przednie łapy trzyma uniesione.]
Zamiast wyć, ja użyję twej chwały Wtopię kły w najsmaczniejsze z twych mięs Wreszcie połknę jak lew
[Chmura w kształcie Mufasy właśnie dolatuje na wysokość Skazy. Wznosi się tuż przed jego twarzą. Skaza uderza, chmurka rozpływa się w powietrzu.]
jak najprawdziwszy lew
[teraz polatuje tu dymowa sylwetka Skazy i sylwetka korony, zbliżają się do siebie.]
jak najsilniejszy lew
[Figura korony osiada na głowie widmowego Skazy.]
LWI KĘS!
[Nowy kształt wznosi się wyżej i rośnie do majestatycznych rozmiarów. Prawdziwy Skaza wybucha w demonicznym śmiechu]
[Muzyka cichnie. Cięcie.]


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#10 2016-01-16 21:01

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

09 – Niech żyje król!
- Zazu, znalazłbyś dla mnie chwilę? – zapytał Kovu, patrząc na niebieskiego dzioborożca, przechadzającego się przed wejściem do jaskini Królewskiej.
- Oczywiście, panie. – odparł majordomus. – O co chodzi?
- Chciałbym powiedzieć się czegoś więcej o Lwiej Skale.
- Czy panienka Kiara nie pokazała ci już wszystko, panie? – zapytał Zazu z uprzejmym niedowierzaniem.
“<Panie?>. Nawet on uważa mnie za przyszłego władcę Lwiej Ziemi. Zaczynam się do tego przyzwyczajać… a nie powinienem. Powinienem się raczej niepokoić. Zmiany mnie przerastają.” Pomyślał i dodał na głos. – Tak, ale wolałbym pomówić z kimś… starszym.
- Co? To już aż tak widać? – jęknął Zazu, zrozpaczonym głosem.
- Co widać? – zdziwił się Kovu.
- O tak… nie wiesz panie, o czym mówimy, tak? Ale jakoś doskonale czujesz, że jestem już zbyt stary na służbę.
- Zazu, nie mam pojęcia, o co ci chodzi. Ale przepraszam, jeśli cię uraziłem. Po prostu chciałem zapytać się kogoś, kto pamięta czasy Mufasy, rządy Skazy i powrót króla Simby.
- To naprawdę nie słyszałeś o mojej rychłej emeryturze? – zapytał podejrzliwie dzioborożec.
- Idziesz na emeryturę?
- Ech, nie mów panie, że tego nie widzisz… Nie nadaję się już do pełnienia obowiązków majordomusa. – westchnął ptak. – Moje zmysły stają się otępiałe, tracę oddech nawet po najkrótszym locie… – lamentował urzędnik.
- Cóż… je mieszkam tu ledwie miesiąc, ale sądzę, że nie możesz tak po prostu zrezygnować. – stwierdził Kovu.
- Jak to?
- Wydaje mi się, że dwór funkcjonuje tylko dzięki tobie. Ciężko mi sobie wyobrazić króla Simbę bez takiej pomocy… – przyznał Kovu. Jednocześnie, ruszył w stronę trapiącej go jaskini.
- Dziękuję, panie. – odparł pochlebiony majordomus. – Ale wiem, że nikt nie jest wieczny. Dlatego sprowadziłem tu mojego bratanka, Tiko, aby uczył się roli majordomusa.
- Masz na myśli tego zielonego dzioborożca, który stoi tam?
- Tak. – potwierdził Zazu. – Ale on nie stoi tak, po prostu. On ćwiczy. Posłuchaj tylko!
Kovu stanął i wytężył słuch. Od podnóża Lwiej Skały dochodziły go dziwaczne odgłosy monologu.
- Jego wysokość, król Simba z Lwiej Skały, pan Lwiej Ziemi… nie! – przerwał dzioborożec. – Nie dość dostojnie. Jeszcze raz… – skłonił się, jakby w tamtej chwili witał monarchę i powtórzył. – JEGO WYSOKOŚĆ, KRÓL SIMBA… niech to szlak! Jak ja mogę drzeć gardło tak długo?
Kovu patrzył z ciekawością i rozbawieniem.
- Żałosne… – skomentował Zazu. – Ale nauczy się, prędzej, czy później… – z dołu doszła ich uszy kolejna próba. „JEGO WYSZOK… nie!” głos się załamał. – Raczej później. – wtedy właśnie ptak zorientował się, gdzie zmierzają. – Hm… panie, gdzie idziemy? – zapytał z napięciem w głosie. Weszli do tajemniczej jaskini, która Kovu odkrył niedawno z Vitani.
- Chciałbym się ciebie zapytać o to miejsce. – powiedział Kovu i natychmiast spostrzegł, że Zazu napuszył się ze zdenerwowania.
- Tego się obawiałem, panie. – mruknął ptak.
- O co chodzi? Co jest złego w tym miejscu?
Zazu wylądował na krawędzi płaskiego kamienia, przypominającego łoże. Rozejrzał się wokoło, jakby sprawdzał, czy nikt inny nie słyszy i powiedział konspiracyjnym szeptem.
- Panie… ta jaskinia była kiedyś zajmowana przez twojego… przez Skazę.
- Naprawdę? – zdumiał się lew. – Cóż… raczej skromna jak na komnatę panującego.
- Żył w tej jaskini jeszcze za panowania Mufasy, a po przejęciu władzy zachował większość swoich samotniczych zwyczajów.
- Sypiał tutaj? – zapytał Kovu, kładąc się na łożu, obok ptaka. Był ciekaw samego miejsca, choć niekonieczne dalszych opowieści o przybranym rodzicu.
- Zazwyczaj. – potwierdził ptak. – Ale panie… czemu chcesz słyszeć o tym miejscu?
- Spokojnie, Zazu. Wiem już kim był mój ojciec. To nie jest nostalgia za dawnymi czasami, ale zwykła ciekawość.
- Aha… No dobrze. A więc Skaza spał tutaj i często stad wydawał rozkazy.
- A więc mógł narysować te szkice leżąc tutaj… – mruknął Kovu.
- Słucham, panie?
- Zazu, spójrz tu. – poprosił lew. – Rozpoznajesz te rysunki?
Ptak badał kształty przez dłuższą chwilę, z wyrazem rodzącego się zainteresowania.
- Myślę, że to jest lady Sarabi, to lady Sarafina, to lady Nala… – wskazywał kolejne szkice. – A ten największy… to twoja matka, panie.
- Czy mój ojciec… – Kovu nawet nie zauważył, gdy znów zaczął mówić „ojciec” zamiast „Skaza”. – mógł wykonać te malunki?
- Bardzo możliwe. Miał talent do rysowania, nie ustępujący nawet pawianom czy innym małpom.
- Masz jakiś pomysł, po co malował? – zapytał Kovu. Zazu milczał zakłopotany przez chwilę, po czym odpowiedział.
- Nie jestem pewien, czy powinienem ci o tym mówić, panie. Może zapytaj lady Sarabi? No wiesz… to były ciężkie czasy i lepiej niech o nich mówi ktoś…
- Dobrze, nie ważne. Zapytam królowej-matki… albo i nie. To przecież nic ważnego.
- O, tak lepiej. – przyznał majordomus. – Nie każde wspomnienie jest warte rozpamiętywania.
Na zewnątrz jaskini, zmęczony głos wciąż ćwiczył prezentację królewską. Nie była to prosta robota.
- Jego wysokość, król Simba z Lwiej Skały, władza… hm? „Władca” idioto! Uważaj na wymowę! A szło już tak dobrze…
*
- Powiesz o nas Simbie? – zapytała z niepokojem Shenzi.
- Nie, przecież obiecaliśmy, że nie. – odparł Tanabi. – Ale jeśli mój ojciec dowie się o was skądinąd, nie będę w stanie was chronić.
- I tak nie możemy żądać od ciebie więcej. – oceniał Shenzi. – A więc jesteście wolni. Dakly wyśle z wami kilku strażników, ale tylko do granicy.
- Dobrze… idziemy? – zapytał książę lwic. Vitani wciąż spoglądała na starą hienę, głusząc złość a Sarabi milczała, widocznie zamyślona. – Babciu?
- A, tak… idziemy. – powiedziała w końcu królowa-matka, jakby budząc się z głębokiego snu. – Dziękujemy za opowieść, Shezni. Cóż, nawet w moim wieku, lwy mogą się uczyć.
Opuścili cmentarz z obstawą milczących hien. Padlinożercy zostawili ich tuż za granicą, a lwy ruszyły ku północy.
- Babciu, co sądzisz o tej całej historii z hienami? – zapytał Tanabi.
- Niby jestem zaskoczona, ale tak naprawdę nie jestem. – odparła. – Wiesz, że nie lubię sobie przypominać tamtych czasów, przynajmniej w kontekście Skazy. W czasie jego wygnania, zakochałam się w Mufasie. To był jeden z tych błędów, których nie sposób żałować. Strasznie skrzywdziłam Takę… to znaczy: Skazę. Moja niewierność zapewne była główną przyczyną… zmian które w nim zaszły i nienawiści wobec brata. Oczywiście, zawsze było mi przykro z tego powodu, ale gdybym miała przeżyć swoje życie po raz kolejny, jestem przekonana, że nie postąpiłabym inaczej. – Vitani dostrzegła w jej głosie jakąś fałszywą nutę, jakby lwica wcale nie była o tym przekonana. – Ale wróćmy do Skazy… Zawsze uważał, że nasza wola i uczucie są potężniejsze od wszystkiego, nawet od porządku natury. Może właśnie dlatego uratował te hieny? Może to tylko z powodu doskwierającej samotności, może z ciekawości. Osobiście sądzę, że to była to oczywista reakcja jego dobrej i współczującej duszy, ale tego już nigdy się nie dowiemy. Po prostu warto pamiętać, że miał odwagę zrobić coś przeciwnego kierunkowi obrotu Kręgu Życia.
Resztę drogi Sarabi pokonała w milczeniu. Vitani i Tanabi rozmawiali cicho, nie chcą przeszkadzać starej lwicy.
*
- Kiaro? – zapytał Kovu, kiedy lwica wróciła z drużyną łowiecką.
- Co się dzieje, kochanie? Stęskniłeś się za mną? – podeszła do niego i polizała delikatnie w policzek.
- Oczywiście, że się stęskniłem… Ale mam do ciebie ważne pytanie. Czy Vitani wróciła po twoją babcię do Zielonej Jamy?
- Tak, wyszła wczoraj, o ile pamiętam. – odparła księżniczka. – Czemu pytasz?
- Kiaro… czuję się głupio, prósząc cię o coś takiego, ale czy mogłabyś nie powtarzać tego co powiem nikomu?
- Tak, oczywiście. – zgodziła się lwica. – Ale o co chodzi? Coś się stało z babcią?
- Nie, prędzej z moją siostra. – stwierdził Kovu. – Wczoraj powiedziała mi, że chciałaby udać się na Złą Ziemię.
- A po co? – zdumiała się Kiara. – Teraz nikogo już tam nie ma. To tylko martwe miejsce.
- Tak, ale ona chciała… uczcić tam pamięć naszej matki. – wyjaśnił, widząc pytanie na twarzy partnerki, wyjaśnił. – To taki stary zwyczaj Wygnańców, odziedziczony po Złotym Stadzie. Czci się pamięć zmarłego w pierwszą pełnię księżyca po jego śmierci. Jest to zwłaszcza ważne w przypadku władców i władczyń, aby wspominać ich na ich ziemi. Dziś przypada pierwsza pełnia po Zjednoczeniu… i śmierci naszej matki.
- Czy sądzisz, że Vitani zamierza zrobić coś… niewłaściwego? – zapytała Kiara, patrząc Kovu w oczy.
- Nie… a przynajmniej mam taką nadzieję. – odparł. – Ona jest taka zagubiona w nowej rzeczywistości… Ale czy to nie jest dziwne, że tak dużo przebywa z lady Sarabi? Nie mam pojęcia czemu, ale czuję, że te dwie sprawy jakoś się ze sobą łączą. Zwłaszcza, że wróciła z Zielonej Jamy, zawzięcie o czymś rozmawiając z Sakią a potem, niemal od razu, zaczęła mnie wypytywać o matkę. A potem wróciła do twojej babci…
- I… – zapytała Kiara z niedowierzaniem na twarzy. – Co w tym takiego niezwykłego?
- Nic… zwykłe przeczucie. Czy nie mogłabyś wysłać Zazu do Zielonej Jamy? Tak, aby się upewnić, że Vitani jest tam, a nie błąka się po Złej Ziemi.
- Tak, mogłabym. Tak samo jak ty… Ty też tu rządzisz. – zauważyła Kiara. – Powiedz, czego sobie życzysz, a Zazu to zrobi. – zawołała głośno. – Zazu? Mógłbyś do nas przylecieć na chwilę? – odwróciła się do Kovu. – Proś, o co chcesz, naucz się wydawać polecenia. Kiedyś ci się to przyda.
- Wolałbym wydawać polecenia, a nie straszyć własnymi przeczuciami… – ale wtedy Zazu zleciał do nic. – Zazu, czy robisz teraz coś pilnego? – zapytał lew.
- A co pilnego mi polecisz, panie?
„To się zaczyna robić straszne.” Pomyślał Kovu. „Powoli staję się tym, kogo chciała widzieć na Lwiej Skale moja matka…” dodał głośno. – Czy mógłbyś polecieć do Zielonej Jamy i zapytać Vitani i Tanabiego, czy potrzebują pomocy? Już dość długo nie wracają z lady Sarabi…
- Zaraz to zrobię, sir. Nawet dobrze się składa, bo jego wysokość, Simba też się o to martwił. – odparł dzioborożec i bez dalszych wyjaśnień wzbił się w powietrze.
- No widzisz? – zauważyła Kiara. – Masz zdrową intuicję. I zaufaj jej, skoro chcesz być kiedyś królem.
“Chcę?” zapytał swych myśli Kovu. „Na Gwiazdy… Zgubiłem się. Nie ma pojęcia, co się ze mną dzieje… od tamtego dnia…
*
Co lwom zajmuje kilka godzin, Zazu przebył w ćwierć tego czasu. Cokolwiek by mówił o sobie, wciąż latał dziarsko i szybko.
- Halo? – zapytał pustej jaskini. – Czy ktoś tu jest? – wszedł do środka jamy i odkrył, że nikogo już nie zastał. Wyszedł, z wyrazem przerażenia na twarzy. – No ładnie… ominąłem ich w drodze, nie widząc! Starzeję się… Ale co to? – zdumiał się widząc trzy linie tropów, prowadzących na północny wschód. – Może lady Sarabi też ma na starość problemy z orientacją? – zapytał się odciśniętych śladów. – Powinienem to sprawdzić.
*
- Jego Wysokość, król Simba z… – powtarzał cierpliwie Tiko, kiedy nadszedł król. – O, Wasza Wysokość! – powiedział znacznie naturalniej i dostojniej, niż udawało mu się na treningu. Skłonił się z uniżeniem.
- Witaj, Tiko. Czy Tanabi już wrócił? – ptak potrząsnął głową. – A widziałeś swojego stryja? Czy już wyleciał?
- Księcia nie ma, stryj poleciał, wasza wysokość. Ale mogę go poszukać.
- Nie, nie przejmuj się. Ćwicz dalej, nieźle ci idzie. – stwierdził król i ruszył ku Lwiej Skale.
W tym czasie, w krzakach obok, trzy lwice rozmawiały konspiracyjnym szeptem.
- Nie kupuję tego, proszę pani. – stwierdziła Danthi.
- Mów mi Sakia. – przerwała Sakia.
- No dobrze… a więc nie kupuję tego, Sakio. O co ci chodzi? Jesteś Lwioziemką, a przychodzisz do Wygnańców i mówisz: hej, dziewczyny, porozmawiajmy o królu Skazie… To jakiś test?
- Jestem zbyt młoda, aby pamiętać Skazę. – dodała Ostasi. – Ale jeśli król Simba wysłał cię, abyś się dowiedziała, co sądzimy o Zirze, to możesz mu przekazać, że Zira była dla mnie jak matka i nic tego nie zmieni. Nie zamierzam kwestionować władzy jego wysokości… ale już prędzej wrócę na wygnanie, niż będę szargać pamięć Ziry.
- Nie zamierzasz kwestionować? – zapytała Sakia. – Nawet gdyby dziedzic Skazy i Ziry zażądał tronu?
Lwice spojrzały się na siebie ze zdumieniem, po czym zwróciły oczy na Sakię.
- To nie jest test? – zapytała Danthi. – Albo straciłaś rozum, albo… wiesz o czymś, o czym i my powinnyśmy wiedzieć.
- Tak! – uśmiechnęła się Sakia. – Vitani wróciła. – Dwie lwice otworzyły szeroko usta. – W końcu przyjęła jej dziedzictwo. Musicie zdecydować, czy i wy przyjmiecie własne. – Danti i Ostasi wpatrywały się w starą lwicę ze zdumieniem. Sensacyjna wieść na raz przestraszyła je i tchnęła nadzieją. Żal i wyrzuty sumienia, tłumione od dnia zjednoczenia, nagle wypełniły ich serca. – Czy poprzecie Vitani, Dziedziczkę Lwiej Ziemi i Spadkobierczynie Złotej Korony? Córkę króla Skazy i królowej Ziry?
Lwice znów spojrzały się na siebie, po czym krzyknęły głośno.
- Ciszej! Jeszcze ktoś to usłyszy! – umilkły, również jak na komendę. – Ups! – szepnęły jednocześnie.
Ale nikt nie usłyszał, a jedynym dźwiękiem, który od tej pory ożywiał sawannę, była monotonna recytacja Tiko.
- Jego Wysokość, król Simba…
*
- Niech mnie… – szepnął do siebie Zazu. – Wasza wysokość, mój książę! Co wy tu robicie? – zawołał ptak i obniżył lot.
- Idziemy. – zauważył, zgodnie z prawdą, Tanabi.
- O, Zazu. – uśmiechnęła się Sarabi. – Miło cię widzieć. Zlec do nas i ląduj na grzbiecie Tanabiego… o, właśnie tak.
- Pani… – jęknął dzioborożec. – Król się o was martwi. Gdzie idziecie? Co robi tu ta… – spojrzał wymownie na Vitani.
- „Ta” co, Zazu? – zapytała córka Skazy. – Co robi tu „ta” Wygnana?
- Nie obrażaj się, paniusiu. Chciałem znaleźć jakiś bardziej neutralny emocjonalnie termin, określający…
- Złoziemca. – dokończyła Vitani.
- Zazu, jak możesz. Zachowujesz się obrzydliwie i obrażasz przyjaciółkę mojego wnuka. – powiedziała Sarabi. – Wstydź się!
- Ściągam uwagę samców wszelkich gatunków… – uśmiechnęła się lwica. – Traktuję to jako rodzaj komplementu…
- Wasza wysokość, muszę nalegać, abyś wróciła na Lwią Skałę, tak samo jak panicz Tanabi.
- A ja nie wierzyłam twojemu ojcu, gdy mówił, że Zazu jest denerwujący… – szepnęła Sarabi do wnuka. – Niestety, jest. – a głośniej zwróciła się do ptaka. – Wrócimy niedługo. Leć z powrotem i powiedz mojemu synowi, że jeszcze żyjemy… Uczę Tanabiego i moją wnukową historii tej ziemi.
- Wnukową dzięki Kovu. – wyjaśniła Vitani.
- Póki co, tylko w ten sposób. – dodała cicho Sarabi. – Coś jeszcze, Zazu?
- Nie, wasza wysokość. – odparł ptak i ruszył w kierunku Lwiej Skały. – Wcale mi się to nie podoba. – mruknął.
*
- Czekajcie – poprosiła Sarabi. – Musimy się zatrzymać.
- Oczywiście, wasza wysokość. – zgodziła się Vitani. – Mamy jeszcze sporo czasu.
- Mogę obejrzeć twoją nogę? – zapytał Tanabi i zaczął badać bolącą kończynę babki.
- Może to dobry moment na kolejny odcinek historii? Zazu przypomniał mi coś jeszcze… – powiedział królowa matka. – Ale to z pewnością nie będzie wesoła historyjka.
- Żadna prawdziwa historia nie może być całkiem wesoła. – zauważył Tanabi.
- Ale ta może się okazać szczególnie… prawdziwa. – odparła Sarabi, poważnym głosem.
*
Ahadi umierał.
Król patrolował swoje terytorium, gdy przez przypadek spadł z niewielkiej skały. Nieprzytomny, został szybko dostarczony do Jaskini Królewskiej, a szaman znalazł jedynie niewielka ranę na boku monarchy. Ale to cięcie uległo poważnej infekcji. Rafiki, nowy Wróżbita Lwiej Ziemi, był bezradny wobec zaropiałego skaleczenia. Nikt jednak nie miał do niego o to żalu. Nawet mądry Rastanian, który zmarł rok wcześniej, nie poradziłby sobie z chorobą lepiej. Król gasł z każdą godziną.
- Mufaso! – wyszeptał, leżąc na kamiennym łożu. – Podejdź do mnie, synu.
Książę usiadł tuż przy chorym ojcu.
- Nie mów za dużo, tato. Rafiki mówi, że musisz oszczędzać siły. Zazu szuka już ziół…
- Nie, dobrze wiem, co musi się stać. Nie musicie mnie pieścić jak kociaka. Żyłem jak lew, więc i potrafię umrzeć jak lew.
- Ciii! Nie mów tak! – prosił Mufasa, napiętym głosem. Chyba po raz pierwszy w życiu był na skraju płaczu, on dorosły niemal lew. Odwrócił się do lwic i Rafikiego. – Wyjdźcie. On potrzebuje spokoju. – Tamci opuścili jaskinię. – Wytrzymasz, będziesz żył.
- Tak, będę żył w tobie. – potwierdził król. Jego głos był słaby, a oddech niespokojny. – Ale muszę powiedzieć ci kilka rzeczy, zanim zajmiesz moje miejsce.
- Nie, ojcze! – jęknął Mufasa. – Nie jestem jeszcze gotów! Ty jesteś prawdziwym królem, Lwia Ziemia cię potrzebuję.
- Mufaso, uspokój się i słuchaj. – powiedział stary lew. – Masz wszelką wiedzę potrzebną, aby rządzić królestwem. A czy staniesz się królem, zależy tylko od twojego serca. Ale obiecaj mi proszę, jedną rzecz…
- Czego sobie życzysz, tato? – zapytał książę, łamiącym się głosem.
- Bądź dobrym królem… lepszym ode mnie! – wyszeptał.
- Co? Chciałbym ci kiedyś choć w połowie dorównać…
- Mufaso… ja zawiodłem. – powiedział Ahadi z żalem. – Jako król i jako ojciec.
- Nigdy nie…
- Zawiodłem… Synu, obaj skrzywdziliśmy Takę w straszny sposób. – książę otworzył usta w zdumieniu. Nie to się spodziewał usłyszeć od ojca. – To jest moja wina. Nie nauczyłem cię, jak wyrzucić z serca gniew i jak współczuć twojemu bratu. I to dlatego doszło, do czego doszło.
- Czy źle postąpiłem, wyzywając go? – zapytał Mufasa, zszokowany. Reakcja ojca przestraszyła go.
- Ty sam odpowiedz sobie na to pytanie. Ja źle zrobiłem, dopuszczając do tego.
- Ależ ojcze… on się ciebie wyparł!
- Być może, ale wcześniej to ja się go wyparłem. Już w dniu narodzin… Twoja matka i ja nie planowaliśmy więcej kociąt, ale Taka przyszedł na świat. I w pierwszej chwili wydał się mi tak podobny do twojego stryja…
- Nigdy mi nie mówiłeś, że miałem stryja. – zauważył Mufasa.
- No właśnie… Moja matka, Zemya, zmarła w połogu, rodząc syna, którego chciała nazwać Tarki. Poród był ciężki, i matka i kocię umarło. Miałem wtedy rok, ale zapamiętałem tę scenę doskonale. Zapamiętałem obraz kociaka z ciemnym futrem i szeroko otwartymi, zielonymi oczyma. Ja… ja uwierzyłem, że to on zabił moją matkę. Czy ty zdajesz sobie sprawę, co ja zrobiłem? Obwiniałem za śmierć matki mojego nieżyjącego brata… a kiedy narodził się Taka… tak podobny do Tarkiego… w jakiś sposób podświadomie przeniosłem ten żal na mojego własnego syna! Karałem go całe życie, za zbrodnie której nie popełnił… za zbrodnię, której nikt nie popełnił. I uczyłem cię, abyś dalej obracał tym Kręgiem Żalu i Nienawiści. Proszę… wybacz mi…
Mufasa wybuchł płaczem. Płakał i nad agonią ojca, jak i nad tym, co właśnie usłyszał. Zawsze był taki dumny z posłuszeństwa ojcu… dumny z wypełniania każdego jego polecenia… dumny z bycia na każdym kroku lepszym od Taki. A teraz… „Gwiazdy! Straciłem brata, bo chciałem wypełnić wolę taty? I to był błąd? Zwykła pomyłka? Co my właściwie mu zrobiliśmy?”
- Mufaso! Taka nigdy się mnie nie wyparł, choć na to wielokrotnie zasłużyłem. Widziałeś, jak Sarafina przynosiła mnie do jaskini. Ale powiedziała mi, że to Taka znalazł mnie na miejscu i zaciągnął niemal pod Lwią Skałę. Powierzył mnie jej i uciekł, bo… – glos lwa załamał się niemal w łkanie. – …bo chciał być posłuszny moim rozkazom! Zaraz potem pobiegł znów na granicę. Czy rozumiesz? Ocalił moje życie i odszedł, aby dopełnić reszty kary, za przestępstwo, którego nie popełnił! – zatrzymał się na moment, aby uspokoić oddech. Potem poprosił z rozpaczą w głosie.
- Mufaso… błagam… znajdź go i przyprowadź go tutaj. Musze prosić go o wybaczenie.
Książę poczuł, jakby ktoś uderzył go w twarz. „Co takiego?” pomyślał. „Czy to znaczy, że ja nie miałem racji? Czy Taka nie zasłużył sobie na to wszystko? Jeśli tak… to czemu tak z nim postąpiliśmy? Czy ojciec mnie potępia, za to co zrobiłem?”
- Mufaso… idź i znajdź go! Albo czekaj… mogę nie wytrzymać tak długo. Przyrzeknij mi, że nigdy nie zwrócisz się przeciwko Tace. Nigdy go nie wygonisz, ani nie upokorzysz. Obiecaj!
- Dobrze… obiecuję. – mruknął Mufasa z rosnącym gniewem. „Czemu on mnie do tego zmusił?” pytał się rozbieganych myśli. „Ja miałem rację, nie Taka. Nie musze się niczego wstydzić!”
- A teraz idź już!
- Nie, ojcze. – odparł Mufasa, nagle doznając olśnienia. – Musze być przy tobie… Sarabi pójdzie. Sarabi! – zawołał. Lwica weszła do jaskini i podeszła do łoża króla. – Musisz znaleźć Takę i powiedzieć, że ojciec umiera. Proś go, aby wrócił na Lwią Skałę, tak szybko jak może.
- Na Gwiazdy… – wyszeptała. – Mój panie…
- Zrób tak, dziecko! Błagam… – wydyszał Ahadi.
- Ale Mufaso… – szepnęła lwica. – On może nie chcieć mnie słuchać!
„Wiem o tym, dlatego idziesz!” pomyślał Mufasa. Na głos zapewnił. – Przyjdzie. Powiedz mu, że OJCIEC… – podkreślił to słowo wyraźnie. – … na niego czeka. Idź!
Lwica wybiegła z jaskini i ruszyła przez sawannę.
- Niedługo wrócą. – zapewnił Mufasa, wiedząc, że kłamie.
*
Znalazła go obok Północnego Wodopoju, przesłuchującego schwytanego ptaka. - Nie zabiję cię, głupcze! – zaryczał. – Powiedz mi tylko, co z królem! – nagle zauważył Sarabi i wypuścił przepiórkę, która natychmiast odleciała w popłochu. Taka wbił oczy w lwicę, ale pochylił ciało w ukłonie.
- Witaj, moja księżniczko! – wysyczał zimno. Sarabi poczuła mroźne dreszcze od tego głosu. – Wybacz, że ci przeszkodziłem. Zaraz się oddalę.
- Taka, spójrz na mnie! Proszę! – jęknęła.
- Obawiam się, że nie ma tu nikogo, o takim imieniu. – odparł lew, tym samym zimnym tonem.
- Przestań, Taka… – nie drgnął nawet o milimetr. – Przestań, Skazo! – podniósł się z ziemi i spojrzał na Sarabi. – Twój ojciec umiera. Szybko, idź na Lwią Skałę!
- Wybacz, moja księżniczko, ale chyba się pomyliłaś. Ja… nie… mam… ojca! – wyszeptał grobowym głosem. W tej samej chwili, leżący na swym łożu Ahadi zakrztusił się krwią.
- Taka, błagam, twój król odchodzi…
- Mój władca mnie wygnał… zostałem wygnany, przez kogoś… – wbił wzrok w oczy Sarabi. – …kto rządzi moim życiem. I będę temu wyrokowi wierny. Niech żyje król!
*
W tej samej sekundzie, na królewskim łożu, Ahadi wyszeptał cicho.
- Taka… – i udręczona dusza opuściła umęczone ciało


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#11 2016-01-16 21:06

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

10 – Jak strasznie jest w domu
Dotarli na obrzeża Złej Ziemi tuż przed zachodem słońca. Okolica wyglądała zarówno fascynująco jak i strasznie – gigantyczne kopce termicie były oświetlone przez czerwone światło gasnącego dnia. Cisza, przerywana jedynie nieśmiałym brykaniem owadów, niemal kuła w uszy. Nagle Vitani wybuchła głośnym i radosnym śmiechem, po czym zaczęła się wspinać na najbliższy kopiec.
- Na Gwiazdy! Nie robiłam tego od dzieciństwa! – krzyknęła z czubka. A ciszej dodała. – Jaka szkoda, że nie jesteś teraz ze mną, Nuka. Wreszcie, wolni od tej całej wojny. Mielibyśmy czas na podobne głupoty.
- Zejdź na dół! Zaraz spadniesz! – krzyknęła przestraszona Sarabi.
- Dokładnie to samo mówiła zawsze moja matka. – odparła lwica z dziwnym uśmiechem na twarzy. Ale zaraz ześlizgnęła się na dół i wróciła do przyjaciół. – Nie wiem, co chcecie tutaj robić, ale ja muszę pójść do Złotej Hali i zostać samemu z cieniami matki i brata. Choć jeszcze nie teraz. O północy, najlepiej.
- Pokażesz nam swój dom? – Zapytał Tanabi.
- Oczywiście, chodźcie za mną.
Ruszyli przez wysuszony krajobraz. Tanabi spoglądał na młoda lwicę z zaskoczeniem. Była znów w domu, ale także w miejscu gdzie lata cierpiała niedostatek i strach. A mimo to wydawała się cieszyć, widząc tę pustynię. W jednej chwili, z poważnej lwicy zmieniła się w psotnego kociaka. Kilka razy zatrzymywała się, tylko aby złapać lecącego termita lub wejść na kolejny kopiec. A co więcej, z duma opisywała gościom Złą Ziemię.
- To jest Czerwona Rzeka… Tak, wiem, w tej chwili nie ma wody, bo jest sezonowa. Teraz źródła bija jedynie w tej i tej jaskini. – wskazała na dwie szczeliny skalne. – Dla mojego stada zawsze było to rozpaczliwie mało, ale trzy lwy mogą się w takim zapasie utopić.
- Moje dziecko… – zauważyła Sarabi. – Wyglądasz jak władczyni tej ziemi. Może mamy cię nazywać królową?
- Babciu, przestań. To nieuprzejme…
- Nie, Tanabi… – odparła na to młoda lwica. – To mój dom, jakkolwiek nie jest dla was piękny, kocham go. – wskazała na najwyższy kopiec w okolicy. – To była nasza twierdza. Nazywaliśmy ją „Złota Halą”. Podejdźmy bliżej.
Zbliżyli się do martwej budowli i weszli do środka. Tam znaleźli sporą halę, oświetlaną przez krwawe promienie zachodzącego słońca. Tak ozdobiona, na prawdę wydawała się być złota. Na środku pomieszczenia stał niewielki pieniek drzewa, wyglądał prawie jak tron.
- Popatrzcie. – młoda lwica wskazała przedmiot. – Kovu sypiał na tym… i ja też, czasami, gdy byłam grzeczna. Nazywaliśmy to „złotym tronem.” – podeszła bliżej i spróbowała wejść na pień, choć była zdecydowanie za duża, aby utrzymać równowagę.
- Może waszej wysokości pomóc? – zapytał żartobliwie Tanabi i podtrzymał Vitani głową. – No, teraz siedzisz na tronie, Królowo Termiciego Kopca.
- Bardzo zabawne, Władco Zielonej Jamy! – odparła lwica, a zaraz potem oba lwy roześmiały się serdecznie. Vitani straciła równowagę i zsunęła się z tronu, wprost na Tanabiego.
- A co teraz, wasze dostojnoście? – zapytała Sarabi.
- Chodźcie za mną. Mam jeszcze sporo do pokazania. – odparła Vitani i wyszła ze Złotej Hali.
*
- Jak to “na Złą Ziemię”? – zdumiał się Kovu. – Z lady Sarabi? Jesteś pewien, Zazu?
- Aż tak stary jeszcze nie jestem. – mruknął urażony ptak.
- Wybacz, Zazu, ale… – zastanawiał się przez chwilę. – Muszę tam pójść i dowiedzieć się, co ona kombinuję. Zawołaj Kiarę… i dwie lwice. Mogę potrzebować pomocy.
- Tak jest! – odparł dzioborożec i odleciał.
*
W centrum Złej Ziemi była niewielka niecka, otoczona poszarpanymi ścianami skalnymi. Na niej wisiały półki skalne, wyglądające jak siedzenia w amfiteatrze. Na samym dnie rozciągła się płaska przestrzeń, która wskazała Vitani.
- To stamtąd moja matka przemawiała do stada. Zbieraliśmy się tutaj, za każdym razem, kiedy trzeba było omówić ważne problemy. Oczywiście, mama była niekwestionowaną przywódczynią, ale wolała zawsze wiedzieć, czego spodziewa się stado. A stamtąd opowiadała nam… historie. – chciała powiedzieć „historię”, ale powstrzymała się. „Nie kłamała.” Pomyślała lwica. „Ale nie mówiła też całej prawdy. To nie mogę tego nazwać ani <kłamstwem>, ani <prawdą>.” Dodała głośno do przyjaciół. – Zejdziemy na dół?
Ale właśnie w tym momencie poślizgnęła się, straciła równowagę i spadła z krawędzie półki. Wylądowała na niższym klifie, jednak ciężko i niezgrabnie, uderzając głową o skałę, także znów straciła stabilność i zsunęła się niżej, na samo dno dolinki.
- Vitani! – krzyknął Tanabi. Przerażony, zobaczył że lwica znieruchomiała na dole. Zeskoczył na niższą półkę skalną i ruszył w dół, używając wystających trybun, jak schodów. Po minucie, był już na dnie. – Vitani, co się stało?
Ale ona leżała na skale nieprzytomna. Lew podbiegł do ciała i sprawdził oddech.
- Co się stało? Co jej się stało? – zawołała Sarabi z góry.
- Żyje, ale jest ogłuszona. – odkrzyknął Tanabi. – Trochę się zadrapała, ale… czekaj… – dokładnie przyjrzał się Vitani. – Chyba nic nie złamała, ale nie jestem pewien.
- Mój drogi, jak mogę wam pomóc? Chyba sama nie zejdę na dół… nie mówiąc już o drodze powrotnej!
- Nie… czekaj na górze. – odpowiedział lew. – Albo… musimy znaleźć trochę wody i spróbować ją ocucić. Masz pomysł, z czego zrobić naczynie?
Tanabi ostrożnie ułożył Vitani w wygodniejszej pozycji i rozpoczął wspinaczkę. Po chwili był już na
górze.
- Masz pomysł?
- Czaszki? – zaproponowała lwica.
- Lepsze to niż nic. – zgodził się Tanabi i chwycił w zęby jedną z wysuszonych czaszek zebry. Sarabi zrobiła to samo i ruszyła za wnukiem ku najbliższemu źródłu.
*
Tymczasem Vitani leżała nieprzytomna, a jednak świadoma jak nigdy wcześniej. Otworzyła oczy, wstała i zobaczyła… że jej ciało nadal spoczywa nieruchomo na ziemi.
- Jestem martwa? – szepnęła bez strachu, z czystą ciekawością.
- Jeszcze nie. To tylko kilka zadrapań i porządny ból głowy, kiedy wstaniesz. – powiedział głos tuż za nią. Odwróciła swą widmową głowę, aby ujrzeć rozmazaną sylwetkę chudego lwa z krótka i rzadką, ale niemal czarną grzywą. – Witam w domu, siostrzyczko!
- Nuka… to niemożliwe!
- Jednak jakimś cudem rozmawiamy. Posłuchaj mnie uważnie, bo nie mam dużo czasu. – głos jej zmarłego brata był jednocześnie znajmy i zupełnie obcy. Duch Nuki mówił niezwykle spokojnie i poważnie, jak na swe psotne i sarkastyczne maniery z przeszłości. Inaczej także wyglądał: wciąż sprawiał wrażenie chorobliwie chudego, ale w tamtej chwili, jego sylwetka nabrała dostojnych rysów, a jego twarz wyrażała i stare i dobrze znane poczucie złośliwego humory oraz nową i tajemniczą powagę.
- Ale ty nie żyjesz… – jęknęła Vitani. – A więc i ja musiałam zginąć. – dodała cicho. – I chyba nawet dobrze… będę z wami.
- Tak, jak mówiłem, żyjesz i oprócz tych niegroźnych stłuczek, masz się nienajgorzej. Pilnuję tego cały czas.
- Czy… czy ty jesteś cały czas przy mnie? – szepnęła ze zdumieniem.
- Wszyscy jesteśmy. – odparł jej brat. – Matka i ojciec przebywają na górze, na niebie, ale myślą o tobie codziennie i patrzą na ciebie. Prosili mnie, abym opiekował się tobą w tych najtrudniejszych dniach… dopóki nie podejmiesz ostatecznych decyzji.
- Matka? Ojciec? Nuka, proszę, przekaż im, że jest mi przykro. Wiem, że zawiodłam i żałuję tego całym sercem. Ja…
- Uspokój się, siostro. Skoro są na niebie, widzą ciebie. A nawet widzą lepiej, niż ty sama. – podniósł łapę i wskazał swoje serce. – Są tam, ale są też tutaj, w tobie. Jesteśmy jednym, Vitani. Pamiętaj o tym.
- Są na mnie wściekli? – zapytała lwica ze strachem.
- Matka troszeczkę… Ale jednocześnie bardzo żałuję, że nie zdołała pokazać, jak bardzo cię kocha. Tata nie może ci przebaczyć, bo mówi, że nie miałby czego przebaczać. Nie zrobiłaś nic złego. Nawet cieszy się, że w ten sposób nie odpuściłaś do przemocy.
- A ty?
- Ja też żałuję, że nie byłem najlepszym bratem.
- Nie jesteś wściekły, że zrujnowała plany matki, które i ty podzielałeś?
- Jeśli darujesz mi moje wygłupy z dzieciństwa, ja nic ci nie będę wypominał. A do tego… – uśmiechnął się. – Wcale ich nie zrujnowałaś. Albo powiedzmy inaczej: jeszcze nie zdecydowałaś, czy je wypełnisz. Sama zadecydujesz o swoim życiu. Nie będziemy na ciebie naciskać, ani radzić, czy powinnaś odzyskać dziedzictwo rodziców, czy zostawić je w imię pokoju i spokoju.
- Kovu! – jęknęła Vitani. – A co z Kovu.
- Chyba zdrów… ale to ty byłaś ostatnio na Lwiej Skale. – odparł duch.
- Ale czy ty… czy wy jesteście na niego źli? Co powiedziała matka?
- Mama nie była zła. Raczej smutna, że zapomniał o nas tak szybko i wyparł się swego dziedzictwa. Ale powiedziała, że to także jej wina. Wiesz, że Skaza nie był ojcem Kovu, ale zawsze kochał go jako syna naszej matki…
- Tata… a on co mówi? Czy ma dla mnie jakąś wiadomość? – zapytała Vitani, drżąc z emocji.
- Tylko tę jedną, że cię kocha. Wszystko inne wiesz już sama. Z perspektywy wieczności ogląda swoje życie, ciebie i cały świat inaczej. Uporał się z Mufasą na ziemi… i pogodził się z nim na niebie, ale o tym nie mogę ci opowiedzieć zbyt wiele. Ojciec nie łaknie zemsty za swoją śmierć, matka również. Możesz przebaczyć hienom i Simbie, jeśli sama tego chcesz. Rodzice zrobili to już dawno. Aha… jeszcze jedno. Ojciec prosił mnie, aby przekazać, że nie gniewa się na Sarabi. Powiedział, że kiedyś kochał ją mocno i ona zraniła go do głębi, ale tak musiało się stać, dla miłości naszych rodziców. Powiesz jej?
- Oczywiście.
- Ale pomimo, że powinnaś wybaczać, nie możesz zapominać. Musisz pamiętać, że jesteś córką Ziry i Skazy… a także prawowita dziedziczką tronu Lwiej Ziemi.
- Nuka, chcesz, abym o to walczyła?
- Sama zadecydujesz. Ale jeśli nawet zrezygnujesz ze spadku i tak będziesz musiał bronić imienia naszej rodziny. Musisz rozgłosić prawdę o Skazie, Zirze i czasie ich panowania. Pamiętaj!
- Zaufaj mi, będę! – zapewniła Vitani poważnym tonem. – Czekaj, nie odchodź! – jęknęła, gdy sylwetka Nuki zaczęła się rozpływać w powietrzu.
- Nigdzie nie odchodzę, będę zawsze blisko. Tylko nie zawsze będziesz mnie mogła widzieć. Kocham cię, Vitani. Ty i ja to jedno. – sylwetka lwa znikła w wieczornym mroku. Wtem, lwica poczuła wilgoć na policzku. W jednej chwili znów leżała na skalnej powierzchni, czując ból pod czaszką. Zobaczyła też Tanabiego, liżącego jej czoło.
- Ech… beznadzieja. – mruknął. – Musze iść po więcej wody.
- Nie, nieźle ci idzie. – wyjąkała Vitani, słabym głosem. – I to jest nawet miłe…
- No, na Gwiazdy! Wreszcie! – wykrzyknął lew. – Już myślałem, że z tobą krucho. Co cię boli?
- Raczej: co mnie nie boli… – odparła, usiłując wstać.
- Czekaj, leż jeszcze. Zaraz…
- Nie, żartuję tylko. Czuje się dobrze… jak na taką wycieczkę. – spojrzała na zbocze dolinki i zachwiała się. Tanabi podparł ja głową. – No dobra… jeszcze chwilę odpocznę.
- Babciu! Już dobrze. – zawołał lew. – Wejdziemy do ciebie niedługo.
- No ładnie… – zaśmiała się Vitani. – Miałeś opiekować się lady Sarabi. Ale ona radzi sobie nieźle, czego nie można powiedzieć o mnie.
- Nie chciałbym być nieuprzejmy, ale wole zajmować się tobą. – stwierdził Tanabi z szelmowskim uśmiechem. Ona żartobliwie trąciła go przyciągnęła jego głowę łapą.
- Dziękuję ci, mój prywatny naniu. – polizała delikatnie jego czoło i puściła trzymaną głowę.
- Jestem zaszczycony. – odparł zawstydzony Tanabi, ale zaraz potem oba lwy wybuchły śmiechem.
- Ja też, wasza wysokość. – przyznała ze śmiechem. Ale zaraz potem uspokoiła się. – Przepraszam za to.
- Nie… Nie, nieźle ci szło. I to było nawet miłe…
Spojrzała na niego i cisza zapadła na dnie niecki. Lwy patrzyły sobie głęboko w oczy, pełne pytań i wątpliwości. „Czy ja się na prawdę jej podobam? Czy widzi we mnie kogoś więcej, niż dziecinnego księcia, dzieciaka? Czy będzie pierwszą osobą w moim życiu, traktująca mnie poważnie. Gwiazdy, niech tak będzie!” pomyślał, podziwiając jej piękne, niebieskie oczy. „Nie! Cokolwiek czujesz, nie możesz!” krzyczała na siebie w myślach Vitani. „Nie możesz mu tego zrobić… Tanabi… czemu jesteśmy, kim jesteśmy? Gdyby to tylko było możliwe…”
Tanabi zbliżył usta do Vitani i polizał ją w czoło. Znieruchomiała pod pieszczotą, walcząc z sobą, czy nie odskoczyć.
- Tanabi… proszę, nie! – szepnęła.
- Czemu? Nie jestem w twoim typie, wasza wysokość? – zapytał lew grobowym głosem.
- Nie… Tanabi, jesteś kimś, o kim powinnam marzyć, ale… – on nie dał jej skończyć. Zamknął jej usta następnym pocałunkiem. Oboje poddali się pieszczocie i trwali złączenie długą chwilę. Ale nagle on odwróciła głowę i powiedziała cicho.
- Wybacz Tanabi, ale nic dobrego z tego nie wyjdzie. Chciałabym, całym sercem, ale nie wyjdzie. Nie ze mną… bo jestem, kim jestem. – wstała i powoli postąpiła kilka kroków. Jej skaleczenia już nie krwawiły i wydawała się już nie czuć bólu po stłuczeniu. Lew wpatrywał się w nią tylko z jedną myślą w głowie. „Ależ ona jest piękna!”
- Kocham cię, za to kim jesteś. – powiedział Tanabi.
- Dziś tak mówisz. Ale kiedyś… zrobię wszystko, aby nie dopuścić, abyś mnie znienawidził.
- Co takiego? – zdumiał się lew.
- Nie pytaj. Nie chce… ranić cię bardziej.
- To przez twoją rodzinę. – stwierdził Tanabi – Nie możesz przecież kochać… nawet rozmawiać z wrogiem, racja?
- Nie, to nie tak…
- Gardzisz mną, bo jestem synem Simby? – zapytał, łamiącym się głosem.
- Nie. Po prostu nie mogę kochać cię, jako córka Skazy. – odparła. – Może wydaje ci się, że rozmawiasz tylko z Vitani. Ale to nie cała prawda. Rozmawiasz też z córką Ziry i Skazy.
- Nie ponoszę winy za to, co zrobił mój ojciec, albo dziadek! – jęknął desperacko. – Jestem Tanabi, nie Simba. Nie mogę pozwolić, aby całym moim życiem rządziła przeszłość i zachcianki innych. A ty byś chciała? Proszę, zapomnij kim jesteś, a ja zrobię tak samo!
W cieniu za plecami Tanabiego, lwica dostrzegła czyjąś sylwetkę. To mógł być Nuka, albo inny duch. Ale na pewno przyjazny duch – usłyszała ciepły głos w swojej głowie. „Nie poświęcaj się dla innych. To twoje życie i sama nim kieruj.” „Ale ja chcę być, kim jestem!” odpowiedziała w myśli. „A więc sama tego chcesz. I dobrze. Jesteś moją córką, a nie mną!” „Ojcze?” „Ja chciałbym, abyś była szczęśliwa. Ale to tylko moje chciejstwo, jeśli sama tego nie dopilnujesz. Decyduj i nie żałuj.”
- Tanabi? – powiedziała głosem pełnym napięcia. – Sam zaraz zrozumiesz, o co mi chodziło. Chcę wyzwać twojego ojca na pojedynek. – Lew otworzył szeroko oczy.
- Nienawidzisz go? – zapytał.
- Nie, ale on nienawidzi moich rodziców. Muszę walczyć o pamięć po nich. Nie chce tronu, ale muszę wykazać, że mam do niego prawo… bo mój ojciec był królem! Zdradziłam rodziców i muszę to odpokutować. A ty musisz mnie powstrzymać, jeśli zdołasz!
- Tak, muszę… – szepnął Tanabi i skoczył na lwicę.
[Piosenka “Bo chcemy!”. Melodia napięcia i akcji, Vitani i Tanabi wyglądają, jakby siłowali się w walce, ale nagle wybuchają radosnym śmiechem i obejmują się. Muzyka staje się romantyczna. Ujęcie Tanabiego, stojącego nad Vitani]
Tanabi:
[Odwraca głowę gdzieś do tyłu, ale Vitani chwyta go łapą i pociąga w swoim kierunku. Znikają z kadru, gdzieś niżej.]
Bez ciebie świat, to żaden świat Więc na cóż mi się zda?
[Kurz, wzniecony przez “walkę” wznosi się w powietrze i przykrywa wszystko, na co Tanabi spoglądał.]
Nie słucham już niczyich rad Wystarczy wola twa
[Vitani przerzuca Tanabiego nad sobą, na najbliższą polkę skalną. Zaraz wstaje i idzie za nim.]
Dziś w nową drogę chciałby pójść By kroczyć tam gdzie ty
[Wchodząc, pośliznęła się i zaczyna zsuwać, ale Tanabi łapię ją łapami, na samej krawędzi. Przypominają Skazę i Mufasę z pamiętnej sceny, ale tutaj Tanabi opuszcza głowę i liże twarz Vitani. Ona wskazuje na półkę.]
I zdobyć szczyt, twych marzeń szczyt Bo to też będą moje sny.
Lecz:
Oboje:
[Oboje ruszają w radosny bieg po półkach skalnych.]
I choćby w drodze stanął nam Najwyższy świata mur
[Trafiają na jakiś mały kopczyk termici. Idący na przedzie Tanabi uderza w niego łapą, krusząc wierzchołek.]
Ja chcę / ja chcę (Vitani / Tanabi) – dotrzemy tam Po drodze, wprost do chmur
[Są już na górze, biegną ku Złotej Hali]
A chcemy iść / Pod rękę wraz (Vitani/Tanabi) Wciąż naprzód / po kres sił (Vitani/Tanabi)
[Zatrzymują się w środku i spoglądają ku górze. Promienie księżyca rozświetlają wnętrze przez dziurę w dachu.]
By słuchać nut / z niebieskich gwiazd (Vitani/Tanabi) I poczuć nieba pył
Vitani:
[Podchodzi do “Złotego Tronu”, tym razem to Vitani pomaga Tanabiemu wejść na górę. Lew siada niezgrabnie, leży na plecach.]
Nie będę już wybierać dróg Bo drogę w sercu mam
[Nagle Vitani wskakuje na Tanabiego i siada na nim z uśmiechem. On podnosi łapy i wysuwa pazury, udając że jest to korona Vitani.]
I gdybyś na nią wejść dziś mógł To nie szedł byś już sam
[Ona chwyta jego ogon i podnosi, niczym berło. Zeskakują z tronu.]
Cokolwiek z tyłu działo się Przed nami czysty szlak
[Wspinają się na zewnętrzną ścianę Złotej Hali]
Więc za mną choć i nie bój się Dojdziemy gdzieś i tak
[Zdobywają szczyt i oglądają gwiazdy na niebie.]
Oboje:
Cokolwiek w drodze stanie nam Przejdziemy, choćby dziś
[Ujęcie nieba i łapy Tanabiego, pokazującego jedną z gwiazd. Po chwili, dołącza się łapa Vitani, też cos pokazuje, aby następnie chwycić dłoń Tanabiego.]
Ja chcę / ja chcę (Vitani / Tanabi) – dotrzemy tam Po drodze, którą chcemy iść
[Zsuwają się z kopca. W świetle księżyca, kurz który wzbijają wygląda na złoty pył.]
A chcemy iść / Pod rękę wraz (Vitani/Tanabi) Wciąż naprzód, aż po szczyt
[Znów zaczynają “walkę”, śmiejąc się głośno.]
By słuchać nut / z niebieskich gwiazd (Vitani/Tanabi) Nie wstrzyma nas już nikt
[Ujęcie Sarabi, patrzącej na to z góry, z innego kopca.]
[Muzyka cichnie.]
- A więc co o tym myślisz, Mufaso? – Sarabi podniosła oczy ku niebu. – Mam nadzieję, że tym razem się uda. Wreszcie zgoda. Żadnych wyrzutków, żadnego przelewu krwi. Tylko ostateczne pogodzenie. – Gwiazdy milczały, ale stara lwica czuła, że ktoś jej słucha. – Skazo? Czy to cię ukoi? Twoja córka dostanie wszystko, co kiedyś zabraliśmy tobie… oprócz tronu… – jeszcze raz spojrzała na obejmujące się lwy. – Niestety, tego jednego jej nie zwrócimy. Simba także ma swoje prawa.
Wiatr zerwał się ponad Złą Ziemią, wzbudzając kilka tumanów suchego kurzu, ale Sarabi nie zauważyła tego. Zaraz potem rozległ się głos z dołu.
- Babciu, gdzie jesteś? – zapytał Tanabi.
- Tutaj! – odpowiedziała. – Zaraz do was zejdę.
Królowa-matka ześlizgnęła się z kopca i stanęła na ziemi przed parą lwów. Vitani odruchowo skłoniła głowę, ale Tanabi szturchnął ją delikatnie, uśmiechnął się i powiedział.
- Babciu, mamy do powiedzenia… co może cię ucieszyć. – a ciszej dodał. – Wnioskując z twojego wcześniejszego zachowania. – Odwrócił się do Vitani i polizał jej policzek.
- Doskonale, ale jak dla mnie to żadna rewelacja. – uśmiechnęła się.
- Tak, wiedziałaś na długo przed nami. – powiedziała młoda lwica, a cała trójka wybuchła śmiechem. Nagle Vitani spoważniała. – Teraz musze jednak zrobić to, po co tu jestem.
- Tak, moja droga. Nie będziemy ci przeszkadzać.
- Tanabi… – zapytała niepewnie córka Skazy. – Czy jednak ty nie chciałbyś iść ze mną?
On spojrzał na babkę i kiedy nie dostrzegł żadnego znaku sprzeciwu, odparł.
- Oczywiście. – Oba lwy weszły do Złotej Hali.
*
Północ nadeszła, gdy światło księżyca oświetlało niemal pionowym promieniem komnatę kopca. W tym oświetleniu, pomieszczenie stawało się tajemnicze i groźne. Vitani podeszła do centrum holu i położyła się na ziemi. Tanabi postąpił za nią.
- Matko, bracie… i ojcze, jeśli mnie także słuchasz… – zaczęła mówić napiętym głosem. Lew chwycił jej łapę i ścisnął czule. – Jestem tu, aby pokazać, że pamiętam i tęsknie za wami. Błagam, wybaczcie mi momenty słabości i zapomnienia. I proszę… nie potępiajcie mnie, za to co uczynię. – spojrzała ukosem na Tanabiego, aby upewnić się w swej decyzji. – Chcę związać się z Tanabim, synem Simby. Mam nadzieję, że to zrozumiecie i nie będziecie mieć żalu do mnie… ani do Kovu. – w tym momencie kruszyna z sufitu kopca spadła wprost na głowę lwa. Wzdrygnął się i spojrzał z niepokojem w górę. Niczego nie spostrzegł.
- Co to było? – zapytał, zaskoczony.
- Nie wiem… – odparła. – Zwykły przypadek… albo Nuka cię polubił. Takimi żartami wyrażał zwykle sympatię.
- A teraz, co zrobimy? – zapytał lew.
- Wrócimy na Lwią Skałę. – odparła. – Pamiętaj, zawsze możesz się rozmyślić, co do wszystkiego… co do mnie także. Mam nadzieję, że… – jej głos się załamał. – Nie, Tanabi! Jeśli mi zakażesz, nie uczynię niczego przeciw twojemu ojcu. Możemy już dziś opuścić Lwią Ziemię i…
- Taaa, jasne… – przerwał Tanabi. – Nie gadaj takich rzeczy! Wrócimy do mojego ojca i porozmawiam z nim poważnie. Zmuszę go, aby wyjawił prawdę o panowaniu Skazy. Jeśli odmówi… Wyzwę go w twoim imieniu!
- CO TAKIEGO? – krzyknęła zdumiona Vitani.
- Jest moim ojcem i kocham go. Ale zmuszę go do powiedzenia prawdy. Nie pozwolę, abyś cierpiała, przez kłamstwa o twoim ojcu.
- Nie musisz…
- Wiem. Ja tego chce, kochanie. – wybiegł z kopca w jasną noc, a na zewnątrz odwrócił głowę ku lwicy. – No chodź! Mamy jeszcze tak wiele do zrobienia!


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#12 2016-01-16 21:07

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

11 – Pytania
Yakta leżał w krzakach obok Wodopoju Północnego. Obudził się tuż przed wschodem słońca i w tamtej chwili obserwował sawannę w rozjaśnianą przez pierwsze promienie dnia. Myślał intensywnie.
„Chyba królowa Zira pomaga mi z nieba. Obudziłem się dokładnie w momencie, w którym mogłem dostrzec tych nieznajomych.” Cztery lwy zbliżały się do wodopoju. Yakta zauważył, że były to trzy lwice i jeden samiec z ciemna z grzywą. „Ciekawe… kim oni są? Ale nie ważne, lady Vitani zakazała mi się pokazywać komukolwiek. Zaczekam tak długo, jak to będzie konieczne.”
Kovu nakazał postój, więc położyli się na brzegu wody. Lwy piły przez chwilę i Yakta mógł im się przyjrzeć dokładniej. Twarz samca wydała mu się skądś znajoma. Zwłaszcza blizna, biegnąca przez twarz, wzbudziła niejasne wspomnienia. Złoty Lew rozpaczliwie usiłował sobie przypomnieć te obrazy.
- No dobrze… lepiej już chodźmy, zanim zrobi się gorąco. – powiedziała lwica o złotym futrze. Podeszła do lwa i polizała go po twarzy. – Gotowy, kochanie?
- Oczywiście… Dziewczyny, możemy ruszać?
- Tak jest! – odparła jedna lwic. – Jeśli uważasz, że lady Sarabi może być w niebezpieczeństwie, powinniśmy iść jak najszybciej.
- Nie, Sorphi… – odpowiedział samiec. – Jestem pewien, że królowej-matce nic nie grozi. Pamiętaj, że jest z nią Tanabi. My tylko chcemy się upewnić… że nie zabłądzili. Tak?
- Tak jest! – potwierdziła Sorphi, widocznie jednak nieuspokojona.
- No to w drogę. – powiedziała złotofurta lwica. Ruszyli na północ, zostawiając ukrytego Yaktę.
- Te imiona… – mruknął Złoty Lew. – Muszę sobie przypomnieć… Sarabi? Czy to nie ta starsza przyjaciółka Vitani? Nie mam pojęcia, co tu się dzieje, ale i tak muszę czekać na moją panią. Tak, to najlepsze wyjście. – Lew przywykł do czekania, więc wrócił głębiej w busz i ułożył się do snu. Zanim jednak zasnął, usłyszał kolejny głos.
- Idź poćwiczyć gdzieś indziej… – mruknął wściekły głos. – I znajdź przy okazji stryja… Czy będę majordomusem, czy jednoosobową firmą kuriersko-pocztową? – narzekał. – Jestem wyszkolony w dawnych prawach i protokole królewskim, a latam jak początkujący zwiadowca. Co za marnotrawstwo mojego talentu…
Yakta podkradł się bliżej, aby zobaczyć zielonego dzioborożca, stojącego nad wodą. Patrzył na własne odbicie i lamentował na okrutny świat, który widocznie nie doceniał jego zdolności. Lew myślał intensywnie, co w takiej sytuacji robić. Co prawda, miał się nie pokazywać, ale zbyt wiele pyta go niepokoiło. Cztery lwy szukały Sarabi, a więc i przy okazji Vitani. „To wrogowie, czy przyjaciele?” zastanawiał się. „Może powinienem schwytać i przesłuchać ptaka?” Mięśnie zadziałały szybciej niż rozsądek i lew skoczył na dzioborożca, nie dopracowując planu swej akcji.
- Tiko, leć tam… Tiko, leć tam jeszcze raz… Czemu nie pytają mnie o zagadnienia prawne, a tylko gdzie się podział… – pędząca masa drapieżnika przygniotła zaskoczonego ptaka do ziemi. Nagle, znalazł się na plecach, z dziobem skierowanym w paszczę Yakty. – …a ja nie wierzyłem stryjkowi, gdy mówił, że dochodzi do podobnych rzeczy. – mruknął.
- Bądź posłuszny, a nic ci się nie stanie. – ryknął Yakta, starając się brzmieć groźnie.
- Byłem dotychczas posłuszny i wyszedłem na tym nieszczególnie. – stwierdził ptak bez najmniejszej dozy strachu. Wydawał się być znudzony. – A kim ty jesteś, panie? Czy masz prawo naruszać nietykalność osobista wysokiego urzędnika królewskiego? – zamilkł na chwilę, myśląc niepewnie. – No… właściwie, to wysokiego urzędnika in spe, ale jego wysokość już zaaprobował moją kandydaturę na urząd majordomusa. A teraz wykonuje oficjalną misję…
- A… tak. – zgodził się Yakta, który wyglądał, jakby nic nie zrozumiał z przemowy ptaka.
- No to kim jesteś, panie? – powtórzył dzioborożec.
- Ja… – w tym momencie lew zrozumiał, że jego sytuacja bardzo się skomplikowała. – Jestem turystą, w drodze… gdzieś tam! – wskazał łapą na odległą górę, a Tiko wykorzystał sytuację, aby błyskawicznie wyrwać się z pułapki i wzlecieć w powietrze.
- Czy nie wiesz, że każdy gość, który przekracza teren królestwa, a nie pyta się władcy o zgodę, jest traktowany jak intruz? – zapytał, już z bezpiecznej wysokości.
- Właściwie, to miałem zamiar wstąpić na Lwią Skałę… – zaczął tłumaczyć lew. – Król Simba jest moim dawnym znajomym.
- No proszę… – mruknął Tiko z niedowierzaniem.
- I znajomym Timona i Pumby. – dodał szybko Yakta.
- Więc powinienem cię zaprowadzić na Lwią Skałę, panie. Musisz osobiście zameldować o swej obecności jak najszybciej.
- Racja. – potwierdził lew, ukrywając panikę. „Powie o mnie wszystkim! Muszę coś zrobić.” Pomyślał. – No dobrze, chodźmy. – zdecydował. – Możesz usiąść mi na grzbiecie, jeśli jesteś zmęczony lotem. – zaproponował.
- Dziękuję, sir. – uśmiechnął się Tiko. – To bardzo miłe z twojej stroooo… – kiedy tylko zniżył lot, lew kolejny raz skoczył na niego i przycisnął go do ziemi, jak chwilę wcześniej.
- Wybacz, ale musisz mi wpierw odpowiedzieć na kilka pytań.
- Hmmm. – zgodził się przerażony ptak. Dotarło do niego, że rozmawia z lwem, który ma w nosie królewski protokół.
*
Nie spali niemal w ogóle. Sarabi stwierdziła, że już naspała się dość w przeciągu życia, a Vitani i Tanabi czuli się rześcy i trzeźwi jak nigdy wcześniej w życiu. W czasie wolnego marszu nie powiedzieli starej lwicy, co zamierzają, ale ona i tak poczuła coś niezwykłego w zachowaniu Tanabiego.
“Wiedziałam, że to nie będzie takie proste.” Pomyślała i zwróciła się ku wnukowi. – Mój drogi… mam nadzieję, że nie planujesz niczego głupiego?
- Planuję, babciu. Zamierzam… będę domagał się od ojca rehabilitacji wspomnień po stryju Skazie.
“Tak, tego się spodziewałam.” Pomyślała. „Właściwie, to ja mu ten pomysł podsunęłam. O, Ahadi! Pomóż nam wszystkim!”
- To nie jej wina. – dodał lew, wskazując głową Vitani. – Ja tego chcę.
- Moje dziecko… muszę cię ostrzec… Jesteś blisko popełnienia strasznego błędu. Proszę, zrób to delikatnie. Jeśli zranisz dumę ojca… nic dobrego z tego nie wyjdzie!
- Wiem, babciu. – odparł Tanabi.
- Wasza wysokość, jest coś jeszcze. – dodała Vitani. – Wydaje mi się, że widziałam wczoraj mojego brata.
- Kovu jest tutaj? – zdumiała się lwica.
- Nie… widziałam ducha Nuki, a przynajmniej tak mi się wydawało. Przekazał mi wiele ważnych wiadomości od rodziców… – dostrzegła strach na twarzy Sarabi. – Nie, nie kazał mi walczyć o tron. Powiedział tylko, że musze sama podjąć decyzję. Ale przekazał mi inna wiadomość. Dla ciebie.
- W tej sytuacji nie mogę “zaczekać na zewnątrz”. – powiedział Tanabi. – Ale mogę stanąć na chwilę i dogonić was, gdy już skończycie.
- Nie… i tak słyszałeś już wiele. Vitani, powiedz, proszę! – poprosiła królowa-matka drżącym głosem.
- To nie była długa przemowa. Tylko dwa zdania: mój ojciec przebaczył ci już dawno temu. Powiedział też, że to było konieczne.
Sarabi nie okazałą żadnych emocji na twarzy, ale w środku uczuła gwałtowną ulgę. Wreszcie, po latach żalu i wyrzutów sumienia, była wolna od przeszłości. Odetchnęła głębiej i powiedziała.
- Wiedziałam… zawsze wiedziałam. Gdyby tylko udało nam się to rozwiązać, gdy jeszcze Mufasa żył… Ale nie, takie przypuszczenia nie mają sensu. Teraz pozostało nam tylko porozmawiać z Simbą.
*
Spotkali się w połowie drogi z Północnego Wodopoju do granic Złej Ziemi. Tanabi pierwszy zauważył zbliżających się Lwioziemców i ostrzegł Sarabi i Vitani.
- Co zrobimy? – zapytał. – Z pewnością zmierzają na Złą Ziemię. Sądzę, że to z naszego powodu.
- Radzę ci być uprzejmym w stosunku do swego przyszłego szwagra. – powiedziała lwica i odwróciła się do Vitani. – A tobie radzę nie drażnić swej przyszłej szwagierki.
- Czy im też to doradzisz? – zapytała niepewnie lwica.
- Dajcie mi mówić. – zawołała do Lwioziemców. – Witajcie, moi drodzy. Dzień dobry, Kiaro!
Tamci zatrzymali się i spojrzeli na nadchodząca trójkę ze zdumieniem. Kovu odpowiedział.
- Witaj, wasza wysokość. Nic ci nie jest? – Sarabi skierowała się ku wnuczce i Kovu.
- Nic, czuję się świetnie… Miły dzień na przechadzkę, czyż nie?
- Babciu, tak się o ciebie martwiliśmy! – powiedziała Kiara z wyrzutem.
- A to czemu? Byłam cały czas w towarzystwie Tanabiego i Vitani. – księżniczka spojrzała na Vitani z nieufnością. Pomimo, że ta była siostrą Kovu, lwica nie miała zaufania do Złoziemki. Myślała, że Zjednoczenie zgasi wszystkie problemy i wspomnienia wśród Wygnańców. Ale Vitani zdawała się zaprzeczać temu całą sobą.
- Cześć, siostrzyczko! – powiedział Tanabi. – Nie wiem, gdzie wy idziecie, ale my wracamy do domu.
- Tak, my też wracamy do domu. – odparła Kiara.
- Simba będzie zawiedziony twoim zachowaniem. – mruknął Kovu Vitani do ucha. – Prosiłem cię przecież, abyś nie obrażała Lwioziemców!
- Nadskakuj SWOJEMU królowi, jeśli chcesz. – odparła Vitani z rosnącym gniewem w głosie. – Ja musiałam uczcić pamięć MOJEJ matki. Każdy wybiera, co dla niego najważniejsze.
- To także TWÓJ król! – syknął lew.
- Naprawdę? – zapytała Vitani, udając zdumienie. – Ja mu nigdy nie złożyłam hołdu.
- Co takiego?
- Kiedy wy staliście na Lwiej Skale, świętując WASZE…. – podkreśliła ten wyraz z sarkazmem. – zwycięstwo, ja już szukałam matki na brzegu. Możesz to przypomnieć SWOJEMU królowi.
Sarabi usłyszała te słowa i fala wspomnień zalała jej umysł. „Na Gwiazdy… Taka nigdy nie złożył hołdu Mufasie. I nigdy nie złożył go Simbie! Nie było go ani na koronacji, ani na prezentacji! Więc nie można nazwać go zdrajcą. Cokolwiek zrobił, nie złamał przy tym danego wcześniej słowa. Czemu nigdy nie przyszło mi to do głowy?”
*
Zwierzęta ścigały pod Lwią Skałę. Wkrótce nowy król Lwiej Ziemi miał zostać koronowany. Wieść o śmierci Ahdiego rozeszła się po krainie szybko i każde stworzenie zmierzało, aby złożyć hołd nowemu władcy. Każdy mieszkaniec królestwa, oprócz jednego.
- Skaza, nie powinieneś iść z nimi? – zapytał Banzai, spoglądając na maszerujące tłumy zwierząt. Trzy hieny, nadal za młode do samodzielnego życia, polowały jak zwykle, ze swoim opiekunem.
- Kiedyś powiedziałeś, że jestem królem. Więc czemu miałbym się przejmować takimi festynami? – zapytał Skaza z sarkazmem.
- No wiesz… Teraz znamy już twoją historię. Nie będziesz miał jakiś kłopotów, kiedy tam wrócisz.
- A skąd wiesz, że wrócę? – zapytał lew. – Póki co, musze was pilnować, abyście dziś nie polowali. Jeśli złamiecie święty pokój tego dnia, jutro sami staniecie się ofiarami bezlitosnego polowania.
- No daj spokój, przecież nie złamalibyśmy twojego zakazu! – powiedziała Shenzi. – Prawda Ed?
- Tia… ten uśmiech mówi wszystko. – mruknął Skaza, patrząc na roześmianego Eda.
- Ale… jeśli nie złożysz hołdu bratu, nie będziesz jego poddanym!
- No właśnie! – odparł lew.
- I przyjmą cię z powrotem? – dopytywała się Shenzi.
- Za dużo pytań jak na jeden dzień. – mruknął Skaza. – Napijcie się i wracamy na cmentarz. Nie zapolujemy dziś.
W tym czasie, na Lwiej Skale, koronacja właśnie się zaczynała. Rafiki machał, by uspokoić zwierzęta, a Mufasa powoli wstępował na taras Lwiej Skały. Gdy dotarł już na szczyt, podniósł głowę i spojrzał na tłum pod jego stopami.
- Nie widzę Taki. – szepnęła Sarabi. – Gdzie on może być?
- Tam, gdzie wysłał go jego król. – odparła Uru, starannie ukrywając gniew w głosie. Wiedziała, jak głęboko jej drugi syn został zraniony. Miała straszny żal i do Mufasy i do Sarabi, ale nie zdradziła się z tym dotychczas. – Nie szukaj go, kiedy twój król jest tu, na wyciągnięcie łapy. – dodała, z sarkazmem zignorowanym przez lwicę. Spojrzała na Mufasę.
Lew zaryczał tak głośno, że wszystkie zwierzęta skłoniły się natychmiast. Rafiki spojrzał na Sarabi i szepnął. – Teraz twoja kolej, moja pani! – Wstała i dołączyła do partnera. Kolejny ryk rozległ się na równiną, dochodząc do jej najdalszych ziem.
- Teraz możemy już iść. – powiedział Skaza, z niewielkiej skały nad Północnym Wodopojem. – Widziałem już dość. – a ciszej dodał. – A może i zbyt wiele.
*
-…i aby to szybko podsumować… – wyjaśniał Tiko. Wreszcie znalazł kogoś, kto słuchał jego elokwentnych wywodów prawniczych, co cieszyło go i schlebiało mu. Jedyna rzeczą, która nieco psuła sielankę, był fakt, iż jego słuchać trzymał go cały czas przyciśniętego do ziemi. – Pretensje dzieci Skazy są nieuzasadnione z tej prostej przyczyny, że ich ojciec nie był prawowitym królem. A nie był prawowitym królem z trzech powodów, który każdy oddzielnie podważa prawa do tronu. Po pierwsze: wstąpił na tron w wyniku morderstwa, to jest: zabicia króla Mufasy. Po drugie: zdradził. Złamał przysięgę wierności, która złożył, akceptując władzę brata. Po trzecie: jego rządy zniszczyły królestwo i zagroziły życiu poddanych, co oznacza niedopełnienie powinności władcy. Czy tak było, sir?
- Cóż… – zastanowił się Yakta. – Czy pamiętasz śmierć Mufasy, hołd składany przez Skazę i szkody, jakie jego panowanie przyniosło Lwiej Ziemi?
- Nie, ale opowiedzieli mi o tym naoczni świadkowie. – odparł Tiko, czując pewien niepokój. Nigdy nie zastanawiał się nad wiarygodnością zasłyszanych historii, a jaki prawnik, powinien.
- Jacy świadkowie?
- Oprócz króla Simby, mój stryj, lady Nala i szaman Rafiki.
Yakta milczał przez chwilę, po czym spojrzał na dzioborożca ze zdumieniem w oczach.
- Więc traktujesz jako niepodważalne świadectwa osób należących wyraźnie do jednej ze stron konfliktu?
- Co masz na myśli?
- Wiem, że siedziałem w dżungli przez większość życia, ale z tego czego uczył mnie Sicco…
- Znałeś mistrza Sicco?! – jęknął zaskoczony ptak, słysząc imię swojego nauczyciela.
- Tak. Gdy przelatywał nad Potężną Dżunglą, miał paskudny wypadek. Zaopiekowałem się nim podczas rekonwalescencji, a on opowiadał mi śmieszne rzeczy o prawie i protokole królewskim…
- To największy jurysta w Afryce! – powiedział Tiko. – Kiedyś był moim nauczycielem.
- No właśnie. Co powiedziałby Sicco, na tak bezrefleksyjne traktowanie zeznań urzędnika, członka rodziny oraz przyjaciela strony konfliktu?
- Ojej… – mruknął Tiko. – Nigdy nie myślałem w ten sposób o całej historii. Ale jeśli nie mamy innych świadków…
- Nie mamy? A ile lwic pamięta jeszcze rządy Skazy?
W tym momencie, ptak doznał olśnienia. Albo lepiej powiedzieć: zaciemnienia. Zdał sobie sprawę, iż opowieść jego wuja zawiera bardzo poważną lukę.
- Czekaj… Skoro Skaza przebywał na wygnaniu podczas koronacji Mufasy, to kiedy złożył mu hołd?
- Mnie pytasz? To ty tu jesteś prawnikiem! – odparł Yakta.
*
- A to kto? – zapytał Kovu, cichym szeptem. – I co on zrobił biednemu Tiko?
- To… – Vitani rozpoznała Yaktę. „Wiedziałam, że narobi kłopotu…” pomyślała. – To… jakiś obcy.
- Tak, sam na to wpadłem! – mruknął czarnogrzywy.
Nagle rudogrzywy lew wypuścił ptaka, a ten bez obaw usiadł tamtemu na ramieniu. Rozprawiali o czymś zawzięcie.
- Nie wygląda wrogo. – zauważył Tanabi, schowany z innymi w krzakach. – Hej, Vitani, czy on ci nie przypomina… – szturchnęła go znacząco. – …wuja? mam na myśli oczywiście Tiko, a nie Yaktę… – Lwica z rezygnacją opuściła głowę. – Ojć! – jęknął lew.
- Jakiego Yaktę? Skąd wiecie, jak się nazywa? Znacie go? – zapytał zdezorientowany Kovu.
- Tak… nam się wydaje. – powiedziała Sarabi.
- No dobra, wychodzimy. – zadecydował Tanabi i wyszedł z kryjówki.
- To zmienia postać rzeczy! – wykrzyknął Tiko. – Jeśli Zira była dziedziczką suwerennego tytułu królewskiego, mogła się upominać jako… O, panicz Tanabi! – zauważył zbliżającego się lwa. – Co panicza tu przywiodło? Pan Kovu? Lady Kiara?
„I to tyle, jeśli chodzi o mój kamuflaż.” Jęknął w myśli Yakta.
- Słuchajcie, wszyscy. – powiedział Tanabi. – To jest Yakta, przyjaciel Timona i Pumby, który pomógł nam wczoraj, na… – zdał sobie sprawę, że nie może opowiedzieć całej historii. – Nie powiem wam teraz gdzie i w jakich okolicznościach, ale zapewne ocalił nam życie. Wyjaśnię to później. On też zmierza na Lwią Skałę.
- Zmierzam? – syknął Yakta do Vitani. Cicho, ale wystarczająco głośno dla Kovu.
- Co się tu dzieje? – jęknął lew. – Vitani, wytłumacz mi!
- W drodze. – odparła. – Idziemy?
Kovu spojrzał na Kiarę, ale ona była równie zagubiona co on.
- Nie mów mu o Vitani. – poradziła Tanabiemu Sarabi. – I tak jest skołowany.
- Psttt, Yakta! – szepnęła Vitani na ucho lwu. – Nie mów zbyt wiele, dopóki nie wyjaśnię pewnych spraw.
- Rozkaz, Vitani! – lwica w ostatniej chwili powstrzymała go od ukłonu.
*
- Kochanie, zauważyłeś, że lwice stały się ostatnio bardzo tajemnicze? – zapytała Nala. – Zwłaszcza te… hm… ostatnie lwice. – leżeli przed wejściem do jaskini, spoglądając na grupę dawnych Wygnańców. – To nie wygląda normalnie. Myślałam, że nie trzymają się już razem, jako jedna grupa.
- Ja też tak myślałem… do niedawna. – odparł król z zaciekawieniem w głosie. – O co może im chodzić?
- Nie mam pojęcia. Zapytajmy Zazu. – odwróciła się i zawołała. – Zazu!
- Tak, pani? – ptak przyleciał niemal natychmiast.
- Co się dzieje z dawnymi Wygnańcami? – zapytał lwica.
- Poza tym, że są dawnymi Wygnańcami, chyba nic nowego. – odparł Zazu.
- Może powinieneś z nimi porozmawiać? – zaproponowała Nala partnerowi. – Jesteś królem i powinieneś znać problemy swoich poddanych.
- Tak, to dobry pomysł, mój panie. – zgodził się majordomus.
- Dobrze, ale… Zazu… sprowadź wszystkie nasze lwice z polowania.
- Tak jest!
- Nie podoba mi się to. – szepnęła Nala.
*
- Ciii! On tu idzie! – Simba usłyszał zdławiony szept. Poczuł chłód na karku, ale szedł dalej.
- Witajcie, moje drogie. – powiedział z udanym spokojem. – Widzę, że macie jakieś sprawy do omówienia. Nie będę wam przeszkadzał…chyba, że mówicie o mnie.
Lwice zastygły w milczeniu, patrząc po sobie niepewnie. Dwie z nich, chyba Danti i Ostasi zwróciły spojrzenia ku… „O, Ahadi! A co tu robi Sakia?” stara lwica spytała inne niepewną miną, a potem odpowiedziała królowi.
- Sam ocenisz, panie. Mówiły o Zirze.
- Zirze? – zapytał Simba, nie kryjąc nienawiści przy wypowiadaniu tego imienia.
- Tak. – potwierdziła Danthi. – Właśnie miałyśmy iść do ciebie, sir. Chciałyśmy zapytać, czemu ostatniej nocy nie pozwoliłeś nam oddać hołdu naszej królowej, jak każą nasze zwyczaje..
Simba aż zakrztusił się ze złości. Nie oczekiwał, że stanie w obliczu czegoś, co przypomniało mu otwarty bunt.
- CO TAKIEGO?! – zaryczał. Macie teraz nowa królową, a jest nią Nala. Macie teraz nowe zwyczaje, które są zwyczajami Lwiej Skały. Czy macie coś przeciwko temu? – zniżył swój głos, wyrażając tym bezwzględną groźbę.
- Tak, mamy. – odparła Ostasi. – Zira była naszą królową. Dziś już nie żyje, ale to nie powód, aby mścić się na niej i na Skazie. Łatwo uderzać tego, kto się nie może bronić.
- Tak, racja! – zgodziła się inna lwica ze Złotego Stada. – Niektóre z nas pamiętają czasy Skazy i nie wiemy, czemu nigdy nie odważyłeś się powiedzieć o nich całej prawdy!
- Zabraniam ci wypowiadać tych dwóch imion! Nikt nie może ich wypowiadać! – zaryczał król, odsuwając się od niespokojnych lwic. Wtedy jednak wpadł na Sakię, która szepnęła mu do ucha.
- Sir, one chcą jedynie prawdy.
- Kto im opowiedział o Skazie? – jęknął Simba cicho.
- Większość z nich pamięta zmierzch jego władania. Ale ja powiedziałam im wcześniejszą historię…
- TY?! – zdumiał się lew, coraz bliższy wściekłości. – Jak mogłaś!?
- Sir, nalegam, abyś zwołał naradę stada i pozwolił starszym lwicom, jak Sakia i lady Sarabi, opowiedzieć to, co nie zostało do dziś opowiedziane. – powiedziała Danthi. Simba zrobił kolejny krok do tyłu.
- Powiedz nam! – zawołała inna lwica. – Powiedz wszystko. Nam i Lwiozemcom też!
Nala nie widziała tej sceny, gdyż rozmawiała z Rafikim, który przybiegł chwilę wcześniej, przynosząc niepokojące wieści.
- Pani, gdzie jest król? – wydyszał, wyczerpany długim biegiem.
- Rafiki, co się stało? – zapytała królowa.
- Nic, jeszcze nic. Ale widziałem coś niezwykłego w moich malunkach. Coś się zbliża. – podszedł bliżej i pochylił się nad uchem Nali. – Lek albo choroba. Ratunek, albo zguba. Znaki nie są jasne, mogą znaczyć i wielkie dobro i wielkie zło. – zamilkł i rozejrzał się uważnie, jakby chciał się upewnić, że nikt nie podsłuchuje. – Pani… te znaki znaczą albo przerwanie Kręgu Życia… albo jego przywrócenie, o ile już został przełamany.
- Co mas zna myśli?
- Moja pani! Coś w przeszłości poszło potwornie złą ścieżką, a my niedawno powtórzyliśmy ten błąd. Zira, Nuka… te śmierci nie były potrzebne! I ty…
- Co „ja”? zapytała Nala ze strachem w głosie.
- Widziałem cię też na tych malunkach. Pani, chodź ze mną!
Lwice ruszyła za pawianem. Pobiegli do tylniej jaskini, kiedyś zajmowanej przez Skażę. A u stóp Lwiej Skały Simba stał naprzeciw grupy Złoziemców, spoglądającej na niego z wyrzutem i żądaniem.
[piosenka. Za muzykę może posłużyć ta z “Jeden z nas” po drobnych przeróbkach. Zgodnie z rozkładem wersów w refrenie. Muzyka rozpoczyna się.]
[Lwice otaczają Simbę, ich twarze wyrażają wrogość. Król cofa się w strachu i z żalem na twarzy. Scena przypomina trochę wygnanie Kovu („Jeden z nas” z Czasu Simby)]
Grabieżca / I tyran (Danti/Ostasi) Nienawiści pan (wszystkie Złoziemki i Sakia) Uderzasz bo wiesz – nie odpowie już nam
[Lwice po kolei podrywają się, jakby do ataku na Simbę, ale stoją w miejscu. Za każdym razem Simba cofa się jednak kilka kroków.]
Morderca / i zdrajca (Danti/Ostasi) Szaleniec – na stos! (wszystkie Złoziemki i Sakia) Jak łatwo zakrzyczeć jest milczący głos
[Wskazują na Simbę łapami, a on uderza plecami o ścianę Lwiej Skały. Odwraca się do ściany, staje na tylnich łapach i podnosi przednie, by dostać się na skalną półkę.]
Bestii król był bestią sam Krwawy duch wprost z piekieł bram
[Nagle, sylwetka Skazy, leżącego i wyciągającego łapy, pojawia się nad Simbą. Skaza przyciska jego łapy do skały. Wyglądają jak Mufasa i Skaza w pamiętnej scenie.]
Nie można mu przebaczyć znów Bo wyrok nasz zapadł bez obrońcy słów
[Duch jednak nie uderza Simby, a tylko podwija łapy i opiera na nich swą głowę. Patrzy na Simbę z ciekawością, ale i smutkiem w oczach. Nagle, rozpływa się w powietrzu. Simba skacze na półkę.]
Winny jest najgorszej z win Czarnej jak on sam I nie ważne już co zrobił nam
[Lwice groźnie czekają na dole. Simba wygląda na przerażonego i bezsilnego.]
Chcemy krwi, aby zmazać nasz ślad Jeszcze prawdy kto wścibski by zgadł
[Zeskakuje z półki za linię lwic, ale staje naprzeciw Sakii. Spogląda jej w oczy.]
Klniemy go, bo on przeklął się sam Lżymy bo on nie odpowie już nigdy nam
[Retrospekcja: czarnobiałe ujęcie z przeszłości: Simba mówi Skazie, że będzie królem (początek KL); Skaza spogląda na Sarabi z Mufasą; Skaza krwawi ze swej rany (przed Ahadim); mały Taka płacze pobity przez Mufasę. Taka jako nowonarodzony kociak – Ahadi patrzy na niego z nienawiścią.]
To kłamca / zabójca! (Danti/Ostasi) Z diabelskiej jest krwi (wszystkie Złoziemki i Sakia) Jak chętnie pogardzasz tym co w tobie tkwi
[Simba patrzy zdumiony na Sakię, potem sam zapada we własne wspomnienia: Skaza stoi nad nim, rozkazują mu opuścić Lwią Ziemię (ze sceny śmierci Mufasy, KL). Łapa, którą podnosi dla pokazania kierunku, zmienia się w łapę Simby. Król trzęsie głowa, by odgonić wspomnienia.]
Podstępny / Przewrotny (Danti/Ostasi) Zepsuty do cna (wszystkie Złoziemki i Sakia) Kiedy dla nas kara na niego spaść ma
[Simba biegnie kilka kroków ale dopada go następna wizja: Skaza wychodzi z jaskini po kłótni z Musafą (scena wyzwania z KL), ale nagle przemienia się w Tanabiego, wysyłanego do Zielonej Jamy przed Bitwą Zjednoczenia.]
Nigdy więc już nie patrz w głąb Ujrzysz w nim swój własny trąd
[Simba wznosi głowę i widzie sylwetkę Skazy, stojąca na tarasie Lwiej Skały, jak stał tam Simba, wyganiając Kovu.]
Ukarz go za własny grzech Którego nie zdoła wybielić ten śpiew
[Skaza już podnosi łapę, by zatwierdzić wyrok, ale nagle przestaje i znika.]
Winny jest najgorszej z win Czarnej jak on sam
I nie ważne już co zrobił nam
[Simba ucieka obok małej kałuży. Kaleczy się w łapę. Podnosi ją, a krew ścieka wolno. Spogląda w odbicie na wodzie i widzie Skazę z krwawiącą raną.]
Chcemy krwi, aby zmazać nasz ślad Jeszcze prawdy kto wścibski by zgadł
[Simba spogląda znów na łapę. Wygląda to, jakby to on zadał ranę Skazie.]
Klniemy go, bo on przeklął się sam Lżymy bo on nie odpowie już nigdy nam
[Uderza łapą o powierzchnie wody, burząc odbicie. Przy okazji krople krwi padają mu na twarz i nadają jej ponury i krwawy wyraz. Simba ucieka na Lwią Skałę]
[Muzyka cichnie.]
*
- On mnie… rysował! – szepnęła Nala, patrząc na malunki Skazy. – Ale czemu?
- Nie wiem, pani. – oparł Rafiki. – Miałem nadzieję, że to ty mi powiesz. – Nala znieruchomiała, niemal w panice. Otworzyła usta i spuściła wzrok ku ziemi. – Królowo, to ważne, jeśli masz coś do wyznania, powiedz mi teraz!
- Ja… ja nigdy nie mówiłam temu nikomu, a odkąd moja matka nie żyje, myślałam, że to już nie ważne. Ale… Rafiki, nigdy nie wiedziałam, kto był moim ojcem a matka powiedziała mi kiedyś…
W tym momencie, do jaskini wpadł zziajany Simba i krzyknął.
- One… To jest bunt!


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#13 2016-01-16 21:08

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

12 – Odpowiedzi
Skaza zawołał hieny, a kiedy tylko nadeszły, spojrzał na całą trójkę z nieprzeniknionym wzrokiem. „Poradzą sobie.” Pomyślał. “Jeśli tylko nie zapomną o moich radach…”
- Co jest, Skaza? – zapytała Shenzi. – Idziemy na polowanie?
- Idźcie na polowanie, jeśli chcecie. Umiecie już sami. Ja muszę wracać na Lwią Skałę.
Rodzeństwo spojrzało na swego opiekuna ze strachem i smutkiem.
- Na dobre? – zapytał Banzai.
- Albo na złe. Zobaczymy.
- A co będzie z nami? – dopytywała się Shenzi
- Dacie sobie radę. Nauczyłem was wszystkiego, co trzeba do samodzielnego życia. – zamilkł na chwilę, po czym dodał z nieco wzruszonym głosem. – Wybaczcie, że nie powiedziałem wam od razu prawdy o waszej matce. Ale uznałem, że nie byliście jeszcze gotowi. Dziś już wiecie wszystko, więc nic was tu nie trzyma. Możecie iść, szukać waszego klanu. I przyprowadzić go tu, jeśli chcecie.
- Łał… dzięki, Skaza. – wykrzyknął Banzai. – Możemy wziąć cały cmentarz?
- Jak długo będę miał coś do powiedzenia, nie pozwolę Mufasie was stąd wygnać.
- A musisz iść? – zapytała Shenzi z nutka żalu w głosie.
- Muszę. – odparł lew. – Rok minął, moje wygnanie się skończyło. Jeśli nie wrócę, pomyślą, że boję się Mufasy, a to nie jest prawda. Wprost nie mogę się doczekać naszego spotkania. – mówiąc to, wysunął szpony. – A moja matka ponoć nie miewa się ostatnio najlepiej. Musze wrócić i dopilnować, czy opiekują się nią właściwie… To był niezwykły czas, ten rok, który tu spędziłem… a dzięki wam był… jeszcze niezwyklejszy.
- Dzięki, Skaza. – powiedział Banzai. – Dzięki za wszystko…
- Nie ma sprawy. – odparł Skaza i zamyślił się. Co kiedyś obiecał Mufasie na szczycie Lwiej Skały? „<Zniszczę twoje żałosne królestwo i spędzę to hieny, aby ucztowały na jego resztkach!> Co za ironia losu… To ja żywiłem hieny resztkami z jego królestwa. Ciekawe, czy kiedyś zmusi mnie, aby wypełnił tę przysięgę. Może będę musiał zniszczyć całe królestwo, jeśli nie rozstrzygniemy inaczej naszego pojedynku?” myślał, gdy nagle spojrzał na hieny z ciekawością. – Czy kiedykolwiek wyobrażaliście sobie życie w Lwiej Ziemi?
- No nie… – odparła Shenzi. – Ale to musiało by być wspaniałe.
- Nie ważne… ale jeśli sprowadzicie tu swój klan, spróbuję zmusić Mufasę, aby wydzielił wam dozwolone tereny łowieckie. Z głodu tu nie zginiecie. – pomyślał jednocześnie. „Po co ja to robię. O ile obiecałem pomoc tej trójce, to co mnie obchodzi ich klan?” dodał głośno. – W każdym razie, idźcie. Jeśli wasi będą się chcieli osiedlić, to dobrze. Jeśli nie i już nie wrócicie… to życzę wam powodzenia, gdziekolwiek byście go szukali. A nawet, jeśli wybierzecie pierwsza możliwość i tak możemy się nie spotkać, więc życzę wam szczęścia już teraz. Nie wiem, co ze mną będzie, kiedy wrócę do domu.
- Jak to co? Pokażesz im, kto tu rządzi! – uśmiechnęła się Shenzi a Ed wybuchł śmiechem.
- Mam taki zamiar, ale to nie będzie proste… No dobrze, muszę iść. Trzymajcie się, dzieciaki!
- Na razie, Skaza! – odkrzyknęła mu Shenzi. – Czuję, że jeszcze się spotkamy. – dodała ciszej. – Mam nadzieję, że wkrótce.
*
Wracał do domu.
Był to środek pory deszczowej, równo rok po jego wygnaniu. Biegł przez wilgotną sawannę, a zwierzęta spoglądały na niego i z ciekawością i strachem. Ale strachem nie przez jego ostrymi pazurami, ale tajemniczą blizną na twarzy. Zanim dotarł na Lwią Skałę, zebrał się tam już tłum różnorakich stworzeń, czekających, aby ujrzeć dziwacznego lwa. Ale wszystkie rozpierzchły się, gdy Mufasa wyszedł na taras skały. Król spojrzał z góry na idącego brata. Milczał, dopóki ten nie wspiął się na górę.
- Witam w domu, bracie. – zawołał i ruszył ku Skazie. Ale ten nawet nie drgał głową, wciąż zmierzając ku jaskini. – Skazo… – powiedział król, a lew się zatrzymał. – A więc już przywykłe to swego nowego imienia… – Mufasa ukrywał sarkazm w miękkim i uprzejmym głosie. – Szkoda, że cię nie było, kiedy umierał nasz ojciec.
- Przykro mi z powodu waszego ojca. – odparł Skaza, głosem kompletnie wypłukanym z emocji. – Nie byłem tu, ale tam, gdzie mnie wysłał mój król.
- I nie przyszedłeś, aby złożyć mi hołd. – Mufasa podszedł to brata. – Ale możesz to zrobić nawet teraz.
- Owszem, mogę. – odpowiedział Skaza, choć szedł dalej.
- No to do dzieła! – mruknął król, zaskoczony jego zachowaniem.
Skaza odwrócił się do niego, podszedł blisko i szepnął do ucha.
- Zmuś mnie! – To zdanie wypowiedział szeptem ale przenikliwym i zimnym jak lód. Mufasa skamieniał, więc młodszy z braci skierował się znów ku jaskini. Zobaczył też, że z progu patrzy na niego Sarabi. – Witaj, moja pani. – skłonił usłużnie głowę. – Mam nadzieję, że moja obecność nie będzie ci przeszkadzała w życiu domowym.
- To także twój dom, Ta… Skazo. – odparła, spuszczając wzrok ku ziemi.
- Zapytaj swego partnera… – powiedział. – Sądzę, że ma na ten temat własne zdanie. – po czym wszedł do Królewskiej Jaskini.
W półmroku wnętrza zauważył, że wszystkie lwice stały, czekając na coś w podnieceniu. „Może na mnie? Może mam dziś urodziny, o których zapomniałem?” zakpił z siebie w myślach. Lwice spoglądały na niego ze współczuciem, ale i okazując ulgę, może nawet radość. „No proszę, tęskniły?” Jedna z nich podbiegła do lwa i niespodziewanie przytuliła się do niego. To była Sarafina.
- O, Taka… tak się bałyśmy! Jak dobrze cię widzieć znowu… – Skaza nie poruszył się pod pieszczotą, nawet gdy ona polizała jego czoło. Zaraz potem cofnęła się powiedziała poważnie. – Twoja matka… chce się z tobą widzieć.
- Dziękuję… – odpowiedział Skaza. Spojrzał na resztę lwic. – Wszystkim wam dziękuję… za powitanie. Ale teraz prowadźcie do niej. – Przeszli do mniejszego pomieszczenia w jaskini, gdzie Uru leżała na przyniesionym posłaniu ze ściółki.
- Czyżbym nie zauważyła, jak umieram, a wy stanowicie kondukt pogrzebowy? – zakpiła z pogoda ducha. Nagle dostrzegła syna. – Taka! Moje dziecko… choć tutaj!
Lew podbiegł do starej lwicy i ukląkł tuz obok. Pochylił głowę i polizał twarz matki.
- Mamo, wybacz że mnie nie było, ale wiesz…
- Cicho, synku. Ważne że teraz jesteś. Na Gwiazdy! – Spojrzała na bliznę. – Wciąż cię boli?
- Ani trochę. – skłamał Skaza.
- Moje dziecko… Czy pogodziłeś się już z bratem? Czy przerosił cię? – zapytała ze strachem w głosie.
- Nie ważne… – odparł lew. – Powiedz, jak się czujesz?
Zanim odpowiedziała, westchnęła cicho.
- Nie najgorzej. Starość się o mnie dopomina, ale jeszcze tu jakiś czas wytrzymam.
Lwice za ich plecami zrozumiały, że powinny zostawić matkę i syna samych. Wycofały się wszystkie, tylko Sarafina przystanęła na progu skalnej komnaty, spoglądając na Skazę. „Cokolwiek się stało, wciąż jest przystojny i władczy jak dawniej… i wciąż jest księciem. Na dodatek Sarabi prosiła, abym się nim opiekowała. Tę prośbę wykonam z przyjemnością.” Odeszła z pełnym nadziei uśmiechem. Matka i syn nadal rozmawiali.
- Co mówi Rafiki? – zapytał Skaza.
- Bzdury, jak zwykle. Narysował jakieś gryzmoły na ścianie i coś tam mamrotał. Nie przejmuj się nim.
- Może wolałabyś się przenieść do Zielonej Jamy, albo gdzieś indziej? Gdzieś gdzie jest ciszej i spokojnie. Opiekowałbym się tobą i… – spojrzała na niego ze smutnym uśmiechem.
- Ciekawe, czemu Mufasa nie wpadł na ten pomysł… Ale teraz, jako król, pewnie myśli o tysiącu innych spraw i nie ma czasu dla matki.
- Ja mam. Chcesz iść?
- Nie, lepiej zostanę tutaj i przypilnuję, aby… Taka? – zamilkła na chwilę i spojrzał synowi prosto w oczy. – Proszę… spróbuj żyć tu i być szczęśliwym. Znajdź sobie jakąś lwicę…
- Już to zrobiłem, mamo. – przerwał, kryjąc drżenie głosu.
- Tak? A kto to jest? – zapytała Uru, ale szybko zrozumiała, o co chodziło synowi.
- Kto to był raczej. Sarabi. Ale to przeszłość… Wiele rzeczy jest już dziś przeszłością… zbyt wiele.
- Twój ojciec…
- Proszę, nie mówmy już więcej o jego wysokości. – przerwał Skaza. Lwica spojrzała na niego ze smutkiem, ale powstrzymała się do dokończenia zdania.
- Chcę ci tylko powiedzieć… Taka, jaka szkoda, że ty nie jesteś królem. Wciąż miałabym i syna i władcę. A teraz mam tylko…
- Jeśli czujesz się tutaj źle, przeniesiemy się do Zielonej Jamy.
- Nie, to niczego by nie zmieniło. Taka, gdy znów będę mogła chodzić, zaprowadzisz mnie na Wietrzną Górę?
Skaza rozmawiał z matką jeszcze jakiś czas, aż Uru powoli zapadła w sen. Wtedy wycofał się z jaskini tak cicho, jak tylko potrafił. Przy wejściu spotkał Sarabi.
- Taka, musimy porozmawiać. – spojrzał na nią, udając, że nie wie o kogo chodzi. – Skazo… to ważne.
- Wszystko co powiesz jest ważne.
Lwica ruszyła zboczem Lwiej Skały, a on poszedł za nią. Dotarli do niewielkiej jaskini z tyłu masywu i weszli do środka, milcząc.
- O… moja nowa… komnata. – mruknął Skaza. – Dzięki za hojność, moja królowo.
- Proszę… – jęknęła Sarabi. – Chcę z tobą pomówić o tym… – Skaza podszedł do płaskiego kamienia, przypominającego łoże, ale zanim się położył, zaczekał aż ona usiądzie. – Taka… to znaczy: Skazo… Bardzo żałuję tego co się stało, ale mam teraz nowe życie. Nie ma już odwrotu z tej ścieżki.
- Nie ma odwrotu. – zgodził się lew.
- Powiedz mi… czy gdybyś pragnął czegoś całym sercem i duszą… takiej jednej rzeczy. Która mogłaby cię ukoić, nie chciałbyś jej zdobyć?
- Za wszelką cenę? – zapytał lew.
- Za wszelką cenę. – potwierdziła królowa. – Nie chciałbyś?
- Chciałbym. Wziąłbym ją, nie patrząc na konsekwencje. – odparł Skaza.
- Wiec rozumiesz, dlaczego to zrobiłam?
- Nie… ale życzę ci, abyś nigdy nie poczuła na własnej skórze, jak to jest, kiedy “tą jedną rzecz” zabierają tobie. Czy masz cos jeszcze do powiedzenia, moja królowo? – milczała. – A, właśnie… czy Sarafina także podziela tę filozofię? Bo zauważyłem, że bardzo chce się dostać do rodziny królewskiej… za moim pośrednictwem. Więc możesz jej powiedzieć, że to nie najlepsza droga. Jestem raczej gasnącą gwiazdą na królewskim firmamencie. Pierwszy z kolei nie zawsze oznacza „bliski”. – Wstał. – Jeśli nie masz dla mnie żadnych rozkazów, wasza wysokość, pozostaje mi życzyć ci wszystkiego dobrego i oddalić się. – ruszył do wyjścia. – Aha, jeszcze jedno… – dodał, zanim przekroczył próg. – Uważaj, bo i ja mogę coś odzyskać, za „wszelką cenę”. – wyszedł z groźnym płomieniem w oczach. Szepnął w cichą noc. – Dam ci ostatnią szansę, Mufaso.
*
Uru umierała. W tych dniach Skaza biegał w kółko z szaleństwem w oczach. Razem z Zazu i Rafikim, niemal całymi dniami szukał wymyślnych ziół, a niańczył stara lwicę resztę czasu. Ale to było bezskuteczne.
- Nie walcz z tym, Taka. – szepnęła Uru pewnego dnia. – śmierć nadchodzi do każdego z nas, wcześniej lub później.
- Później. – zdecydował Taka i starał się jeszcze mocniej.
Zmienił się. Stracił na wadze, a jego sylwetka przybrała chorobliwie chudych kształtów. Mówił rzadko, a jeśli już, to do matki, Rafikiego i Sarafiny, która pomagała mu w opiece. W przeciągu miesiąca od powrotu, nie licząc pierwszego dnia, wypowiedział może z dziesięć zdań do Mufasy i Sarabi. Przeniósł się do małej jaskini poza głównym masywem Lwiej Skały, gdzie Rafiki kazał przenieść Uru. Niemal całe stado zapomniało o jego egzystencji – tak rzadko dawał się widzieć. Nawet lwice zaprzestały nieśmiałych zalotów, widząc, że Sarafina jest z nim cały czas… a nie przynosi to żadnych rezultatów. Skaza żył jedynie powolną śmiercią własnej matki.
Uru odeszła niedługo potem. Jej ostatnie słowa słyszał jedynie Skaza, który pilnował jej ostatniego oddechu. Nikomu nie przekazał, co wyszeptała mu zmarła królowa. Po ceremonii żałobnej, brat króla zniknął. Tak po prostu – nie zjawił się na wspólnym posiłku.
- Kochanie, gdzie jest twój brat? – zapytała Sarabi.
- Nie mam pojęcia. – skłamał Mufasa. – Pewnie opłakuję naszą matkę.
- Rozmawiałeś z nim o tym?
- Nie. – skłamał ponownie król. – Czemu miałbym?
To nie była prawda. Skaza przyszedł to niego poprzedniej nocy. Ze smutkiem i szaleństwem w oczach, obudził Mufasę.
- Ćśśś! Wstań i chodź za mną. – król posłuchał rozkazu i wyszedł za bratem z jaskini. Poszli do jamy w której umarła Uru.
- Odeszła. – powiedział Skaza. – A ty przyjąłeś to… jakby nic się nie stało.
- To niemal jak ty, kiedy umarł ojciec. – zauważył Mufasa.
- Nie ważne… A więc co teraz zrobisz? Jak zakończymy naszą stara… dyskusję?
- Podważasz moje prawa do tronu? – ryknął Mufasa, wpadając w gniew,
- Nie muszę. To ty je podważasz, każdego dnia.
- Czy to wyzwanie? – warknął król.
- Cisza! Pobudzisz wszystkich. – odparł Skaza z głosem pozbawionym emocji. – Masz na myśli prawdziwe wyzwanie? Bez żadnych ucieczek z pola bitwy?
- Pokonałem cię raz i pokonam kiedy tylko będzie trzeba.
- Potrzebuje kolejnej koronacji z moich łap, Mufaso? – syknął Skaza. – Nie dziś… ale któregoś dnia dostaniesz, o co się prosisz. Żegnam!
Wybiegł z jaskini, zanim Mufasa zareagował.
“Będą kłopoty!” pomyślał. „Ach, ojcze… czemu zmusiłeś mnie do tej głupiej przysięgi. Inaczej wygnałbym go już dawno!”
A Skaza biegł na Cmentarzysko Słoni, tak szybko, jak mógł. Dotarł tam o świcie i spostrzegł, że rodzeństwo sprowadziło przez ten czas swój klan.
- Shenzi? Banzai? Ed? – zawołał.
- Patrzcie! – wykrzyknął Banzai. – Czy to nie Skaza? – Hieny podbiegły do lwa. – Cześć, Skaza! Jesteś z powrotem? Wiesz… trochę tu teraz ciasno, ale dla ciebie na pewno znajdziemy…
- Zamknij się i słuchaj! – przerwał mu lew z gorejącym szaleństwem w oczach. – Powiedziałem wam kiedyś, że będziecie mogli żyć w Lwiej Ziemi, tak? Wciąż chętni? Doskonale. A więc teraz będziecie musieli robić wszystko, co wam każe, ale nie pożałujecie. Zabiorę was na polowanie.
- Na co będziemy polować? – zapytała Shenzi.
- Na lwy.
*
Nikt tego nie zamierzał, ale samo wyszło. W drodze na Lwią Skałę, grupa podzieliła się: Kiara, Kovu i dwie Lwioziemki szli na przedzie a Sarabi, Vitani, Tanabi i Yakta z Tiko na ramieniu ociągali się z tyłu. Przyjaciele zapoznali ptaka z większością ich tajemnic i teraz rozmawiali cicho.
- Strasznie mi przykro, Vitani. Nie wiem co mnie opętało… – jęczał rudogrzywy lew.
- Nie ważne. – odparła lwica. – Nawet dobrze się stało, bo dzięki temu dołączył do nas Tiko. – zwróciła się do dzioborożca. – Tiko, czy zdołasz skłonić Simbę do ogłoszenia rehabilitacji mojego ojca?
- Cóż… jest wciąż jeden problem, pani. – jęknął ptak. – Po zapoznaniu się ze szczegółami sprawy, mogę z przekonaniem powiedzieć, że Skaza nie był winnym niemal żadnego z zarzucanych mu zbrodni i zaniedbań. Ale… powiedziałem „niemal”, bo wciąż jedno pytanie pozostaje nierozwiązane. Jeśli traktować zabicie Mufasy jako dokończenie oficjalnego wyzwania, rzuconego przeszło rok wcześniej na Szczycie Lwiej Skały, to Skaza powinien to ogłosić, lub chociażby nie sprzeciwiać się tej interpretacji.
- I nie sprzeciwiał się. – zauważyła Vitani. – Z tego co mówiła Sakia, mój ojciec nigdy nie powiedział, co zdarzyło się w wąwozie. Nigdy nie zaprzeczał domysłom lwic.
- Ale przez lata pozwalał kwitnąć kłamstwom. Nigdy nie przyznał się do tego, co zrobił.
Sarabi słuchała ich w ciszy, ale w tamtym momencie podeszła do dzioborożca i powiedziała.
- Prawdę mówiąc… zrobił to. Powiedział mnie.
- Na gwiazdy! Ta sprawa jest równie prosta, co ślady węża. – mruknął Tiko.
*
Pierwsza noc po śmierci Mufasy i Simby była dla niej przerażająca. Krótka ceremonia, tajemnicza przemowa Skazy i przybycie pierwszych hien wstrząsnęły Sarabi. Wciąż nie mogła uwierzyć, że Mufasa i Simba odeszli na zawsze. Zaszyła się z najgłębszy kąt jaskini i usiłowała zasnąć. Ale sen nie nadchodził.
Inne lwice leżały zmożone obok, a Sarabi słyszał tylko zduszone łkanie Nali, wtulonej w śpiącą matkę. „Biedne dziecko… była przyjaciółka Simby. I kiedyś miała się z nim związać. Ale teraz…” z ledwością powstrzymała swoje łzy. Musiała być silna.
Skaza wszedł do jaskini i spojrzał na stado z mieszanymi uczuciami. Cokolwiek przywiodło go do zajęcia tronu, nie zwalniało z obowiązku troski o poddanych. Zdał sobie sprawę, że owa troska może być znacznie trudniejsza, niż się spodziewał. „Ale dam sobie radę. Zdołał Ahadi, zdołał Mufasa. Hieny? Tak, to ryzykowny pomysł… ale nie gorszy od przewrotu, którego dokonałem dzisiaj. To będzie ciekawe…” Odwrócił się w kierunku wyjścia, ale nagle stanął i zapytał szeptem.
- Sarabi, śpisz? – wstała i podeszła do niego. – Doskonale… miejmy już to za sobą.
Poczuła ukucie i strachu i ekscytacji. Spodziewała się, co Skaza będzie chciał jej powiedzieć. Wyszła za nim z jaskini.
- Nie bój się. – powiedział w końcu lew, gdy doszli do tylniej groty. – Już powiedziałem hienom, że jesteś królową. Będą cię traktować z należnym szacunkiem. – Nie była pewna, czy w tych słowach nie ukrywa się ironia.
- Moim królem był Mufasa… – szepnęła niepewnie lwica.
- Oczywiście. Był. – odparł Skaza. – Przez cały czas, od zawsze… – W tej samej chwili, jedno wspomnienie zalało myśli obojga: oni, jako król i królowa Szczytu. Skaza zatrząsł się w niemym śmiechu. – Od zawsze. Szczyt był dla ciebie zbyt mały.
- Skazo… musisz zaczekać. – powiedziała miękko Sarabi. – Możemy to odbudować, ale teraz… potrzebuję czasu i… – zauważyła, że on nadal się śmieje. – Co się stało?
- Co? Czy ty uważasz, że ja… Sarabi, niedoceniałem cię! – lew uśmiechnął się gorzko. – No dobrze, poczekamy kilka miesięcy, bo chyba tyle ci starczy, aby zapomnieć o partnerze i synu, a potem wrócisz do starej, zapasowej i prawie królewskiej miłości. Mam rację? – ona drgnęła na twarzy, słysząc te słowa. – Ale tak się nie stanie. Wiesz dlaczego? – podszedł, przytulił się do niej i wyszeptał do ucha. – Bo to ja zabiłem Mufasę.
- Co? – jęknęła przerażona.
- Ja zabiłem Mufasę. I Simbę, przy okazji. – powtórzył. – No to co teraz, moja królowo?
Odskoczyła i spojrzała w jego oczy.
- Nie, nie wierzę! To nie prawda!
- Prawda… ale to nie ma znaczenia. Jeśli kiedyś będziemy razem, ty dołączysz do spółki, która wydała na nich wyrok. Dobrej nocy, moja pani. – odwrócił się i ruszył do wyjścia.
- Taka… nie mógłbyś tego zrobić. – szepnęła Sarabi cicho, ale Skaza ja usłyszał.
- Taka nie żyje. A dziś został pomszczony!
Nie uwierzyła ale to nie zmieniało niczego. Nadal była samotna w tym nowym i zimnym świecie. Płakała, aż do nadejścia dnia.
*
- Szybko! – krzyczał Zazu. – Bunt na Lwiej Skale! Król was potrzebuje!
- O czym on gada? – zapytała Maitha. – Myśli, że zostawimy taką zdobycz na zmarnowanie? – wskazała na ciało dorodnej zebry.
- Ja nie żartuję! Złoziemcy buntują się przeciw Simbie! – krzyczał dzioborożec.
- Ahadi… – jęknęła lwica ze strachem. – Czy to możliwe?
Dziesięć lwic z drużyny łowieckiej skierowało oczy ku Zazu.
- Drogie panie, to nie czas na opowieści. Musimy wracać… SZYBKO!
*
Kovu prowadził grupę, więc on pierwszy zauważył Timona i Pumbę. Skinął do nich łapą, wołając przyjaciół króla.
- No ładnie… – mruknął Timon. – Co my tu mamy? Jakieś safari? – spojrzał na Kovu. – Witka, panie Czarnogrzywy. Co jest z wami, zwierzaki? Czy wszyscy dostali urlopy na raz? Wycieczek im się zachciało…
- Witaj, Timon, witaj Pumbaa. Miło was widzieć… zwłaszcza, że mam pytanie. Znacie tego rudogrzywego lwa? Twierdzi, że jest waszym przyjacielem.
- Nie przypominam sobie żadnych czerwonoskórych wśród znajomych. W sumie nic dziwnego, jesteśmy w Afryce! – wybuchł śmiechem i zaczął się tarzać po grzbiecie guźca. Po chwili uspokoił się i spojrzał na Kovu. – Wybacz… Tak intensywnie stukaliśmy w drzewa, szukając mięska, że jeszcze jesteśmy nastukani! Ha, kapujesz? NASTUKANI! – kolejny raz zakrztusił się rechotem, więc Kovu bezradnie spojrzał na Pumbę.
- Pumba, czy znasz tego…
- Którego „tego?” – spytał guziec. – Tego lwa, który ucieka razem z księciem Tanabim i Vitani?
- Co?!
Vitani, Tanabi i Yakta pędzili w kierunku Lwiej Skały.
- Co my robimy? – jęknął Yakta. – Mówiliście, że to przyjaciele!
- Tak… ale mogliby źle zrozumieć kontekst tej sytuacji. – odparła w biegu Vitani.
- A jak zrozumieją fakt, że daliśmy nogę?
- Spokojnie. – krzyknął Tanabi. – Gdy dotrzemy na Lwią Skałę, wyjaśnię wszystko ojcu.
- Simba może się nieco zdziwić, kiedy odkryje, kim jest Yakta. – zauważyła lwica.
- A właściwie, kim jest Yakta? – zapytał Tanabi, wysuwając się na prowadzenie.
- Został wypędzony przez Simbą, razem z matką. – wyjaśniła szybko Vitani. – Ona z tego powodu umarła.
- Więc po co chce spotkać mojego ojca? – jęknął książę.
- By pomścić moja królową, Zirę. – odpowiedział lew z rozbrajająca szczerością.
Tanabi odwrócił głowę, nawet nie zwalniając.
- Mam niebywały talent do zapraszania ciekawych gości!
Zbliżali się do domu, ale książę wcale nie był pewien, czy chce tam dotrzeć.
*
- Idziemy! – powiedział Simba. – Na zewnątrz… na sawannę, aby spotkać nasze lwice. – wyszedł z groty a Nala ruszyła za nim.
- Moja pani! – zawołał Rafiki. – Co chciałaś mi przed chwilą powiedzieć?
- Biegiem, Rafiki! To już nie ma znaczenia. – odparła lwica. – Trzymaj się nas, dla własnego dobra.
- Nala, szybciej! – zawołał Simba. – Wciąż debatują z Sakią… musimy znaleźć Lwiozemców, zanim będzie za późno. – ześlizgnął się z południowego stoku Lwiej Skały. Nala już miała skoczyć za nim, kiedy Rafiki chwycił ją za ramię.
- Czy Skaza był twoim ojcem? – zapytał. Lwica skamieniała. – Tak, czy nie?
- Nie, ale… – jęknęła królowa słabym głosem.
- Żadnych „ale”. W tych sprawach odpowiedź powinna być prosta.
- Nie, nie był! – powiedziała Nala twardym głosem. Ale zaraz dodał ciszej. – Ale był taki czas, że opiekował się mną jak ojciec.
- O… – westchnął Rafiki. – A więc to nie było tak proste, jak myślałem… Krąg został złamany znacznie wcześniej, niż podejrzewałem. – Spojrzał na Nalę, ruszającą w dół stoku. – Miałaś na myśli czasy jego rządów?
- Tak…
- Nala, pośpiesz się! – wołał Simba od podnóża masywu. Ciężkie chmury zbierały się na horyzoncie. Nadciągała kolejna burza.
- Powiedz mi! – rozkazał szaman.
- Simba, idź po lwice. Ja zaczekam na Kiarę i Kovu. – odkrzyknęła królowi. A pawiana zapytała. – Czy to może cokolwiek zmienić?
- Wszystko! – odparł szaman.
- Dobrze… poradzisz sobie? – pytał z dołu Simba.
- Tak… idź! – odpowiedziała Nala. Kiedy Simba ruszył, spojrzała na Rafikiego. – Dobrze, ale biegnijmy na północ. Musimy znaleźć Kiarę i Kovu, tak szybko jak się da.
- Dobrze… tędy! – wskazał szaman i ruszył niemal tak szybko, jak lwica. – Biegnijmy, ale ty mów, moja pani.
No więc mu powiedziała.


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#14 2016-01-16 21:09

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

13 – Goście
Rządy nowego króla zaczęły się w dziwaczny sposób. Hiena na Lwiej Skale była widokiem nowym i lwicom sporo czasu zajęło przyzwyczajenie się do niego. Trzeba jednak przyznać, że Skaza trzymał swoich gości krótko i miał niekwestionowany posłuch wśród padlinożerców.
- Przeszkodziłeś lwicom w polowaniu! – ryknął na hienę, którą poprzedniego dnia złapał na kłusownictwie. – Znasz prawo! – króla oświetlały pierwsze promienie wschodzącego słońca, które lśniły na jego grzywie jak iskry ognia.
- Ta… tak jest, panie! – jęknęło przerażone stworzenie. Stali na klifie stały, tuż przed wyjściem do głównej jaskini.
- Nie wolno ci opuszczać Cmentarzyska Słoni do czasu, aż po ciebie poślę. A jeśli to się powtórzy… naznaczę cię. – wysunął pazury i przyłożył groźną łapę do twarzy zwierzęcia. – A wtedy każda lwica będzie cię mogła zabić bez żadnych konsekwencji. Czy to jasne?
- Jak słońce! – jęknął winowajca.
- Idź już! – Skaza odwrócił wzrok ku rodzeństwu, ostatnio służącemu mu za adiutantów. – A wy jesteście odpowiedzialni za trzymanie go z dala od sawanny. Tak?
- Tak jest, Skazo! – odparła Shenzi, maskując strach w głosie.
- Możecie odejść. – dokończył król i odwrócił się w kierunku groty. Zauważył, że mała Nala obserwował go z progu z ciekawością i obawą.
“Biedne dziecko…” pomyślał. „Była przyjaciółka Simby i przeżyła jego śmierć ciężko. Co za Gwiazdy zmusiły mnie do zabicia Simby?! Ale ten dzieciak był synem Mufasy… musiałem!” wstrząsnął głową, jakby chcąc odgonić palące wspomnienia i wrócił myślą ku Nali. „Cóż za ironia… kiedy powiedziałem jej matce, co o niej myślę, ta postarała się o dziecko a jakimś przybłędą.” Nagle niezwykły, ale i bardzo kuszący pomysł zagnieździł się w jego głowie. „Mam długi wobec tego kociaka. Przeze mnie cierpi, a wcześniej naraziłem ją na niebezpieczeństwo, tam na Cmentarzysku Słoni. Gdybym nie zdążył na czas… i gdyby Mufasa nie zdążył… te nadgorliwe hieny załatwiłyby i ją.” Podszedł bliżej ku kotce. – Witaj, Nalo.
- Dzień dobry, panie królu. – odpowiedziała nieśmiało.
- Co robisz tak wcześnie? Przecież możesz spać, dopóki twoja mama nie wstanie. – zauważył Skaza.
- Tak… ale ja miałam zły sen. – łzy pokazały się z oczach kotki. Lew delikatnie pogłaskał ją po głowie, a ona odruchowo przytuliła jego łapę, łkając cicho.
- Ciiii… Już wszystko dobrze, prawda? – przytulił płacząca Nalę i trzymał ją w ciszy jakiś czas. Kiedy ucichła, ruszył powoli w stronę tylniej groty, a ona podążyła za nim.
- Chciałabyś mi o tym opowiedzieć? – zapytał, miękkim i czułym głosem.
- No… jesteś królem, sir… I chyba królowie mają do roboty co innego, niż słuchanie o… jakiś złych snach.
Znów pogłaskał ją łapą. Zatrzymali się, a Skaza spojrzał jej w oczy i powiedział poważnie.
- Nie. Ja po to tutaj jestem, aby słuchać o wszystkich twoich… waszych problemach. Jestem królem, a ty masz prawo oczekiwać ode mnie pomocy.
- Myślałam, że poddani są aby służyć królom… – powiedziała Nala niepewnym głosem. Skaza uśmiechnął się i ruszył dalej klifem.
- Nie, to tylko pozory. Prawda jest taka, że król ma same obowiązki. Czasem do jego obowiązków należy wydawanie rozkazów. Ale wydaje rozkazy tylko po to, aby służyć poddanym. Jeśli postępuje inaczej, nie jest prawdziwym królem.
Nala przyglądała się lwu ze zdumieniem. Król stanął w promieniach wschodzącego słońca, wyglądając dostojnie i władczo jak nigdy wcześniej. Ale również się uśmiechał. Jego niepokojąca powierzchowność nagle pierzchła w przeszłość, a kotka po raz pierwszy ujrzała Skazę spokojnego i radosnego. W tamtej chwili zadała sobie pytanie, czy jej ojciec również był taki.
- Ale… byłeś taki zły na te hieny…
- O, spostrzegawcza dziewczynka… Tak, byłem. – zgodził się. – Ale tylko dla dobra samych hien i naszego przymierza z nimi. Musimy trzymać się praw i reguł, aby współżyć w harmonii. Jeśli ta harmonia się kruszy, nadchodzi katastrofa. Król musi zachować równowagę pomiędzy swoimi poddanymi i samą natura.
- To musi być ciężka robota… – mruknęła Nala.
- No właśnie!
[Piosenka “Król jest w każdym z nas”. Wyobraź sobie melodię: i pogodną i wyrażająca dumę. Muzyka zaczyna grać:]
[Skaza i Nala stoją na klifie Lwiej Skały. Lew wskazuje łapą horyzont. Ujęcie małych ptaków, dziobiących w paszczy krokodyla.]
Skaza:
Widzisz tyle cudów tu Że nie starczy tobie tchu
[Jeden z ptaków wyciąga jakąś grudkę z pomiędzy zębów drapieżnika. Ten mruży oczy z ulgą.]
By zrozumieć świat do cna Wiedzieć jak on prosto gra
[Ptaki odlatują, ale wtedy kilka innych krokodyli otwiera paszcze, z proszącym wyrazem twarzy.]
Spójrz na ziemie, nieba blask Poczuj rytm którym brzmi brzask
[Ujęcie pogodnej sawanny, wszystko żyje w porządku. Skaza, wysuniętymi pazurami, delikatnie czesze futro Nali na głowie, ale nagle targa je, tak że po chwili Nala ma coś w rodzaju irokeza. Ona uśmiecha się zawadiacko.]
Ale sama śpiewaj też Taka pieśń, co śpiewać chcesz
Refren:
[Skaza chwyta Nalę w łapy i wskazuje za krawędź klifu, ześlizgując się ze zbocza. Po kilku sekundach strachu, Nala wybucha radosnym śmiechem.]
Bo król jest w każdym z nas Każdy ma swych rządów czas
[Zjeżdżają, a promienie słoneczne odbijają się na ich futrach, zwłaszcza na grzywie Skazy.]
Chwałę swą i przegranej też ból
[Na słowo “ból”, docierają na dół, a Skaza uderza głową o gałąź drzewa. Jest trochę oszołomiony, ale Nala wspina mu się na głowę i liże uderzone czoło. Skaza uśmiecha się.]
W łapie twojej przyszłość tkwi Tkasz ją w każdym z życia dni Przecież jest w każdym z nas wielki król
[Nala kładzie się na głowie lwa i udaje, że jest koroną. Skaza wskazuje naokoło. Potem, biegną w kierunku pobliskiego potoku.]
*
[Nala pyta Skazę:
- A więc wszyscy jesteśmy królami?
- Tak, moja mała. W pewien sposób wszyscy. Wszyscy decydujemy o sobie, ale wpływamy tez na innych. Wszyscy mamy wobec kogoś obowiązki. A to właśnie jest królowanie. Ja jestem królem, bo zdecydowałem się bawić z tobą… Twoja matka jest królową, bo opiekuję się tobą… i ty również jesteś władczynią.
- Ja? – pyta Nala zdumiona. – Ale w jaki sposób?
- Bo właśnie kazałaś mi się roześmiać! – odpowiada Skaza i oboje wybuchają śmiechem.]
*
[Piosenka trwa; Skaza:]
Niczym okręt pośród fal Miota morski prąd nas w dal
[Ujęcie małego gryzonia, unoszącego się na wodzie, dzięki kupie liści. Nagle, dostrzega, że prąd go porwał i zbliża się do małego wodospadu. W panice ponosi jeden z liści, jak flagę sygnałową.]
Ale żagiel naszych snów Może zmienić twój kurs znów
[Wiatr, dmuchający w liść znosi gryzonia do brzegu. Kamera odjeżdża i widzimy, że to Nala dmuchała, by uratować pechowca.
To co “musisz”, to co “chcesz” Daje wiele – śmiało bierz
[Stadko ptaków leci ponad sawanną, nagle przewodnik wskazuje na coś skrzydłem. Wszystkie ptaki zniżają lot, posłuszne przewodnikowi.]
Co chce świat, chciej i ty Tak się spełnią wszystkie sny
[Ptaki siadają na drzewie, pełnym owoców. Jedzą z zadowoleniem. Przewodnik patrzy na to z góry z dumą.]
Refren. Skaza i Nala razem:
Bo król jest w każdym z nas Każdy ma swych rządów czas Chwałę, która przysłania nam ból
[Nala nadeptuje na węża. Odskakuje w strachu i wąż odpełza w strachu. Wtem jednak nadchodzi Skaza, a tamci spoglądają na siebie i uśmiechają się. Skłaniają się sobie z szacunkiem.]
W łapie twej przyszłość tkwi Tkasz ją w każdym z życia dni Przecież jest w każdym z nas wielki król
[Skaza i Nala wspinają się pod Lwią Skałę. Patrzy na to z góry Sarabi.]
[Muzyka cichnie.]
*
Skaza ruszył na codzienny obchód sawanny, a Nala wróciła do jaskini. W progu wpadła na Sarafinę.
- Dzień dobry, moje dziecko… Gdzie byłaś? – zapytała z ciekawością, ale i z niemym wyrzutem.
- O, mama… Rozmawiałam z królem… – Lwica zmarszczyła brwi, a Nala dodała szybko. – Ale on wcale nie był zły. On jest taki miły i mówił, że mogę z nim rozmawiać kiedy chcę…
- Król ma inne obowiązki. – odparła jej matka chłodno. – Nie przeszkadzaj mu. On może… – nagle wstrząsająca myśl pojawiła się w jej głowie. – …bardzo cię polubić i może… – zniżyła głowę na wysokość ucha Nali. – Król nie ma kociąt… jest samotny… może potrzebuje towarzystwa takiej słodkiej dziewczynki… – ściszyła głos i wyszeptała. – …tak bardzo, że uzna cię za córkę… i następczynię!
- Co mówiłaś, mamo? – zapytała Nala.
- Nic, kochanie… Dobrze się sprawiłaś. Król faktycznie cię potrzebuję. – szybko dodała – A my potrzebujemy jego.
*
Dni płynęły szybko, a sucha pora przeminęła. Ale niewiele deszczu spadło z tego powodu. Mniej, niż w porach deszczowych lat poprzednich. Sawanna nabrała niezdrowej, żółtej barwy a cześć ze stad zwierzyny łownej opuściła Lwią Ziemię. Skaza widział to, ale nie bał się.
- Spójrz, Nalo. – powiedział do swej ulubienicy. Stali na szczycie Lwiej Skały, gdzie lew pokazywał jej cuda królestwa. Poza tym, dorastająca lwica uwielbiała wspinać się po zboczu skały. – Ten rok jest dziwny… bardzo dziwny. Będzie suchy, jak żaden z tych, które pamiętam. Ale teraz przynajmniej zobaczymy, co da nam przymierze z hienami.
- Ale co mają do tego hieny? – zapytała Nala, która raczej nie lubiła padlinożerców, tak jak znaczna część stada.
- Rozkazałem Shenzi i Banzai ćwiczyć je w polowaniu z nagonką. Pomogą lwicom w ich zadaniu…
- Chciałeś powiedzieć: „w waszym zadaniu”, sir! – butnie wtrąciła Nala. – Jestem już gotowa, aby polować.
- Oczywiście, moja droga… – przytulił ją, śmiejąc się. – I będziesz, już niedługo. Więc hieny będą tropić i naganiać ofiary, a WY dokończycie swoje zadanie.
- Sprytnie… – odpowiedziała lwica z niekłamanym podziwem. – Czy twój ojciec nauczył cię tego?
Skaza westchnął cicho i odparł nienaturalnym głosem.
- Nie, mój ojciec niczego mnie nie uczył. Mufasa był wyznaczony na władcę od dnia narodzin. Ja… ja tylko słuchałem opowieści o rządzeniu… i do paru rzeczy doszedłem sam.
- Więc… jesteś niezwykłym królem. – wykrzyknęła Nala. – Jesteś bardzo mądry!
- Może, ale mądrość nie wypełni naszych żołądków. Teraz wszyscy musimy polować, by żyć. Chciałabyś iść ze mną?
- Król sam poluje? – zdumiała się lwica. – To raczej coś nowego…
- Tak jak nasza obecna sytuacja. No więc masz ochotę zabrać mnie na swoje pierwsze polowanie?
- Łał… no jasne, że tak! – odpowiedziała Nala z iskrami w oczach.
- A więc przodem, moja pani!
*
- Ale… ale… – Rafiki był zdumiony słowami królowej. – Nie rozumiem. Byłaś bardzo blisko ze Skazą, tak?
Nala westchnęła i odparła cicho.
- Był taki czas, że kochałam go jak ojca.
- Ale kiedy odwiedziłem Lwią Skałę, podczas suszy, widziałem że byłaś na niego zagniewana. Czemu?
- Nie domyślasz się, mądralo? – zapytała Nala z kwaśnym uśmiechem. Położyła się na półce skalnej, zwierzając jedną z łap za krawędź. – Matka powiedziała mi kiedyś… a ja uwierzyłam… że Skaza chciał uczynić mnie swoją następczynią i mianować królową. Ale w drugim roku suszy przybyła Zira… – wypowiedziała to imię z nieukrywaną nienawiścią. – …i jej stado. Oni zniszczyli wszystko!
- Proszę, opowiedz mi o tych dniach.
*
Pustynia bywa piekłem.
Ale Złote Lwy żyją na pustyni całe życie. To znaczy, że żyją w piekle? Nie, zazwyczaj nie. Tylko tego roku piaski były takie piekielne. Susza, prawdziwa susza, przepędziła ich ze Złotych Piasków. Gdy wyschło ostatnie źródło, pozostałe stada opuściły ich ziemię, stary król Arista powiedział tylko: południe, a ruszyli na południe. Ponieważ władca był już słaby i nieporadny, w drodze przewodziły jego dzieci.
- Zira… – zawołał Sparthi, usiłując przekrzyczeć narastająca burzę piaskową. – Teraz moja kolej. Ja przejmuję prowadzenie. – Marsz na czele kolumny i torowanie drogi w piachu było ciężką robota dla każdego, i dla dorosłego lwa i młodszej lwicy.
- Sparthi, co ty wyprawiasz? – odparła Zira z przerażeniem. – Wracaj do ojca… jesteś ranny! Zabrudzisz ranę i złapiesz zakażenie! – ale lew wciąż szedł obok niej, poza wydeptaną ścieżką. – No wchodź! – wpuściła go za siebie. Całe stado przekraczało pustynię w rzędzie, w chmurach duszącego kurzu. Szli jedną ścieżką, wydeptywaną przez prowadzącego, dla wygody i bezpieczeństwa. Nie widzieli nic, dalej niż na trzy metry, z powodu piachu w powietrzu. Gdyby Zira odwróciła się, mogłaby zobaczyć tylko sylwetkę brata, no i może następnej w szyku lwicy.
- Siostro… ja też mam swoje obowiązki. I widzę, że jesteś wykończona.
- Tak… wykończona pilnowaniem ciebie. To jest chore, to ty jesteś starszym bratem i ty powinieneś być nadopiekuńczy.
- Będę, tylko daj mi prowadzić…
- Sparthi!
- Chwilę… Dojdziemy na miejsce już za parę dni. Ojciec widział wyraźnie sawannę podczas jego snu. Tam znajdziemy nowy dom.
Zira, młoda i piękna lwica o lśniącym na złoto futrze, spojrzała na brata. Ten był podobny do niej: jego równie złote futro i równie regularne rysy twarzy zdradzały pokrewieństwo. Miał długą, piaskową grzywę, u dołu wyraźnie zabrudzoną krwią. „No pięknie… jest coraz gorzej!” pomyślała lwica i zatrzymała się. Sparthi natychmiast podniósł łapę, przekazując znak postoju lwicy z tyłu. Zapytał z irytacją. – Co znowu?
- Pokaż ranę. – rozkazała. – No chodź… – on niechętnie podszedł, a ona ukucnęła obok. Spojrzała na skaleczenie. – Na Gwiazdy… nie jest dobrze! – mruknęła, patrząc na ropiejącą ranę. – Jakim cudem to cię nie boli? – spojrzała bratu w oczy.
- Boli jak diabli, ale nie mamy czasu na przystanki. Idź! Musimy dotrzeć na to miejsce tak szybko, jak się da!
- Tak, chodźmy. – zgodziła się Zira. Niemal już straciła nadzieję.
*
Dzień później zmarł Arista. Do ostatniego oddechu powtarzał o swojej wizji, o urodzajnej ziemi, gdzie znajdą azyl. I miał rację, bo dobę później lwy dotarły do sawanny. Dla spragnionego stada był to istny raj.
- Jak… tu… pięknie… – wyszeptał Sparthi. Dostał gorączki i był podtrzymywany przez Zirę i jej przyjaciółkę Dorię. Książę… a raczej od niedawna: król Złotego stada był słaby, ale nawet w chorobie dodawał otuchy lwicom. – Tak, to tu. Musimy tylko dotrzeć do tamtej skały… – usiłował wskazać ją łapą, ale nie zdoła podnieść sparaliżowanej kończyny. – Tam na pewno ktoś nam pomoże!
To właśnie zauważył Zazu, patrolujący teren.
*
- Panie! Intruzi na Lwiej Ziemi! – wydyszał ptak, gdy tylko dotarł do jaskini Skazy. Król właśnie urządzał odprawę dla przywódców klany hien, a Nala obserwowała to, ucząc się o rządzeniu.
- … więc sformujecie małe patrole, które… Co? – odwrócił się w kierunku majordomusa. – Co znowu, Zazu?
- Panie! Dziesięć lwic i lew zmierzają na Lwią Skałę. Będą tu niebawem!
- Kto… skąd przyszli? – zapytał lew.
- Z pustyni, sir. – odparł dzioborożec.
- Z pustyni? Jakim cudem przeszli przez pustynię, w przy takim… – zastanawiał się chwilę, ale potem powiedział. – Sami się dowiemy. Zazu, zwołaj lwice, powitamy naszych gości…
- To intruzi, panie! – zauważył ptak.
- Sam to ocenię. – mruknął Skaz zimnym głosem. – Może to ważni goście, który potrzebują pomocy. Sprawdźmy to. Shenzi! – zwrócił się do hieny. – Weź trzydzieści hien z klanu i idź za nami. Nie pokazujcie się, chyba, że wam rozkażę.
- Tak jest! – potwierdziła hiena.
- A ty… – spojrzał na Nalę. – Sugeruję, abyś została na Lwiej Skale.
- Czy to rozkaz, sir? – zapytała młoda lwica z cichą prośbą w spojrzeniu.
- Ech… – mruknął Skaza. – Ale cokolwiek się stanie, masz się trzymać z tyłu!
- Tak jest, mój królu! – odparła Nala z uśmiechem.
*
- Trzy! – wydyszał Sparthi. – Lwy!
- Doria, chodź ze mną. – rozkazała Zira. – Musimy zanieść króla… powoli… – Dwie lwice prowadziły półprzytomnego lwa. Gdy wódz miejscowych to ujrzał, natychmiast podbiegł do nich.
- Stójcie… połóżcie go na ziemi. – polecił czarnogrzywy lew. – Co z nim?
- Źle, panie. – odparła Doria. – Zakażenie otwartej rany. To trzeci dzień.
- Zazu! – mruknął wódz do niebieskiego dzioborożca, latającego nad nimi. – Sprowadź Rafikiego z tymi czyszczącymi ziołami… Albo nie… każ mu przyjść już na Lwią Skałę. Zaniesiemy go tam. – Ptak odleciał, a lew odwrócił się ku lwicom. – Pomóżcie mi. – poprosił i delikatnie narzucił Złotego Króla na plecy. Zira i Doria wsparły go z boków.
- Sir… co się dzieje? – zapytała Nala.
- Jest ranny, moja droga. – odparł Skaza. – Prowadź te lwice do domu.
- Ale…
- Prowadź! – wydyszał król, przygnieciony przez ciało Sparthiego. – Wszystkie na Lwią Skałę. Sarabi, wskaż im wodopój…
- Skazo, on jest prawie suchy! – jęknęła dawna królowa.
- Oni też! – syknął król, zdecydowanym głosem. – Zrób to, albo będzie po nich!
- Dziękuję ci, sir! – szepnęła Zira. Nieśli razem Sparthę, z konieczności przytuleni to siebie. Jej usta znajdowały się tuż przy uchu Skazy – Nie wiem, jak zdołamy się odwdzięczyć…
- Przeżyjcie. To już coś. – odparł król. – Jestem Skaza, król Lwiej Ziemi.
- Jestem Zira, siostra Złotego Króla, Sparthiego. To jego niesiemy w tej chwili.
- Cóż za królewski konwój… – uśmiechnął się lew z wysiłkiem. – Miło cię poznać, Ziro. Nawet w tych okolicznościach.
- Sir… w tych okolicznościach, mnie jest wyjątkowo miło. Uratowałeś nas. – odparła Zira z gorzkim uśmiechem.
*
- I co z nim? – zapytał Skaza, zaglądając na Sparthiego Rafikiemu przez ramię. Stali na środku głównej jaskini a złote lwice leżały wyczerpane pod ścianą.
- Źle, wasza wysokość. – odparł szaman. – Ale zrobię co się da.
- Chodź, Ziro. – powiedział król, delikatnie ciągnąc za sobą lwicę. – Zrobi wszystko, co będzie trzeba.
- Tak. – zgodziła się i niechętnie odeszła od brata.
- Wasza wysokość, musimy porozmawiać. – powiedziała Sarabi, zimnym głosem. Spojrzała na Zirę. – na osobności.
- Poradzisz sobie? – zapytał Skaza złotej lwicy.
- Dziękuję… chyba tak.
- Wrócę niedługo. – wyszedł za Sarabi, ale w drodze zawołał Nalę. – Moje dziecko… proszę, pobądź z Zirą. Jest w szoku. Dobrze?
- Oczywiście, sir. – odparła młoda lwica, zaskoczona taką prośbą.
Skaza wyszedł z jaskini i ruszył za Sarabi ku tylniej grocie. Gdy doszli na miejsce, zapytał z niecierpliwością.
- Sarabi, co się dzieje? Nie widzisz, że mamy poważny problem?
- Oto mi chodzi. – powiedziała dawna królowa. – Z całym szacunkiem, Skazo… – Na osobności rzadko nazywała go królem. Ale imię „Skaza” brzmiało w jej ustach tak oficjalniej, jak tytuł. – Ja i wszystkie lwice podziwiamy cię za niezwykle sprawne prowadzenie królestwa. Czasy są ciężkie, ale ty masz wszystko pod kontrolą. Ufamy ci… ale nie wiemy co robisz! Ci obcy już wypili połowę naszego dziennego zapasu wody!
- A więc została jeszcze połowa. – zauważył Skaza.
- Skazo, nie możemy ich żywić. Będziemy głodować!
- Ano będziemy… ale te biedne stworzenia są naszymi gośćmi! Nie pozwolę żadnemu gościowi umrzeć u mnie w domu. Nikomu nie pozwolę! – krzyknął twardym głosem.
- Mój królu… – błagała. – To wielkie ryzyko! Nie pozwól im obrabować nas z zapasów żywności i wody!
Skaza spojrzał na nią i zobaczył strach w jej oczach. A ona dostrzegła, że spojrzenie króla wyraża spokój i zdecydowanie. Powiedział, czystym i mocnym głosem.
- Czy ty masz pojęcie, czym jest głód? Nie możesz mieć pojęcia! Ja mam! – zatrzymał się i zamknął oczy, przywołując odległe wspomnienia. – Kiedy byłem na Cmentarzysku Słoni… wiesz, dawno temu, po śmierci Taki… – zaakcentował ironię. – Głodowałem przez miesiąc, zanim nie nauczyłem się na nowo polować. Byłem ranny, przybity, zmęczony i pozbawiony nadziei. Czułem się jak… nawet najgorszemu wrogowi… nawet Mufasie, nie życzyłbym tego samego. Kiedy ty ucztowałaś na zdobyczach stada, ja żywiłem się myszami i ziołami, aby oszukać głód. Moje rany ropiały i paliły jak ogień. Czy ty wiesz, jak się czułem? – dokończył, niemal krzycząc.. – Nie wiesz… ale uwierz mi na słowo: dziś widziałem w oczach Ziry ta samą rozpacz, którą kiedyś ujrzałem w odbiciu własnej twarzy. Nie pozwolę im umrzeć! Nie opuszczę ich, tak jak ty opuściłaś mnie!
Sarabi odskoczyła, przerażona jego wzrokiem.
- Skazo… – zapłakała. – Czasami chciałabym… czasem błagam gwiazdy, abyśmy byli znów razem. Ale czasem… naprawdę wierzę, że zabiłeś Mufasę i Simbę.
Spojrzał na nią z nagłym przypływem zrozumienia i współczucia.
- Czasem życzyłbym sobie, aby Taka wciąż żył. – odparł. – Ale tak jak kiedyś powiedziałaś: nie ma odwrotu.
Wybiegł z groty i wrócił do Jaskini Królewskiej. Spostrzegł, że śpią wszystkie lwice, oprócz Nali i Ziry.
- Sir… Zira chce z tobą pomówić. – powiedziała ulubienica króla.
- Dobrze… przejdziemy się? – zapytał złotej lwicy. – Dziękuję, moja droga. – szepnął Nali do ucha.
- Tak, Skazo… – odparła Zira słabym głosem.
Wyszli na zewnątrz i zeszli po stoku Lwiej Skały. Zira milczała, tylko on mówił. Wreszcie lwice szepnęła, niepewnym głosem.
- Nie musisz tego robić.
- Hm… czego? – zapytał król. Zatrzymali się przy kępie suchych krzaków.
- Ratować nas. – odparła. – Wiedzę, co tu się dzieje. Oddajesz nam z ostatnich zapasów swojego stada. To szalone.
- Nie bardziej niż przekraczanie pustyni podczas burzy piaskowej.
- Musieliśmy…
- I ja musiałem. – wyjaśnił lew. – Zawsze myślałem, że bycie królem to nie tylko przewodzenie. To…
- …bycie takim, jakim jesteś ty. – dokończyła Zira. – Jesteś wyjątkowy, Skazo. Jesteś… jakiś… większy. Rozumiesz o co mi chodzi?
- Nie schlebiaj mi. – przerwał. – I tak będziemy was żywić. – ale czuł, że lwica mówiła szczerze. – Dziękuję ci. Takie słowa pomagają.
- Odwdzięczymy się za pomoc. – wykrzyknęła Zira. – Nasze lwice od jutra wyjdą polować, a…
- Spokojnie, moja piękna… – powiedział Skaza, gładząc Zirę po głowie. – Nie myśl za dużo dzisiaj. Wiem, co przeszliście… Moi rodzice nie żyją, znam uczucie głodu… I wiem, że niektóre problemy okazuję się mniejsze po solidnym odpoczynku. Idź spać, zrelaksuj się… płacz, jeśli to ci pomoże…
Zira wtuliła się w niego i wybuchła płaczem.
- Przepraszam! – jęknęła. – Ale ja…
- Spokojnie, moja piękna. Wszystko się ułoży.
Więc trwali tak do rana i ostatniej z łez Ziry. Jedynym świadkiem tego spotkania była Nala, obserwująca ich z góry klifu.
- Nie! – szepnęła. – On jest mój!


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#15 2016-01-16 21:11

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

14 – Stada i uprzedzenia
- Co, u licha? – jęknął Kovu, zaskoczony. – Gdzie oni biegną? – patrzyła na uciekającą sawanną trójkę: jego siostrę, przybysza i księcia Tanabiego.
- Do domu, jak mniemam. – powiedziała Sarabi. – Ale każde z nich nieco inaczej rozumie słowo „dom”. – dodała cicho.
- Ale… ale… Kiaro, mamy ich gonić?
- Kovu! – wykrzyknęła z wyrzutem stara lwica. – Kogo chcesz gonić? Swoją siostrę, szwagra, czy lwa który uratował im życie?
- Ale babciu? – zapytała równie zdziwiona Kiara. – Czemu oni uciekają?
Królowa-matka ruszyła powoli sawanną, a reszta grupy podążyła za nią. Uśmiechnęła się i odpowiedziała wnuczce.
- Moja droga, za dużo musiałabym wyjaśniać. Może na razie powiem tyle, że każde z nich ma sprawę do króla. Muszą porozmawiać z Simbą na osobności.
- Ale może jednak trochę przyśpieszymy. – zaproponowała Kiara.
- Czy to się wiążę z moja matką? – zapytał Kovu. – Czy to ma coś wspólnego z niedawną… obsesją Vitani? – dodał niepewnym głosem. Nie miał pojęcia, co zamierzała jego siostra.
- Tak i nie. – powiedziała Sarabi. – Tak, ponieważ to dotyczy twojej matki… i przybranego ojca. Nie, gdyż powinieneś być ostatnią osobą, która nazywa chęć uczczenia rodzica „obsesją”.
- Wasza wysokość… ja odrzuciłem to za siebie. To przeszłość. To samo powiedziałem Vitani, ale ona nie chciała mnie słuchać!
Sarabi westchnęła cicho, ale nie zwolniła. Obrazy przeszłości znów zalewały jej umysł, wdzierając się w każdą myśl. Słowa Kovu zaskoczyły ją i zmartwiły. „Zapomniał o matce… Nie o jej istnieniu, ale o fakcie, że była jego matką. Ona nie zasłużyła na tak straszny los, być zapomnianą przez własne dziecko…” Odpowiedziała lwu:
- Ponieważ dla Vitani to nie jest przeszłość. Ona nie żyje ze wspomnieniem Ziry i Skazy… ona żyje Zirą i Skazą. Są jednym, jak każde dziecko powinno być jednym z rodzicami.
- Babciu, przestań. Ranisz Kovu! – syknęła Kiara.
- A ty, moja droga, co byś zrobiła, gdyby Zira wygrała Bitwę Zjednoczenia? – zapytała lwica łagodnym, ale dociekliwym głosem. – Jeśli stada zostałoby zjednoczone, ale pod władzą Kovu i sztandarem Skazy? Czy mogłabyś… niezależnie od tego, jak mocno kochasz Kovu… kiedykolwiek wyrzec się ojca? Nie sądzę. Czemu wiec oczekujesz tego od Vitani?
- A czemu ty jesteś taka łagodna dla niej? – zapytał lew. – Nie rozumiem… w końcu jest córką twoich wrogów.
Ona spojrzała na Kovu ze współczuciem i żalem.
- Tak, mój drogi, nie rozumiesz. Skaza i Zira nie byli moimi wrogami… a przynajmniej nie mogę powiedzieć, aby Zira kiedykolwiek mnie skrzywdziła. To ja byłam jej wrogiem i to ja skrzywdziłam ją. Jestem wyrozumiała dla Vitani? Ano jestem, bo mam poważne długi wobec jej matki… waszej matki.
- Babciu?
- Tylko posłuchaj, moje dziecko. To jest opowieść, której na pewno jeszcze nie słyszałaś, bo nikt nie chciał jej opowiadać. Ale teraz…
*
- Skaza, nie ma żarcia, wody… – jęknął Banzai, wchodząc do jaskini władcy.
- Ciszej! – warknął król. Dodał potem mrożącym szeptem. – Nic nie mów. Dziś obchodzimy żałobę po królu Sparthim. Żadnych polowań. Ogłosiłem na ten dzień święty pokój dla wszystkich stworzeń.
- Tak… możesz szczerze powiedzieć, że nie polujemy dziś, aby zostało zwierza na jutro, a nie gadać o zwyczajach pogrzebowych…
Skaza zamachnął się na niego łapą z wysuniętymi pazurami, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
- Nie drażnij mnie, Banzai. Nie zmuszaj mnie, aby zrobił coś, czego nie zamierzam…
- Jestem głodny!
- Ja też jestem głodny! – warknął lew. – Ale dziś nie będziemy jeść. To hołd dla władcy i bohatera.
- Martwego władcy i martwego bohatera. – zauważyła hiena. – Może od razu, w hołdzie dla niego, zdechniemy z głodu?
- Zamknij się… Lady Zira jeszcze usłyszy! – syknął król.
- Szefie, ta laska zawróciła ci w głowie. – Skaza przystawił szpony do szyi Banzai, a ten zamilkł natychmiast, by po chwili dokończyć pokornym głosem. – Uważam, że obecność lady Ziry w znacznym stopniu uniemożliwia ci trzeźwy osąd sytuacji.
- Może masz rację… – szepnął Skaza. – Ale skoro tak, to nie radziłbym ci drażnić twojego króla. On może być bardzo, bardzo nerwowy. I nieprzewidywalny.
- Może? – zapytała hiena, drżąc na całym ciele.
- Tak. Więc radzę ci pomęczyć kogoś… spokojniejszego. – powiedział lew. Kiedy Banzai ruszył do wyjścia, dodał jeszcze, z nagłą troska w głosie. – I… Banzai… odpoczywaj. Oszczędzaj siły, bo jutro wyruszymy na polowanie dalej.
- Tak jest, szefie. – odparł padlinożerca i wyszedł z groty. Był zły na Skazę, choć wiedział, iż król robił, co musiał. Gdyby jego klan nie znajdował się pod ochroną lwów, zapewne już od dawna by nie żył.
- Kto to był? – zapytała Zira z głębi komnaty.
- To… hieny z kondolencjami. – odparł Skaza, wracając do niej.
- Groźba buntu? – zapytała nieprzekonana lwica. W jednej chwili przeszła od łez i żalu po bracie do chłodnej analizy sytuacji. Król podziwiał jej hart ducha. „Straciła wczoraj brata… Tak bardzo to przeżywa… a jednak nie pozwala się porwać emocjom. Myśli wciąż o swoim stadzie… i o moim także.”
- Nie, wszystko idzie… – wiedział, że one wyczuje każde uspokajające kłamstwo w jego głosie. – …tak dobrze, jak iść może w podobnych warunkach.
- Krytycznych warunkach. – dodał lwica.
- Tak, ale nie warto się tym zamartwiać. Robimy, co możemy. Jeśli Gwiazdy pozwolą nam przeżyć, przeżyjemy. Jeśli nie… – podszedł bliżej do leżącej Ziry. – …to i tak nic na to nie poradzimy.
- Wybacz, Skazo. – odpowiedziała. – Wiem, ze sobie poradzimy, póki ty jesteś z nami.
- Tak, tak… ale to nie takie proste jak myślisz… wiem, że to, co teraz robię jest słuszne. Niestety, nie mam takiej pewności, wobec wielu moich czynów z przeszłości. – usiadł obok lwicy, milknąć.
- Opowiedz mi o tym, sir? – zapytała Zira.
- Nie wiem, czy chciałabyś usłyszeć taką historię.
- Oczywiście, że bym chciała. – odparła. – Oczywiście, jeśli ty chciałbyś ją opowiedzieć.
- Dotychczas nie chciałem… ale coś mnie korci, aby dla ciebie zrobić wyjątek.
Opowiedział jej o wszystkim, od wczesnego dzieciństwa. O kłótniach z Mufasą i ojcem. O miłości do Sarabi. O wyzwaniu i bliźnie. O wygnaniu, powrocie i śmierci matki. A nawet o zabiciu Mufasy.
- Potwór! – syknęła Zira.
- No widzisz… Czasem oceniam się tak samo… – zgodził się lew.
- Nie! Chodziło mi o twojego brata. – wykrzyknęła lwica.
- I tu też masz rację.
- Ty jesteś królem i czuję, że zawsze byłeś, nawet kiedy rządził twój brat. Ale… – zapytała niepewnym głosem. – Co z Sarabi?
- Jak to co?
- Wciąż ją kochasz? – dopytywała się, łamiącym głosem.
- Teraz? Oczywiście, że nie! Zabiła Takę na dobre. A czemu…
- Uff… – westchnęła, ale błyskawicznie dodała. – To znaczy: to jest okropne…
- Co chciałaś powiedzieć, moja piękna? – zapytał zdumiony Skaza.
- Cokolwiek chciałam, nie udało mi się. – odparła Zira dziwnym głosem. Spuściła oczy ku ziemi.
- Cóż… ja byłem z tobą szczery. – mruknął lew. – Ale potrafię zrozumieć pogardę dla słabeusza i mordercy. – wstał, zamierzając wyjść.
- Nie, Skazo! – chwyciła go łapą. – Nie miałam tego na myśli… chciałam powiedzieć… coś wręcz przeciwnego! – zatrzymał się i spojrzał na nią. – Wiem kim jesteś i wiem kim jestem ja. Żyję tylko z twojej łaski. Nie jesteśmy sobie równi: ty jesteś królem, a ja tylko żywą pamiątka po dawnej chwale. Ale… co byś powiedział, gdybym przyznała, że cię kocham?
Skaza stał, jak sparaliżowany, myśląc szybko. Wreszcie odparł.
- Sądzę, że powiedziałbym: łał! – spojrzał Zirze w oczy. – Żartowałaś, prawda? – ale jej spojrzenie tylko potwierdzało, co przed chwilą powiedziała. – Łał! – wykrzyknął Skaza i niemal rzucił się na Zirę.
Objęli się i trwali w uścisku długą chwilę, zanim lew nie odskoczył do tyłu i spojrzał na nią z zachwytem w oczach. Znów podszedł bliżej i polizał jej twarz.
- To szalony pomysł, przystojniaku. – szepnęła lwica.
- No właśnie! – odparła Skaza. – Coś dla nas!
*
Nowa królowa została zaprezentowana kilka dni później. To był krótka i smutna ceremonia, prowadzona przez Rafikiego. Krótka, bo czasy nie sprzyjały długim festynom, a smutna, bo tuż po zakończeniu żałoby po Sparthim. Lwice z Lwiej Ziemi spoglądały na Zirę z mieszanymi uczuciami. Dała już się poznać, jako silna i odpowiedzialna członkini wspólnoty, nie zapominająca na każdym kroku wyrażająca wdzięczność miejscowym za ratunek i pomoc. Ale z drugiej strony, była obca, a lwice miały nadzieję, że król poślubi Sarabi, znów czyniąc ją królową. Stało się jednak inaczej.
- Zira, Królowa Lwiej Ziemi i Złotego Stada! – ogłosił Zazu, gdy ceremonia była już zakończona.
Wszystkie lwice skłoniły się z szacunkiem. Ale nie wszystkie równie szybko i równie szczerym szacunkiem. Ostatnie pochyliły głowy Sarabi i Sarafina. Sarafina szepnęła do córki.
- Moja droga… król nie powinien był tego robić.
- Jest naszym królem… spotkał swoją miłość. Co w tym złego?
- Będą mieli dzieci! – syknęła lwica. – A to oznacza…
Matka i córka pomyślały o dwóch, zupełnie odmiennych rzeczach. „Na pewno będzie miał syna z ta przybłędą. A wtedy moja córka nie odziedziczy tronu!” jęknęła w myślach pierwsza. „Na Gwiazdy! On ją kocha… czy zupełnie zapomni o mnie?” przestraszyła się druga.
Zira odbierała gratulacje od obydwu stad. Złote lwice nieśmiało okazywały radość z niespodziewane zaszczytu, który spotkał ich przyjaciółkę i władczynię a Lwioziemki wygłaszały grzeczne i oficjalne formułki. Na koniec, Sarabi, Sarafina i Nala podeszły do królewskiej pary.
- Sarabi… – powiedziała królowa cicho. – Jestem królową, ale mam do ciebie nie rozkaz, a prośbę. – złota lwica spojrzała na Sarabi niepewnie, z odcieniem wyrzutów sumienia w oczach. – Czy zechciała byś wciąż prowadzącą drużyny łowieckiej? – była królowa była zaskoczona. „Chce zaskarbić sobie moje zaufanie… przekupić mnie!” pomyślała. Urząd pierwszej lwicy w drużynie był prestiżowy… i zazwyczaj należał do partnerki króla. – Jeśli odmówisz, zaproponuję Nali. – Teraz to Nala szeroko otworzyła oczy. – Ale mam nadzieję, że się zgodzisz. – Podeszła bliżej i szepnęła lwicy do ucha. – Nie chce tu zmieniać więcej niż muszę. Wiem, że jestem gościem. Nawet jako królowa, mam zamiar o tym pamiętać.
- Tak, moja pani. – odparła Sarabi chłodno. – Będę prowadzić lwice. Wszystkie lwice?
- Złote Stado jest teraz zjednoczone z nami. – powiedział Skaza. – Będziemy pamiętać, skąd kto przybył, ale od teraz, jako król i królowa, nie będziemy zwracać na to uwagi, wydając swoje rozkazy.
- Tak jest, sir. – odpowiedziała Sarabi. – I… tak jest, milady! – dodała zimniejszym głosem. Trzy lwice wyszły z komnaty.
- Nie pójdzie tak łatwo. – mruknęła Zira. – Nie lubią mnie.
- Przykro mi. – odparł król. – Moją władzą tego nie zmienię… ale ty to zmienisz, i to niedługo. Będziesz wspaniałą królową i…
- Matką królewskich dzieci? – uśmiechnęła się złota lwica.
- Też. – roześmiał się Skaza. – Czy mam to traktować jak pewną sugestię?
- Sam oceń, mój panie. – odparła Zira zalotnie i wyszła z jaskini. Skaza podążył za nią natychmiast.
*
Nuka narodził się z przyjściem następnej pory deszczowej, a przynajmniej w czasie, gdy ta powinna była przyjść. Matkę otoczyły przyjaciółki ze Złotego Stada, podziwiające nowego kociaka. Lwioziemki nie podzielały tej radości, a przynajmniej nie chciały tego zdradzać Sarabi i Sarafinie. Sarabi pomagała przy porodzie, razem z Rafikim, ale ukrywała swe emocje głęboko. Gdy szaman odchodził już na spoczynek, poszła za nim i spytała szczerze.
- Czy kociak przeżyje? – pawian spojrzał w oczy byłej królowej ze zdziwieniem, ale odpowiedział.
- Jest bardzo słaby… Coś złego unosi się w powietrzu… Nuka… Chcieli nazwać go Nuka. W języku Złotych znaczy to “Wiatr z pustyni”. Ciekawe, czy wiedzą, co oznacza to w naszym dawnym języku…
- Nie odpowiedziałeś mi. – zauważyła Sarabi chłodno.
- Kociak jest słaby, ale sądzę, że go odratujemy… na razie. – powiedział szaman.
- Dobrze… tyle chciałam wiedzieć.
- Dziwne… – zauważył Rafiki. – Sarafina przed chwilą pytała mnie o to samo.
- Nie ważne. Gdzie jest król? Czemu nie został z nowonarodzonym synem?
- Poluje! – odparła małpa. – Chce zapewnić karmiącej matce prawdziwy pokarm, a nie jakieś gryzonie i nieświeżą padlinę. Robi co może. Nala mu pomaga.
*
Na wschodnich rubieżach Lwiej Ziemi, dwa lwy skradały się ku niewielkiemu stadu gnu. Było to jedno z ostatnich, znanych królowi, ale zdecydował się wykorzystać je w tej właśnie chwili. Hieny pilnowały zdobyczy z boku, ale to Skaza i Nala mieli powalić upragnioną zwierzynę.
- Nie śpiesz się… – szeptał lew. – Musisz być pewna, że uda ci się za pierwszym razem. Tylko jedno podejście, nie możemy sobie pozwolić na więcej. Oszczędzaj siły… przygotuj się… JUŻ! – krzyknął i wyskoczył a krzaków. Nala ruszyła za nim.
Hieny zaczęły wyć, a zdezorientowane stado rozproszyło się. Skaza wybrał jedno ze stworzeń i dopadł do gnu z pełną prędkością. Ta, zmęczona jak większość zwierząt na sawannie, zareagowała w ostatniej chwili, unikając królewskiego skoku. Ale Nala rzuciła się na nią od razu potem, przygniatając ofiarę do ziemi.
- Doskonale! – wykrzyknął lew i podbiegł do swej ulubienicy. – Świetny skok! Jesteś niezastąpiona!
- Dziękuję, panie. – odparł lwica, nienaturalnym głosem. – Bierzmy ją szybko, zanim nie będę tak głodna, ze sama ją pożrę.
- Czekaj. – powiedział Skaza. – Po pierwsze, zjedz kawałek, aby odzyskać siły. To nie trofeum… to konieczność. – Zaczęła rzuć mięso, a Skaza wydarł kawałek dla pomagających im hien. – Każdy ma swoje potrzeby. – powiedział i spojrzał na Nalę. – Co się stało, moja droga? Jesteś… smutna.
- Nic, sir. – odparła napiętym głosem.
- Widzę, że coś cię gryzie. – powiedział lew, przyglądając się jej uważnie. – Bardzo cię przepraszam, że męczę cię tymi dodatkowymi polowaniami, ale wiesz… Nuka się urodził i… Powiedziałem coś niewłaściwego? – zapytał, widząc grymas na twarzy lwicy.
- Nie, sir… ale… – jej głos się złamał i dokończyła niemal łkając. – Masz teraz partnerkę, kociaka… i już żadnego czasu dla mnie.
Skaza właśnie miał połknąć solidny kęs, ale ten stanął mu w gardle.
- Moja droga… Wciąż jestem twoim królem… opiekunem… i jeśli pozwolisz mi się tak nazywać, przyjacielem. Ale zrozum, mam obowiązki, teraz już wobec dwóch stad. Wobec Ziry i Nuki również. Tak, bardzo cię zaniedbałem ostatnio i żałuje tego. Wierzę, że nie miałem wyboru, ale i tak jest mi przykro. – podszedł bliżej i objął Nalę. – Kiedy ta przeklęta susza się skończy, obiecuję, że…
- Wiem, sir. – przerwała. – Rozumiem to wszystko. Masz rodzinę. Nie mogę obrażać się z tego powodu.
- Nala… Mam partnerkę i syna, ale to nie jest przecież jedyna rodzina jaka mam. Wy wszyscy jesteście moimi krewnymi i przyjaciółmi. Jestem królem i chciałbym żebyś traktowała mnie jak ojca… Nawet jeśli nie udaje mi się być dobrym ojcem. Ale chcę, staram się.
- Wiem o tym. – odpowiedziała. – Chodźmy już. Czekają na nas.
*
- Mamo! – wykrzyknęła Nala z oburzeniem. – O czym ty mówisz?
Ona, Sarafina i Sarabi leżały na trawie u podnóża Lwiej Skały. Dzień był pochmurny, ale z zasnuwających niebo chmur nie miała spaść ani kropla deszczu. Sawanna wyglądała ponuro, niemal zupełnie jak ich przyszłość.
- Pomyśl, moje dziecko. – powiedziała Sarafina. – Król wysłał ciężarną Zirę z Nuką i Shakisę z Yaktą… na Gwiazdy, co opętało Shakisę, aby mieć dziecko w takich czasach? Ale nie ważne… Król wysłał je na granicę i kazał nam dostarczać im jedzenia. Nie możemy tego dłużej robić. Muszą się troszczyć o siebie same!
- Matko! Zira jest naszą królową! – Nala wypowiedziała słowo “królowa” z nieuświadomioną złością. – Oczekuje drugiego dziecka króla. Musimy się nią opiekować i to za wszelką cenę.
- My? – zapytała Sarabi. – Zira ma własne stado. To one powinno dbać o swoją władczynię.
- Teraz jest także naszą władczynią! – wykrzyknęła młoda lwica.
- Moje dziecko… czemu ją tak bronisz? – zdziwiła się Sarafina. – Pozbawiła cię tronu!
- Nie, to nie tak… – jęknęła Nala, ale w tamtym momencie jakiś bąbel żalu w jej wnętrzu pękł. Zdała sobie sprawę, że jej matka ma rację. Nienawidziła Ziry za pochłanianie całej uwagi Skazy. – Proszę, nie mówcie tak.
- Musimy. – stwierdziła Sarabi. Pomyślała cicho „Jeśli podważymy lojalność Nali względem Skazy, już całe nasze stado będzie wrogie tym przybłędom. Wyrzucimy ich!” Dodała na głos. – Całe Złote Stado stanowi śmiertelne zagrożenia dla nas. Dzielenie się z nimi zapasami to odejmowanie sobie od ust. Jak długo to wytrzymamy?
- Król mówi, że za rok deszcze będą obfite.
- Rok temu też tak mówił. – syknęła Sarabi. Robiła to z ciężkim sercem. Nie chciała obwiniać jej króla o nic, ale było to konieczne, aby pozbyć się Ziry. „Odpłacę jej za zabranie mi Skazy!” pomyślała ze złością.
- Ale…
- Córeczko… pomóż nam! Król cię słucha!
- Dobrze… pójdę z wami. – zdecydowała niepewna Nala. „Mój panie… nie chce ci się przeciwstawiać, ale to… konieczność.” Pomyślała.
*
- Nuka? – zapytał Skaza cichym głosem.
- Śpi. Mam go budzić? – zapytała Zira.
- Nie, niech śpi… – powiedział król, czułem głosem. Przyszedł do Kociej Kryjówki na granicy ze Złą Ziemią, aby zobaczyć partnerkę i syna. Z trudem znalazł czas na taką podróż, zdołał się wyrwać z Lwiej Skały dopiero po zmierzchu. Na miejscu był przed północą. Kryjówka była tylko drobnym masywem skalnym, otoczonym z dwóch stron krzakami. Ale miała tez swe zalety, a do nich należało własne, choć małe, źródełko. Dawało akurat tyle wody, że starczało dla dwóch lwic i dwóch kociąt.
Zira podniosła łapę i pogładziła grzywę partnera.
- To już prawie czas dla mnie… Jeśli urodzi się chłopiec, chcę, żeby miał na imię Kovu.
- Kovu? – zdziwił się Skaza. – To oznacza skazę w dawnym języku.
- Wiem. Chce, aby podszedł w tropy ojca. – wyjaśniła Zira. – A jeśli to będzie dziewczynka, nazwijmy ją Vitani.
- Wojna. – zauważył król. – To drapieżne imiona.
- Ona… jeśli to będzie „ona”… będzie dzieckiem wojny. Naszej wojny z całym światem i Kręgiem Życia, który usiłuje nas zmiażdżyć. – powiedziała Zira, spoglądając w ciemną noc. – Ale zwyciężymy. Nasz dziedzic będzie żył i rządził na tronie ojca.
Skaza spojrzał na śpiącego Nukę. Mały kociak wciąż był kruchy, nawet jak na swój wiek. Lew poczuł ukucie zimna na karku.
- A co z Nuką? – zapytał.
- Kochanie, robię wszystko, co mogę… – załkała lwica.
- Wiem, moja droga, wiem. – powiedział Skaza i polizał ja po policzku.
- Ale on jest chory. Rafiki był wczoraj i dał mu jakieś zioła… Ale obawiam się, że nasz mały Nuka tego nie przetrzyma.
- Każdy z nas kiedyś musi umrzeć, kochanie. Ale zrobimy wszystko, aby stało się to jak najpóźniej. – zamilkł na chwilę i spojrzał w oczy partnerki. – Mówię to tylko na wszelki wypadek… Ziro, jeśli wydarzy mi się coś złego… pamiętaj, że jesteś królową i twoje dzieci mają prawo do tronu. Jeśli jakimś cudem… nie będę w stanie tego dopilnować, musisz się upewnić, że nasze dziecko wstąpi na tron… Jeśli Nuka nie przeżyje, albo ty uznasz, że nie wolno go obarczać takim ciężarem. Kovu… – pogładził brzuch partnerki. – …to zrobi.
- A jeśli to Vitani? – zapytała Zira.
- To następnym razem na pewno będziesz miała syna. – odparł Skaza. – Słuchaj… musze już iść, jutro polujemy. Potrzebują mnie. Powiedz Nuce, kiedy się obudzi… że go kocham.
- Wracaj szybko… – powiedziała Zira z żalem w głosie. – Ale najpierw się porządnie wyśpij. Musisz być wykończony.
- Wrócę, ja tylko będę mógł. Dobrej nocy, moja kochana. Zawszę będę przy tobie… – i zniknął w gorącej ciemności nocy.
*
Czekały na niego w tylniej grocie. Kiedy Skaza wszedł, Sarabi od razu powiedziała.
- Panie, to się musi skończyć.
- Witajcie, moje damy… – odparł król. Zazwyczaj widok Sarabi irytował go, ale nocne odwiedziny uspokoiły go i napełniły radością. – Witaj, Nalo! – uśmiechnął się, widząc ulubienicę.
- Sir, to poważna sprawa. – powiedziała Sarafina. – Nie możemy dłużej utrzymywać Złotych.
- One same się utrzymują. – zauważył lew. – Złote lwice może nie polują razem z wami, ale zarabiają na jedzenie w inny sposób. Całymi dniami szukają dla was zdobyczy i nowych wodopojów, a to ciężki kawałek mięsa, zapewniam was.
- Nic nie robią! – wykrzyknęła Sarabi. – Twoje hienie polowania z nagonką, zwiady i te wszystkie bezsensowne rozkazy, sprawiają, że one się lenią!
Skaza uczuł irytację, ale zaraz spojrzał na Nalę.
- A co ty o tym sądzisz, moja droga? – zapytał, mając nadzieję, że chociaż ona go wesprze.
- Nie robią nic pożytecznego. – powiedziała cicho młoda lwica.
- Co? – syknął zdumiony Skaza. W tym samym momencie przyleciał Zazu. – Nala, to jest konieczność! Musimy szukać nowych wodopojów i stad łownych. A kto robi to lepiej niż pustynne lwice?
- Panie! – jęknął Zazu. – Musze ci przerwać… Hieny są dziś bardzo nerwowe…
- Tak jak lwice! – odburknął król ze złością. Spojrzał na Sarabi – Przestań! Musimy utrzymać nasze przymierze ze Złotymi, bo dzięki temu przetrwamy!
- Narażasz twoje stado! – krzyknęła Sarabi. – Mufasa nigdy by…
- Mufasa nie żyje! – ryknął Skaza. – Ja jestem królem!
- Sir, hieny…
Lew chwycił ptaka zgrabnym ruchem i zaciągnął go pod ścianę. Potem wziął kościec jakiejś dawnej zdobyczy i przycisnął go do ściany, więżąc ptaka w zaimprowizowanej klatce. – Nie ruszaj się stąd, albo rzucę cię hienom na pożarcie! – syknął.
- Tak… jest. – wyjąkał Zazu.
- Mufasa nie mógłby narazić nas na takie niebezpieczeństwo. – powiedziała Sarafina.
- Oczywiście, że nie mógłby… bo on nie żyje! I zgubiłby was już dawno, gdyby jednak żył. – krzyczał Skaza.
- Ale przynajmniej rządził wedle praw Kręgu Życia!
- Krąg Życia nie ma tu jurysdykcji! Mufasa też nie. Ja ma! – zaryczał.
- Ale Mufasa… – zaczęła Sarabi.
- Milcz! – przerwał król. – Od dziś, zakazuję wam wymawiać tego imienia! – Lwice skłoniły głowy, zarówno w geście posłuszeństwa, jak i strachu. – Czemu? – zapytał Skaza, łamiącym się głosem. – Potrzebuję was tak bardzo… To są ciężkie czasy, a wy odwracacie się do mnie tyłem…
- Sir, ja nigdy… – zaczęła Nala, ale ujrzała spojrzenie władcy, pełne złości i wyrzutów. – Wybacz, panie. Odejdziemy już… – Lwice wycofały się z jaskini.
- Tak… – szepnęła pod nosem Sarafina. – Powiemy o tej rozmowie innym. Nasze dziewczęta pomyślą o Złotych dokładnie to, co powinny.
I następnego wieczoru, po polowaniu, Sarabi powiedziała Lwioziemką, że król faworyzuje stado swej partnerki. Wszystkie łowczynie, może oprócz Sakii, zgodziły się, że coś trzeba zrobić.
- Był dobrym królem. – oceniła Onya. – Ale Zira, te pustynne przybłędy i przeklęte hieny pomieszały mu w głowie.
Bunt już kipiał.


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#16 2016-01-16 21:11

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

15 – Powrót Królowej
- Mamo! – zawołał Tanabi, gdy dostrzegł Nalę na stoku Lwiej Skały.
Biegł w kierunku domu razem z Vitani i Yaktą. Szukała wzrokiem ojca, kiedy lwica rozglądała się za złotymi lwicami. Yakta nie szukał nikogo, a jedynie zastanawiał się intensywnie, jakim cudem można mieszkać w tak strasznej budowli. Cała trójka podbiegła do królowej, a książę objął matkę na powitanie.
- Mamo, muszę porozmawiać z tatą… tak szybko, jak to możliwe.
- Nie ma czasu, synku. Mamy… pewne problemy… – dokończyła niepewnie, zauważając Vitani. – Złoziemki są niespokojne… O, Vitani, może ty nam pomożesz. – Obdarzyła córkę Skazy piorunującym spojrzeniem. – Może wiesz, co tu się dzieje?
Tanabi spojrzał na matkę, potem na Vitani, a następnie na Yaktę. Rudogrzywy lew wyszeptał.
- Przynajmniej nie spytała, skąd tu się wziąłem…
- A on skąd tu się wziął? – zdziwiła się Nala, wskazują na gościa.
- Mamo… po pierwsze… nie, nie ma żadnego „po pierwsze”. Nie zdążę ci wszystkiego wytłumaczyć. Ale… Vitani będzie twoją synową…
- Zakładając, że obie panie i Tanabi przeżyją. – uściślił Yakta.
- Zamknij się! – syknęła Vitani.
- Tak jest, wasza wysokość! – odparł lew i skłonił głowę.
Nala przypatrywała się całej trójce ze zdumieniem. Nie rozumiała tego, co się dzieje. „Synowa? Wasza wysokość? O co tu…” Tanabi spojrzał na nią z niewinnych uśmiechem. Vitani również uczyniła przymilną minę w kierunku królowej, tak że oboje wyglądali przez chwilę, jak para kociaków, która usiłuje odwrócić uwagę rodziców od zbrojonego psikusa. Królowa podeszła do Vitani i spojrzała jej prosto w twarz.
- Boję się pytać o zbyt wiele… ale czy wiesz, że twoje towarzyszki zaczęły wspominać Skazę i Zirę, a potem groziły Simbie?
- Czy tata jest tutaj? – zapytał z rozpaczą Tanabi.
- Pobiegł po pomoc… po wszystkie nasze lwice. Wybuchł bunt! – wykrzyknęła władczyni.
Tanabi spojrzał na Vitani, ona odwróciła się do Yakty. Lew zastanawiał się kilka sekund, po czym zapytał ostrożnie.
- Dzień zemsty? Nasz czas nadchodzi?
- Już po nas. – mruknął książę.
- Nie, czekaj! – powiedziała Vitani, zdecydowanym głosem. – Czekajcie tutaj, a ja z nimi pomówię. Nie będzie żadnej walki…
- Zmusimy ich do kapitulacji? – domyślił się Yakta. Spojrzała na niego mrożącym spojrzeniem. – Przepraszam, królowo. Żartowałem.
Nala nie wierzyła własnym uszom. Do niedawna, miała nadzieję, że problemy z Wygnańcami to już przeszłość, a Kovu i Vitani zaakceptowali porażkę ich matki. Ale co miały znaczyć słowa, które słyszała? Wiedziała, że musi coś zrobić. Szybko.
- Tanabi, zatrzymaj ją. – krzyknęła. – Nie może do nich dołączyć!
Skoczyła ku lwicy i wyładowała na jej grzbiecie. Vitani była młodsza, silniejsza i szybsza, ale zupełnie zaskoczona, dała się przewrócić i przygnieść. Wystawiła jedną łapę, by złapać lepsze oparcie, a drugą usiłowała rozerwać duszący chwyt Nali.
- Tanabi! – krzyknęła. – Powstrzymaj ją!
- Tanabi! – zawołał królowa. – Bierz ją!
Yakta nie powiedział nic, ale natychmiast skoczył na ratunek swej władczyni. Był lwem niewyszkolonym w walce, ale jednak lwem, samcem, znaczcie cięższym i silniejszym niż królowa. Jednym ruchem zrzucił ją z pleców Vitani, a drugim unieruchomił ją, całą swą masą.
- Nie! – ryknął Tanabi. – Yakta, odsuń się! – Podbiegł ku matce, a rudogrzywy lew wstał natychmiast. Królowa leżała na ziemi. – Mamo… nic ci nie jest?
Lwica otrząsnęła się z szoku, po ataku Yakty. Oprócz drobnego zadrapania na boku, była nietknięta, ale opanował ją przemożny gniew.
- Uderzył mnie! – zaryczała, wskazując na rudogrzywego. Wtedy Vitani podbiegła do królowej i spojrzała jej prosto w oczy.
- Błagam, pani, uspokój się! – szepnęła opanowanym głosem. – To zwykłe nieporozumienie. Pozwól mi wyjaśnić…
- Tanabi, ten wyrzutek mnie zranił! – krzyknęła władczyni, wciąż patrząc na Yaktę.
- Wybacz pani, nie chciałem. – skłonił głowę lew. Ale zaraz potem rzucił okiem ku Vitani i cichym pytaniem. – A nie chciałem?
Tanabi pomógł matce wstać i podejść bliżej do Vitani. Yakta drgnął, ale córka Skazy zatrzymała go gestem głowy. Potem mierzyła się z królową na spojrzenia. Długo… kilkadziesiąt sekund.
- Madame, proszę mnie posłuchać! – powiedziała Złoziemka cichym, ale mocnym głosem. – Nie mam zamiaru nikogo skrzywdzić. Muszę jednak porozmawiać z Simbą.
- Chciałaś powiedzieć: królem Simbą! – syknęła z furią królowa. W dali rozległ się pierwszy grzmot nadchodzącej burzy.
- Matko, proszę… przepuść ją! – wykrzyknął Tanabi. – Trzeba wyjaśnić wszystko Złotym, zanim one… – odwrócił się, aby zobaczyć pustynne lwice, stojące tuż za nim. – …tu przyjdą.
Dwanaście Złotych i Sakia spoglądało na Nalę ze złością w oczach. Jedna z nich podeszła bliżej. Chyba Danthi.
- Wszystko widziałyśmy… Zaatakowałaś Vitani!
- Ale… nie! – krzyknęła Vitani, choć nikt jej nie słuchał.
- Nalo, nie dość, że obrażałaś pamięć po królu Skazie i królowej Zirze, to dziś uderzyłaś ich córkę. Nie pozwolimy na to.
- Ona wie, jak było. – krzyknęła inna lwica z grupy. – Kłamie cały czas!
- Nala! – zawołała Sakia. – One znają prawdę. O Skazie… i o tobie.
Nala cofnęła się o krok, czując uderzenie strachu i niepewności. Spojrzała na syna, aby ujrzeć niemą prośbę w jego oczach. „Daj im mówić!” Znów cofnęła się o krok. Sakia podeszła bliżej.
- To ty, Sarabi i Sarafina zaczęłyście to piekło! To wy przekonałyście Simbę, aby wygonił Złote Stado! A z jakiego powodu? Aby ukryć prawdę o Skazie i jego czasach!
- Sakia! – zaryczała Vitani, całą swą mocą. W tym ryku wszyscy usłyszeli niezwykłą siłę i godność. – Jako córka Skazy i Ziry, dziedziczka Lwiej Ziemi i Złotych Piasków, nakazuję ci… – niepewnie rzuciła okiem ku Tanabiemu, ale ten był zszokowany jak wszyscy. – …się zamknąć! – dokończyła, łamiącym się głosem, ale wszystkie Złoziemki zatrzymały się i spoglądały na nią z szacunkiem. – Nalo! – odwróciła się ku królowej. – W ostatnich dniach odkryłam wiele zaskakujących rzeczy o życiu moich rodziców. I znaczą one jedno: mogę być dumna z Ziry z Skazy. My wszyscy… – spojrzała ukosem na Tanabiego. – …zastanawialiśmy się, czemu nigdy nie powiedziałaś królowi całej prawdy o rządach Skazy. Simby tutaj nie było, wrócił uprzedzony wobec zabójcy ojca. Ale nigdy nie poznał całej historii. Ty mu nigdy jej nie opowiedziałaś. Poprosimy Simbę, aby zrehabilitował pamięć Skazy i Ziry, a ty musisz świadczyć prawdę w ich obronie.
- A ile wiecie? – szepnęła Nala, przerażonym głosem.
- Wystarczająco, aby być wściekli… – odparła Vitani. – Ale to nas nie zaślepia. Nie chcemy żadnej przemocy.
Nala spuściła wzrok ku ziemi. Milczała przez dłuższa chwilę, kiedy Złoziemki podeszły bliżej i otoczyły Vitani ciasnym kręgiem. Spoglądały na nią z szacunkiem. Zauważyły także Yaktę i cicho zaczęły pytać się nawzajem, kim jest ów przybysz. Tanabi podszedł do matki. Spostrzegł, że ta ma w oczach łzy.
- Mamo? – zapytał łagodnie.
- Synku… ty nie masz pojęcia, przez co my przechodziłyśmy! Twój ojciec wierzy, że Skaza był tyranem, a on ocalił nasze stado od zagłady… Jak mogłabym mu powiedzieć, co tu się działo? Wszystko poszło nie tak! Nie tak, jak miało być!
Jakiś cień padł na rozmawiające lwy. Stary pawian wyskoczył z krzaków, z których wcześniej słuchał całej rozmowy. Rafiki zszedł na sam dół stoku, a wszystkie oczy zwróciły się ku szamanowi.
- Moja pani… – powiedział. – Musisz zmierzyć się z tą przeszłością i powiedzieć królowi, co niegdyś przemilczałaś. – potem podszedł do grupy Złoziemek i wskazał swą laską na Sakię. – A ty, powinnaś zamilknąć, zanim nie wróci król.
- A co byś zrobił, gdybym powiedziała, że nie mam króla? – zapytała stara lwica. – A jedynie królową?
- Właśnie! – krzyknęła Ostasi. – Vitani na tron!
- Psssst! – szepnął Tanabi do ucha swej wybrance. – Jeśli nie zamierzasz ty robić żadnego zamachu stanu, to może wytłumacz to swym towarzyszkom? – spojrzał w jej zmrużone oczy. – Bo nie zamierzasz, prawda?
- A co byś zrobił, gdybym zamierzała? – zapytała, łamiącym się głosem.
- Nie pozwoliłbym ci skrzywdzić moich rodziców… a im nie pozwoliłbym krzywdzić ciebie.
- Ale jeśli musiałbyś wybierać?
- Wybrałbym… – wychylił się ku twarzy Vitani. – …twoją miłość. Ale nie nienawiść do kogokolwiek. – Pocałował ją, długo liżąc w usta. Złoziemki i Nala zamarły w zdumieniu. Miedzy lwicami podniosły się szmery. Sakia i Danthi cofnęły się kilka kroków, a Rafiki wypuścił laskę z rąk, uderzony nagłym olśnieniem. „Złamany!” pomyślał. „Krąg był złamany dużo wcześniej. To oni mogą go przywrócić!” Ale wtedy wszyscy usłyszeli wojenny ryk kilkunastu lwich gardeł. Król wrócił. Stał na pobliskim wzgórzu, obok dziesięciu lwic z drużyny łowieckiej.
- Cofnijcie się, Wyrzutki! – ryknął Simba.
- Ojcze! – zawołał Tanabi. – To nie tak! Musimy porozmawiać!
- Cofnijcie się, wszyscy! Vitani, odejdź od mojej królowej i mojego syna!
- Rodzice zawsze robią problemy… – szepnęła lwica i odpowiedziała królowi. – Proszę, wysłuchaj swego syna!
- Ojcze! – zawołał znów Tanabi. – Musimy porozmawiać… na osobności. Nie mów nic, zanim ci wszystkiego nie wytłumaczę. – odwrócił się do Vitani i szepnął. – Kocham cię… również za twój zdrowy rozsądek. Proszę, nie dopuść do niczego… nieodwracalnego! – ona odpowiedziała z wahaniem.
- Tak jak mówiłam, niczego nie musisz. Nie ma prawa wymagać od ciebie wyboru między mną a rodziną.
- Nie stracę nikogo z was! Życz mi szczęścia. – Polizała go po czole, a on odwrócił się i ruszył ku ojcu. Zgromadzone lwice, i Lwio – i Złoziemki, oglądały te scenę w napięciu.
- Ojcze… choć ze mną. – powiedział książę. – Na szczyt. – Ruszył ścieżką po zboczu góry. Król niechętnie ruszył za nim.
- Zostańcie tu… spokojnie, jeszcze przyjdzie czas. – mruknął ku drużynie łowieckiej.
Yakta podszedł do Vitani i szepnął jej do ucha.
- Wasza wysokość… jeśli mamy zaatakować, to może lepiej teraz, zanim wróci czarnogrzywy i te trzy lwice.
- Nie, czekamy. – odparła – Bądź tylko gotów.
- Ahadi! – jęknęła Nala. – Po co oni tam idą?
- Tanabi poprosi ojca o przywrócenie pamięci o Skazie i Zirze. – wyjaśniła Vitani.
- On żartował z tą “synową”, prawda? – zapytała królowa, przypominając sobie o niedawnych słowach.
- Obawiam się, że nie. – zaprzeczyła lwica.
- Ale… – Nala nagle zdała sobie sprawę, co może się stać. – Ale Simba nie wie nic o czasach Skazy! Nigdy nie zgodzi się, aby zrehabilitować… stryja!
- Więc jednak będzie bitka? – zapytał cicho Yakta, wysuwając pazury.
- Nie! – syknął Rafiki. – Nikt dziś nie może zginać, jeśli mamy przywrócić Krąg. Ale także cała prawda musi zostać odkryta.
- Cała? – jęknęła Nala z łzami w oczach.
*
- Nasz plan jest prosty. – powiedziała Sarafina.
Trzy lwice rozmawiały kępie krzaków na zachodnim zboczu Lwiej Skały. Z powodu suszy, krzaki nie dawały ani odrobiny cienia, ale cień w podobną, pochmurną pogodę, nie był potrzebny. Lwice leżały więc, rozgorączkowane i pragnieniem i knutym spiskiem.
- Musimy znaleźć własny wodopój i własny teren łowiecki. Zachowany to w sekrecie, jedynie dla naszych… – zaakcentował ten wyraz. – …lwic, które zdadzą sobie sprawę, co trzeba zrobić.
- To my polujemy i to my zasługujemy na więcej żywności. – dodała Sarafina. – Kiedy nasze dziewczęta wreszcie to pojmą, wszystkie pójdziemy do króla…
- Król mówi, że deszcze nadejdą lada tydzień. – przerwała Nala. – Powiedział, że chmury są dziś inne i…
- Moje dziecko. – powiedziała Sarafina, podchodząc do córki i obejmując ją. – Wiem, jakie to dla ciebie trudne. Ale musimy spojrzeć prawdzie w oczy. – wskazała na wysuszoną sawannę. – Lwia Ziemia umiera i jest to wina Skazy. – Nala spojrzała na nią, przerażona tymi słowami. – Oczywiście, że chciał dobrze… ale wszystko wymknęło mu się spod kontroli. I te hieny… znów podniosły bunt wczoraj.
- Król go opanował… przy pomocy Złotych. – zauważyła Nala.
- Tak, moja droga. – potwierdziła Sarabi, podeszła do młodej lwicy i położyła jej łapę na ramieniu. – Ale następnym razem, to już może się nie udać. Musimy wygonić i hieny i tych wyrzutków. Zniszczyli nasza ziemię! – westchnęła z żalem. – Musimy zakończyć tę tragedię jak najszybciej!
- Tak, wiem. – odparła Nala, choć w jej głosie nie było przekonania.
- Musimy działać szybko. – dodała Sarabi. – Zacznę oswajać króla z myślą o opuszczeniu Lwiej Skały, na jakiś czas. Jeśli znajdziemy nową ziemię, pokażemy, że Lwioziemki radzą sobie same, król nie będzie miał innego wyjścia, jak wygonić te piaskowe szkodniki… Powiedziałam już Skazie, aby wysłał je na daleki zwiad na zachód, więc nie wrócą tu, może nawet przez tydzień. To nasza szansa. Musisz przez ten czas znaleźć jakieś źródło wody i pożywienia. Nie ważne, jak daleko! I tak stąd odejdziemy…
- Król nie opuści Lwiej Ziemi. – powiedziała Nala. – Powiedział mi kiedyś, że złożył obietnicę, iż zostanie tu na zawszę.
Sarabi zmrużyła oczy, jakby przypominając sobie zły sen. Zaraz jednak wstrząsnęła głowa i odpowiedziała.
- Zmusimy go.
- Nie mam zamiaru spiskować przeciwko niemu… – jęknęła młoda lwica. – Jest moim królem… ja go szanuję i… kocham!
- Tak ja my wszystkie, moja mała. – powiedziała Sarafina, nieco podniesionym głosem. – Nie spiskujemy, tylko… planujemy działania dla dobra królestwa. Królowi… – spojrzała na córkę, wyraźnie akcentując słowa. – …przydarzyło się kilka pomyłek… błędów. Związał się z cudzoziemką, a tym samym pozbawił cię praw do tronu… Ale mimo to jest naszym królem. Musimy go chronić, choćby przed nim samym!
*
Nala wyruszała w podróż z ciężkim sercem. Bała się trudów swego zadania, ale również tego, do czego jej misja mogła doprowadzić. „Jestem posłuszna królowi… robię to dla króla!” powtarzała wielokrotnie, ale z każdym krokiem dalej od Lwiej Skały, traciła wiarę w te zapewnienia. W jej sercu kiełkował uraz wobec Skazy. „Myślałam, że mnie kocha… Myślałam, że traktuje mnie jak córkę. Ale on spłodził kociaka z tą piaskową przybłędą! Miałam być jego następczynią! Byłabym najwierniejszą córką i poddaną, rządząc u jego boku! Czemu to wszystko zniszczył?” Biegła przez sawannę, potem przez skraj pustyni, szybko – mięśniom siły dodawał tez smutek. Miłość i podziw dla Skazy mieszała się z żalem i złością. „Mogłabym być królową! Powiedział, że nią jestem, ale kłamał!”
Nagle spostrzegła zieloną wyspę na żółtym tle piasku. Dżungla. Czy mieli przenieść się aż do dżungli? Taka droga byłaby niebezpieczna i oznaczałaby niemal pewną śmierć dla nowonarodzonych kociaków.
„I dobrze!” pomyślała. „Wreszcie musiałby wybrać: Zira i Nuka… czy my!”
Podchodząc bliżej do ściany drzew, ujrzała wspaniały widok: zad tłustego guźca.
„Przynajmniej najem się jak królowa.” Pomyślała i zaczęła podchodzić do ofiary.
*
Wszystko zmieniło się zaledwie w przeciągu jednej doby. Znalazła Simbę… i odkryła, że cieszy się z tego w niezwykły sposób. Młody lew oczarował ją w jednej chwili. Od razu wymazała z pamięci wspomnienie po niezdarnym i psotliwym przyjacielu z dzieciństwa. Simba był teraz dorosłym samcem, silnym i przystojnym. A co równie ważne: wyraźnie zauroczonym Nalą. Ona była z początku tak zaskoczona i wstrząśnięta, że była gotowa nawet zostać z nim w dżungli na zawsze. Ale wkrótce wspomnienia głodującego stada wróciły do jej umysłu.
- Prawda, że tu pięknie? – zapytał Simba, kiedy błąkali się po nocy skrajem puszczy.
- Tak, bardzo pięknie. – odparła Nala. Głosy w jej głowie wołały. Obrazy matki, proszącej, aby sprowadziła Simbę, nasunęły się przed oczy. – Ale dalej nie rozumiem czegoś: skoro żyjesz, to czemu nie wróciłeś na Lwią Skałę?
W tym samym momencie, poczuła olśnienie… i przejmujący strach. Odgoniła potworną myśl, ale ta natychmiast wróciła ze zdwojoną siła. „Jeśli on zostanie królem Lwiej Ziemi… to ja będę królową!” wspomnienia Skazy, przytulającego ją i szepczącego ciepłe słowa odpłynęły w przeszłość. W tamtej chwili liczył się tylko zakochany wzrok Simby.
„Sprowadzę go do domu… I uczynię królem. Wybacz Skazo, ale ja potrzebuje króla tylko dla siebie!”
*
- Czego chcesz, mój synu? – zapytał Simba, kiedy dotarli na szczyt.
Ojciec i syn stali na skalnej równince, spoglądając na siebie. Król był zdumiony zachowaniem księcia, ale i zdenerwowany. Zdenerwowany na cały świat, które wydawał się tamtego dnia oszaleć. Był ciekaw, co powie Tanabi, ale jeszcze bardziej był ciekaw, tego co powiedzą te przeklęte, złote lwice, gdy zejdzie już na dół.
- Ojcze… – zaczął Tanabi, niepewnym głosem. Ale po pierwszy słowie zebrał skądś siłę, by mówić dalej. „W sumie, jestem potomkiem królów.” Pomyślał. „Twoja wybranka także.” Rozległ się głos w jego głowie, ale lew zignorował go. – Wiem, że może to być dla ciebie szokiem, ale i ja byłem zaskoczony, kiedy pierwszy raz o tej historii usłyszałem, z ust innych niż twoje.
- Co takiego? O czym ty mówisz? – zapytał Simba, otwierając szeroko paszczę. Owszem, był zaskoczony.
- Ojcze… nigdy nie miałem okazji, aby ci to powiedzieć, ale zawsze uważałem, że jesteś mądrym i sprawiedliwym władcą. Mojego zdania już nic nie zmieni. – Simba odetchnął głęboko i dalej spoglądał na syna ze zdumieniem. – Nigdy nie rozumiałem niektórych twoich decyzji, takich jak wygnanie Ziry z jej stadem, albo przeklęcie pamięci po twoim stryju. Ale dziś wiem… albo jestem prawie pewien, że wiem, iż twoje… pomyłki… – starał się, aby te słowa brzmiały jak najłagodniej. – …były wynikiem błędów innych. I mam nadzieję, że razem będziemy na tyle silni, aby nie powtarzać ich w przyszłości…
Nagle zauważył, że coś poruszyło się za plecami Simby. Sylwetka… cień… a raczej duch lwa. Miał czarną grzywę i pionową bliznę, przecinająca lewą część twarzy. Skaza podszedł do bratanka, zatrzymał się i spojrzał na niego z żalem i wyrzutem. Potem zwrócił swe widmowe oczy ku Tanabiemu. Lew usłyszał niemą prośbę we własnym umyśle. „Przekonaj go! Błagam, otwórz mu oczy… Prawda musi zostać ujawniona, dziś, teraz. Może to ostatnia szansa…”
- Synu! – ryknął król z furią. – O czym ty mówisz? Skaza? Zira? Kto naopowiadał ci o nich kłamstw? Vitani? – odruchowo wysunął pazury, wypowiadając to imię.
- Ojcze… odkryłem, że nawet ty możesz nie znać całej historii naszej rodziny. Z tego, co mówiła babcia…
- Co? Rozmawiałeś o Skazie z twoją babka? – zapytał Simba zimno.
- Tak, ojcze… Sam wiesz… – dodał, nie mogąc powstrzymać się od wyrzutu. – Ostatnio kazałeś mi opiekować się nią, zamiast walczyć u twojego boku. Przynajmniej chciałem posłuchać ciekawych bajek na dobranoc…
- Zamilcz! – uciął Simba. – Nie masz pojęcia, o czym mówisz! Jesteś jeszcze dzieckiem i…
- Nie jestem dzieckiem! – powiedział Tanabi lodowatym tonem. Z ledwością panował nad swoimi emocjami. „Nie… znów zaczyna. Traktuje mnie jak kociaka… ale musi mnie posłuchać!”
- Jesteś dzieckiem! – powtórzył król. – Nawet nie było cię na świecie, gdy obalałem tyranię mojego stryja.
- On ocalił twoje stado! – wykrzyknął Tanabi.
- Kłamstwa! Zniszczył nasza ojczyznę!
- Nie… zapytaj babci… kogokolwiek, kto był wtedy na Lwiej Skale!
- Milcz! – ryknął wściekły król. – Jeśli tylko po to mnie tu przywiodłeś, możemy wracać.
- Nie! – odparł książę zdecydowanym głosem. – Jeszcze nie. Ojcze, słuchaj mnie, bo powtarzasz błędy, który popełnił niegdyś dziadek.
- Co? – zawył Simba. Bezczelność syna wzbudziła w nim wściekłość. – Jak śmiesz…
- Mufasa się mylił! I ty też się mylisz. Ty…
To trwało jedną sekundę. Simba, ogłuszony słowami syna, odruchowo podniósł łapę i z całej siły uderzył w twarz lwa. Pazury, wciąż wysunięte, rozorały futro Tanabiego, może nie głęboko, ale boleśnie. Jedno z cięć, to zadane środkowym szponem, było głębsze. Przeszło przez całą lewą stronę twarzy, od czoła, po policzek. Książę, w ostatniej chwili, zamknął oko, ale te zyskało nowa ozdobę, w postaci krwawej smugi nad i pod nim. Gdy lew zaciskał powiekę, drugim okiem ujrzał ducha Skazy, podnoszącego łapę w rozpaczliwym geście sprzeciwu. Natychmiast potem zniknął. Ból rozrywał twarz księcia.
Simba patrzył na syna bez słowa. Może w normalnych okolicznościach, jego dzieło by go przeraziło: podbiegłby do dziecka, przeprosił za swój napad. Ale w tamtej chwili miotłą nim wściekłość i duma. Jego własny syn zwrócił się przeciwko niemu! Zdradził go! On… w tym momencie, pierwsza krew wystąpiła z cięcia na twarzy Tanabiego. Simba zdał sobie sprawę, kogo przypomina jego dziecko.
“Ja…” w tej jednej sylabie, przez jego mógł przemknęły tysiące myśli.
- Dziękuję ci, ojcze. – wyszeptał Tanabi. Ale nie był to głos starego Tanabiego. Szept był zimny i obcy, z pewnością nie należał do dziecka. Należał do lwa, który właśnie zdał sobie sprawę, iż jest lwem. – Dziękuję ci, mój panie! Niech żyje król! I tak Skaza w tobie uwolnił Skazę we mnie… – spojrzał w oczy Simby z tym samym gniewem, którego nauczył go ojciec.
Tanabi odwrócił się i skoczył ku ścieżce w dół. Zaczął błyskawicznie zsuwać się po zboczu, co przypominało nie zejście, ale sterowany upadek. W ciągu minuty pokonał niemal połowę drogi. Simba podbiegł do krawędzi i spojrzał w dół
- Co ja zrobiłem? – wyszeptał. – Czy straciłem syna?
*
- …co okazało się niedługo potem. Zira usiłowała więc jedynie… – Sarabi, opowiadająca Kovu historię jego matki, zamilkła, widząc dwie sylwetki na Lwiej Skale. Jeden z lwów zbiegła ze zbocza z niebezpieczną prędkością, a drugi patrzył w dół ze szczytu. – Na Gwiazdy! Biegiem! – jęknęła lwica i ruszyła z prędkością młodzika.
Kiara, Kovu, Sorphi i Viania zerwali się do biegu za nią. Tiko jeszcze wisiał w powietrzu, zaskoczony, po czym także skierował się w ślady królowej-matki.
- Właśnie rozwiązywaliśmy sprawę praw do tronu, a nie postanowili sobie pobiegać! Ech… perły przed wieprze…
Timon, jadący na grzbiecie Pumby, krzyknął.
- Nie, on nie mówił o tobie. Gazu!


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#17 2016-01-16 21:12

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

16 – Król umarł…
Czasem dzieci widzą więcej niż ktokolwiek inny. Kociaki są jeszcze nieskażone przez sceptycyzm i racjonalność myślenia. Są także bliżej Gwiazd, bo Gwiazdy się nimi opiekują w szczególny sposób. Nuka był dzieckiem szczególnym, pośród tych szczególnych. Choroba, która trzymała go na granicy pomiędzy życiem i śmiercią, pozwalała mu oglądać rzeczy, których nie sposób było zobaczyć inaczej. Tamtej nocy, godzinę przed świtem, mały kociak nie miał pojęcia, co właściwie widzi, ale czuł, co musi zrobić.
- Mamo! – szepnął Zirze do ucha. – Nie gniewaj się, ale musisz wstawać.
Lwica spała i śniła piękne sny o spokojnej przyszłości. Przyszłości, którą będzie mogła spędzić w spokoju u boku ukochanego, wychowując jego dzieci. Jej syn przerwał te marzenia, swym niespokojnym głosem.
- Mamo… szybko!
Zira otworzyła oczy i wstała, ostrożnie, aby nie zbudzić śpiącej Vitani. Spojrzał na Nukę.
- Co się stało, mój mały?
- Mamo, musisz iść! – powiedział kociak zdecydowanym głosem. – Tata jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
- O czym ty mówisz?
- One go nienawidzą, a on nim ufa bez granic. Chcą go zabić. – powiedział Nuka… Nuka? Oczy kociaka były przymknięte, jakby mówił przez sen. Delikatnie dotknęła jego twarzy. – Mamo, idź! On jest całkiem sam!
- Nie, nasze lwice są… – Wtem spłynęło na nią przerażające oświecenie. – …na zwiadach… Wszystkie! Sarabi jest tam…
- Idź! – jęknął Nuka. – Poradzimy sobie… Zaopiekuję się Vitani.
Zira wahała się zaledwie sekundę. Szybko liznęła syna i córkę, po czym wybiegła w ciemność. Po kilkunastu susach była już przy łożu Shakisy.
- Shakisa, wstawaj! – zawołała. Lwica podniosła głowę. – Czy Yakta może już chodzić? Ech… nie ważne. Zostaw go z Nuką i Vitani, albo weź ze sobą… Musimy biec na Lwią Skałę.
- Ależ moja pani, co…
- Chodźmy już!
- Zira, straciłaś rozum? – jęknęła zdumiona Shakisa.
- Nie, ale jeśli się nie pośpieszymy, stracę partnera. A ty króla!
Odwróciła się ruszyła biegiem na południe. Shakisa spojrzała na śpiącego Yaktę, potem na niedalekie leże Nuki i Vitani. Chwyciła syna w zęby i ruszyła do kociąt.
- Poradzicie sobie? – zapytała, kładąc śpiącego Yaktę na ziemi.
- Tak, ciociu. – odparł Nuka. – Niech ciocia nie pozwoli skrzywdzić tatusia!
Lwica znów chwyciła Yaktę i ruszyła za przyjaciółką. Z kociakiem biegła wolniej, ale miała nadzieję, że dotrze niedługo po Zirze.
- Mamo, gdzie idziemy? – zapytał właśnie obudzony Yakta. Ale zaraz zdał sobie sprawę, że matka trzyma go zębami. – Albo nie, nie mów nic. Powiesz mi na miejscu.
*
Nadeszła pierwsza fala deszczu, zmywając kurz i gorąc z powietrza. Tanabi pokonał ponad połowę drogi na dół, kiedy pierwsze krople uderzyły o skałę, czyniąc ją śmiertelnie niebezpieczną pułapką. Wilgoć uczyniła zbocze śliskim, ale Tanabi, wciąż wciekły, nie zauważał zagrożenia, aż do pierwszego potknięcia. Jego łapa, trzymająca wystający kamień, niespodziewanie ześlizgnęła się w dół i przez chwilę rozpaczliwe chwytała jedynie powietrze.
- O… – syknął Tanabi, ale chwilę później poczuł, że ktoś trzyma jego kończynę.
„Spokojnie…” rozkazał niemy głos w jego głowie. „Zatrzymaj się i uspokój.” Lew usłuchał i znieruchomiał na niewielkiej półce skalnej. „Teraz… musisz mi zaufać. To ja odkryłem ten szlak i ja znam go najlepiej.”
Okrzyk zdumienia i strachu zamarł w ustach księcia. Szybko odwrócił głowę, by znaleźć tajemniczego rozmówcę. Ale nie zobaczył niczego, prócz strug lejącego się z nieba deszczu. Te wypełniały powietrze i oślepiały, zalewając oczy patrzącego. Ale może… pomiędzy kroplami… Tanabi ujrzał twarz Skazy. Twarz pełna złości, ale jednocześnie troski. Czuwał nad nim.
“Zamknij oczy… musisz mi zaufać… bo ja nie ufam, czy dotrzesz żywy na dół. Nie pozwolę ci tutaj zginąć, bo Vitani by mi nie wybaczyła. No idź!”
Lew zamknął oczy i zrobił pierwszy krok w dół. Poczuł, że jakaś niepojęta siła przyciska go do ściany i prowadzi. „To niemożliwe!” pomyślał, ale mimo to schodził, skąpany w zabójczym dla wspinających się deszczy.
“Otaczają mnie kretyni!” szeptał Skaza w jego głowie. „Otaczali mnie za życia i teraz niewiele się zmieniło. Co cię napadło, aby obrażać ojca? Teraz nie ma już odwrotu, musisz odzyskać dziedzictwo Vitani siłą. Ale nie… teraz o tym nie myśl… o niczym nie myśl, tylko idź!”
„A co z ojcem?” pomyślał Tanabi, powoli przezwyciężając gniew. „Jak on…”
„Tak samo.” Odparł martwy król. „Sprowadzę go. Na Gwiazdy! Twoja rodzina jest beznadziejna. Ratowałem tu twojego dziadka, ratuję ciebie, a zaraz zabiorę się za Simbę. Mam nadzieję, że wasze dzieci odziedziczą zręczność po Vitani…”
“Skazo… Nie masz nic przeciwko, abym związał się z twoją córką?”
„Gdybym miał, to już być był na dole!” ryknął głos w jego głowie, jednocześnie rozdrażniony i rozbawiony. „No, już prawie u celu, kolego…”
Tanabi dotknął twardego gruntu i natychmiast odwrócił się ku lwom za nim. Obie grupy mierzyły się zabójczym wzrokiem. Pomimo deszczu, książę zauważył też sylwetki lwów biegnące przez sawannę.
„Idź i zrób co musisz. Ja sprowadzę twego ojca.” Powiedziała deszczowa zjawa Skazy. Sekundę później, lew patrzył tylko na spadające krople deszczu. Ruszył ku stadom.
*
- Co się stało? – krzyknęła Sarabi. – Nala, Sakia… co wy wyprawiacie?
Dobiegła do podnóża i stanęła pomiędzy synową i przyjaciółką.
- Czas prawdy nadszedł. – powiedziała Sakia. – Teraz zobaczymy, kto się jej boi, a kto nie! – podeszła bliżej do królowej-matki i szepnęła jej na ucho. – Wybacz, milady, ale to moja ostatnia szansa. Odkupię moją zdradę dzisiaj lub umrę w hańbie. Zrozum mnie… pomóż mi! – dokończyła, błagalnym głosem.
Kiara, Kovu, Sorphi i Vinia także dotarli na miejsce, więc oba stada były niemal w komplecie. Brakowało tylko Simby i Tanabiego. Złoziemcy, tak jak Lwioziemcy cofnęli się kilka kroków, gotując do walki. Na środku placu zostały tylko trzy lwice: Sarabi, Sakia i Nala.
- Wasza wysokość! – zawołał Kovu. – Proszę się odsunąć. Oni są niebezpieczni!
- Zwłaszcza twoja siostra. – odparła stara lwica z gorzkim uśmiechem. – Ostatnio chyba chciała mnie zabić dobrym sercem i serdecznością. – odetchnęła głęboko i spojrzała na Sakię. – Moja przyjaciółko… wszyscy mamy swoje długi i obowiązki. Zrobię, co mogę, ale nie więcej. – Podniosła głowę i zawołała, przekrzykując szmer deszczu. – Słuchajcie mnie! Jako najstarsza lwica pośród obydwu stad, stwierdzam stanowczo, że Skaza, znany niegdyś jako Taka, był prawdziwym królem Lwiej Ziemi. Zabił Mufasę, mojego partnera i poprzedniego króla, w wyniku tragicznego sporu, ale zgodnie z Prawem o Wyzwaniu. – Lwioziemcy zastygli w szoku, a triumfalne szepty rozbrzmiały pośród Złoziemców. – Ale mój syn, Simba jest teraz prawowitym królem tej ziemi. Wyzwał i pokonał Skazę, również w majestacie prawa. Tiko, zaświadcz moim słowom! – zanim ptak doleciał do Sarabi, szepty wśród Wygnańców ucichły, a ożywiły się lwice z Lwiej Skały.
- Tak, w istocie. – powiedział dzioborożec. – Ja… to znaczy: sir Yakta i ja, jako uczniowie wielkiego Sicco z Głębokiej Doliny, zbadaliśmy tę sprawę i orzekliśmy, że obaj władcy zasługują na tytuły królewskie…
- Ale co teraz? – zapytała Sakia, napiętym głosem. – Co z dziedziczeniem tronu. Komu? Vitani, Kiarze? A może Tanabiemu, jest przecież lwem.
- Moja pani, jesteśmy w Afryce. Prawo salickie to nie nasza działka… – odparł Tiko
- No więc co teraz? – powtórzyła Sakia. – Sarabi?
Wtem nagłe wspomnienie targnęło pamięcią królowej-matki.
*
- SARABI! – zawołał Skaza, zbolałym głosem.
Wiedziała, że odkrył jej plany. Hieny również wszystkiego się domyślały. Czuła ich wrogie spojrzenia, niemal rozdzierające jej ciało. Choć starała się wyglądać pewnie, w środku drżała. Wiedziała, że doprowadziła do wściekłości i króla i jego sojuszników. Głód i pragnienie napięły nerwy wszystkich stworzeń, jak struny, niewiele trzeba było do wybuchu. Jeśli Nala zawiedzie, albo Złote Lwice wrócą przed nią, ona wraz z jej całym planem była zgubiona. „Zrobiłam to tylko dla ciebie, Skazo!” załkała w myślach. „Zawsze cię kochałam i kocham teraz. Gdybyś tylko wiedział, co ja przeżyłam, kiedy uczyniłeś królową Zirę… Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, co straciłam. Skazo… Taka! Czy to musi się kończyć w ten sposób?”
- Tak, Skazo? – zapytała, uniżonym głosem. Jedyne, co jej pozostało, to grac swoją rolę do końca.
- Gdzie są lwice? Czemu nie polują? – zapytał król, spoglądając gniewnie, a jednocześnie z wyrzutem. Był wyczerpany. Głodował i cierpiał pragnienie jak wszyscy, a zapewne ciężej. Był jednym z tych władców, który byli gotowi karmić poddanych własną krwią.
- Nie mają na co. Stada odeszły. – odpowiedziała z resztką spokoju, jaka jej została.
- Nie, nie szukałyście dobrze! – przerwał król z gniewem. I miał rację. Złote lwice znalazły ślady kilku pomniejszych stadek zebr na południowej granicy, ale Lwioziemki były zbyt pochłonięte swym spiskiem, by urządzić prawdziwe polowanie.
- To koniec. Nie mamy już co jeść. Musimy opuścić Lwią Ziemię. – powtórzyła swoją starą śpiewkę. To była tylko rola, rola, którą musiała odegrać, by rozwścieczyć króla i skierować jego gniew na złote lwice.
- Nigdzie nie pójdziemy! – zaryczał Skaza. Jego oczy krzyczały niemo. „A ty wiesz dlaczego! Dałem swe słowo i nigdy go nie złamie. A jak z twoimi przysięgami?
- Skazujesz nas na pewną śmierć! – jęknęła Sarabi.
- Niech tak będzie! – odparł. Oboje wiedzieli, że nie mówią o losie stada, ale o ich własnych życiach.
- Nie wolno ci! – zaprotestowała bezsilnie.
- Jestem królem i wolno mi robić co chcę. – ryknął, a jego oczy dopowiadały: „No spójrz, ile we mnie siedzi tego drania, Mufasy!” Zrozumiała bez słów.
- Gdybyś był choć połowie takim królem jak Mufasa… – Slu! Łapa Skazy była szybsza niż myśl. Cały gniew, żal i popiół po zgaszonej miłości, zmieszane z głodem, pragnieniem i wyczerpaniem, eksplodowały na raz. Uderzył Sarabi w twarz, przewracając lwicę.
- Ja jestem dziesięć razy lepszy od Mufasy! – zaryczał. I chciał dodać: „I zabiłbym go jeszcze dziesięć razy, gdybym musiał!” lecz wtedy ujrzał…
- Mufasa? Nie… ty nie żyjesz! – szepnął, spoglądając na dorosłego lwa, stojącego na skalnej półce.
*
“Błagam! Gwiazdy, nieście mnie jak wiatr!” szeptała modlitwy Zira. Gnała po sawannie, tak szybko jak mogła, ale czuła, że i tak nie zdąży.
*
- Tanabi! – zawołało kilkanaście głosów.
Sarabi, Vitani, Sakia, Kiara i Kovu spoglądali na zbiegającego ze stoku lwa. Pędził w strugach zacinającego deszczu, chlupot jego łap zagłuszały odległe pioruny. Jedna z błyskawic oświetliła twarz lwia. Zgromadzeni jęknęli ze zdumienia.
- Słuchajcie mnie! – zawołał książę. – Oba stada! Jestem Tanabi, syn Simby. – zaryczał ze wszystkich sił. – Cokolwiek się stało i stanie, mój ojciec… pozostanie moim ojcem. Ale jestem zmuszony oznajmić, że nie jest już on więcej królem!
Piorun znów przeciął niego.
- CO? – jęknęli Nala, Kiara i Kovu jednocześnie
- Złożę go z tronu. – oznajmił Tanabi. – Dla jego i wszystkich dobra.
- Oszalałeś?! – zawołała Vitani. – To twój ojciec.
- Nadal będzie moim ojcem… wasza wysokość! – odparł Tanabi zdecydowanym głosem. – Vitani jest dziedziczką Lwiej Ziemi!
- Nie! – jęknęła Kiara i rzuciła się ku córce Skazy. Potem wszystko stało się naraz.
Tanabi skoczył w dół, aby rozdzielić ukochaną i Kiarę. Ale zanim jeszcze dotknął ziemi, pazury Kovu rozryły jego grzbiet. Uderzył niezgrabnie o ziemię i zwrócił się ku szwagrowi. W samą porę, aby powstrzymać kolejny cios.
- Nie! – ryknął Yakta i skoczył ku Vitani i Kiarze. Ale Nala tylko na to czekała. Kiedy lew dopadł do turlających się lwic, ona cięła jego plecy łapą ostrych szponów. I wtedy oba stada ruszyły.
*
- W dół! W dół! – powtarzał Simba, widząc gorzejąca pod nim walkę. Ześlizgiwał się ze stoku, niemal samobójczą metodą Tanabiego. I tak samo był pilnowany. Deszczowa sylwetka zmarłego króla czuwała, by ten żywy nie odpadł od ściany. Niewidzialną siłą przyciskał łapy Simby. Ten jednak nie zauważył nic niezwykłego.
“Nie słyszysz mnie, prawda?” zapytał Skaza, szepcząc w deszczu. „Nie możesz mnie słyszeć, bo jesteś głuchy. Głuchy wobec prawdy, głuchy wobec własnego syna… Simba, co się z tobą stało? Wydawałeś się być takim zdolnym kociakiem…” kolejny raz popchnął łapę bratanka, wbijając jego pazury w zbocze. „Nienawiść i miłość uczyniły cię ślepym i głuchym. Ślepa nienawiść do mnie i głucha na fakty miłość do ojca. Kiedyś tez byłem tak okaleczony… ale miałem ku temu nieco lepsze powody, czyż nie?” Cień zbliżył się do Simby, podtrzymując jego nogę. Lew nie spostrzegł, że staną nie na twardej skale, ale na kroplach deszczu. „Spójrz na syna. On cię kocha… ale mądrzej. Potrafi dostrzec twoje błędy i pomyłki. Dostrzeż je w Mufasie i dostrzeż je w sobie!” Król stanął nogą na twardym gruncie. „Nasza podróż się zakończyła, teraz wracaj do reszty. Mam nadzieję… że nie zrobisz nic głupszego, od tego co musisz. Idź, Simba. Twój stryj jest z tobą.” Lew ruszył ścieżką ku podnóżu skały, zostawiając Skazę na zboczu. Ale jeśli ktokolwiek stanął by w tamtym momencie, w tamtym miejscu, z pewnością poczułby falę wszechogarniającej wizji przeszłości
*
[Piosenka “Miłość przetrwa go”. Dramatyczna melodia z wojennym rytmem. Ujęcia się zmieniają: z początku wspomnienia Skazy i Ziry, potem teraźniejszość: Nala, Simba, Sarabi i Sakia, potem znów przeszłość i teraźniejszość: Vitani i Tanabi. Muzyka gra:]
[Ujęcie Ziry, biegnącej przez sawannę:]
Zira:
Zgaście strach mój i mój ból Gwiazdy, wiatrem nieście mnie
[Podnosi głowę ku niebu. Ujęcie nieba, pełnego gwiazd.]
Nieście mnie, gdzie jest mój król I mój los dziś waży się
[Gwiazdy zdają się wskazywać Lwią Skałę.]
Skaza:
[Naciera na Simbę, spychając go ku przepaści (scena konfrontacji z KL)]
Zgaście słabość, zgaście lęk Gwiazdy rozjaśnijcie noc
Niech mi ryku władczy dźwięk Da królewską wywrzeć moc
[Ujęcie twarzy Skazy, w ciszy słychać myśli króla. Głos Skazy z offu:
“Ten chłopak niczym nie zawinił… ale chce zrujnować dzieło mojego życia – przymierze ze Złotymi i hienami. Musi zginać… albo wielu innych zginie zamiast niego.” Simba zawisa na krawędzi. „Ale ma prawo znać prawdę. Zabiłem Mufasę i nie wstydzę się tego.” Simba osuwa się w dół.]
Skaza i Zira:
[Ujęcie zmęczonej twarzy biegnącej Ziry i wściekłego oblicza Skazy, pochylającego się nad Simbą.]
Niech już będzie, co być ma Niech się Losu dzieje zło Bo czy zgaśnie / bo czy trwa (Zira/Skaza) I tak miłość przetrwa go!
[Zira szepce cicho: “Kochanie, nie rób nic pochopnie! Już nadchodzę!” Potem ujęcie Skazy, szepczącego: „To ja zabiłem Mufasę!”]
Nala:
[Ujęcie Nali walczącej z Yaktą w deszczu, ale po kilku sekundach obraz staje się zamazany i wydaję się, że młoda Nala walczy z hienami.]
Zgaście słabość, zgaście wstyd Gwiazdy, dajcie triumfu dzień
Simba:
[Ujęcie Simby, zbiegającego w dół po zboczu przez siekący deszcz, ale po kilku sekundach obraz staje się zamazany i wydaję się, że młody Simba ściga Skazę.]
Niechby zaraz w dziejach znikł Z mego ojca klęski cień
Sarabi:
[Ujęcie młodszej Sarabi, szczerzącej zęby do hien. Zbliżenie na oczy, starsza Sarabi uświadamia sobie gdzie i kiedy się znajduję, zamyka usta w strachu i wstydzie. Krajobraz za nią zmienia się z płonącej Lwiej Skały na potoki deszczu u stóp tej góry.]
Zgaście sumień smutny śpiew Gwiazdy, tak jak wojnę tą
Sakia:
[Młodsza Sakia ze strachem ogląda walkę hien i lwic. Potem dostrzega Skazę (Skaza stoi na klifie, komenderując hienami. Z jego ust można przeczytać rozkaz: nie zabijać!). Sakia ma łzy w oczach, ale scena się zmienia, a łzy stają się kroplami deszczu. Widzimy starą Sakię.]
Niech się zemsty spełni gniew Każąc winnych dumę złą. Sarabi i Sakia:
[Stare lwice odwracają się ku sobie i choć z ich twarzy bije zrozumienie i współczucie, zamachują się, aby zadać sobie ciosy.]
Niech już będzie, co być ma Niech się Losu dzieje zło Bo czy zgaśnie / bo czy trwa (Sarabi/Sakia) I tak duma przetrwa go
Vitani:
[Kiedy Yakta strząsa Nalę z pleców Vitani, ta spogląda na pole bitwy, widząc gorzejącą walkę. Kilka Lwioziemek ją atakuje, on tylko się broni.]
Zgaście niepewności żar Gwiazdy dajcie zdobyć szczyt
[Przedziera się ku głównemu tarasowi Lwiej Skały.]
Tam, skąd prawdy ujrzę czar I ją wskaże wszystkim w mig
Tanabi:
[Walczy z Kovu, usiłując go nie zranić. Jego pazury są schowane, w przeciwieństwie do tych szwagra.]
Zgaście strach i siły brak Gwiazdy, wskażcie wyjście stąd
[Cofa się do wejścia na ścieżkę, ku szczytowi, ta samą, która zbiega na dół Simba.]
Być już gorzej nie ma jak Zdradźcie kurs na suchy ląd
Vitani i Tanabi:
[Ujęcie Vitani, atakowanej przez cztery lwice i spychanej ku krawędzi tarasu oraz Tanabiego, który jest przyciskany przez Kovu do ściany.]
Niech już będzie, co być ma Niech się Losu dzieje zło Bo czy zgaśnie / bo czy trwa (Vitani/Tanabi) I tak miłość przetrwa go
[Simba dobiega na dół, ląduje tuż za Tanabim. Tanabi odwraca głowę ku ojcu. Zmiana ujęcia:
Widok z oczu Tanabiego, nieco rozmyty z powodu krwi z rany. Widzimy wściekłą twarz Simby, który podnosi łapę, by uderzyć syna. Tanabi odwraca wzrok ku Kovu i widzi, że ten chwycił jego łapę, która książę usiłuje się zasłonić. Tanabi jeszcze raz się odwraca ku Simbie. Widzimy łapę z wysuniętymi szponami, zmierzającą w twarz Tanabiego. Cięcie, muzyka urywa się w pół taktu.]
*
Skaza skradał się po tylnim klifie Lwiej Skały, ale wydawało mu się, że wszyscy go słyszą. Jego serce waliło tak głośno, że wręcz nasłuchiwał echa. Ale miał cos do zrobienia. Hieny. Reszta klanu czekała u podnóża skały, nie wiedząc, co się dzieje. Musiał wezwać ich do walki. „Na Gwiazdy!” pomyślał. „Walki przeciwko własnemu stadu? Co je napadło, by wierzyć Simbie?” Ale dobrze znał odpowiedź. „Sarabi i Nala. Te, które kiedyś kochałem… a dziś dostałem zapłatę ze te uczucia. Zdrada… O, Gwiazdy… dziękuję wam za wierność… Ziry!” jęknął w myśli. „Muszę znaleźć Zirę i utrzymać ją z dala od tego wszystkiego! Potem znaleźć Złote Lwice, musza być na zachodzie… Potem wrócić i pomóc hienom… potem…” Dostrzegł Simbę, podążającego za nim. „Albo tu i teraz zgasić ten ogień, zanim spali moje królestwo!” Wiedział, że jest niemal bez szans. Simba był młodszy, silniejszy, a co najważniejsze, doskonale odżywiony. Skaza mdlał z głodu i pragnienia. „Za słaby! Powinienem do tego przywyknąć!” pomyślał. A więc pozostało mu zdobyć zwycięstwo podstępem. Przybrał tak przerażony i pokorny wyra twarzy, jaki zdołał.
- Morderca! – wycharczał Simba, podchodząc do stryja.
- Simba, Simba… proszę, miej litość, błagam cię! – odparł Skaza, myśląc intensywnie. „Gdzie mogą być Złote? Czy dotrę do nich na czas?”
- Zasłużyłeś na śmierć! – szeptał Simba, głosem ociekającym nienawiścią. „Zgodnie ze szlachetnymi prawami twojego Kręgu Życia, być może.” Pomyślał król. „Ale je gardzę twoim światem niezwierzęcego okrucieństwa!”
- Ale Simba… ja… ja… – mówił, by zyskać na czasie i zwabić go bliżej. – … jestem z rodziny! To te hieny są wszystkiemu winne… namówiły mnie. To wrogowie!
- Czemu miałbym ci wierzyć? Okłamywałeś mnie przez całe życie! – krzyknął Simba. „Nie, nigdy nikogo nie okłamałem!” myślał Skaza. „Przez całe życie mówiłem co myślę i robiłem co mówię. Powiedziałem ci, że gdyby nie ty, Mufasa by żył… i to jest prawda. Ty zabiłeś resztkę Taki we mnie. Twoje narodziny ostatecznie ukradły mi Sarabi!”
- I co chcesz zrobić? – dodał głośno. – Chyba nie zabijesz własnego stryja?
- Nie, Skazo, nie jestem tobą. – odparł dumnie Simba. „Zgadzam się” potwierdził niemo król.
- O, Simba… dzięki. Jesteś szlachetny. Wynagrodzę ci wszystko. Co mam zrobić, abyś mi uwierzył? Zrobię co zechcesz! – minął bratanka, szukając pozycji do skoku.
- Odejdź! Odejdź stąd i nigdy nie wracaj! – rozkazał Simba. „Tak.” Pomyślał Skaza. „Wreszcie odważyłeś się to zrobić, czego zaniedbał twój dziad i ojciec. Wyganiasz mnie!”
- Tak, oczywiście… Jak każesz najjaśniejszy… – szukał jakiegokolwiek narzędzia do ataku, gdy jego wzrok padł na stos żarzących się węgli. – …panie! – cisnął żarem w twarz Simby i skoczył. „Teraz!” pomyślał. „Ty albo ja. Brutalna siła, albo siła woli.”
Następne chwile zlały się królowi w jedne, rozmazany obraz. Cios w twarz, cios w twarz wroga, skok i kolejne uderzenie. Długi sus w kierunku bratanka. „Nie skrzywdzisz Ziry! Nie skrzywdzisz moich dzieci! Ty…” sekundę prze zadaniem śmiertelnego ciosu Simbie, piekielny ból rozpalił krocze lwa, a silne pchnięcie drugiej nogi, rzuciło go w przód. Krawędź urwiska przeleciała pod nim, a potem była już tylko ciemność i ogień. Uderzył o ziemie ciężko.
- A… przyjaciele! – westchnął z ulgą, widząc hieny. Usiłował pokonać przejmujący ból i szok upadku.
- Co? – zapytała Shenzi. – Dopiero co nazwał nas wrogami!
- Tak, ja też słyszałem. A ty Ed? – padlinożercy ruszyli ku Skazie.
- Nie, nie… jak wszystko wyjaśnię! – z rozpaczą spojrzał na poddanych. Wyraźnie zamierzali zdradzić go ponownie. – Nie rozumiecie! – jęknął i pomyślał. „Zwracają się przeciwko mnie, kiedy na Lwiej Skale lwice masakrują ich towarzyszy. Otaczają mnie kretyni!” ale ci kretyni wciąż nacierali. – Ja tylko tak powiedziałem! – Zdał sobie sprawę, że wszystko było stracone. Nie było odwrotu. Całe jego życie legło w gruzach, dzięki zdradzie tych, którym okazał serce. „Ironia? Nie, to Krąg Życia” pomyślał. A kiedy pierwsza hiena skoczyła na jego umęczone ciało, zdał sobie sprawę, że jego ukochana i jego dzieci zostają tu, na ziemi, na pastwie śmiertelnych i nienawistnych wrogów. Mógł już tylko zawołać. – NIE!
I wtedy cały świat wybuchł czerwienią.


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#18 2016-01-16 21:13

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

17 – …niech żyje Królowa!
- TANABI! – krzyknęła Vitani, widząc swojego ukochanego, padającego na ziemie ze zmasakrowaną twarzą. Krew zalewała jego oblicze, spływając po policzkach do ust. Lwica, przerażona tym widokiem, zrobiła odruchowo krok do tyłu. O jeden krok za daleko. Jej tylko łapy nie wyczuły już skały, a ona ześlizgnęła się na samą krawędź. W ostatnim momencie, wbiła pazury w kamień i zawisła nad przepaścią. Simba zostawił rannego syna i ruszył ku tarasowi. W tym czasie Kovu podbiegł do powalonego wroga, podniósł łapę i..
- NIE! – zaryczał przerażony Yakta. Zarówno Tanabi, jak i jego pani znajdowali się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ale widział tylko bliższego księcia. Odepchnął Nalę silniejszym ciosem i podbiegł do leżącego lwa. W desperackim skoku, rzucił się na Kovu. Oba lwy przewróciły się na ziemie i turlając się oraz walcząc, ruszyły pod skalną ścianę.
Simba dotarł na koniec tarasu. Lwice odsunęły się, a on spojrzał na wiszącą Vitani z wszechogarniającym poczuciem triumfu. Zniżył głowę i wyciągnął łapy, by uderzyć lwicę. Przez czerwone obłoki złości, w jego umyśle krzyczały dziesiątki głosów. Niektóre z nich wołały, że wszystko poszło źle. Ale inne rechotały się z dumą. „Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni!” chwycił łapy Vitani, swoimi, wciąż zakrwawionymi posoką Tanabiego i…
Tanabi był gdzieś indziej. Patrzył w zdumieniu na własne ciało, leżące w błocie i uderzane kroplami deszczu. Ból zgasł, jak ogień zalany wodą, ale lew nie czuł absolutnie niczego. I widział wyraźnie, że jego ciało… leży przed nim.
- Nie żyję? – szepnął. – Tak po prostu?
- Nie! – zawołał lew za jego plecami. To był Skaza, lecz nie w swej rozmytej i deszczowej postaci, ale lew realny jak każdy inny pod Lwią Skałą. Jednakże nikt nie zwracał uwagi na niego… jak i na Tanabiego. Książę dostrzegł, że wszystko wokół zwolniło: lwy walczyły w ślimaczym tempie, krople deszczu leniwie i majestatycznie opadały na ziemię. W dodatku…
- Vitani! – jęknął Tanabi, widząc ukochaną wiszącą na krawędzi tarasu oraz ojca, tuż nad nią.
- To znaczy, że nie możesz umrzeć. – syknął Skaza i chwycił widmowe ciało Tanabiego łapą. Niemal wcisnął je w leżące nieruchomo ciało. Lew natychmiast poczuł przejmujący ból. – Wstawaj i powstrzymaj go! – ryknął duch martwego króla.
Gdy Tanabi znów poczuł, iż leży w błocie, obmywany przez deszcz, jęknął z piekącego bólu.
- Moje oczy! – załkał. – Nic nie widzę! – przed nim widniała jedynie smolisto-czarna pustka.
- Idź! – rozkazał Skaza. – Ja będę twoimi oczyma. – i nagle świat rozbłysł dla księcia na nowo.
Widok był jednak zupełnie inny, niż wcześniej. Lew wiedział, że odbiera go przez własne zmysły i jednocześnie zmysły martwego króla. Jego oczy… jego oko… bo odkrył, że patrzy tylko prawą ślepią, pokazywało mu świat deszczu, błota i bezlitosnej walki, cały rozmyty i nieostry. Ale jakimś cudem, druga wizja nakładała się na tę pierwszą. Więc lew oglądał też kolorowe aureole wokół walczących. Większość z nich jaśniała głównie krwawą czerwienią, a książę czuł, że to z powodu gniewu. Jednak niemal wszystkie aury zawierały tez domieszki innych barw. Purpura wierności, błękit smutku i żalu… a także złote płomienie, błyszczące szczególnie silnie nad głową Vitani. Wiedział, że to była miłość. Ale tuż obok błyszczała aureola jego ojca. Złoto, czerwień, czerń, błękit i biel mieszały się ze sobą w jedno.
- Idź… dasz radę!
- Jestem zbyt słaby. – jęknął Tanabi, usiłując poruszyć choć jedną łapą, ciężką, jak z ołowiu.
- Ja też zawsze byłem zbyt słaby, a jakoś narobiłem sporo szumu. Ty też możesz… Miłość da ci siłę!
Tanabi powoli ruszył łapą, już zabrudzoną krwią i błotem. Z trudem złapał równowagę i wstał.
- Miłość da mi siłę! – wyszeptał i uczynił pierwszy krok.
*
- Miłość da mi siłę! – szepnęła Zira i wbiegła w płomienie.
Szukała ścieżki do Królewskiej Jaskini, ale nagle ujrzała widok, który zatrzymał ją w miejscu. Jej ukochany leżał na ziemi, pokryty skłębioną masą wściekłych hien. Padlinożercy otoczyli go i kąsali jego poranione ciało. Lwica nie wahała się ani sekundy, ale zaryczała i skoczyła ku tłumowi prześladowców.
- Skazo! – zawyła, rozpychając ciała zaskoczonych hien.
Uderzyła dwukrotnie z kształty, które zabiegły jej drogę i dwa ciała martwych padlinożerców uderzyły o ziemię. Strach o życie partnera przepełnił jej mięśnie ognista siłą. Kilka wściekłych zwierząt zostało odrzuconych jak szmaciane lalki, bo miało pecha wpaść pod nogi Zirze. Nie zauważyła ich, bo jej oczy były utkwione w Skazie.
- Demon! – wrzasnął Banzai, widząc szalejąca lwicę. Faktycznie, jej złote futro, oświetlone przez płomienie lśniło nieziemską barwą. Okrzyk jednego z trojaczków był jednak ostatnim słowem w jego życiu. Królowa Lwiej Ziemi i Złotych Piasków uderzyła go w szyję, prując arterie i miażdżąc tchawicę. Jego nieruchome ciało uderzyło ziemię a biegnąca lwica dopadła do ukochanego.
W kilkunastu następnych ciosach, poraziła hieny, które szarpały Skazę. Jeden z padlinożerców zamachnął się na twarz lwicy, ale dosięgł jedynie jej ucha. Ona nawet tego nie poczuła. Żar ognia i nagły strach przed Zirą przeraziły atakujących. Cofnęli się kilka kroków, a gdy dostrzegli ciało Banzaia, rozpoczęła się ucieczka. Ponad cztery dziesiątki hien, połowa klanu, nie licząc sztuk powalonych przez Skazę i Zirę, uciekało, zostawiając lwy pod skałą.
- Skazo! – załkała królowa, widząc ukochanego poszarpanego na całym ciele.
- Zira! – wyszeptał król. – Nuka… Vitani!?
- Są bezpieczni! – odparła lwica i polizała delikatnie twarz Skazy. Mimo to, ten wzdrygnął się z bólu. – Pozwól, że…
- Ziro, słuchaj… – wysapał Skaza. Krew popłynęła kącikami jego ust. – Musisz ratować siebie i nasze dzieci. Są następcami tronów… a Simba jest bezlitosny.
- Zaraz ci pomogę… – łkała, ale nawet nie wiedział jak chwycić to poranione ciało.
- Uciekaj! – syknął – Ratuj swoje stado! Ja… już… – zakaszlał krwią.
Płomienie wciąż huczały za nimi, ale wtedy pierwsze krople deszczu spadły z nieba.
- Deszcz! – wyszeptała Zira. – Wreszcie… Kochanie, udało ci się! Uratowałeś nas!
- Tak? – jęknął król. – Lżej umierać, wiedząc o tym… – Deszcz wzmagał się, gasząc ogień.
- Musisz wstać! – załkała Zira, patrząc na krwawiące ciało. – Nie możesz umrzeć!
- I nie umrę! – powiedział Skaza. – Będę żył w tobie… – zamknął oczy.
- NIE! – krzyknęła Zira. – Wstań, mój najdroższy… mój królu!
Skaza tylko uśmiechnął się i z trudem wyszeptał.
- Jako twój król, rozkazuje ci żyć. Wychowaj nasze kociaki… Znajdź sobie nowego partnera… Spłodźcie syna, którego nazwiecie Kovu i powiedzcie mu, że kocham go z nieba jak własne dziecko… Odzyskaj tron, dla moich następców… ale tylko, że jeśli to będzie możliwe. A najważniejsze… bądź szczęśliwa. To mój testament: żyj i pamiętaj o mnie. Dokonaj tego, w czym ja zawiodłem…
- Nigdy nie zawiodłeś, Skazo! – chlipnęła Zira. – Ocaliłeś swoje stada… – Pocałowała jego zakrwawione usta.
- Warto było żyć… nawet takim życiem… Twoja miłość jest dowodem, że nie zawiodłem. Będę przy tobie, moja pani… – kaszlnął jeszcze raz i wyszeptał ostatnim tchem. – NIECH… ŻYJE… KRÓLOWA!
Król odszedł.
…a królowa żyła i łkała.
- SKAZO! NIE!
Deszcz wciąż spadał z nieba, zmywając kurz i popiół. Ciało króla ociekało krwią, zmieszaną z wodą. Zira wtuliła twarz w czarną grzywę ukochanego i wybuchła spazmatycznym płaczem. Przybyła zbyt późno…. Zawiodła swojego kochanka i władcę… To była jej wina… jej i…
- Simba? – wyszeptała. – Ty żyjesz? Mój król nie zabił cię, kiedy miał ku temu okazję… NAPRAWIĘ TEN BŁAD! – wzniosła głowę i spojrzała ku Lwiej Skale. Usłyszała ryk lwa. Wstępował na tron… Simba wstępował na tron Skazy! – JA CIE… – ale w tamtej chwili usłyszała w głowie słowa partnera. „Ratuj swoje stado!” Zmarłą w przerażeniu. Musiała ostrzec Złote Lwice, zanim będzie za późno. Lwioziemcy mogli pozabijać wracające lwice, jedną, po drugiej, gdyż te nie spodziewały się zasadzki. Musiała też… – Nie! Żadne ścierwojady nie dostaną twojego ciała! – mruknęła Zira, choć nie miała na myśli hien. Chwyciła Skazę zębami i ruszyła ku strumieniowi. Deszczowa woda już wypełniła stare koryto wystarczająco, by prąd uniósł spory ładunek… królewski ładunek.
- Żegnaj, ukochany… żegnaj mój królu. – szepnęła Zira i popchnęła umęczone zwłoki władcy do wody. Prąd chwycił je i poniósł ku Wąwozowej Rzece. Zira odwróciła siew stronę Lwiej Skały. – Simba! Zapłacisz mi za to! Zdetronizuję cię, uzurpatorze, albo zginę próbując. Twój kres nadejdzie… Przyjcie czas!
Ruszyła sawanną, w desperackiej próbie znalezienia swoich towarzyszek.
*
Shakisa dotarła do Lwiej Skały moment po prezentacji nowego króla. Stanęła, zdumiona tym widokiem i otoczona przez Lwioziemki. Położyła Yaktę na ziemi i spojrzała z niemym pytaniem na twarzy, ku nieznanemu jej lwu.
- To ona! – krzyknęła Sarabi z furią. – To jedna z nich! Sługuska Skazy! Zab… – w ostatniej chwili powstrzymała swoją nienawiść. Częściowo… – Wygnać ją!
- Wygnać ją! – potwierdziła gniewnie Sarafina. Przez tę przybłędę i jej stado, Nala niemal straciła tron, który jej się należał. Shakisa była winna. – Wygnać!
Simba, wciąż wstrząśnięty walką i koronacją, spojrzał na Nalę z niemym pytaniem. Nowa królowa zamknęła oczy, myśląc. Tysiące głosów wołało w jej głowie. „Zabiłaś króla! Zabiłaś ojca!” wrzeszczał jeden z nich. „Chcesz skazać na pewną śmierć także tę lwicę i jej dziecko?” Inne ryczały głośniej. „Niemal zrujnowali twoje życie… Skaza niemal je zrujnował. Są winni!” Trwała w rozdzierającej serce niepewności. „Co ja zrobiłam? Jestem zdrajczynią? Czy postąpiłam, słusznie… TAK, postąpiłam słusznie! Skaza był wrogiem, ona też jest wrogiem wszystkie jej siostry to wrogowie!” Zgasiła ostatnią wątpliwość, otworzyła oczy i spojrzała na Simbę.
– Wygnać ją! – krzyknęła z gorejącym w sercu gniewem. Król poniósł swa łapę i…
Ciało Skazy unosiło się na powierzchni rzeki, nieruchome, jedynie targane mokrym żywiołem. Ale w tamtej chwili, kolejna struga krwi spłynęła z rany. Tej dawno zaleczonej, z blizny na twarzy.
Martwy król zniknął za krawędzią wodospadu.
*
Yakta trzymał Kovu mocno, ale i sam został chwycony. Walczące lwy turlały się po ziemi, dopóki Yakta nie uderzył głowa o skalną ścianę. Zatrzymali się obaj, a Kovu skorzystał z okazji, aby uderzyć oszołomionego przeciwnika. Rudogrzywy przyjął cios, ale zdołał odepchnąć Kovu i wstać. Natychmiast odwrócił się w stronę wroga, akurat na czas, aby zablokować nadchodzące uderzenie. Choć rudogrzywy lew był cięższy i silniejszy, twarde życie na Złej Ziemi zmieniło Kovu w zabójczego wojownika, który zdobywał przewagę z każdą minutą. Działo się to tym łatwiej, że Yakta jednym okiem wciąż szukał na polu bitwy swojej królowej. Czarnogrzywy lew skorzystał z nieuwagi wroga i kolejny raz trafił go w twarz, kiedy Yakta spoglądał ku tarasowi skały. Jego twarz ściągnęła się w grymasie, ale nie z powodu bólu, a tego co ujrzał.
- Vitani! – krzyknął i uderzył Kovu z całą miażdżącą mocą przerażenia. Ten uderzył o ziemie, ogłuszony.
- Niech mnie małpy powieszą! – jęknął Timon. – Pumbaa, spójrz na ten śmietnik! – przyjaciele właśnie dobiegli do podnóża Lwiej Skały, ale nie mieli pojęcia, co robić dalej. Bitwa rozgorzała na dobre, wiążąc wszystkie lwy.
- Chyba powinniśmy pomóc naszym! – odparł guziec, szukając wzrokiem Simby. – Simba! – mruknął ze zdumieniem, widząc lwa, spychającego Vitani z klifu.
- Powstrzymajcie ich! – krzyknął Tiko, przelatując nad nimi. – Musimy rozsądzić spór zgodnie z prawem!
- Z tego co wiedzę, twój stryj ma inne zdanie na ten temat. – powiedział Timon, wskazując na Zazu, który usiłował dziobać złote lwice.
- No to jakie mamy dziś motto? – zapytał Pumbaa.
- Na koń! Marszałek karze bić Czerwonych! – wrzasnął Timon i pociągnął przyjaciela za uszy. Ruszyli galopem. – …ale którzy to są ci Czerwoni? – szepnęła surykatka, kiedy już nabrali prędkości.
- Chyba… – zdążył powiedzieć Pumbaa, zanim wpadli w skłębiony tłum walczących lwów.
Rafiki patrzył na to, przerażony. Wołał w niebo, ku duchom Ahadiego i Mufasy, ale nie słyszał odpowiedzi. „Oni nie mogą zginąć!” szeptał, widząc krwawiącego Tanabiego i wiszącą Vitani.. „To byłby koniec! Ahadi! Mufaso!” zawołał raz jeszcze. A potem westchnął, spojrzał w północną cześć nieba i szepnął w desperacji. – Skazo! – I w tym momencie go ujrzał.
*
- Jeszcze jeden krok… – błagał Skaza. – O tak… i jeszcze jeden! Idź, trzymam cię… zamknij oczy, nie będą ci teraz potrzebne… Jeszcze kroczek.
Zbliżali się ku lwom na tarasie. Tanabi przemknął obok Kovu, walczącego z Yaktą, wspiął się po skale i minął zdumione lwice. Zobaczył… a raczej poczuł… ojca, powoli ściskającego łapy Vitani własnymi szponami. Książę zabrał całą wewnętrzną siłę i skoczył przed siebie.
- Teraz… ty wyrzutku! – syczał Simba. – Zrobię to, co powianiem zrobić już dawno. – Wbił pazury w ciało lwicy i… – NIECH… ŻYJE…
- NIE! – ryknął Tanabi. Wylądował obok ojca i chwycił go za szyję. – Nie zrobisz tego. – Popchnął go mocno, tak Simba niemal stracił równowagę i runął w przepaść. – Jesteśmy jednym. Ona i ja… ty i ja. Zginiemy wszyscy, lub przeżyjemy wszyscy. – lew patrzył na zmasakrowaną twarz syna. Cios ostrych pazurów nie tylko poszarpał czoło i policzek, ale z pewnością uszkodził też lewe oko księcia. Rana krwawiła obficie… tak samo, jak serce Simby. – Ojcze! Twoje rządy muszą się skończyć… ale nie mogą skończyć się w ten sposób! – Simba widział lwa jednocześnie doskonale mu znanego, jak i kogoś zupełnie innego. A za plecami syna, ujrzał w deszczu cień swojego stryja.
- Nadszedł czas! – odezwał się martwy król w głowie Simby. – Już dość zrobiłeś. Bądź mną, przynajmniej ten, jedyny raz.
- …KRÓLOWA! – dokończył Simba, łamiącym się głosem. Nogi ugięły się pod nim i upadł bezwładnie na skałę, a Tanabi chwycił łapy Vitani.
- Złap podparcie nogami! – krzyknęli na raz: książę i duch martwego króla. Popchnięta przez uderzenie nowej energii lwica podciągnęła się do krawędzi. Z wysiłkiem padła obok ciężko oddychającego Tanabiego i leżącego nieruchomo Simby. Usłyszała szmer deszczu, który jednak do złudzenia przypominał lwi głos. „Na Gwiazdy! Tato, ona strasznie przytyła!”
Yakta podniósł łapę, by zadać śmiertelny cios, ale nagle błyskawica oświetliła twarz leżącego… a inna błyskawica rozświetliła umysł rudogrzywego. Na ziemi leżał…
- KRÓL KOVU! – krzyknął lew. – Ty jesteś następcą Ziry!
Powalony drapieżnik zdołał jedynie otworzyć oczy i spojrzeć w górę ze zdumieniem. Yakta natychmiast opuścił łapę i zgiął się w pokłonie przed wrogiem.
- JUŻ DOŚĆ! – zagrzmiał w uderzeniu pioruna potężny głos. Wszyscy walczący stanęli, zdumieni mocą ryku, który nastąpił tuż po tym. – Ta wojna jest skończona!
A ponad pobojowiskiem, w strugach lejącego deszczu, pojawiło się gigantyczne oblicze czarnogrzywego lwa, z blizną na lewej stronie twarzy. Choć wielu walczących nigdy wcześniej nie widziało króla Skazy, każdy go rozpoznał. Simba spojrzał na niebo a Vitani, która właśnie wdrapała się na taras, delikatnie podniosła głowę Tanabiego.
- Jako król Lwiej Ziemi rozkazuje wam zaprzestać walki! – znów zagrzmiał Skaza. – Vitani jest dziedziczką królestwa… Simba, twój czas przeminął. Pogódź się z tym!
Nikt właściwie nie był pewny, czy widział jawę czy iluzję, ale każdy słuchał mocnego ryku deszczu. Nawet Sarabi i Sakia, walczące zawzięcie, jak nikt, stanęły i spojrzały w górę.
- Taka! – jęknęła królowa-matka.
- Mój panie! – wyszeptała stara lwica.
- Vitani, zrób co musisz. – dodał martwy król. – Kovu, zrób co musisz. – a potem dodał jeszcze ciszej, tak że tylko dzieci Ziry go usłyszały. – I pamiętajcie o mnie. Kocham was i jestem z wami… zawsze!
Sekundę później, oczy wszystkich patrzących zostały oślepione promieniami słońca. Deszcz skończył się, jakby niebo wyschło, a chmury rozstąpiły się, niczym za magicznym dmuchnięciem. Najjaśniejszy promień oświetlił taras Lwiej Skały, gdzie Stali Vitani, Tanabi i Simba.
Ale każdy zwrócił oczy na środek pola bitwy, gdzie leżała Sarabi i Sakia. Obie lwice były okrutnie poranione i krwawiły z niezliczonych cięć, zadanych przez siebie nawzajem. Ale wtedy już obejmowały się, płacząc cicho.
- Sakio… wybacz mi! – chlipała królowa-matka
- Ale… co.. miałabym… wybaczyć? – odpowiedziała stara lwica, łamiącym się głosem – Musiałaś… i ja musiałam. To bolało, kiedy cię raniłam…
- Wiem. – wyjąkała Sarabi. – Ale ten ból szybko przeminie. Jesteś gotowa, moja przyjaciółko?
- Jak nigdy w życiu. – uśmiechnęła się z bólem Sakia.
Obie lwice z trudem wzniosły głowy i spojrzały ku Vitani. Zawołały słabymi, ale wyraźnymi głosami.
- NIECH ŻYJE KRÓLOWA! – by w następnej sekundzie paść martwe na ziemię.
Lwice zamarły, widząc to – dwie przeciwniczki, chwilę wcześniej walczące na śmierć i życie, leżały bez ruchu, za to w przyjacielskim, serdecznym uścisku. I krew ściekała na ziemie, tworząc jedną kałuże, okrągłą, niczym sam Krąg Życia. „To!” pomyślał Rafiki. „Koniec! Wreszcie pokój!” Oba stada skłoniły głowy w milczącym salucie.
Simba spojrzał na córkę Skazy i swego syna. Wiedział, że nie było już odwrotu, ale pogodził się z tym, patrząc na straszną raną na twarzy syna. „Nadszedł czas zapłaty.” Pomyślał i zawołał donośnym głosem.
- Ja, Simba, syn Mufasy i Sarabi… – spojrzał na Vitani z cichym pytanie, wypisanym na twarzy, a ta skinęła głową. – Składam urząd królewski Lwiej Ziemi u stóp Vitani, córki Skazy i Ziry!
Cisza przeszyła zgromadzone lwy, ale nikt nie ośmielił się zaprotestować. Nawet Nala zamknęła oczy, aby powstrzymać łzy.
- Ja, Vitani… – zawołała niebieskooka lwica. – Córka Skazy i Ziry, wstępuje na tron Lwiej Ziemi… po moim ojcu, Skazie… i kuzynie, Simbie! – odwróciła się ku Tanabiemu, który niepewnie stał obok niej. – Proszę, wytrzymaj, mój drogi! – szepnęła a głośno krzyknęła. – I ogłaszam, że moim partnerem i królem będzie Tanabi, syn Simby i Nali. – dotknęła łapą łapy Tanabiego i szepnęła. – Pomóż mi! – ranny lew kiwną głową.
Wtedy rozległ się ryk dwóch lwich gardeł. W promieniach świecącego słońca, dotarł do najdalszych krańców królestwa, zatrzymując w miejscu każde stworzenie. Zwierzęta skłoniły głowę, ku czci nowych władców, po czym znów pojęły dzienną rutynę życia. Dokonało się.
- Rafiki, szybko! – zawołała Vitani, trzymając mdlejącego Tanabiego.
Pawian dobiegł do nowego króla i ostrożnie dotknął krwawiącego ciała.
- Nie wygląda to dobrze… ale przeżyje. – ocenił. – Możecie kontynuować. – dodał, zaciskając cięcie na twarzy władcy skórę
- Tak… kontynuujmy. – zgodziła się królowa.
- Ale co? – jęknęła zszokowana Kiara.
- Kovu, Kiaro… no chodźcie! – pośpieszyła Vitani.
- Co? – syknął Kovu, powoli wstając z ziemi.
- Już czas, mój panie. – powiedział Yakta, podpierając czarnogrzywego lwa. – Moja pani, pomóż mi. – zwrócił się do Kiary.
Lwica nie miała pojęcia, o co mu chodziło, ale wsparła swego partnera z drugiej strony i powoli ruszyła przed siebie.
- I co teraz? – zapytała nieśmiałym szeptem.
- No… wiesz… moja pani. – Yakta wskazał taras ruchem głowy. – Tam, wasza wysokość.
- Wysokość?
- Co się dzieje? – wymruczał niesiony Kovu.
- Oszczędzaj siły na ryk, panie. – poradził Yakta.
- Ale co… – wdrapali się na szczyt tarasu, stając obok Vitani, Rafikiego i leżącego Tanabiego.
- Co “co”? – zapytała królowa. – Teraz twoja kolej. – zauważyła jednak, że on nie ma pojęcia, o czym mówią. – Myśl, bracie! Kim jesteś?
- Tak, mój panie. – powiedział Tiko, który właśnie nadleciał. – Choć na Lwiej Ziemi prawo salickie nigdy nie obowiązywało…
- …stanowi odwieczną tradycję Złotych Piasków! – dokończył Yakta – Tak, mój królu, czas przyjąć twoje dziedzictwo!
- Kovu? – jęknęła przerażona Kiara. – Wiesz o czym oni mówią?
Chwilę później, kolejny bliźniaczy ryk rozległ się nad sawanną
- Niech mnie mrówki gryzą! – westchnął Zazu. – Tego się nie spodziewałem! Jestem za stary do tej roboty…
- Wychowałeś ucznia, stryju. – odparł Tiko. – Nie będzie aż tak źle…
- Ygm! – przełknął ślinę niebieski dzioborożec.
Simba stał na tarasie, patrząc to na nieprzytomnego syna, to na martwą matkę, to znów na Tanabiego, to na Sarabi… Vitani podeszła i szepnęła mu do ucha.
- Simbo… jest mi strasznie przykro, że to odbyło się w ten sposób.
- To moja wina, Vit… wasza wysokość. – odparł lew, grobowym głosem. Potem spojrzał na Yaktę i pomyślał. „Wiec to ten lew, którego matkę skazałem na pewną śmierć. Czy byłem aż tak strasznym władcą?”
- A jeszcze bardziej jest mi przykro, z powodu tego co się stanie. – dodała. – Jako Vitani, nie mam prawa cię sądzić. Jako królowa, muszę. Muszę wydać wyrok.
Simba spojrzał na nią, potem odwrócił się ku swojemu synowi i królowi. Tanabi na krótką chwilę odzyskał świadomość, podniósł głowę i kiwną nią smutno. Zaraz potem, znów zamknął oczy.
- Nie… – odparł Simba. – To ty musisz mi wybaczyć. – znów zwrócił się ku Vitani. – rób, co musisz
Królowa spojrzała na poddanych i obwieściła potężnym głosem.
- Simbo, synu Mufasy i Sarabi. Za twoje błędy w sztuce rządzenia, za zbrodnie przeciwko pamięci poprzednika i okaleczenie własnego syna, skazuję cię…
Lew pochylił głowę. Dwie łzy spłynęły z jego zaciśniętych oczu.


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#19 2016-01-16 21:13

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

18 – Dziedzictwo Skazy
Ostatnia częśc cyklu o Skazie isukcesji po nim. Zachęcam do krytycznych komanatzy poniżej.
- Zmniejszcie światła! – Tanabi usłyszał kocięcy głos. Świat wciąż przypominał czarną smołę, ale już wydawał ciche dźwięki. – Promienie słońca na taras… Ale nie tak mocno! Nie powinni widzieć Tanabiego… Póki co, nie wygląda zbyt dostojnie… – Nie mógł rozpoznać mówiącego, choć czuł, że skądś go zna. – Skupcie je na Vitani! – wykrzyknął kociak. – Kto tym w ogóle kieruje? Ahadi? Wiedziałem, że zwalisz sprawę!
- Spokojnie… daj im trochę autentyczności… pozwól na spontaniczność. – powiedział Skaza.
Tanabi otworzył oczy… aby odkryć, że wciąż nie ma prawdziwych oczu. Znów oglądał świat ze swego widmowego ciała. Na tarasie, za placami Vitani, Simby… i jego samego, leżącego na ziemi… stała grupa lwich duchów. Skaza, Nuka… Zira? Tak, Tanabi był niemal pewien, że lwica tak podobna do Vitani jest jej matką. Dalej… babcia Sarafina?! Król był zdumiony, nawet jak na stan ogólnego zdumienia swoją nową sytuacją. W dodatku, w środku grupy stał lew… lewek, którego Tanabi nie kojarzył. Był to mały kociak, jednakże mówiący głosem dorosłego lwa. Jego oczy błyszczały na zielono, a futra w miejscu przyszłej grzywy było ciemne.
- Spójrzcie! – zawołała Zira i trąciła Skazę. – Twój zięć się budzi. – Wszystkie zmarłe lwy zwróciły oczy ku nowoprzybyłemu.
- Jest tu… – powiedział ciemny kociak. – I tam… – wskazał na nieprzytomne ciało, obok Vitani. – Ten chłopak jest tak zajęty, że aż się dwoi w oczach! – wybuchł dziecinnym śmiechem. – Kapujecie? Dwoi się w oczach! – Ale zielonooki duch zauważył, że jego żart nie zachwycił słuchaczy. – Ech… przepraszam… Nieważne… Ahadi! Światło na Vitani! – krzyknął ku niebu. Tanabi dostrzegł, że chmury przesunęły się odrobinę.
- Ciii! – przerwał Skaza. – Teraz zadecyduje. – wskazał na królową, stojąca na przeciw Simby.
- …skazuję cię na… wygnanie! – zawołała głośno, ale uważny słuchacz wychwyciłby drżenie jej głosu. – Opuścisz Lwią Ziemię… Jestem pewna, że Złote Stado przyjmie cię do siebie ze wszystkimi honorami, jeśli kiedyś zdecydują się powrócić do swej siedziby. Albo… Możesz zamieszkać ze swoją partnerką i każdym, kto zgłosi taką chęć, w Zielonej Jamie. – dokończyła królowa z ledwo widocznymi łzami w oczach. Simba odparł po chwili milczenia.
- Tak… pani. – spojrzał na Nalę, która ruszyła na szczyt tarasu. Lwica najpierw podbiegła ku rannemu synowi, ale uspokojona gestem Rafikiego, podeszła do partnera.
- Nala… musiałam. – szepnęła Vitani.
- Jakoś sobie poradzimy. – powiedział Simba. – Moja droga… ona ma rację. Musiała.
- Musiała? – zapytał Tanabi. Oczywiście, żywi go nie mogli usłyszeć, ale kierował te słowa do zmarłych.
- Teraz ty jesteś królem. – odparł Skaza. – Sam odpowiedz na to pytanie.
Tanabi ujrzał w myślach wizję swego ojca na Lwiej Skale. Starszy Simba, żyjący na ruinach swojej klęski, błąkał się po suchej sawannie. Szeptał z bólem w oczach. „Kim jestem? Tylko… cieniem Simby?”
- Tak… musiała. – ocenił nowy król.
- Doskonale! – zawołał zielonooki lewek do niewidzialnego rozmówcy nad nimi. – Ale czekaj! Nie zakręcaj całego deszczu, bo przecież zaraz zrobimy tęczę! Nie! Otaczają mnie…
- To twój brat! – zauważył Skaza.
- Tym lepiej wiem o kim mówię. – odparł lewek. – Zajmij się lepiej zięciem.
Król patrzył na zgromadzone cienie. Podszedł do babki i zapytał napiętym głosem.
- Babciu… gdzie jestem? Co się stało?
Lwica uśmiechnęła się i pogłaskała jego grzywę.
- Nie bój się… jesteś wśród swoich. Starej i nowej rodziny.
- Tęskniłem za tobą, babciu…
- Głuptasek… ja zawsze byłam z wami… i wspierałam twoje kroki, tak jak mogłam. Zwłaszcza te niedawne kroki, które naprawiały co ja kiedyś…
- Przestań, Sarafino! – przerwała Zira. – Między nami panuje już pokój. Spójrz na wnuka, w nim jest przyszłość.
- Tak jak w twojej córce. – odparła Sarafina.
Skaza podszedł do Tanabiego i powiedział z żalem.
- Mój chłopcze… obawiam się, że twoje oko jest stracone. Zapewne nigdy nie odzyskasz wzroku w pełni.
- Ale nie martw się. – wtrącił lewek, machając łapą i zapewne wskazując coś komuś na górze. – Jakże mały jest ten świat… A od dziś będzie dla ciebie… nieco bardziej… płaski. – Zielonooki zakrył łapą jedno oko i dodał. – Fajnie, nie?
- Przestań! – syknął Skaza. – To kiepski temat do żartów.
- Czemu nie? – zapytał lewek, udając zaskoczenie. – Chłopie… – zwrócił się ku Tanabiemu. – Co to będzie za życie. Laski będą musiały dla ciebie polować do końca świata. Laba!
- ZACHOWÓJ SIĘ! – ryknęli Skaza i Zira jednocześnie. Zielonooki skrzywił się ku nim z wyrzutem.
- Dobra! Następnym razem to ja będę siedział tam na górze. Przynajmniej będę lepszą Panią-Chmurką… – Podniósł głowę ku niebu i krzyknął. – Światło, więcej światła. Teraz ma być tęcza!
- Ty jesteś moim stryjecznym pradziadkiem. – szepnął Tanabi niepewnie. Lewek spojrzał na Skazę z uśmiechem.
- No nieźle… ten dzieciak wygląda na całkiem bystrego. Po kim on to odziedziczył? Fortuna jest ślepa. – Znów zakrył jedno z oczu i parsknął śmiechem.
- Tarki! – jęknął Skaza. – To jest niegrzeczne.
- Być może. – odparł lewek. – A kto powiedział, że szalony stryjek w rodzinie musi być grzeczny? – machnął z rezygnacją ku niebu po raz ostatni i podszedł do Tanabiego. – Miło cię poznać, mój stryjo-prawnuku i… Ech, te drzewa genealogiczne! Jestem Tarki, syn Mohatu i Zauditu, brat tego tam… – wskazał na niebo. – Stryj Skazy i Mufasy… No wiesz… jak to tam dalej idzie.
- Ale… – jęknął Tanabi. – Jeśli jestem martwy, po co tak lamentujecie nad moim okiem?
- Bo ty nie jesteś martwy! – powiedziała Zira, podchodząc do króla i delikatnie dotykając go łapą. – My tylko… korzystając z twojej… niedyspozycji… – Spojrzała na ciało Tanabiego, pielęgnowane przez Rafikiego. – …wezwaliśmy cię, aby przekazać kilka rad. Ale idą tu teraz inni goście i to już na stałe.
Sylwetki Sarabi i Sakii podchodziły pod Lwią Skałę. Lwice stąpały powoli i ze strachem, szukając pomocy w niespodziewanej sytuacji. Skaza podbiegł do krawędzi tarasu i zawołał.
- Nie bójcie się… już jesteście z nami!
- Taka! – krzyknęła zmarła królowa-matka.
- Mój panie! – zawołała martwa lwica.
- Chodźcie tutaj! – uśmiechnął się Skaza. Duchy otaczające Tanabiego zwróciły oczy ku nowoprzybyłym. Lwice przystanęły na chwilę, a Sarabi delikatnie trąciła najbliższą jej żyjąca Lwioziemkę, ale jej łapa zagłębiła się w ciało, jak w wodę. – Droga wolna! – dodał Skaza i obie przyjaciółki ruszyły biegiem ku martwemu królowi.
Zatrzymały się tuż przed nim, a Sakia skłoniła głowę. Skaza tylko uśmiechnął się, a wtedy lwice niemal rzuciły się na niego z kocięca radością. Czarnogrzywy lew polizał czoło swej poddanej, a później także swej dawnej miłości.
- Taka! – jęknęła Sarabi. – Tak mi przykro…
- …z powodu mojej głupoty? – przerwał Skaza. – Zapomnijmy o tym… teraz jesteśmy już jednym. – odwrócił się do Sakii. – A ty nic nie mów! – rozkazał, udając złość. Ale zaraz dodał z rozbawionym uśmiechem. – Moja najwierniejsza lwico!
Sarabi podeszła do Ziry. Lwice mierzyły się długo wzrokiem, nie wiedząc jak zacząć rozmowę. Pierwsza ocknęła się Złota.
- Nie wracajmy do tego. Nie mam do ciebie żalu… i mam nadzieję, że ty nie masz do mnie. Teraz będziemy pracować razem, aby wspierać tych, co żyją.
W tym momencie Sarabi dostrzegła Tanabiego pośród zmarłych. Jej twarz zadrgała z bólu
- Tanabi! – szepnęła.
- Nie płacz, szefowo! – przerwał Tarki. – On tu jest tylko z wizyta. Trzymamy go nieco wyżej, aby nie czuł zabiegów tego sztukmistrza! – Wskazał łapą na ciało Tanabiego i opatrującego je Rafikiego. – A ty, mój królu, lepiej nawet na to nie patrz!
- Babciu! – wykrzyknął Tanabi i podbiegł do lwicy. Objęli się czule, ale i ze smutkiem. – Tak mi przykro, że do tego wszystkiego doszło…
- Nie, mój drogi. – odparła ta. – Mój czas i tak nadchodził. A lepiej mi było umrzeć… w ciekawy sposób, zamiast sczeznąć w jakiejś jamie.
- Dokładnie! – zgodził się Tarki, patrząc na Sarabi i Sakię. – Moja panie… co za technika! To była walka stulecia. Ci młodzi tylko walą się po pyskach… – Wskazał na Tanabiego. – …ale wy jeszcze pamiętacie dawne sztuki wojenne. Jestem zachwycony.
- Jak myślisz? – zapytał Zirę Skaza. – Czy mogę uderzyć własnego stryja?
- Teraz jesteś Królem z Przeszłości… – zauważyła. – Trochę to nie wypada…
- Słyszałem! – powiedział Tarki. – Dobrze, już sobie idę. Zaprowadzę te dwie nowe na górę. – wskazał Sarabi i Sakię.
- Nie, ja to zrobię. – zdecydowała Zira. – Ty musisz powiedzieć, co wiesz, nowemu królowi. Sarafino, pójdziesz z nami? A tobie, Tanabi, życzę szczęścia. Bądź grzeczny, a Vitani cię nie zamęczy…
Sarafina objęła swego wnuka i zwróciła się do Sarabi.
- Idziemy?
- Idź, Sarabi. – powiedział Skaza. – Mufasa czeka na górze.
Lwica uśmiechnęła się i spojrzała na Tanabiego.
- Żegnaj, mój drogi. Pamiętaj o mnie… mój królu. Będziesz wielkim władcą…
- Kocham cię, babciu. – odpowiedział Tanabi, łamiącym się głosem. – Czy kiedyś mnie jeszcze odwiedzisz?
- Co noc, jeśli będziesz patrzył na gwiazdy. – powiedział królowa-matka i ruszyła za Zirą i przyjaciółkami. Za chwilę, cała czwórka rozmyła się i znikła w promieniach słońca. Skaza odwrócił się do króla i powiedział poważnym głosem.
- Tanabi, nie mamy zbyt wiele czasu… Za kilka chwil obudzisz się tam, na dole… Tak, będzie bolało, ale nie istnieje sposób, by tego uniknąć. Jednak, zanim wrócisz, powinieneś nas posłuchać. – spojrzał w oczy zięcia i ciągnął dalej. – To wszystko udało się dzięki stryjowi Tarkiemu. On umarł jako kociak, ale pozostał mocno związany ze światem na dole. Pomagał nam cały czas.
- W.. czym? – zapytał król. – Masz na myśli twoja rehabilitację… i zmianę na tronie? – Skaza uśmiechnął się, ale był to gorzki uśmiech.
- Tanabi… nie zrobiliśmy tego dla zabawy… nawet nie dla mojej urażonej dumy. Nasz świat rządzi się ścisła logiką, którą w dużym skrócie można opisać jako potrzeba ciągłej opieki nad wami, żywymi. Zrobiliśmy, to co zrobiliśmy, nie tylko, aby moja córka została królową. Musieliśmy tak postąpić, aby ocalić Krąg Życia
- Powiedziałeś, że gardzisz okrucieństwem tego porządku. – zauważył król.
- Owszem, gardzę. Ale i tak go chronię, aby uczynić go… łagodniejszym dla was. Sam wiesz dobrze… bycie królem to coś więcej, niż robienie tego, co się chce.
- Już zaczynam żałować, że w to wpadłem…
- Doskonale! – wykrzyknął Tarki. – To pierwsza, naprawdę ważna zasada dla króla. Wiedza o ciężarze obowiązków. – podszedł do nowego władcy i szepnął poważnie. – Jak powiedział Skaza, to nie zdarzyło się przypadkiem. To konieczność… której tylko nieco pomogliśmy.
- Ratując was kilkanaście razy… – dodał Nuka.
- Tak i nie tylko. Simba to dobry lew, pomimo tego, że mylił się wielokrotnie. Ale teraz Lwia Ziemia potrzebuje silnego przywódcy… na ciężkie czasy.
- Ciężkie czasy? – zapytał Tanabi niepewnym głosem.
- Pomyśl! – kazał Nuka. – Dzisiejszy deszcz był obfity… nienaturalnie obfity. Ale przyszedł po miesiącu suszy, a powinniśmy mieć wciąż porę deszczową.
- Nadejdzie kolejna Wielka Susza! – wyszeptał Tanabi.
- Tak – potwierdził Skaza. – Ale nie dziś i nie jutro. Nawet nie za rok. Kiedyś. Bądź gotów, że pewnego roku staniesz wobec kolejnej próby. Nie bój się, zdążysz nacieszyć się beztroskim życiem. Wychowasz z Vitani kociaki. Nabierzesz doświadczenia. A któreś lato z kolei potrwa tak długo, jak moje. Ale teraz to się odbędzie inaczej. Złote Piaski będą mogły wyżywić stado, nawet w najgorszych czasach. Dlatego, jeśli by się okazało… a my niemal jesteśmy pewni, ze się okaże… iż Kovu i Kiara zdecydują się wracać do siedziby ich nowego stada, nie zatrzymuj ich. Ja będę pilnował ich tam, obiecuję.
- A on jest piekielnie dobry w dotrzymywaniu słowa! – dodał Tarki. – Każdej, obojętniej jak głupiej obietnicy.
- Wiec po to ta cała walka? – zapytał król. – Aby ocalić Krąg Życia?
- Nie! – odparł Skaza. – Aby was… obydwa stada… ocalić od Kręgu Życia. Pokazać wam wasze miejsce na nim. Ale dosyć. – zamilkł i spojrzał na ranne ciało Tanabiego. – Teraz wrócisz i… zrobisz co chcesz i musisz. Będziemy blisko, w kłopocie pomożemy.
- Czekajcie! – wykrzyknął król. – Mam jeszcze tyle pytań!
- Każdy ma! – powiedział Skaza. – Tylko dzięki temu nasze życia są… interesujące.
Duchy zaczęły rozmywać się w powietrzu. Tanabi poczuł silny zew wołającego ciała. Ostrożnie wszedł na nie i zaczął się zapadać w żywą tkankę. W ostatniej chwili usłyszał jeszcze cichy, ale śmiertelnie poważny głos.
- Masz się opiekować moją siostrzyczką. Będę cię pilnował!
A potem wróciła smolista ciemność.
I na nowo wybuchł ból.
*
To był przyjemny, ciepły wieczór, jeden z takich, które zapadają po gorącym dniu. Król Tanabi biegł przez sawannę z radosnym uśmiechem na twarzy. Czuł wolność tego pędu i cieszył się nią. Wszelkie, a przecież nieliczne, troski zostawił na Lwiej Skale. Wspomnienia o radościach wziął jednak ze sobą. Chciał się nimi podzielić z rodzicami. Lew dotarł do Zielonej Jamy, gdy słońce już dotykało horyzontu. Tonęło za krawędzią świata, gdy Tanabi zawołał.
- Matko! Ojcze! Jestem!
Simba wyszedł z jaskini i podszedł do syna. Nie widzieli się ponad tydzień, więc powitanie było serdeczniejsze, z racje przeżytej tęsknoty.
- Witaj, tato! – powiedział król i przytulił starszego lwa. – Wybacz, że jestem dopiero teraz, ale te wszystkie …
- Dobrze, że jesteś dzisiaj. – odparł były władca. – Twoja matka poszła na polowanie… Tak, powiedziała, że ma zamiar polować dla nas sama, tak długo, jak zdoła. Ale podziękuj Danthi i Ostasi swoją drogą. Były dla nas bardzo miłe. – jego wzrok padł na twarz Tanabiego. – Pozwól, że obejrzę… – cofnął się kilka kroków i zbadał bliznę syna.
Ilekroć spoglądał na ten widok, jego serce kuło bolesne poczucie winy. Widział własne dzieło, pragnąć, aby ta cała historia okazała się tylko złym snem. Tanabi dostrzegł smutek na twarzy ojca i powiedział szybko.
- Wszystko w porządku.
Tak “w porządku”, jak być mogło. Przez ostatnie dwa miesiące, dzięki opiece Rafikiego, rana się zagoiła, ale lewe oko pozostało ślepe. Lew mógł widzieć, ale widzieć mniej wyraźnie i dwuwymiarowo. Przez to nie miał szans w polowaniu. Było to może nie aż tak poważne, ale bolesne kalectwo. Skaza na jego czole porosła siwym futrem, przypominającym plamy wapna.
- Wciąż boli? – zapytał Simba łamiącym się głosem.
- Tato… nie zaczynajmy znowu. – odparł Tanabi z wyrzutem – To już się stało. – Ujrzał łzy w oczach ojca. – Przestań! Przebaczyłem ci już dawno. To przeszłość!
- Ta przeszłość zmusiła mnie do tego grzechu. – mruknął Simba.
- A ja myślę… – powiedział Tanabi, niepewnym głosem. – …że Władcy Przeszłości dopuścili do tego, aby mnie ukarać, za sprzeciw wobec własnego ojca.
- Nie… teraz ty zaczynasz. – przerwał Simba. – Dobrze, zostawmy przeszłość. Porozmawiajmy o przyszłości. – rozsiedli się na trawie. – Vitani jest w ciąży?
- Tak, dziś już jesteśmy pewni. – odparł król. – Thamath ją badał.
- To was nowy szaman? – zapytał Simba.
- Tak… Rafiki odszedł na dobre. Proponowałem mu, by został, ale on tylko złamał swoją laskę i powiedział, że zawiódł. Wrócił na swoje drzewo, ale wcześniej posłał po syna swego przyjaciela, aby ten pomógł Lwiej Ziemi. Tak więc Rafiki nawet odchodząc, pomógł. Lojalny jak zawsze… Stuknięty, jak zawsze. – ojciec i syn wybuchli śmiechem.
- A co z Tiko?
- Doskonale. – odparł Tanabi. – Nie licząc tego, że wciąż gada z Yaktą o jakiś śmiesznych problemach prawnych, to pełni swoją służbę wzorowo. Aha… i pyta o wuja.
Simba uśmiechnął się i powiedział.
- Zazu poleciał na polowanie z twoja matką. Ma się nieźle… ale śpiewa! Rozumiesz? Odszedł na emeryturę, aby odkryć w sobie talenty wokalne.
- Zawsze miał przyjemny głos. – zauważył król.
- Przez pierwsze parę godzin uważałem tak samo. – roześmieli się znowu, ale Simba zaraz ucichł i rzekł ze smutkiem. – Yakta… A więc zapytam… Czy to prawda, co powiedziała mi Kiara tydzień temu?
- Obawiam się, ze tak. Zamierzają wrócić do Złotych Piasków, jak tylko nadejdzie najbliższa pora deszczowa.
- Wrócić… – prychnął Simba. – Ani Kovu, ani Kiara tam nigdy nie byli…
- Ale są dziedzicami tamtej ziemi. Królowie i królowe nie podróżują. Oni tylko wracają, gdzie ich miejsce. – Będę za nimi tęsknił. – dodał. – Zostaniecie tutaj, czy ruszycie z nimi?
- Zostaniemy… Jeśli nas nie wygonisz… – powiedział Simba, ale zaraz zauważył falę żalu i wyrzutów sumienia na twarzy syna. – Wybacz, nie to miałem na myśli. Wiem, że Vitani zrobiła to z konieczności. Moje słońce, jako władcy, już zaszło. Twoje wzeszło. To Krąg Życia.
Siedzieli w milczeniu i obserwowali gwiazdy, które powoli pojawiały się na ciemniejącym niebie. Nagle Simba zapytał wzruszonym głosem.
- Synu… widziałeś ich kiedyś. Nie tylko Skazę, ale innych naszych krewnych z gwiazd. Czy spotkałeś też Mufasę?
- Nie, ale mówili mi o nim. – odparł Tanabi. – Pogodził się z bratem i teraz pomaga nam z góry. A Skaza powiedział, że jest mu na prawdę przykro, iż zabrał ci ojca. Wybaczyłeś mu?
- Nie miałem wyboru… tak wiele dowiedzieliśmy się o przeszłości… To była ciężka próba i dobrze, że się już skończyła.
- Próba nigdy się nie skończy. – powiedział Tanabi. – Tylko… zmieniają się ci, którzy są jej poddawani. Teraz zobaczymy, czy będę choć w połowie tak dobrym królem jak ty…
- Będziesz dziesięć razy lepszym królem ode mnie. – odparł Simba. – Czuję to… Ale spójrz! – wskazał na północną część nieba. – Jak myślisz… Czyja to gwiazda? Króla? Królowej? Księcia? Księżniczki? Ciekawe, jak to będzie, kiedy ich wszystkich poznam…
*
- Bosko! – mruknął Skaza, spoglądając na bratanka z firmamentu – Ale nie śpiesz się, poczekamy na ciebie… będziemy tu zawsze.
- Taka? – zapytał Mufasa niepewnym głosem. – Mogę mu coś powiedzieć?
- Nie… lepiej nie. – odparł jego brat. – Chyba, że to aż tak ważne…
- Nie… – mruknął Mufasa. – Po prostu za nim tęsknię.
- Poradzi sobie. – powiedział Skaza. – Ma do pomocy naszą rodzinę.
- …a ty masz tutaj nas! – dodał Tarki, śmiejąc się. – Brzmi fatalnie? Ja też bym się zamienił. Los nie jest sprawiedliwy… Ale spójrz na to z inne perspektywy… masz lepszy widok!
- Stryju… jesteś nieznośny. – skomentował Mufasa. Potem zwrócił się do Skazy. – No, bracie… w końcu poszło po twojej drodze. Miałeś rację, ja się myliłem… Wygrałeś.
Skaza uśmiechnął się i wskazał lwy pod nimi.
- Nie mów tak. Wszyscy wygraliśmy. Oni żyją… Prawda została przypomniana… Stada są razem… A jeśli nawet się rozejdą, to w zgodzie, prawdziwej zgodzie.
- Tak… – szepnął Mufasa. – Mój plan z Kovu był błędny od początku…
- Kiara nie narzeka. – wtrącił z uśmiechem jego brat.
- Tak… ale i tak wszystko musiało się rozstrzygnąć potem. – zastanawiał się przez chwilę. – Taka… myślałem o nas… naszym sporze… Czy myślisz i to czemuś służyło? Czy było do czegoś konieczne?
- Nie mam pojęcia. – odparł Skaza. – Może tak, może nie. Teraz to już nie ważne. Znów jesteśmy jednym.
- Tak… jeśli Ahadi patrzy na nas z geostacjonarnej, to pewnie jest zachwycony. – mruknął kąśliwie Tarki, widząc obejmujących się braci. – Nie ruszajcie się! – spojrzeli na stryja zdumionymi oczyma. – Tylko pomyślcie, o tych biedakach, którzy teraz patrzą na niebo. <Znowu spadająca gwiazda!> pomyślą. Czy wiecie, ile ja życzeń musze spełniać, przez takie czułości?
Trzy gwiezdne lwy wybuchły śmiechem. Był to śmiech szczery i radosny, który nikogo nie obudził, a co najwyżej przyniósł kilka słodkich snów. Niebo było pogodne.
- No dobra… – powiedział Tarki. – Wracam na górę.
- Ja zajrzę jeszcze do Vitani. – oznajmił młodszy z braci.
- Nuka jej pilnuje. – zauważył Mufasa.
- Tego właśnie się obawiam. – odparł Skaza. – Kocha ją tak mocno, że jego dowcipy mogą się okazać… nieprzewidywalne.
- Tia… to u was rodzinne. – zauważył Tarki. – Czarne grzywy, czarne poczucie humoru…
- No! – mruknął Mufasa. – Kawały w stylu <Niech żyje król!> – roześmiał się i rzucił się na zaskoczonego brata, udając że drapię jego łapy. – Stare, dobre czasy. Co nie, braciszku?
Skaza jęknął, poprawiał potarganą grzywę i mruknął z rozpaczą.
- Otaczają mnie kretyni!
KONIEC


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#20 2016-01-16 21:21

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

Piszcie o wszelkich błędach ( literackich i stylistycznych), które waszym zdaniem mogły wyniknąć z kopiowania.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mam zapisane jeszcze trzy opowiadania z tego samego źródła: ,,Królowa piasku" , ,,Kolejny obrót kręgu życia " i ,,Sarafina. Opowieść o lwicy", więc jeśli będą chętni i zgoda administracji , mogę zamieścić również te trzy.

/wstawiając takie... oddzielające linie sprawdzaj czy nie są za długie w normalnym wyświetlaniu postów. Okno edycji/pisania  jest szersze niż zwykły post. ~Kiara 0/

Ostatnio edytowany przez Kiara (1970-01-01 01:00)


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#21 2016-11-07 15:21

Nyamaza
Użytkownik
Data rejestracji: 2016-11-07
Liczba postów: 2

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

Dziękuję za dodanie tego fanfica.
Zamierzasz jeszcze dodać coś z uniwersum Dziedzictwa Skazy ?

Offline

#22 2016-11-07 18:21

Athastan
Moderator
Data rejestracji: 2015-03-18
Liczba postów: 267

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

Cóż, myślę że poprzedni wpis jest nadal aktualny, więc chyba tak. A jeżeli to który?


,,Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo"
,,Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko w tedy uda nam się pojąć jak wielkim cudem jest życie"
,,Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego"-
-gen.Robert Baden-Powell

Offline

#23 2016-11-07 21:44

Nyamaza
Użytkownik
Data rejestracji: 2016-11-07
Liczba postów: 2

Odp: Dziedzictwo Skazy - opowiadanie ze strony http://lionking.pl

Cóż, może ,, Kolejny obrót kręgu życia "

Offline

Zalogowani użytkownicy przeglądający ten wątek: 0, goście: 1
[Bot] CCBot

Stopka

Forum oparte na FluxBB
Modified by Visman